30.10.2014
Na wysokim niebie
Przeczytałam dzisiaj książkę… Tak, to nie jest żadna pomyłka. Dzisiaj.
Wzięłam ją do ręki rankiem i szczęśliwym zbiegiem okoliczności, nie mając dziś nic innego do roboty, przepłynęłam przez nią.
Samą mnie ta płynność i to "porwanie" zaskoczyło.
Książkę podesłała mi wraz kilkoma innymi pozycjami przyjaciółka. Taki zestaw „wakacyjny lajtów”, jak to sobie nazywałyśmy, dostałam, ale ta ostatnia pozycja… Cóż, ja jestem z natury swojej oporna jeśli chodzi o lekturę zmuszającą czytelnika do zadumy i refleksji. Że taką właśnie będzie ta książka wiedziałam już po przeczytaniu pierwszej strony, więc odłożyłam. Na później. I choć pozostałe zostały „połknięte” błyskawicznie, ta leżała, leżała i czekała. Na swoją chwilę i na chwilę mojej słabości.
Niezwykle rzadko sięgam po lekturę z rodzaju tych zmuszających mózgownicę do pracy. Tak już mam, że znacznie więcej przeczytałam rzeczy łatwych, dla frajdy niż trudniejszych, dla sponiewierania. Książki są dla mnie głównie źródłem rozrywki, inspiracji dla wyobraźni, sposobem na oderwanie się od codzienności. Tymczasem ta lektura, o codzienności właśnie, o szarości mijających dni, skradła moje serce. Pozwala spojrzeć na wszystko, co nas otacza, na to co już mamy za sobą i co jeszcze może się w życiu przydarzyć, z niezwykłej perspektywy.
Sponiewierała mnie, ale w takim pozytywnym wydźwięku tego słowa. Mimo niełatwych problemów, o których w niej mowa, choć może banalnych, bo nie są wcale jakieś szczególnie wydumane, ot taka rzeczywistość, która dzieje się tuż obok każdego dnia, tak bardzo, że przestaliśmy zwracać na nią uwagę. Zatem mimo tych wspomnianych treści, tchnie ciepłem, nadzieją i prawdą.
23.10.2014
Kontredans cz.3
Tak już mam, że jak skończę coś dłuższego, to muszę zrobić sobie przerwę. Mam nadzieję i czuję w kościach, że powoli posucha dobiega jednak końca, więc dzisiaj wpis ;). Generalnie, ponieważ troszkę mam teraz mniej czasu na pisanie "dla bloga", postanowiłam odejść od schematu, jaki sobie ustaliłam, czyli "wpis w samo południe". Posty i kontynuacje, które będę publikować, będę po prostu wrzucać kiedy będę je mieć gotowe i znajdę chwilę zrobienie wpisu.
Tak więc "nie znacie dnia, ani godziny", ale i ja ich nie znam :).
Tak więc "nie znacie dnia, ani godziny", ale i ja ich nie znam :).
Jest paszport! Jest paszport! Stres rozpłynął się niczym
poranna mgiełka nad letnią łąką i dziewczyna poczuła w końcu, jak bardzo intensywne
było dzisiejsze przedpołudnie. Czuła się ogromnie zmęczona, odurzona środkami
przeciwbólowymi, ospała. Stanowczo potrzebowała odpocząć. Miała się pakować.
W
kącie, bezużyteczna wiolonczela leżała smętnie na boku.
Pieszczotliwie
pogładziła instrument. Szkoda, westchnęła, dziwiąc się samej sobie, że tak bez
emocji jest w stanie podejść do faktu, że oto wizja na niezwykłą zawodową
przygodę, być może na lepsze życie, rozwiała się, najprawdopodobniej bezpowrotnie.
Ech,
pewnie dlatego, że te zastrzyki, prochy i takie tam... Później się spakuję,
postanowiła. Wykonała jeszcze tylko telefon, by zaplanowany na przyszłą
niedzielę lot, przebukować na jutro, na wtorek. Muszę się zdrzemnąć, po prostu
muszę.
Wyciągnęła
się na łóżku, naciągając na głowę koc. Oczy same się zamykały. Nie ruszy mnie
teraz nawet armia Hunów, pomyślała. Potem grzecznie wrócę do domu, zaszyję się
u babci do końca wakacji i będę sobie tam w ciszy i spokoju lizać rany i kontemplować
życiową porażkę, a potem... Może jakimś cudem uda się załapać do filharmonii,
albo do opery. Zawsze też pozostaje posada nauczycielki gry na instrumencie,
albo śpiewu w podstawówce, albo rytmiki w przedszkolu, a w ostateczności,
zajęcie dobrej miejscówki na Floriańskiej i zbiórka datków do futerału. Co za życie...
Pogrążona
w ponurych myślach zapadła w drzemkę.
16.10.2014
Grin - audiobook
Mam dziś niekłamaną
przyjemność przedstawić Wam wersję audio opowiadania, które dało początek temu
blogowi.
"Grin"
zdobył dla mnie jedno z wyróżnień w konkursie literackim organizowanym przez
portal extrastoy.pl, lądując w pierwszej dziesiątce nagrodzonych wtedy tekstów,
na pozycji ósmej. Nagrodą za zajęcie tego miejsca było właśnie wykonanie nagrania.
Troszkę to trwało, ale
osobiście uważam, że warto było czekać, bo efekt jest powalający. Mam pełną
świadomość, że to nie tyle zasługa samego tekstu, ale głównie lektora, który
jest po prostu genialny w tym co robi i któremu serdecznie niniejszym
dziękuję. Terminowo
publikacja audio prawie zbiega się w czasie z urodzinami bloga. Jest więc dla
mnie czymś w rodzaju miłego prezentu przedurodzinowego ;).
Nagrana została konkursowa
wersja „Grina”, ta najstarsza, najmniej doskonała. Jednak fantastyczne
wykonanie naszego lektora, moim (pewnie nieobiektywnym zdaniem, ale co tam)
rekompensuje wszelkie braki. Gorąco zachęcam do wysłuchania, bo jestem pewna,
że się spodoba :).
Zachęcam też do
zapoznania się z audiobookami innych naszych Autorów. Nagrania są dostępne na
naszym, „esowym” kanale YouTube: TUTAJ
9.10.2014
Yave cz.24 (18+) - zakończenie
Jak zapewne zauważyliście, zepsułam sobie obrazki na blogu. Coś tam już w tej sprawie podziałałam i być może łaskawie zechcą wrócić same. Gdyby jednak nie zechciały, przytargam je tu ręcznie i przemocą, ale zajmie to pewnie trochę czasu. To tak od strony techniczej...
A od strony merytorycznej, bo to wszak blog literacki (:D) Dziś żegnamy się z Yave. To znaczy, że dziś wpis ostatni z należącego do niej epizodu "Dzikich łabędzi". Choć znam takich, co by polemizowali, twierdząc, że tak po prawdzie "Yave" należy do Melty a nie do Yave. Ale to tylko takie tam dywagacje na temat... Tak czy siak, pora się z nimi rozstać. Zapraszam zatem na nieco może przydługie pożegnanie, ale uznałam, że dzielenie tego niczemu, by się nie przysłużyło. Ci, którzy są wrażliwi i łatwo się wzruszają niech zaopatrzą się w chusteczki ;).
poprzedni fragment
Nadal spał twardo. Muskularna pierś unosiła się i opadała
jednostajnie, z każdym, głębokim oddechem. Sen wygładził rysy i na obliczu
malował się błogi spokój, a nawet lekki uśmiech błąkał się na ustach.
Odwróciła wzrok i wycofała się równie cicho, jak tu weszła.
Prócz tego, że śpiący człowiek zawsze wygląda jakoś tak niewinnie i bezbronnie,
nie ulegało wątpliwości, że jemu ta noc przyniosła mnóstwo zadowolenia. A ona?
Przyjechał tu w środku nocy... Rozgniewany... I zażądał
prawdy. Powiedziała mu, bo przyparł ją do muru, nie pozostawiając wyboru. Potem
wziął ją, nie dopuszczając oporu i sprzeciwu. Tak, jak kiedyś... Lecz czy
istotnie przyjechał tu dla niej? Czy raczej tylko dlatego, że chciał swego
syna? Zna już prawdę, co zrobi teraz, kiedy się obudzi?
Potrząsnęła głową, próbując odgonić niepewność i lęk. Ale
choć ręce mogła zająć pracą, jakąkolwiek, to myśli i tak uparcie biegły swoimi
ścieżkami, nie dopuszczając spokoju. Karmiąc chłopca, przyglądała mu się jakby
chciała na zapas nasycić oczy jego widokiem. Nie potrafiła uwolnić się od lęku,
że być może właśnie utraciła jedyny sens swego życia.
Kiedyś, nagle zniknął z niego Melta, ale wtedy okazało się,
że ma Ireda. Teraz znikną obaj... Ona zostanie sama... Sama... Nawet Ukera już
nie ma, by mogła się ze swoją rozpaczą schronić w jego opiekuńczych ramionach.
Jak wtedy da radę żyć?
Nie da rady... Tego jednego była pewna. Jeśli Melta zabierze
Ireda, nie da rady. Nawet nie będzie próbować, bo nie będzie po co.
Etykiety:
dla dorosłych,
Dzikie łabędzie,
powieść,
Yave
7.10.2014
Już był w ogródku...
Wiem, że Ci, którzy do mnie zaglądają czekają na obiecany finisz Yave, więc dwa słowa, dla tych oczekujących...
Będzie, obiecuję.
Robię właśnie tę końcówkę, ale jak to w życiu bywa, rządzi się ona swoimi własnymi prawami. I jak to opowieści bywa, autor sobie, a bohaterowie i tak robią co chcą. I tak (zgodnie tytułem dzisiejszego wpisu) "już był w ogródku, już witał się z gąską" i tak mnie się zdawało: fine, the end, koniec, amen itp. A tu masz... No po prostu nie mogłam się powstrzymać i wczoraj wieczór siedziałam przy klawiaturze chichocząc się jakby mi nie tylko piątej, ale jeszcze kilku klepek brakło.
Zrobiłam, co zrobiłam, czy raczej napisałam i jestem zadowolona, ale w konsekwencji muszę jeszcze dostrugać coś a'la epilog, choć właściwego epilogu raczej tu nie przewiduję. Nie mniej pewne sprawy trzeba będzie załatwić do końca ;).
Wydawało by się, że można sobie wszystko zaplanować i potem wystarczy punkt po punkcie realizować wcześniejszy plan. Mnie, szczerze mówiąc, rzadko kiedy się tak udaje. Popatrzycie tylko na tę nieszczęsną Yave... Miałam tę historię zakończyć zupełnie inaczej, ale w trakcie wyszło, jak wyszło. Ostatecznie powściągnęłam trochę swoich morderczych zapędów i wszyscy pacjenci żyją. Tak, tyle mogę zdradzić. Ale nie mogłam sobie odmówić maluśkiej zadymy, dlatego końcówka będzie w takim właśnie stylu:
Będzie, obiecuję.
Robię właśnie tę końcówkę, ale jak to w życiu bywa, rządzi się ona swoimi własnymi prawami. I jak to opowieści bywa, autor sobie, a bohaterowie i tak robią co chcą. I tak (zgodnie tytułem dzisiejszego wpisu) "już był w ogródku, już witał się z gąską" i tak mnie się zdawało: fine, the end, koniec, amen itp. A tu masz... No po prostu nie mogłam się powstrzymać i wczoraj wieczór siedziałam przy klawiaturze chichocząc się jakby mi nie tylko piątej, ale jeszcze kilku klepek brakło.
Zrobiłam, co zrobiłam, czy raczej napisałam i jestem zadowolona, ale w konsekwencji muszę jeszcze dostrugać coś a'la epilog, choć właściwego epilogu raczej tu nie przewiduję. Nie mniej pewne sprawy trzeba będzie załatwić do końca ;).
Wydawało by się, że można sobie wszystko zaplanować i potem wystarczy punkt po punkcie realizować wcześniejszy plan. Mnie, szczerze mówiąc, rzadko kiedy się tak udaje. Popatrzycie tylko na tę nieszczęsną Yave... Miałam tę historię zakończyć zupełnie inaczej, ale w trakcie wyszło, jak wyszło. Ostatecznie powściągnęłam trochę swoich morderczych zapędów i wszyscy pacjenci żyją. Tak, tyle mogę zdradzić. Ale nie mogłam sobie odmówić maluśkiej zadymy, dlatego końcówka będzie w takim właśnie stylu:
Po prostu nie mogłam się powstrzymać :D. A teraz już biorę się do roboty, byście nie musieli czekać zbyt długo :).
2.10.2014
Kontredans cz.2
Mojej błędnej wycieczki po Londynie, kolejny kawałek.
Oglądam sobie to i owo na mapie, żeby totalnie nie odbiegać od rzeczywistego planu miasta. Niech się chociaż nazwy dzielnic zgadzają. Jakkolwiek ich miejsce w mojej przestrzeni już pewnie nie koniecznie będzie się pokrywać z realem. Choć przyznaję, przemieściłam kilka strategicznych punktów w moim tekście w różnych kierunkach, żeby nie wyszła totalnie obciachowa kaszanka.
I w związku z tym, mam nadzieję, że wyjdzie tylko obciachowa ;)
Ponownie też przestrzegam, przed próbami porównywania MOJEGO Londynu, z tym znajdującym się od setek lat w wiadomym miejscu i z którego to dumni są Anglicy. Generalnie staram się skupić na pewnych aspektach tego tekstu, przy czym zgodność z planem miasta nie jest jednym z nich.
Tu głęboki ukłon w stronę Nikki, która topografię NY opanowała perfekcyjnie. Z jej opowiadaniami w kieszeni można się w NY obejść bez mapy ;). Kto nie wierzy, polecam MyStory.
Ze mnie niestety za duży leń żeby mi się chciało skrupulatnie przerzucić topografię i plan. Po łebkach lecę ;).
Karolka odsunęła
maskę z twarzy:
– Przepraszam, nie jestem Angielką, proszę mówić wolniej.
Lekarka uprzejmie powtórzyła, tym razem powoli, że wypadek
nie wygląda na groźny, ale zabierają ją do szpitala, bo konieczne będzie
założenie kilku szwów i wykonie zdjęcia, celem wykluczenia ewentualnego
złamania.
– Szwy? Złamanie...? – wymamrotała z niedowierzaniem Karolina,
mrugając powiekami.
Drzwi karetki zatrzasnęły się i auto ruszyło. Rany boskie!
Przecież jak założą jej szwy...!
Podniosła do oczu lewą dłoń, na którą nałożono tymczasowy
opatrunek i która bardziej przypominała w tej chwili kukłę z marnego, lalkowego
teatrzyku niż dłoń wiolonczelistki. Spróbowała poruszyć palcami i syknęła.
Lekarka znów coś powiedziała uspokajającym tonem. Mniejsza o szwy... pomyślała
z rozpaczą Karolina. Z nimi, czy bez, było oczywiste, że nie może być mowy o zagraniu
choćby najprostszej gamy, chyba że zatrudni sobie kogoś do przyciskania strun.
Choć w zaistniałej sytuacji marne to pocieszenie, okazało
się że palce nie są połamane. Za to chirurg, zapewniając o swoim
profesjonalizmie, że blizny zostaną niewidoczne, przyozdobił je artystycznie
dwunastoma szwami, po czym z hollywoodzkim uśmiechem na ustach zaprosił za
tydzień na ich zdjęcie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



