Jak zapewne zauważyliście, zepsułam sobie obrazki na blogu. Coś tam już w tej sprawie podziałałam i być może łaskawie zechcą wrócić same. Gdyby jednak nie zechciały, przytargam je tu ręcznie i przemocą, ale zajmie to pewnie trochę czasu. To tak od strony techniczej...
A od strony merytorycznej, bo to wszak blog literacki (:D) Dziś żegnamy się z Yave. To znaczy, że dziś wpis ostatni z należącego do niej epizodu "Dzikich łabędzi". Choć znam takich, co by polemizowali, twierdząc, że tak po prawdzie "Yave" należy do Melty a nie do Yave. Ale to tylko takie tam dywagacje na temat... Tak czy siak, pora się z nimi rozstać. Zapraszam zatem na nieco może przydługie pożegnanie, ale uznałam, że dzielenie tego niczemu, by się nie przysłużyło. Ci, którzy są wrażliwi i łatwo się wzruszają niech zaopatrzą się w chusteczki ;).
poprzedni fragment
Nadal spał twardo. Muskularna pierś unosiła się i opadała
jednostajnie, z każdym, głębokim oddechem. Sen wygładził rysy i na obliczu
malował się błogi spokój, a nawet lekki uśmiech błąkał się na ustach.
Odwróciła wzrok i wycofała się równie cicho, jak tu weszła.
Prócz tego, że śpiący człowiek zawsze wygląda jakoś tak niewinnie i bezbronnie,
nie ulegało wątpliwości, że jemu ta noc przyniosła mnóstwo zadowolenia. A ona?
Przyjechał tu w środku nocy... Rozgniewany... I zażądał
prawdy. Powiedziała mu, bo przyparł ją do muru, nie pozostawiając wyboru. Potem
wziął ją, nie dopuszczając oporu i sprzeciwu. Tak, jak kiedyś... Lecz czy
istotnie przyjechał tu dla niej? Czy raczej tylko dlatego, że chciał swego
syna? Zna już prawdę, co zrobi teraz, kiedy się obudzi?
Potrząsnęła głową, próbując odgonić niepewność i lęk. Ale
choć ręce mogła zająć pracą, jakąkolwiek, to myśli i tak uparcie biegły swoimi
ścieżkami, nie dopuszczając spokoju. Karmiąc chłopca, przyglądała mu się jakby
chciała na zapas nasycić oczy jego widokiem. Nie potrafiła uwolnić się od lęku,
że być może właśnie utraciła jedyny sens swego życia.
Kiedyś, nagle zniknął z niego Melta, ale wtedy okazało się,
że ma Ireda. Teraz znikną obaj... Ona zostanie sama... Sama... Nawet Ukera już
nie ma, by mogła się ze swoją rozpaczą schronić w jego opiekuńczych ramionach.
Jak wtedy da radę żyć?
Nie da rady... Tego jednego była pewna. Jeśli Melta zabierze
Ireda, nie da rady. Nawet nie będzie próbować, bo nie będzie po co.

