WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

31.12.2014

Żegnamy stare, witamy nowe...



     Umarł król, niech żyje król… Za nami stary rok, przed nami nowy rok…

     Wpisów stuknęło w tym roku sto sześć, a ten, zamykający jest sto siódmy. Czyli średnio wypada mniej więcej 7- 9 wpisów w miesiąc. Myślę, że to całkiem dobry wynik. Nawet jeśli w ostatnich miesiącach mijającego roku wynik ten jest nieco poniżej tej średniej. Niestety, nawet hobbystycznie nie da się niczego robić na pełnych obrotach w nieskończoność i musiałam troszkę zwolnić. Ale mam nadzieję, że za rok o tej porze, będziemy się cieszyć nie gorszym wynikiem.
     O tym, z czym skończyłam w tym roku, była mowa przy okazji urodzin bloga, więc  teraz dodam tylko, że kolejna opowieść (może kolejne, tego jeszcze nie wiem) z cyklu „Dzikie łabędzie” pojawi się w roku przyszłym. I będzie najpewniej ta, od której grafika zawisła już  „Galerii”.
    
     Ogólnie zamykam rok kilkoma całościami i trzema rozgrzebanymi tekstami tutaj na Warsztaciku. Bo tego, co mam rozpisane i rozgrzebane we własnych notatkach to nawet nie liczę.

     Plany na przyszłość są oczywiście, a jakże… ale takie krótko dystansowe, dalekobieżnych nigdy nie robiłam i to się nie zmienia. Postanowień noworocznych także nie robię, bo życie lubi po swojemu wszelkie takie weryfikować. Tak więc, będzie co ma być, uda się zrobić, co się uda, a co się nie uda, to zrobi się kiedyś tam.
     No i oczywiście wszystkim Wam, tu zaglądającym życzę fantastycznej zabawy w sylwestrową noc i wspaniałego ROKU 2015! Całego, żeby nie było wątpliwości ;). Samych sukcesów, samych radosnych zdarzeń, samych spełniających się marzeń. Euforii, radości, uniesienia, miłości, wiadomo. To ode mnie, a łyżkę dziegciu do tego morza słodyczy pewnie i tak dorzuci samo życie od siebie, więc ode mnie tylko na słodko ;).

Do siego roku! I na koniec jeszcze trochę fajerwerków ;).

25.12.2014

Czy leci z nami pilot?

WESOŁYCH ŚWIĄT!

Serdeczne życzenia, dużo radości, spokoju, wypoczynku, śpiewania kolęd w rodzinnym gronie aż do ochrypnięcia, życzy...
Kajjka :)


***

Dzisiaj przy święcie będzie wpis z innej beczki. Robiłam wprawdzie "15 godzin..." ale kawałek jaki musiałabym wrzucić jest wg mnie troszkę mało świąteczny. Dlatego dzisiaj puszczamy pilota, a tamtym zajmiemy się już w nowym roku. To co wrzucam dzisiaj, też nie będzie ustrojone choinkowymi ozdobami, bo to nie za bardzo w moim klimacie takie opowieści. Jakoś nie czuję magii reniferów, Śnieżynek i grubego, brodatego faceta z workiem, musicie darować. Nie mniej uznałam, że świąteczny wpis powinien się pojawić więc...
zapraszam na małą niespodziankę ;)

09.12.2014

15 godzin... cz.3

Wszystko mi ostatnio idzie jak krew z nosa. Zawaliłam już chyba wszystkie terminy, które mogłam zawalić i nie mam pojęcia kiedy cokolwiek nadgonię. Ale czasem tak już jest i nic się na to nie poradzi. Tymczasem najzwyczajniej w świecie stęskniłam się za moimi blogami.
Rok się zbliża ku końcowi i wszystko wskazuje na to, że w nowy wejdę z przynajmniej dwoma otwartymi tekstami. Ten w ogóle pisze się na bieżąco. Jest to pewne ryzyko, ale też i rodzaj zabawy. W końcu przecież, jestem w tym miejscu właśnie dla niej. Myślę, że mimo wszystko nie wyjdzie źle.
Ale na wpis podsumowujący mijający roczek jeszcze pora przyjdzie.

Dzisiaj kolejny fragmencik, taki trochę... Sami zobaczycie. I oczywiście pełen błędów, niczym lasek grzybów, więc przy okazji gratka, dla grzybiarzy ;).




     Drobinki pyłu wirowały, unosiły się tuż nad ziemią. Nie było ich wiele, lecz wciąż jeszcze nie zdążyły opaść, a to znaczyło, że ten kto je wzbił w powietrze musiał przejeść tędy przed chwilą. Przy tym nie był zbyt ciężki, bo ślady butów odciśnięte w prochu pokrywającym posadzkę nie były zbyt głębokie. Odd wytężył słuch, niczego jednak nie udało mu się wychwycić. W podziemiu panowała cisza. Najwyraźniej uciekinier skrył się gdzieś i nie poruszał się. Gdyby było inaczej, wzmocniony aparaturą, słuch wychwyciłby nawet lekki chrzęst gruzu pod podeszwami. Człowiek mógł być gdziekolwiek, choćby za najbliższym załomem muru. I mógł być uzbrojony.

     Żołnierz dotarł do końca uszkodzonych schodów. Poprawił uchwyt na broni i zlustrował otoczenie.
     Korytarz na wprost był zasypany gruzem, zawalił się po porostu. Nie możliwe było, by ktoś się w nim teraz ukrył, a ktokolwiek zrobił to wcześniej jego los już został przypieczętowany.
     Ledwie słyszalny szmer skierował jego uwagę w lewo.
     Kolejny korytarz.
     Szelest powtórzył się, jakby dwie, delikatnie  trące o siebie powierzchnie. I chrzęst cichego kroku, potem drugiego. Znów szmer i cisza… Przestrzeń przed Oddem, oświetlona migoczącą, pojedynczą żarówką, która lada chwila mogła zgasnąć, zdawała się pusta. Po obu stronach znajdowały się drzwi. W większości pozamykane, czasem uszkodzone i krzywo zwisające w zawiasach. Przyjrzał się im uważnie. Otwierały się do wewnątrz pomieszczeń. Gdyby których ktoś użył, ślady pozostałyby w środku. Nie mniej było mało prawdopodobne, by po zasypanej gruzem, odłamkami metalu i szkła posadzce ktokolwiek zdołał przesunąć je bezszelestnie, nie wywołując przy tym hałasu. Szczególnie, gdy za nimi mogło się znajdować dosłownie wszystko. Dźwięki, które dobiegły z głębi korytarza były ledwie słyszalne. To stanowczo nie był rumor wywołany opornie otwierającym się, drzwiowym skrzydłem.

23.11.2014

Plaża



Siedzę na plaży o zachodzie słońca,
Świat kąpie się w czerwieni.
Fale brzeg liżą raz po raz, bez końca,
W dłoniach zamykam błękitne marzenia,
Okruchy muszli, nereid uśmiechy,
Pod stopy bose zgarniam,
W bursztynu kroplach, światło zaklęte
Zbieram w istnień latarniach.
Wiatrowi czesać pozwalam włosy,
Niech z pereł warkocze splata,
Na skrzydłach mew szarych, żałosne głosy,
Skargami biegną do końca świata,
Ziarenka piasku, dni nieprzeliczone
We krwi czerwieni słonecznej skąpane,
Oczy mgłą zachwytu powleczone,
Nuty na pięcioliniach fal, pian koronką haftowane..
.

16.11.2014

15 godzin... cz.2

Uwaga, lecę z tym na żywca.
Nawet nie jestem pewna, czy to aby na pewno tak miałam zamiar poukładać, jak poukładałam. Słusznie sie jednak spodziewałam, że Kraków wpłynie na moje szare komórki pobudzająco. A właściwie to Kraków w komplecie z czekoladą. Niestety, dieta nie służy mojemu pisaniu. Wychodzi na to, że czekolada jest absolutnie niezbędnym składnikiem mojej weny. I tak, po przyjęciu odpowiedniej dawki, dzisiaj udało mi się ogarnąć kawałek, który podrzucam. Mimo iż moje myślenie karmi się, jak widać, cukrem, dzisiejszy wpis lukru nie zawiera, za to będzie dużo pudru, pyłu, kurzu, jak tam komu pasuje. Idziemy na wojnę...



* * *
     Słońce świeciło, jak każdego innego dnia. Nie robiło mu żadnej różnicy, co ogarniają jego promienie, ani co wydobywają z ciemności nocy. Rajski ogród, migoczący feerią barw, czy pokryte pyłem, jeszcze dymiące zgliszcza...
     Jakie to miało znaczenie? Światło, z jednakową obojętnością opływało zarówno piękno, jak i koszmar.
     Bombardowanie dobiegło końca i teraz miasto należało do nich, do „czyścicieli”. Każdemu z kilkunastu oddziałów przydzielono konkretny sektor czegoś co przestało już właściwie być miastem. To raczej osobliwe cmentarzysko, w którym nie miały prawa przeżyć nawet szczury i karaluchy. Ludzie jednak potrafili się wykazać wyjątkową żywotnością. Nie zdarzyło się, by nie natknęli się na jednostki, które pomimo straszliwych obrażeń kurczowo trzymały się życia. Dobijanie takich osobników było bardziej odruchem miłosierdzia, niż egzekucją rozkazów. Gorzej kiedy natknęli się na całkiem zdrowe osobniki, które jakimś cudem przeżyły. Wtedy było trudniej, bo zwykle byli to bezbronni cywile. Wojskowi  mieli więcej szczęścia, ginąc podczas rozpaczliwych prób obrony, a gdy ta zawodziła wycofywali się na bezpieczniejsze pozycje, pozostawiając na pastwę losu bezbronną ludność, która nie miała jak i nie mogła opuścić bombardowanego obszaru. Właściwie na pewną śmierć, bo wiadomo było, że jeśli nawet komuś uda się wyjść cało z ostrzału dobiją go „czyściciele”. Ta wojna rządziła się swoimi prawami, humanitaryzm stał się pustym słowem.
     Za każdym razem, gdy przemierzali zrównane z ziemią dzielnice i sektory wiedzieli, że będą zabijać. Po akcjach nie rozmawiali o tym, nie przechwalali się między sobą. Wykonywali swoją robotę i tyle. Dzisiaj także.

10.11.2014

15 godzin... cz.1 - na urodziny

Eksperyment zacząć czas... Co z tego wyjdzie jeszcze sama do końca nie wiem. Zakładałam, że to ma być opowieść bez lukrowania, ale... Kusi mnie po równo, żeby zrobić wg swoich standardów, czyli po mojemu: lukier, cukier, puder, miód, malina i wiadomo... Kusi też żeby zrobić totalną masakrę... Cóż, popiszemy zobaczymy. Ciągle mam w głowie dwie ścieżki dla tego opowiadania i nie wykluczam, ani podążania tylko jedną, ani eksperymentalnego połączenia ich w jakąś autostradę.

Tytuł, jak widać, w dalszym ciągu pozostaje roboczy... Taki może być niezłą motywacją, żeby jednak pozostać przy pierwotnych założeniach, albo niezłym wyzwaniem, by w przypadku zmian nadal przystawał do tekstu i nie trzeba było go zmieniać.
Tymczasem do brzegu, voila...


Start

     Kierowca bez słowa wziął podany sobie banknot i ruszył z piskiem opon, jak tylko Morr Baih zatrzasnął za sobą drzwi taksówki.
     Yenni* skrzywił się z niesmakiem. Człowiek zachował się irracjonalnie, zupełnie, jakby czuł się winny, że wykonując swoją pracę świadczył usługę na rzecz obcego.

     Świeżo zawarty pokój był niestety niemniej kruchy niż wcześniejsze zawieszenie broni, które z takim trudem uzyskano. Wzajemna niechęć, momentami przechodząca w kiepsko tłumioną wrogość i pogardę, dawała się wyczuć po każdej ze stron. Na wzajemne zaufanie długo jeszcze przyjdzie pracować wszystkim, yennim i ludziom. Nie mniej, zakończenie wlokącej się od lat wojny, było sukcesem zarówno jednych, jak i drugich.

     Niestety, w przypadku tej planety i żyjącej na niej populacji, determinacja yennich w dążeniu do terytorialnej ekspansji okazała tyleż samo potężna, co wola przetrwania u zaatakowanych ludzi.
     Nie pozwolili oni agresorom na eksterminację swojej rasy, stawiając opór, jakiego ci pierwsi się nie spodziewali po słabym i ułomnym fizycznie przeciwniku. Ludzka zdolność przetrwania i adaptacji do nieoczekiwanych, zaskakujących warunków osłabiła, w znaczący sposób, niespodziewany atak, wyhamowała go, a w końcu całkowicie powstrzymała, zmuszając wroga do przejścia w defensywę.
     Ostatecznie żadna ze stron nie była w stanie przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Powstały, swoisty impas trwał kilka lat. Obie strony konfliktu wykrwawiały się, przepychając, to w jedną, to w drugą stronę linię frontu. Wielka wojna rozszczepiła się na setki drobnych potyczek, zdobywanych i odbijanych miast i przyczółków, akcji dywersyjnych na tyłach wrogów i eskalację wzajemnej nienawiści. A gdy ten stan osiągnął swoje apogeum, zaczęły się w sercach rodzić najpierw marzenia, a z czasem konkretne działania i wreszcie realne nadzieje na pokój. Bo ani jedni, ani drudzy nie byli już w stanie przyjąć więcej nienawiści.
     Zaczęły się pojawiać idee negujące konflikt na rzecz koegzystencji i współpracy. I choć początkowo traktowano idealistów jak szaleńców i zdrajców, po latach udało się osiągnąć przynajmniej namiastkę tego o czym marzyli, kruchy, nieufny pokój.

Świętowanie zacząć czas...

     A tak... bo to właśnie dnia 10 listopada, równiutko rok temu, opublikowałam tu pierwszy wpis.
Rok zleciał szybko, miejsce trochę okrzepło, zdobyło stałych czytelników i takich, którzy bywają tylko okazjonalnie, ale bywają, na co wskazuje statystyka i co mnie oczywiście niezmiernie cieszy.
     Trochę się wydarzyło, trochę tekstów upłynęło, nawet nalot trolli się przydarzył, ale zabić mnie im się nie udało, a stara mądrość ludowa prawi: co nas nie zabije, to nas wzmocni. Czyli, jest dobrze.
   
     Jak zauważyliście zmienił się wygląd, ponieważ jaskrawe kolory jednak męczą oczy przy czytaniu i mam nadzieję, że zarówno stałym bywalcom, jak i okazjonalnym gościom, obecny wystrój i kolorystyka przypadną do gustu.

     A teraz trochę wynurzeń, odnośnie samego bloga... Założyłam go, żeby mieć motywację do skończenia rzeczy pozaczynanych. I ten cel konsekwentnie realizuję. Udało mi się sfinalizować już dwie z zaczętych powieści, w tym "Słony wiatr", który na finisz czekał w szufladzie, nie mniej, nie więcej, a dziesięć lat. Tak, zaczęłam go jeszcze nim dorobiłam się komputera i miałam trochę pracy z przeniesieniem go na nośnik inny niż papier. Udało się i cieszę się z tego.
     Dokończyłam też "Dzieci Żywiołów", z którymi, w porównaniu do poprzedniego, uwinęłam się iście ekspresowo, bo w jedyne półtora roku od chwili ich poczęcia ;). Faktem jednak jest ta powieść była już w lwiej części klepana bezpośrednio na dysk, więc było znacznie szybciej.
     Ci którzy odwiedzają mnie od dawna mieli przyjemność (mam nadzieję, że jednak była to przyjemność) poznać oba teksty. "Pamiątki" po nich pozostały tu w odpowiednich wpisach. Teksty obecnie "leżakują". "Słony Wiatr" przechodzi ostateczny lifting i spodziewam się niebawem wiedzieć, czy wróci tutaj, czy jednak nie. "Dzieci Żywiołów" zostawiam sobie na postanowienie noworoczne.

     Nie wszystkie teksty, które pojawiły się w minionym roku, są odgrzewane. Do tegorocznych świeżaków należą: "Nie-boskie stworzenie", "Studnia i róża", "Jesienny nokturn" i kilka krótkich opowiadań. Na kapitalny remont i swoje pięć minut nadal czekają pozostałe epizody z "Dzikich łabędzi". Czeka też na kontynuację "Księżyc i miecz". Obie powieści będą oczywiście kontynuowane, już w nowym roku. Chociaż w przypadku "Dzikich łabędzi" wciąż jeszcze się waham, jaką nadać im formę. Pierwotnie miała to być wielowątkowa powieść, później rozpisałam wątki na osobne epizody. Teraz jednak znów zastanawiam się nad połączeniem tego w całość. "Yave", była rodzajem pilota cyklu. Chronologicznie powinna być ostatnia. I od głównej treści jest jednak nieco oderwaną. Pojawia się tam jedynie kilka postaci, które swoje pięć minut miały właśnie w głównym cyklu, zaś sama akcja "Yave", jak wspominałam, toczy naście lat po wydarzeniach z "Dzikich łabędzi".

     Są też oczywiście pomysły na nowe opowiastki z innych światów. Niektóre pozaczynane, inne tylko w fazie zanotowanego pomysłu.
     Z jednym z tych nowych pomysłów, będzie okazja zapoznać się jeszcze dzisiejszego popołudnia, ponieważ na okoliczność urodzin ukażą się w dniu dzisiejszym dwa wpisy. I ów drugi będzie już tym właściwym, czyli ku uciesze z czytania.

No i oczywiście z okazji urodzin zapraszam na urodzinowy tort:


Na zdmuchiwanie świeczki zapraszam o 17.00 :)
Dzisiaj jeszcze... ;)






03.11.2014

Kontredans cz.4

Zapraszam na kolejny kawałek... Pewnie pełen absurdów, ale celem tego tekstu nie jest poznanie konkretnego miasta, a wywołanie uśmiechu na twarzy. I w związku z tym, każdy śmiech jest mile widziany, także ten z mojej nieznajomości tematu ;)
Przy okazji, zrobiłam nową okładkę do Shanyi, jeśli ktoś ma chęć można obejrzeć w "Galerii" albo przy opowiadaniu :) Dziękuję Monice, dzięki prostej wskazówce powoli zgłębiam tajniki Gimpa :D.

Chciałam też polecić autorskiego bloga grupy La_Noir - to ta, z którą wspólnymi siłami montujemy antologie tematyczne, z których dwie miałam przyjemność już prezentować na Warsztaciku. Blog nosi nazwę Ailes i link do niego jest na pasku bocznym w "Polecanych". Osobiście polecam na Ailes teksty współautorów, bo moje znacie stąd. Tworzymy bloga wspólnie, każdy autor ma swoją zakładkę teksty dłuższe które są dodawane w częściach, są wymienione w spisie tytułów więc łatwo je znaleźć.
Zapraszam i polecam :)

Będą też zmiany na blogu, bo planuję przemeblowanie i remont kapitalny, chciałabym się z tym wyrobić do 10 listopada, ale zobaczymy. W każdym razie, będę chciała opanować wszystko do końca tego roku, ponieważ po nowym rusza kolejna edycja "Blog roku" i zamierzam się zgłosić. Ot tak, dla samej frajdy uczestnictwa :). A teraz już jazda z koksem...



     – Słucham?
     Obejrzał się i napotkał zdumione spojrzenie szarych oczu. Szlag, jakie ona ma oczy.
     – Aa... ee... Nic, nic... tak sobie tylko... kwestię powtarzałem, dla pamięci – bąknął nieco skonsternowany, bo właśnie sobie uświadamił, że jeśli ona miała jakieś plany związane z instrumentem, to dzisiejszego przedpołudnia skasował je, jednym, niefortunnym trzaśnięciem drzwiami.

     Poczucie Winy nabrało powietrza w płuca, by wydać zwycięski ryk. Ego wcisnęło się pod kanapę i sromotnie zawstydzone łypało stamtąd niepewnie.

     Pozostała jedynie nadzieja, że jakiekolwiek owe plany były, zdążyła je zrealizować przed kursem ową feralną taksówką. Tak, tak, uspokajał struchlałe sumienie, z całą pewnością pozałatwiała swoje sprawy. Skoro już jutro wyjeżdża, to z pewnością dlatego, że nie ma tu już nic do roboty... ani do zagrania.

     Poczucie Winy  nie ryknęło jeszcze teraz. Nadzieja pomachała nieśmiało z daleka, a Poczucie Winy, krzywiąc się z irytacją,  wypuściło powietrze z płuc. Ego nieco śmielej wyjrzało spod kanapy.

     Ochłonąwszy z niemiłego lęku, że być może zrujnował czyjeś plany odchrząknął i zapytał lekkim tonem:
     – Co tak długo to trwało?
     Karolina uniosła brwi. Gdyby porywczość leżała w jej naturze, zapewne uniosłaby się słusznym poniekąd gniewem. Na szczęście dla Jasona, kobieta, z którą miał do czynienia była łagodną i cierpliwą istotą, więc nutka przygany w jej odpowiedzi była niemal niewyczuwalna:
– Myślisz, że łatwo ubrać się jedną ręką?

     Poczucie Winy zassało nowy haust powietrza i tym razem ryknęło zwycięsko. Ego wcisnęło się głębiej pod kanapę. Nadzieja wciąż jeszcze machała nieśmiało, ale jakoś tak bez wielkiego przekonania.

30.10.2014

Na wysokim niebie

 
     Przeczytałam dzisiaj książkę… Tak, to nie jest żadna pomyłka. Dzisiaj.

     Wzięłam ją do ręki rankiem i szczęśliwym zbiegiem okoliczności, nie mając dziś nic innego do roboty, przepłynęłam przez nią.
     Samą mnie ta płynność i to "porwanie" zaskoczyło.


     Książkę podesłała mi wraz kilkoma innymi pozycjami przyjaciółka. Taki zestaw „wakacyjny lajtów”, jak to sobie nazywałyśmy, dostałam, ale ta ostatnia pozycja… Cóż, ja jestem z natury swojej oporna jeśli chodzi o lekturę zmuszającą czytelnika do zadumy i refleksji. Że taką właśnie będzie ta książka wiedziałam już po przeczytaniu pierwszej strony, więc odłożyłam. Na później. I choć pozostałe zostały „połknięte” błyskawicznie, ta leżała, leżała i czekała. Na swoją chwilę i na chwilę mojej słabości.

     Niezwykle rzadko sięgam po lekturę z rodzaju tych zmuszających mózgownicę do pracy. Tak już mam, że znacznie więcej przeczytałam rzeczy łatwych, dla frajdy niż trudniejszych, dla sponiewierania. Książki są dla mnie głównie źródłem rozrywki, inspiracji dla wyobraźni, sposobem na oderwanie się od codzienności. Tymczasem ta lektura, o codzienności właśnie, o szarości mijających dni, skradła moje serce. Pozwala spojrzeć na wszystko, co nas otacza, na to co już mamy za sobą i co jeszcze może się w życiu przydarzyć, z niezwykłej perspektywy.

     Sponiewierała mnie, ale w takim pozytywnym wydźwięku tego słowa. Mimo niełatwych problemów, o których w niej mowa, choć może banalnych, bo nie są wcale jakieś szczególnie wydumane, ot taka rzeczywistość, która dzieje się tuż obok każdego dnia, tak bardzo, że przestaliśmy zwracać na nią uwagę. Zatem mimo tych wspomnianych treści, tchnie ciepłem, nadzieją i prawdą.

23.10.2014

Kontredans cz.3

Tak już mam, że jak skończę coś dłuższego, to muszę zrobić sobie przerwę. Mam nadzieję i czuję w kościach, że powoli posucha dobiega jednak końca, więc dzisiaj wpis ;). Generalnie, ponieważ troszkę mam teraz mniej czasu na pisanie "dla bloga", postanowiłam odejść od schematu, jaki sobie ustaliłam, czyli "wpis w samo południe". Posty i kontynuacje, które będę publikować, będę po prostu wrzucać kiedy będę je mieć gotowe i znajdę chwilę zrobienie wpisu.
Tak więc "nie znacie dnia, ani godziny", ale i ja ich nie znam :).


     Karla zamknęła za sobą drzwi.
     Jest paszport! Jest paszport! Stres rozpłynął się niczym poranna mgiełka nad letnią łąką i dziewczyna poczuła w końcu, jak bardzo intensywne było dzisiejsze przedpołudnie. Czuła się ogromnie zmęczona, odurzona środkami przeciwbólowymi, ospała. Stanowczo potrzebowała odpocząć. Miała się pakować.
     W kącie, bezużyteczna wiolonczela leżała smętnie na boku.
     Pieszczotliwie pogładziła instrument. Szkoda, westchnęła, dziwiąc się samej sobie, że tak bez emocji jest w stanie podejść do faktu, że oto wizja na niezwykłą zawodową przygodę, być może na lepsze życie, rozwiała się, najprawdopodobniej bezpowrotnie.
Ech, pewnie dlatego, że te zastrzyki, prochy i takie tam... Później się spakuję, postanowiła. Wykonała jeszcze tylko telefon, by zaplanowany na przyszłą niedzielę lot, przebukować na jutro, na wtorek. Muszę się zdrzemnąć, po prostu muszę.

     Wyciągnęła się na łóżku, naciągając na głowę koc. Oczy same się zamykały. Nie ruszy mnie teraz nawet armia Hunów, pomyślała. Potem grzecznie wrócę do domu, zaszyję się u babci do końca wakacji i będę sobie tam w ciszy i spokoju lizać rany i kontemplować życiową porażkę, a potem... Może jakimś cudem uda się załapać do filharmonii, albo do opery. Zawsze też pozostaje posada nauczycielki gry na instrumencie, albo śpiewu w podstawówce, albo rytmiki w przedszkolu, a w ostateczności, zajęcie dobrej miejscówki na Floriańskiej i zbiórka datków do futerału. Co za życie...
     Pogrążona w ponurych myślach zapadła w drzemkę.

16.10.2014

Grin - audiobook

     Mam dziś niekłamaną przyjemność przedstawić Wam wersję audio opowiadania, które dało początek temu blogowi. 

     "Grin" zdobył dla mnie jedno z wyróżnień w konkursie literackim organizowanym przez portal extrastoy.pl, lądując w pierwszej dziesiątce nagrodzonych wtedy tekstów, na pozycji ósmej. Nagrodą za zajęcie tego miejsca było właśnie wykonanie nagrania.
     Troszkę to trwało, ale osobiście uważam, że warto było czekać, bo efekt jest powalający. Mam pełną świadomość, że to nie tyle zasługa samego tekstu, ale głównie lektora, który jest po prostu genialny w tym co robi i któremu serdecznie niniejszym dziękuję. Terminowo publikacja audio prawie zbiega się w czasie z urodzinami bloga. Jest więc dla mnie czymś w rodzaju miłego prezentu przedurodzinowego ;).

     Nagrana została konkursowa wersja „Grina”, ta najstarsza, najmniej doskonała. Jednak fantastyczne wykonanie naszego lektora, moim (pewnie nieobiektywnym zdaniem, ale co tam) rekompensuje wszelkie braki. Gorąco zachęcam do wysłuchania, bo jestem pewna, że się spodoba :).

     Zachęcam też do zapoznania się z audiobookami innych naszych Autorów. Nagrania są dostępne na naszym, „esowym” kanale YouTube: TUTAJ

09.10.2014

Yave cz.24 (18+) - zakończenie

Jak zapewne zauważyliście, zepsułam sobie obrazki na blogu. Coś tam już w tej sprawie podziałałam i być może łaskawie zechcą wrócić same. Gdyby jednak nie zechciały, przytargam je tu ręcznie i przemocą, ale zajmie to pewnie trochę czasu. To tak od strony techniczej...

A od strony merytorycznej, bo to wszak blog literacki (:D) Dziś żegnamy się z Yave. To znaczy, że dziś wpis ostatni z należącego do niej epizodu "Dzikich łabędzi". Choć znam takich, co by polemizowali, twierdząc, że tak po prawdzie "Yave" należy do Melty a nie do Yave. Ale to tylko takie tam dywagacje na temat... Tak czy siak, pora się z nimi rozstać. Zapraszam zatem na nieco może przydługie pożegnanie, ale uznałam, że dzielenie tego niczemu, by się nie przysłużyło. Ci, którzy są wrażliwi i łatwo się wzruszają niech zaopatrzą się w chusteczki ;).

poprzedni fragment

     Ubrała pośpiesznie najpierw siebie potem chłopca. Pozbierała rzucone niedbale w kącie rzeczy Melty. Poskładała je starannie i po chwili wahania wraz z butami po cichutku zaniosła wszystko do sąsiedniej izby. Ułożyła ubranie w nogach łóżka. Nie oparła się przy tym prześlizgnąć wzrokiem po ogromnej sylwetce niedbale przyrzuconej kołdrą.
     Nadal spał twardo. Muskularna pierś unosiła się i opadała jednostajnie, z każdym, głębokim oddechem. Sen wygładził rysy i na obliczu malował się błogi spokój, a nawet lekki uśmiech błąkał się na ustach.
     Odwróciła wzrok i wycofała się równie cicho, jak tu weszła. Prócz tego, że śpiący człowiek zawsze wygląda jakoś tak niewinnie i bezbronnie, nie ulegało wątpliwości, że jemu ta noc przyniosła mnóstwo zadowolenia. A ona?
     Przyjechał tu w środku nocy... Rozgniewany... I zażądał prawdy. Powiedziała mu, bo przyparł ją do muru, nie pozostawiając wyboru. Potem wziął ją, nie dopuszczając oporu i sprzeciwu. Tak, jak kiedyś... Lecz czy istotnie przyjechał tu dla niej? Czy raczej tylko dlatego, że chciał swego syna? Zna już prawdę, co zrobi teraz, kiedy się obudzi?
     Potrząsnęła głową, próbując odgonić niepewność i lęk. Ale choć ręce mogła zająć pracą, jakąkolwiek, to myśli i tak uparcie biegły swoimi ścieżkami, nie dopuszczając spokoju. Karmiąc chłopca, przyglądała mu się jakby chciała na zapas nasycić oczy jego widokiem. Nie potrafiła uwolnić się od lęku, że być może właśnie utraciła jedyny sens swego życia.
     Kiedyś, nagle zniknął z niego Melta, ale wtedy okazało się, że ma Ireda. Teraz znikną obaj... Ona zostanie sama... Sama... Nawet Ukera już nie ma, by mogła się ze swoją rozpaczą schronić w jego opiekuńczych ramionach. Jak wtedy da radę żyć?
     Nie da rady... Tego jednego była pewna. Jeśli Melta zabierze Ireda, nie da rady. Nawet nie będzie próbować, bo nie będzie po co.

07.10.2014

Już był w ogródku...

     Wiem, że Ci, którzy do mnie zaglądają czekają na obiecany finisz Yave, więc dwa słowa, dla tych oczekujących...
     Będzie, obiecuję.
   
     Robię właśnie tę końcówkę, ale jak to w życiu bywa, rządzi się ona swoimi własnymi prawami. I jak to opowieści bywa, autor sobie, a bohaterowie i tak robią co chcą. I tak (zgodnie tytułem dzisiejszego wpisu) "już był w ogródku, już witał się z gąską" i tak mnie się zdawało: fine, the end, koniec, amen itp. A tu masz... No po prostu nie mogłam się powstrzymać i wczoraj wieczór siedziałam przy klawiaturze chichocząc się jakby mi nie tylko piątej, ale jeszcze kilku klepek brakło.

     Zrobiłam, co zrobiłam, czy raczej napisałam i jestem zadowolona, ale w konsekwencji muszę jeszcze dostrugać coś a'la epilog, choć właściwego epilogu raczej tu nie przewiduję. Nie mniej pewne sprawy trzeba będzie załatwić do końca ;).

     Wydawało by się, że można sobie wszystko zaplanować i potem wystarczy punkt po punkcie realizować wcześniejszy plan. Mnie, szczerze mówiąc, rzadko kiedy się tak udaje. Popatrzycie tylko na tę nieszczęsną Yave... Miałam tę historię zakończyć zupełnie inaczej, ale w trakcie wyszło, jak wyszło. Ostatecznie powściągnęłam trochę swoich morderczych zapędów i wszyscy pacjenci żyją. Tak, tyle mogę zdradzić. Ale nie mogłam sobie odmówić maluśkiej zadymy, dlatego końcówka będzie w takim właśnie stylu:


     Po prostu nie mogłam się powstrzymać :D. A teraz już biorę się do roboty, byście nie musieli czekać zbyt długo :).

02.10.2014

Kontredans cz.2

Mojej błędnej wycieczki po Londynie, kolejny kawałek.
Oglądam sobie to i owo na mapie, żeby totalnie nie odbiegać od rzeczywistego planu miasta. Niech się chociaż nazwy dzielnic zgadzają. Jakkolwiek ich miejsce w mojej przestrzeni już pewnie nie koniecznie będzie się pokrywać z realem. Choć przyznaję, przemieściłam kilka strategicznych punktów w moim tekście w różnych kierunkach, żeby nie wyszła totalnie obciachowa kaszanka.
I w związku z tym, mam nadzieję, że wyjdzie tylko obciachowa ;)
Ponownie też przestrzegam, przed próbami porównywania MOJEGO Londynu, z tym znajdującym się od setek lat w wiadomym miejscu i z którego to dumni są Anglicy. Generalnie staram się skupić na pewnych aspektach tego tekstu, przy czym zgodność z planem miasta nie jest jednym z nich.
Tu głęboki ukłon w stronę Nikki, która topografię NY opanowała perfekcyjnie. Z jej opowiadaniami w kieszeni można się w NY obejść bez mapy ;). Kto nie wierzy, polecam MyStory.
Ze mnie niestety za duży leń żeby mi się chciało skrupulatnie przerzucić topografię i plan. Po łebkach lecę ;).


     Odzyskała przytomność w karetce, na noszach. Na twarzy miała maskę podłączoną do jakiejś butli. Pewnie tlen, albo inne, niezidentyfikowane medyczne świństwo. Młoda lekarka robiła właśnie zastrzyk i widząc, że pacjentka otwarła oczy, powiedziała kilka słów uśmiechając się ciepło.
     Karolka odsunęła maskę z twarzy:
     – Przepraszam, nie jestem Angielką, proszę mówić wolniej.
     Lekarka uprzejmie powtórzyła, tym razem powoli, że wypadek nie wygląda na groźny, ale zabierają ją do szpitala, bo konieczne będzie założenie kilku szwów i wykonie zdjęcia, celem wykluczenia ewentualnego złamania.
     – Szwy? Złamanie...? – wymamrotała z niedowierzaniem Karolina, mrugając powiekami.

     Drzwi karetki zatrzasnęły się i auto ruszyło. Rany boskie! Przecież jak założą jej szwy...!
     Podniosła do oczu lewą dłoń, na którą nałożono tymczasowy opatrunek i która bardziej przypominała w tej chwili kukłę z marnego, lalkowego teatrzyku niż dłoń wiolonczelistki. Spróbowała poruszyć palcami i syknęła. Lekarka znów coś powiedziała uspokajającym tonem. Mniejsza o szwy... pomyślała z rozpaczą Karolina. Z nimi, czy bez, było oczywiste, że nie może być mowy o zagraniu choćby najprostszej gamy, chyba że zatrudni sobie kogoś do przyciskania strun.
        
     Choć w zaistniałej sytuacji marne to pocieszenie, okazało się że palce nie są połamane. Za to chirurg, zapewniając o swoim profesjonalizmie, że blizny zostaną niewidoczne, przyozdobił je artystycznie dwunastoma szwami, po czym z hollywoodzkim uśmiechem na ustach zaprosił za tydzień na ich zdjęcie.

26.09.2014

Yave cz.23 (18+)

Przechodzimy do strefy lukru, stąd oznaczenie 18+ ;). I zapraszam na kolejny kawałek...


     Odjechał galopem, ale gdy zyskał pewność, że zagroda znikła już z zasięgu wzroku ostro ściągnął wodze koniowi, osadzając go w miejscu tak gwałtownie, że zwierzę przysiadło na zadzie.
     Zeskoczył z siodła i z furią kopnął w darń, potem jakiś wystający korzeń, podniósł szyszkę i cisnął nią w krzaki. Spory kawał drogi powrotnej przeszedł piechotą żeby ochłonąć. Co za uparta, mała... jędza. Znał jej temperament, nie powinien go dziwić jej upór. Ale też zawsze umiał owinąć ją sobie wokół palca. Tymczasem dziś najzwyczajniej w świecie dała mu kosza. A przez chwilę było tak... Tak rozkosznie obejmować ją i czuć ciepło ciała, zapach...

     W domu ojciec już czekał i powitał go tyleż z radością, co i ze skupioną powagą, jakby na sercu leżała mu jakaś troska. Melta, który po drodze zdążył już opanować złość, zdobył się nawet na krzywy uśmiech, chociaż nastrój miał wyjątkowo podły.
     – Cieszę się, widząc cię zdrowego, mój synu. – Arut uściskał serdecznie swego jedynaka. – Wyczekiwaliśmy tutaj ciebie – dodał.
     Jaka szkoda, że tylko wy – pomyślał ponuro młody mężczyzna. Pewien był, że ojciec znał wszystkie interesujące go szczegóły i nie bez przyczyny zażyczył sobie jego obecności w Nammas. Ale koło kręciły się siostry, matka i mnóstwo innych ludzi. Nie było jak wypytywać się o cokolwiek, więc zdusił w sobie palącą ciekawość i rzucił żartem:
     – Ech, sądziłem, że dawno tu już pamięć po mnie zaginęła.
     Uśmiechnął się nawet nieszczerze przy tych słowach, ale oczy ojca pozostały poważne, gdy odpowiedział:
     – Ci, którzy kochają nie zapominają, synu, a jest nas tu takich kilkoro w Nammas. – Gasnący uśmiech na twarzy Melty i pionowa zmarszczka, która przecięła mu czoło, gdy ściągnął brwi na tę odpowiedź, nie uszła uwadze.
     – Ze starymi przyjaciółmi byłeś się witać, jak mniemam? – zapytał podchwytliwie Arut.
     – N... Nie, nie dzisiaj. Lato długie na to będzie dość czasu. Dziś jestem wasz! – Melta rozłożył ręce i wyszczerzył się do dziewczynek, by zmienić temat. Chciał rozmowy z ojcem, ale nie tu i nie teraz. W cztery oczy. Tymczasem siostrzyczki uwiesiły się na nim radośnie.
     – Jeździłeś gdzieś, więc sądziłem... – drążył Arut.
     – Ach, to... – Melta spochmurniał i postawił dzieci na ziemi. Przegarnął ręką włosy. – Była tu kobieta, Yave. Odwiozłem ją tylko, bo z dzieckiem była, a daleko...
Arut z zadumą pokiwał głową i utkwił wzrok w jakimś punkcie w przed sobą.
     – Tak... Yave... Czasem zachodzi do nas, jak jest we wsi. Dobrze, żeś ją odwiózł.

23.09.2014

Yave cz.22

Wiecie jak to jest kiedy, jak to się mówi: "jak nie urok, to  przemarsz wojska"? Albo zdechnięty dysk w kompie? Jak nie wiecie, to się cieszcie, że nie, ja już wiem... Jest strasznie do d***... Ot, co.

Na dziś obiecany fragment, a kiedy reszta, najstarsi górale nie wiedzą, bo muszę zrobić to, co wywołuje we mnie wyjątkowy wstręt, czyli odtworzyć, co już raz miałam napisane. Z drugiej strony chyba powinnam się cieszyć, że większość archiwizowałam na bieżąco i do odtworzenia nie ma tak znów wiele. Nie mniej jednak, sam fakt mnie... (tu proszę sobie wstawić słowo mocno niecenzuralne). Humor poprawiałam sobie, czytając coś nieswojego, co mnie wciągnęło, wessało jak trąba powietrzna, ale o tym innym razem ;)



     Rok czwarty... Nammas... lato...

     Niewielka drużyna Melty wspinała się stromą, górską ścieżką na znajomą przełęcz. Trzy lata temu opuszczali rodzinną osadę chłopcami, nieopierzonymi młodzikami, dziś wracali mężczyźni. I nie wracali wszyscy. Ale serca tych, który spoglądali na znajome góry pełne były radości, nawet jeśli odrobinę tłumił ją smutek z powodu tych, których w tym orszaku dzisiaj brakło.
     Byli już niemal na szczycie, gdy ponad głowami rozległo się groźne:
     – Stać! Jeśli żywot chcecie zachować, stać wszyscy!
     Wiodący drużynę Melta uśmiechnął się, rozpoznając głos.
     – Ejże, Gurto! – odkrzyknął. – To aż tak ci się wzrok skrócił, że starych druhów nie poznajesz?
     – Mój wzrok równie dobry, jak twój słuch. Ale prawo jest i każe przybyszom opowiadać się strażnikom. A prawo, to prawo i trzeba go przestrzegać. – Strażnik wysunął się z cienia z powagą na twarzy, ale po chwili i jego oblicze rozjaśnił uśmiech.
     – Witaj w domu, Melto, włóczęgo jeden.
     Melta zeskoczył z konia i objęli się serdecznie.
     – Czekaliśmy na was. Wieści dostaliśmy – powiedział Gurta.
     Teraz i pozostali strażnicy wyszli z ukrycia. Wszyscy uzbrojeni w łuki i długie sztylety. Witali ze starymi towarzyszami chłopięcych zabaw.
     – Nim zejdziecie w dolinę, chodźcie spocząć chwilę u nas – zaprosił dowódca strażnicy. – Ugościmy was porządnym, starym winem. Dobrze schłodzone w loszku – zachęcał – gardła z kurzu wam przepłucze, a że dzień dzisiaj skwarny to i orzeźwi.
     – Nie odrzucimy przecież zaproszenia – zaśmiał się Melta. – Co, chłopaki?
     Przytaknęli ochoczo, dobrze było zobaczyć starych druhów i pogawędzić chwilę.
     – No to pójdźmy na strażnicę.
     Podróżnicy pozsiadali z koni, które odprowadziło kilku z młodszych wojaków. W jednym z nich Melta rozpoznał Gedora, brata Yave.
     Miał wielką ochotę zagadnąć go, a właściwie wypytać o wszystko w szczegółach. Raz nawet ich spojrzenia się spotkały, ale wtedy wyraz oczu i zaciśnięte gniewnie usta chłopaka, sprawiły, że Melta stracił ochotę na przyjacielską pogawędkę. Cóż, siostra raczej nie miała powodów przedstawiać uwodziciela w korzystnym dla niego świetle. Licho wie, co dziewczyna tak naprawdę naopowiadała bratu.
     Po raz kolejny poczuł złość, że nie dano mu szansy, by mógł chronić swój honor. Zirytowany i bezradny zgrzytnął zębami i poszedł za Gurtą i resztą. Na posterunku zostali tylko wyznaczeni obserwatorzy.

19.09.2014

Yave cz.21

Kochani, to jeden z najstarszych fragmentów, w którym teraz poprawiałam akcję, dialogi itd. Przeglądałam go wiele razy, ale niewykluczone, że jakieś nieścisłości mi umknęły, więc gdyby kolnęło kogoś w oczy coś poważniejszego niż literówka, jakaś niespójność fabularna na przykład, albo jakieś pomieszanie w dialogach będę wdzięczna za wskazanie.

Nom, powoli, powoli się klaruje sytuacja, już bliżej niż dalej... Nic więcej nie mówię, poczytajcie sobie :)



     Rok czwarty... Diorida... początek lata...

     Diorida zmieniła się. Zdawało się im, że miasto spuchło przez zimę i napęczniało. Ludzi wyraźnie przybyło. Rozpoznać można było nie tylko rodzimych Aurów. W mieście byli Barthowie z południa, nie brakowało też osobliwie odzianych mieszkańców wschodu. Diorida choć wciąż niewielka, zmieniała się i rosła. Wyrastały nowe domy, ulice, kupieckie składy i gospody. Ruszyła też budowa nowych murów, bo stare choć niedokończone już stały się za ciasne. Wątpliwym zdawało się, czy mieszkańcy zdążą ukończyć nowe nim miasto znów z nich „wyrośnie”. Brzegi rzeki, niegdyś zwanej Graniczną, opływającej miasto od południa spinał teraz szeroki, kamienny most. Dar Hengoda, króla Barthii. Materiałów do jego budowy dostarczyli sami Aurowie, ale Hengod przysłał kamieniarzy, budowniczych, konstruktorów i pokrył koszty ich pracy.
     Wytyczono nowy szlak handlowy wiodący przez kraj Aurów ze wschodu na zachód.

     W mieście roiło się od wojów należących do przybocznych, rycerskich drużyn. Rycerstwa bowiem też trochę stanęło po gospodach w mieście. Wezwani przez króla, który miał nadać im tytuły i włości na rubieżach. Oddając się miejskim uciechom oczekiwali wezwania na zamek na uroczystość, która miała się odbyć w najbliższych dniach. Tymczasem Rokka, kapitan Gwardii Królewskiej odpowiedzialny za zakwaterowanie możnych i ich ludzi, dwoił się i troił, żeby wszystko przebiegało sprawnie i bez burd. Prostych żołnierzy lokowano w koszarach Gwardzistów. Lordów i przyszłych lordów kwaterowano w mieście, w gospodach i wynajętych mieszkaniach. Melta moczył się właśnie w gorącej kąpieli, zmywając kurz i brud długiej podróży, gdy przybył królewski goniec z poleceniem, by jak najszybciej stawił się przed królem.

15.09.2014

Kontredans cz.1

Lojalnie uprzedzam, że wszystkie fakty, lokacje, akcje i sytuacje są mocno naciągane dla mojej koncepcji tego tekstu, dlatego może on wywołać ostrą niestrawność u poszukiwaczy zgodności z realiami i ogólnie dziury w całym... Najprawdopodobniej nie będzie się tu zgadzać nic, z niczym.

Traktuję ten wpis jako rodzaj zapowiedzi, "okładka" do niego już od jakiegoś czasu "wisi" w "Galerii", ale jakoś tak nie mogłam się pozbierać żeby zacząć go ogarniać.
Dla wyjaśnienia dodam tylko, że zasadniczo cała historyjka powstała pod te pojawiające się w tekście wstaweczki kursywą. Mam nadzieję, że moje wisielcze poczucie humoru przypadnie do gustu, choć części z Was :)




     Dzień pierwszy – niedzielne popołudnie

     Londyn, wielkie miasto... metropolia... Big Ben, pałac Windsor i takie tam... Wiadomo...
     Cóż, z perspektywy lotniska nie rzucił Karoliny na kolana, ba z perspektywy niewielkiego hoteliku, w którym miała rezerwację, musiała przyznać, że też nie rzucił. Jednakże pewnym pocieszeniem był fakt, że po pierwsze znajdował się niedaleko centrum, po drugie zlokalizowany był w zacisznym zaułku, gdzie nie było zbyt wielkiego ruchu, a miejski zgiełk docierał w dość ograniczonym zakresie. Należało właściwie uznać za cud, że w tak przystępnej cenie udało się dokonać rezerwacji w tak dobrym punkcie. Miała stąd rzut beretem do starszej, zabytkowej części miasta, zakwaterowanie było więc idealne dla popołudniowych spacerów poznawczych.

     Pierwszy raz w zagranicznej podróży, w dodatku sama jak przysłowiowy palec, czuła się obco i nieswojo. Do hotelu dotarła jednak bez większych przeszkód, bo z lotniska wzięła taksówkę.
     Nie cierpiała taksówek, ale to było znacznie prostsze niż rozwikłanie zawiłości planów miejskiej komunikacji. Przekonała się przy okazji, że jej angielski nie jest tak doskonały, jak to się wydawało w Polsce. Rozumiała bez problemów, o ile tylko nie mówiono do niej zbyt szybko, za to Brytyjczykom jej angielszczyzna musiała zdawać się toporna.
     Niepoprawna optymistka ani myślała się tym przejmować. Grunt, że była w stanie w miarę płynnie się porozumieć. Akcent? Phi, drobiazg, jeśli jej plany się powiodą i zostanie tu na dłużej, będzie dość czasu, by popracować nad akcentem. Ostatecznie nie przyjechała tu deklamować monologów tylko grać.

13.09.2014

Epitafium

Taki przerywnik... odpowiedni do nastroju, który mnie dopadł i trzyma...



Nie potrafię dziś odszukać
Zagubionych chwil radosnych.
Próżno dziś do serca stukasz,
Nie odnajdziesz tam już wiosny.

Wiem, że pragniesz, że się boisz,
Lecz życzliwy wygasł ogień.
Nie potrafię Cię ukoić,
Nie chcę śnić już snów przy Tobie.

Nie da się wydobyć ciepła
Z kryształowej tafli lodu,
Pod nią tylko pustka piekła,
Nie ma czym rozproszyć chłodu.

Dzisiaj tylko mam dla Ciebie
Żal troskliwy i rozterkę.
Nie rozpędzę chmur na niebie,
Sercu Twemu słota, zimna poniewierka...




Pewnie jutro będzie lepiej :) Na poważny wpis, tzn. taki z konkretnym, choć nie koniecznie poważnym tekstem, zapraszam w poniedziałek :). W samo południe...

PS.(14.09.2014)
Kochane Dziewczyny, martwicie się tak bardzo, że postanowiłam się odrobinę wytłumaczyć...
Wierszyk to efekt jakiejś frustracji sprzed piętnastu lat z okładem, a może i jeszcze starszej. Nie dodaję dat do publikacji, bo daty uważam są tylko dla mnie. Stąd wrażenie, że to świeżak. Jednak od lat nie napisałam żadnego wiersza, jakoś tak wyparowała poezja ze mnie, może jeszcze kiedyś wróci, ale póki co utknęłam w zabawach prozą.
Podsumowując, choć Wasza życzliwość mile łechce, to naprawdę nie ma się czym przejmować. Dzisiaj jest niedziela i jest pięknie, a wczoraj miałam jakiś ponury dzień, nawet nie zły, bo bywały gorsze ;). Każdemu się zdarza, ale ja, na moje szczęście, nie jestem depresjonikiem. Czasem tylko dopadnie mnie kiepski nastrój i to wszystko :).

Wszystkim życzę pięknego dnia, a chętnych i ciekawych zapraszam jutro w południe na kawałek...
czegoś ;). 

11.09.2014

Yave cz.20

A życie płynie sobie swym, utartym torem, zaczyna się i kończy niezależnie od nas i naszych pragnień, czy marzeń... Tak to już jest...
Ostatnio nie byłam odpowiednio nastrojona do szwendania się po sieci, a przy tym, wzięłam do serca radę Moniki - odciąć się od internetów :). Oczywiście nie na amen, ale ograniczenie zaowocowało przygotowaniem kilku wpisów na zaś. Konkretnie dwóch, trzeci się robi... Ustawione, czekają tylko, by wskoczyć :)


     Rok czwarty... wiosna...

     Nammas...
     Kolejna wiosna nieśmiało, lecz konsekwentnie obejmowała w posiadanie dolinę. Lód na jeziorze zaczął topnieć, a spod coraz cieńszej warstwy śniegu śmiało wystrzeliły pierwsze przebiśniegi. Z każdym dniem cieplejsze powietrze, niosło coraz głośniejszy i gwałtowniejszy świergot, uganiających się po bezlistnych jeszcze krzakach, wróbli.
     Zimowe ptactwo odleciało już na północ, za to w lesie aktywniejsze stały się dzięcioły. Uporczywe stukanie, poszukujących pożywienia ptaków, raz po raz dawało się słyszeć w dali, podobnie jak wrzaski, poszukujących partnerów, sójek. Śnieżne czapy wciąż zalegały w zacienionych wąwozach i pod skalnymi nawisami. Także powyżej wsi, w górach, śniegi topniały znacznie wolniej. Jednak życie niepowstrzymanie, każdego dnia, budząc się z hibernacji, coraz silniej akcentowało koniec zimy.

     Do Nammas znów dotarły królewskie listy i Arut, zamyślony, po raz kolejny przebiegał wzrokiem pismo.

     Botta pisał: „Północ, póki bezludna, bezpieczna nie będzie. Sześć zamków pobudowaliśmy. Każdy z nich pieczę ma nad przyległościami, które zarazem włości lordowskie stanowią. Wasali swoich na nich, z tytułami i prawem dziedziczenia, chcę osadzić. Wybrałem i Twojego Meltę, przyjacielu. Tytuł już mu nadałem, ale na ziemi osadzę, jeśli Ty dasz zgodę, bo to Twój jedyny syn i nie chcę Ci go bezdusznie odebrać. Sam Melta, na moje wezwanie, ze swymi ludźmi stanie w Dioridzie przed latem. Proszę więc, tym pismem, byś mi jak najszybciej dał odpowiedź. Jeśli się zgadzasz, by Twój syn porzucił ostatecznie Nammas, ludzi, którzy są przy nim, a mają rodziny, na lato poślę do domów, by żony, dzieci i dobytek mogli zabrać. Wszyscy oni bowiem przy Melcie, jako jemu poddani, w jego nowych włościach zostaną.”

07.09.2014

We wrześniu i dalej...

     Odrobina planów... Przede wszystkim dokończymy Yave, bo wiadomo, co za dużo to niezdrowo i nie chciałabym, żeby się nam zbyt długo wlokąca się opowieść przejadła.

     Poza tym, we wrześniu przypadają moje urodziny, oczywiście 35 (od lat :P), a ja mam gotowe dwa teksty, pisane do antologii tematycznej "Deszczowe sny". A skoro mam, zrobię sobie i Wam prezent urodzinowy i oba we wrześniu ukażą się światu. Nie są długie, ale takie... Sami zobaczycie ;). Dzisiaj pokażę jedynie obrazki, bo oczywiście i one już są :). I tak:


"Sen o deszczu"...
...już wkrótce...
















"W strugach deszczu"
...już wkrótce...



















     Wiem, jakoś nieszczególną się wykazałam kreatywnością, przy tytułach, za to same teksty są od siebie zupełnie różne... Mam nadzieję, że odrobinę zaostrzyłam ciekawość ;).

     Jeszcze mała zapowiedź... Liczę na to, że jak zobowiążę się przed publiką, będzie to dla mnie mobilizacja, do ogarnięcia i przygotowania tego w planowanym terminie. Mianowicie, w przygotowaniu mam jeszcze jedno opowiadanie będące swego rodzaju eksperymentem, bo to trochę jakby nie moje klimaty. Nie mniej koncepcja na całość jest i spory kawał tego już jest. I nawet "okładka też już jest...


"15 godzin..."
...to tytuł roboczy, ale jakoś tak jest, że u mnie jak się już coś do tekstu przylepi to zwykle tak zostaje. Dlatego szczerze wątpię, w możliwość wystąpienia wersji finalnej pod inną nazwą...















   
     Ten ostatni, chcę przygotować na urodziny, tym razem bloga, które wypadają w listopadzie, a dokładnie 10 listopada, kiedy to wrzuciłam tu pierwszą część "Grina".
     "15 godzin..." na pewno będzie dłuższym tekstem niż te wcześniej wspomniane, jak długim, nie potrafię w tej chwili nawet w przybliżeniu powiedzieć

     Po zakończeniu "Yave" zabiorę się też za uporządkowanie kolejnej historii z cyklu "Dzikie łabędzie". Jak już wspominałam jest ich kilka i wszystkie wymagają kompleksowego "liftingu". Ale powolutku odkurzymy sobie wszystkie :)

04.09.2014

Yave cz.19

Zakładam, że wszyscy są w temacie i wiedzą, o co chodzi dlatego wstępu dzisiaj nie będzie. Gdyby jednak ktoś wpadł znienacka i czuł się nie wtajemniczony, w indeksie są podlinkowane wszystkie dotąd opublikowane części "Yave". Można też skorzystać z etykietek.


   
 – Pozwolisz wejść, Yave? – spytał, gdy nie otrzymał żadnej odpowiedzi na słowa powitania.
     – O... oczywiście – wybąkała, odzyskawszy głos. – Wejdźcie, proszę...
     Gość wkroczył do środka pewnym krokiem. Zbliżył się do stołu i postawił na nim duży, wyraźnie ciężki kosz.
     – Moja żona przysyła to dla ciebie.
     Yave pomyślała tylko, że przy całej życzliwości, jaką zawsze okazywała jej Illith, z tym można było posłać sługę. Z całą pewnością, nie podarunki były powodem tej niespodziewanej wizyty i zachodziła w głowę, próbując dociec prawdziwej jej przyczyny.
     – Pani Illith, jak zawsze łaskawa dla mnie wielce – powiedziała ostrożnie i dygnęła w podziękowaniu. – Przekażcie, panie, ode mnie wdzięczne słowa swej małżonce. Zechciejcie usiąść. – Wskazała miejsce za stołem.

     Arut rozgościł się chętnie, dyskretnie rozglądając dookoła.
     W izbie panował idealny porządek i było nieskazitelnie czysto. Cynowe i miedziane naczynia lśniły niczym lusterka, podłoga zamieciona, stół wyszorowany do białości, a w maleńkich okienkach zawieszono ręcznie robione, koronkowe firaneczki.

     – Widzę, że radzisz sobie doskonale, moja droga.
     – Mój brat zagląda tu często i pomaga mi. Czasem przychodzi też matka. Zechcesz napić się piwa, naczelniku? Wczoraj Gedor przywiózł świeże.
     – Z przyjemnością – uśmiechnął się pod wąsem – dzień dzisiaj ciepły, piwo dobre będzie na ochłodę.
     Mężczyzna spojrzał na chłopczyka.

02.09.2014

Yave cz.18

Poprzednim wpisem zakończyliśmy dygresyjne wędrówki, , przynajmniej na razie. Acz, do Dioridy jeszcze pewnie zajrzymy w swoim czasie. Teraz zaś pora wrócić do starego, poczciwego Nammas i rzucić okiem na to, co tam się dzieje... A dzieje się...

poprzedni fragment



     Rok trzeci... Nammas... jesień...

    Ired rósł ku radości swojej matki. Wiosną skończył rok i nauczył się chodzić. Nie można było ani na chwilę spuścić go z oka. Zrobił się też bardzo gadatliwy, choć prawdę mówiąc, nikt poza Yave nie potrafił go zrozumieć, a niekiedy zdarzało się, że i ona miała z tym problem.

     W Nammas mijało lato. Miało się już ku końcowi, gdy niespodziewanie pojawił się w dolinie wielki niedźwiedź-samotnik. Dobierał się do stad. Zabił kilkanaście owiec i kilka koni. Pustoszył barcie i rozszarpał dwóch bartników. Nie bał się ludzi i był tak zuchwały, że kilka razy ważył się zapuścić nawet w pobliże zagród, w poszukiwaniu łatwego łupu.
     Mowy nie było, by kobiety, czy dzieci mogły bezpiecznie po lasach zbierać jagody, grzyby, czy chrust na zimę. Koniecznym stało się pozbycie szkodnika.

        Zebrało się więc kilku myśliwców i poszli zapolować na zwierza.
     Udało im się go wytropić i osaczyć w jednym z wąwozów, lecz nim ubili, poważnie poturbował trzech z nich. Nieszczęście chciało, iż znalazł się pośród tyże, Uker, mąż Yave. Nieszczęście tym większe, że jego rany okazały się najpoważniejsze.
     Mężczyzna zmarł z upływu krwi, nim rannych dowieziono do osady i sprowadzono pomoc.

     Pochowano Ukera z szacunkiem i honorami należnymi szlachetnemu człowiekowi.
     Zdruzgotana Yave znów została sama. Po pogrzebie męża przebywała w domu swej matki. Nie płakała, siedziała tylko, z tępo wbitym przed siebie wzrokiem, nie odzywając się do nikogo. Zostawiono ją w spokoju, dając czas, by otrząsnęła się po tragedii.

30.08.2014

Yave cz.17

Zgodnie z obietnicą...
Dzisiaj wybierzemy się do Dioridy i przedstawię Wam Bottę, króla Aurów. W tej akurat części "Dzikich łabędzi" Botta niewielki ma wpływ na wydarzenia, nie mniej jest wodzem, któremu podlega Melta i przyjacielem jego ojca, dlatego sądzę, że odrobinę możemy się tej postaci przyjrzeć. Będzie okazja poznać go lepiej, gdy skończymy z Yave, ponieważ Botta ma swój własny epizod w DŁ.


Rok trzeci... Diorida... lato...

     Diorida, choć w porównaniu z wielkimi starymi miastami Barthii była maleńkim grodem, przybywającej do niej z pomniejszych miejscowości młodzieży, zdawała się ogromną metropolią.
     Nammas i tego roku posłało w doliny niewielki oddzialik rekrutów. Większość członków tej grupki nigdy dotąd nie opuszczała Nammas i teraz z dreszczykiem zaciekawienia oglądali pierwszy raz w życiu miasto. Jak sięgała ich młoda pamięć, wielkim zdawał im się królewski dwór w rodzinnej wsi. Teraz w zdumieniu rozdziawiali gęby, podziwiając ogrom dioridzkiego zamku, w całości budowanego z kamienia, z wieżycami i zwodzonym mostem przerzuconym nad głęboką fosą.
     Tylko cześć grodu otoczona była murami. Diorida była nowym miastem i murów wciąż jeszcze nie ukończono. Tu na południu kraj był spokojny i bezpieczny, nie było więc pośpiechu.

     Na zamkowym dziedzińcu Botta, władca kraju Aurów lustrował nowo przybyłych kandydatów na królewskich Gwardzistów.
     – Arut dzieciaków mi tu przysłał. Mężczyzn widać do innej niż wojaczka roboty w domach zatrzymał – roześmiał się Botta, wodząc spojrzeniem po prężących się na baczność młodzikach.
     – Pół roku i wyjdą na ludzi.
     – Ba, pod twoją ręką Rokko, na pewno. Bierz ich i nie rozczulaj się. Potrzeba nam ludzi sprawnych i dobrze...

29.08.2014

Yave cz.16

Wracam do kontynuacji Yave.
Dzisiaj krótki flesz z północy... Ostatecznie zrezygnowałam z obszernego rozwijania tego wątku i tylko tak pobieżnie rzucimy okiem, jak tam się ludziom wiedzie. Co za tym idzie, dzisiejszy wpis będzie stosunkowo krótki. Ale grunt to wreszcie ruszyć z miejsca, potem już powinno polecieć z górki ;)

poprzedni fragment

     Rok trzeci... północ, pogranicze... zima...

     Ku utrapieniu wszystkich ochraniających północną granicę oddziałów, tego roku mrozy ścięły ziemię wcześniej niż zwykle. Zima zawsze była tu najgorszym okresem do przetrwania i to bynajmniej nie z powodu chłodów i śnieżyc.
     Wiosną, latem i jesienią północ chroniły bagna ciągnące się wiele mil wzdłuż granicy. Mrozy ścinały moczary, tym samym otwierając kraj i narażając na niebezpieczeństwo ze strony dzikich północnych plemion. Trzęsawiska stanowiły naturalną przeszkodę, której nie próbowali forsować w cieplejszych porach roku, za to zimą...

     Jeszcze nim spadł pierwszy śnieg w hrabstwie, za bezpieczeństwo którego odpowiadał Melta, agresywne bandy zrównały z ziemią, najdalej wysuniętą na północ osadę drwali. Jak zawsze, przy życiu nie zostawili nikogo. Rabowali jedynie przedmioty: broń, narzędzia, żywność. Ludzie byli dla Urtów zbędnym balastem. Żywego inwentarza brali tylko tyle żeby nie cierpieć głodu w drodze powrotnej, resztę wyrzynali, podobnie jak ludzi. Cechowało napastników brutalne i bezwzględne okrucieństwo. Do niewoli nie brali nikogo ani młodych, ani starych, ani kobiet, ani mężczyzn. Zupełnie jakby ich celem była eksterminacja wszystkich poza własną nacją. Nie używali koni. Paradoksalnie dawało im to przewagę w trudnym terenie.

     – Pochowajcie ich – polecił, wskazując wzrokiem na długi rząd trupów, które zebrali spośród zgliszcz niewielkiej wioski.

25.08.2014

Jesienny nokturn cz.10

Wymęczyłam, to zapodaję :)
Pewnie niejednego przecinka brakuje i niejedną literówkę przeoczyłam. Więc jak ktoś jest taki wrażliwy, że dostaje palpitacji i zeza na widok tego rodzaju bzdetów, niech sobie oszczędzi katuszy i nie czyta. Nadwrażliwych na dużą ilość cukru i lukru, też lojalnie przestrzegam... Jest dużo lukru i cukru.


– Dzwoniłam do Krymanowa i... – przerwała na moment i popatrzyła na twarze obu przyjaciół.
Obserwowali ją w napięciu, nie próbowali przerywać, cierpliwie czekając co ma do powiedzenia. Podjęła:
– Dzwoniłam do Krymanowa – powtórzyła – i mam zamiar tam jechać.
– Rozmawiałaś z Davidem? – spytał Maciek, wypuszczając powietrze z płuc.
– Nnno... nie z nim, z Jonaszem. Ale wiem, że David spędzi tam z córką święta i...
– Czyli, biedny chłopak nadal nic nie wie?
– No, nie wie... – Ada zaczerwieniła się skonsternowana. – Ale...
– Ale z ciebie to jest po prostu mega tchórz – podsumował zdegustowany.
– Daj jej spokój. – Ujął się za dziewczyną Łukasz, ogarniając ją ramieniem. – Jesteś pewna, że chcesz tam jechać? I że to dobry pomysł? Właśnie teraz.
– Tak. To dobry pomysł i dobry czas. Lepszego już nie będzie. A ja... ja... Powinien wiedzieć. Co zrobi z tą wiedzą, to już jego rzecz. Ale ja nie będę w porządku, jeśli mu nie powiem...
– No, ba... – mruknął Maciej, dopił swoje wino i odstawił kieliszek.
Ada znów się zaczerwieniła i wbiła wzrok w kubek.
– Podobno cały czas mnie szuka...
Maciek odstawił kieliszek...
– A nie... – zaczął, ale Łukasz zmroził go wzrokiem. – Dobra, już milczę. – Uniósł ręce.
– Nie wiem, czy będzie chciał ze mną gadać, ale chcę się z nim zobaczyć i powiedzieć co mam do powiedzenia. A potem... potem zobaczymy.

22.08.2014

Jesienny nokturn cz.9

Notes szczęśliwie dotarł, za co należą się podziękowania Poczcie Polskiej, za sprawne funkcjonowanie i naszej Pani Listonoszce :).
Wakacje powoli dobiegają końca, ale ponieważ ciągle jeszcze trwają, a od ostatniego fragmentu upłynęło trochę czasu, wpis nie ramówkowy (w samo południe), lecz znienacka. Sądzę jednak, że nikt się o to nie obruszy ;).

poprzedni fragment


„Potwierdziłem informację i wiemy na pewno, że twoja dziewczyna jest w Warszawie. Kontaktowała się z Turczykiem. Przekazał, albo raczej wydusiłem z niego, że ma się dobrze nie mamy powodu do niepokoju. Jest zdrowa, pracuje w jakiejś stołówce i mieszka u przyjaciół. Niestety nie znam dokładnych adresów. Turczyk albo nie wiedział, albo nie chciał tego powiedzieć.”

Jest w Warszawie… Jest w Warszawie… Słowa z uporem tłukły się pod czaszką, sprawiając, że niepokój i irytacja narastały.
Do jasnej cholery! Przecież Warszawa, to nie Nowy Jork! Ani nawet nie Londyn! Ileż czasu można szukać jednej, bezradnej dziewczyny w tym mieście?
Upływający czas nieuchronnie sprawiał, że wcześniejsza irytacja i niepokój z wolna przeradzały się w przygnębiające zwątpienie. David zaczynał zastanawiać się nad tym, czy jednak Artur nie ma racji i czy nie powinien pozostawić spraw własnemu biegowi. A najlepiej po prostu zapomnieć.
Jednakże, by zapomnieć musiałby sprzedać Krymanów, a tego przecież nie chciał robić. Z irracjonalnego powodu nie chciał pozbywać się niczego, co przypominało mu o pannie Krymańskiej. Nawet konie zostały, choć naprawdę zupełnie do niczego nie były mu potrzebne.

20.08.2014

Trollowisko...

     Drodzy moi, odkąd zaczęłam się bawić blogami – najpierwszy był ten od świecidełek – byłam zdania, że krytyka, tudzież wskazanie takiego czy innego błędu w komentarzu pod tekstem, w żaden sposób mi nie szkodzi. Nadal jestem tego zdania i nigdy nie usuwałam stąd komentarzy krytycznych, czy wskazujących mi błędy. Do teraz... To znaczy, w dalszym ciągu nie będę takich usuwać, nie mniej stało się, że wczorajszego wieczora poleciały stąd wszyściutkie komenty użytkowniczki Shun Camui.
     Nie zawierały zasadniczo żadnej krytyki, pozostając jedynie wykazem błędów interpunkcyjnych, z którą to interpunkcją radzę sobie w pisaniu najsłabiej i mam tego pełną świadomość. Poza tym były wręcz ociekająco lukrem ugrzecznione.
     Dlaczego zatem spotkał je los marny?
     Otóż...