WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yave. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yave. Pokaż wszystkie posty

9.10.2014

Yave cz.24 (18+) - zakończenie

Jak zapewne zauważyliście, zepsułam sobie obrazki na blogu. Coś tam już w tej sprawie podziałałam i być może łaskawie zechcą wrócić same. Gdyby jednak nie zechciały, przytargam je tu ręcznie i przemocą, ale zajmie to pewnie trochę czasu. To tak od strony techniczej...

A od strony merytorycznej, bo to wszak blog literacki (:D) Dziś żegnamy się z Yave. To znaczy, że dziś wpis ostatni z należącego do niej epizodu "Dzikich łabędzi". Choć znam takich, co by polemizowali, twierdząc, że tak po prawdzie "Yave" należy do Melty a nie do Yave. Ale to tylko takie tam dywagacje na temat... Tak czy siak, pora się z nimi rozstać. Zapraszam zatem na nieco może przydługie pożegnanie, ale uznałam, że dzielenie tego niczemu, by się nie przysłużyło. Ci, którzy są wrażliwi i łatwo się wzruszają niech zaopatrzą się w chusteczki ;).

poprzedni fragment

     Ubrała pośpiesznie najpierw siebie potem chłopca. Pozbierała rzucone niedbale w kącie rzeczy Melty. Poskładała je starannie i po chwili wahania wraz z butami po cichutku zaniosła wszystko do sąsiedniej izby. Ułożyła ubranie w nogach łóżka. Nie oparła się przy tym prześlizgnąć wzrokiem po ogromnej sylwetce niedbale przyrzuconej kołdrą.
     Nadal spał twardo. Muskularna pierś unosiła się i opadała jednostajnie, z każdym, głębokim oddechem. Sen wygładził rysy i na obliczu malował się błogi spokój, a nawet lekki uśmiech błąkał się na ustach.
     Odwróciła wzrok i wycofała się równie cicho, jak tu weszła. Prócz tego, że śpiący człowiek zawsze wygląda jakoś tak niewinnie i bezbronnie, nie ulegało wątpliwości, że jemu ta noc przyniosła mnóstwo zadowolenia. A ona?
     Przyjechał tu w środku nocy... Rozgniewany... I zażądał prawdy. Powiedziała mu, bo przyparł ją do muru, nie pozostawiając wyboru. Potem wziął ją, nie dopuszczając oporu i sprzeciwu. Tak, jak kiedyś... Lecz czy istotnie przyjechał tu dla niej? Czy raczej tylko dlatego, że chciał swego syna? Zna już prawdę, co zrobi teraz, kiedy się obudzi?
     Potrząsnęła głową, próbując odgonić niepewność i lęk. Ale choć ręce mogła zająć pracą, jakąkolwiek, to myśli i tak uparcie biegły swoimi ścieżkami, nie dopuszczając spokoju. Karmiąc chłopca, przyglądała mu się jakby chciała na zapas nasycić oczy jego widokiem. Nie potrafiła uwolnić się od lęku, że być może właśnie utraciła jedyny sens swego życia.
     Kiedyś, nagle zniknął z niego Melta, ale wtedy okazało się, że ma Ireda. Teraz znikną obaj... Ona zostanie sama... Sama... Nawet Ukera już nie ma, by mogła się ze swoją rozpaczą schronić w jego opiekuńczych ramionach. Jak wtedy da radę żyć?
     Nie da rady... Tego jednego była pewna. Jeśli Melta zabierze Ireda, nie da rady. Nawet nie będzie próbować, bo nie będzie po co.

26.09.2014

Yave cz.23 (18+)

Przechodzimy do strefy lukru, stąd oznaczenie 18+ ;). I zapraszam na kolejny kawałek...


     Odjechał galopem, ale gdy zyskał pewność, że zagroda znikła już z zasięgu wzroku ostro ściągnął wodze koniowi, osadzając go w miejscu tak gwałtownie, że zwierzę przysiadło na zadzie.
     Zeskoczył z siodła i z furią kopnął w darń, potem jakiś wystający korzeń, podniósł szyszkę i cisnął nią w krzaki. Spory kawał drogi powrotnej przeszedł piechotą żeby ochłonąć. Co za uparta, mała... jędza. Znał jej temperament, nie powinien go dziwić jej upór. Ale też zawsze umiał owinąć ją sobie wokół palca. Tymczasem dziś najzwyczajniej w świecie dała mu kosza. A przez chwilę było tak... Tak rozkosznie obejmować ją i czuć ciepło ciała, zapach...

     W domu ojciec już czekał i powitał go tyleż z radością, co i ze skupioną powagą, jakby na sercu leżała mu jakaś troska. Melta, który po drodze zdążył już opanować złość, zdobył się nawet na krzywy uśmiech, chociaż nastrój miał wyjątkowo podły.
     – Cieszę się, widząc cię zdrowego, mój synu. – Arut uściskał serdecznie swego jedynaka. – Wyczekiwaliśmy tutaj ciebie – dodał.
     Jaka szkoda, że tylko wy – pomyślał ponuro młody mężczyzna. Pewien był, że ojciec znał wszystkie interesujące go szczegóły i nie bez przyczyny zażyczył sobie jego obecności w Nammas. Ale koło kręciły się siostry, matka i mnóstwo innych ludzi. Nie było jak wypytywać się o cokolwiek, więc zdusił w sobie palącą ciekawość i rzucił żartem:
     – Ech, sądziłem, że dawno tu już pamięć po mnie zaginęła.
     Uśmiechnął się nawet nieszczerze przy tych słowach, ale oczy ojca pozostały poważne, gdy odpowiedział:
     – Ci, którzy kochają nie zapominają, synu, a jest nas tu takich kilkoro w Nammas. – Gasnący uśmiech na twarzy Melty i pionowa zmarszczka, która przecięła mu czoło, gdy ściągnął brwi na tę odpowiedź, nie uszła uwadze.
     – Ze starymi przyjaciółmi byłeś się witać, jak mniemam? – zapytał podchwytliwie Arut.
     – N... Nie, nie dzisiaj. Lato długie na to będzie dość czasu. Dziś jestem wasz! – Melta rozłożył ręce i wyszczerzył się do dziewczynek, by zmienić temat. Chciał rozmowy z ojcem, ale nie tu i nie teraz. W cztery oczy. Tymczasem siostrzyczki uwiesiły się na nim radośnie.
     – Jeździłeś gdzieś, więc sądziłem... – drążył Arut.
     – Ach, to... – Melta spochmurniał i postawił dzieci na ziemi. Przegarnął ręką włosy. – Była tu kobieta, Yave. Odwiozłem ją tylko, bo z dzieckiem była, a daleko...
Arut z zadumą pokiwał głową i utkwił wzrok w jakimś punkcie w przed sobą.
     – Tak... Yave... Czasem zachodzi do nas, jak jest we wsi. Dobrze, żeś ją odwiózł.

23.09.2014

Yave cz.22

Wiecie jak to jest kiedy, jak to się mówi: "jak nie urok, to  przemarsz wojska"? Albo zdechnięty dysk w kompie? Jak nie wiecie, to się cieszcie, że nie, ja już wiem... Jest strasznie do d***... Ot, co.

Na dziś obiecany fragment, a kiedy reszta, najstarsi górale nie wiedzą, bo muszę zrobić to, co wywołuje we mnie wyjątkowy wstręt, czyli odtworzyć, co już raz miałam napisane. Z drugiej strony chyba powinnam się cieszyć, że większość archiwizowałam na bieżąco i do odtworzenia nie ma tak znów wiele. Nie mniej jednak, sam fakt mnie... (tu proszę sobie wstawić słowo mocno niecenzuralne). Humor poprawiałam sobie, czytając coś nieswojego, co mnie wciągnęło, wessało jak trąba powietrzna, ale o tym innym razem ;)



     Rok czwarty... Nammas... lato...

     Niewielka drużyna Melty wspinała się stromą, górską ścieżką na znajomą przełęcz. Trzy lata temu opuszczali rodzinną osadę chłopcami, nieopierzonymi młodzikami, dziś wracali mężczyźni. I nie wracali wszyscy. Ale serca tych, który spoglądali na znajome góry pełne były radości, nawet jeśli odrobinę tłumił ją smutek z powodu tych, których w tym orszaku dzisiaj brakło.
     Byli już niemal na szczycie, gdy ponad głowami rozległo się groźne:
     – Stać! Jeśli żywot chcecie zachować, stać wszyscy!
     Wiodący drużynę Melta uśmiechnął się, rozpoznając głos.
     – Ejże, Gurto! – odkrzyknął. – To aż tak ci się wzrok skrócił, że starych druhów nie poznajesz?
     – Mój wzrok równie dobry, jak twój słuch. Ale prawo jest i każe przybyszom opowiadać się strażnikom. A prawo, to prawo i trzeba go przestrzegać. – Strażnik wysunął się z cienia z powagą na twarzy, ale po chwili i jego oblicze rozjaśnił uśmiech.
     – Witaj w domu, Melto, włóczęgo jeden.
     Melta zeskoczył z konia i objęli się serdecznie.
     – Czekaliśmy na was. Wieści dostaliśmy – powiedział Gurta.
     Teraz i pozostali strażnicy wyszli z ukrycia. Wszyscy uzbrojeni w łuki i długie sztylety. Witali ze starymi towarzyszami chłopięcych zabaw.
     – Nim zejdziecie w dolinę, chodźcie spocząć chwilę u nas – zaprosił dowódca strażnicy. – Ugościmy was porządnym, starym winem. Dobrze schłodzone w loszku – zachęcał – gardła z kurzu wam przepłucze, a że dzień dzisiaj skwarny to i orzeźwi.
     – Nie odrzucimy przecież zaproszenia – zaśmiał się Melta. – Co, chłopaki?
     Przytaknęli ochoczo, dobrze było zobaczyć starych druhów i pogawędzić chwilę.
     – No to pójdźmy na strażnicę.
     Podróżnicy pozsiadali z koni, które odprowadziło kilku z młodszych wojaków. W jednym z nich Melta rozpoznał Gedora, brata Yave.
     Miał wielką ochotę zagadnąć go, a właściwie wypytać o wszystko w szczegółach. Raz nawet ich spojrzenia się spotkały, ale wtedy wyraz oczu i zaciśnięte gniewnie usta chłopaka, sprawiły, że Melta stracił ochotę na przyjacielską pogawędkę. Cóż, siostra raczej nie miała powodów przedstawiać uwodziciela w korzystnym dla niego świetle. Licho wie, co dziewczyna tak naprawdę naopowiadała bratu.
     Po raz kolejny poczuł złość, że nie dano mu szansy, by mógł chronić swój honor. Zirytowany i bezradny zgrzytnął zębami i poszedł za Gurtą i resztą. Na posterunku zostali tylko wyznaczeni obserwatorzy.

19.09.2014

Yave cz.21

Kochani, to jeden z najstarszych fragmentów, w którym teraz poprawiałam akcję, dialogi itd. Przeglądałam go wiele razy, ale niewykluczone, że jakieś nieścisłości mi umknęły, więc gdyby kolnęło kogoś w oczy coś poważniejszego niż literówka, jakaś niespójność fabularna na przykład, albo jakieś pomieszanie w dialogach będę wdzięczna za wskazanie.

Nom, powoli, powoli się klaruje sytuacja, już bliżej niż dalej... Nic więcej nie mówię, poczytajcie sobie :)



     Rok czwarty... Diorida... początek lata...

     Diorida zmieniła się. Zdawało się im, że miasto spuchło przez zimę i napęczniało. Ludzi wyraźnie przybyło. Rozpoznać można było nie tylko rodzimych Aurów. W mieście byli Barthowie z południa, nie brakowało też osobliwie odzianych mieszkańców wschodu. Diorida choć wciąż niewielka, zmieniała się i rosła. Wyrastały nowe domy, ulice, kupieckie składy i gospody. Ruszyła też budowa nowych murów, bo stare choć niedokończone już stały się za ciasne. Wątpliwym zdawało się, czy mieszkańcy zdążą ukończyć nowe nim miasto znów z nich „wyrośnie”. Brzegi rzeki, niegdyś zwanej Graniczną, opływającej miasto od południa spinał teraz szeroki, kamienny most. Dar Hengoda, króla Barthii. Materiałów do jego budowy dostarczyli sami Aurowie, ale Hengod przysłał kamieniarzy, budowniczych, konstruktorów i pokrył koszty ich pracy.
     Wytyczono nowy szlak handlowy wiodący przez kraj Aurów ze wschodu na zachód.

     W mieście roiło się od wojów należących do przybocznych, rycerskich drużyn. Rycerstwa bowiem też trochę stanęło po gospodach w mieście. Wezwani przez króla, który miał nadać im tytuły i włości na rubieżach. Oddając się miejskim uciechom oczekiwali wezwania na zamek na uroczystość, która miała się odbyć w najbliższych dniach. Tymczasem Rokka, kapitan Gwardii Królewskiej odpowiedzialny za zakwaterowanie możnych i ich ludzi, dwoił się i troił, żeby wszystko przebiegało sprawnie i bez burd. Prostych żołnierzy lokowano w koszarach Gwardzistów. Lordów i przyszłych lordów kwaterowano w mieście, w gospodach i wynajętych mieszkaniach. Melta moczył się właśnie w gorącej kąpieli, zmywając kurz i brud długiej podróży, gdy przybył królewski goniec z poleceniem, by jak najszybciej stawił się przed królem.

11.09.2014

Yave cz.20

A życie płynie sobie swym, utartym torem, zaczyna się i kończy niezależnie od nas i naszych pragnień, czy marzeń... Tak to już jest...
Ostatnio nie byłam odpowiednio nastrojona do szwendania się po sieci, a przy tym, wzięłam do serca radę Moniki - odciąć się od internetów :). Oczywiście nie na amen, ale ograniczenie zaowocowało przygotowaniem kilku wpisów na zaś. Konkretnie dwóch, trzeci się robi... Ustawione, czekają tylko, by wskoczyć :)


     Rok czwarty... wiosna...

     Nammas...
     Kolejna wiosna nieśmiało, lecz konsekwentnie obejmowała w posiadanie dolinę. Lód na jeziorze zaczął topnieć, a spod coraz cieńszej warstwy śniegu śmiało wystrzeliły pierwsze przebiśniegi. Z każdym dniem cieplejsze powietrze, niosło coraz głośniejszy i gwałtowniejszy świergot, uganiających się po bezlistnych jeszcze krzakach, wróbli.
     Zimowe ptactwo odleciało już na północ, za to w lesie aktywniejsze stały się dzięcioły. Uporczywe stukanie, poszukujących pożywienia ptaków, raz po raz dawało się słyszeć w dali, podobnie jak wrzaski, poszukujących partnerów, sójek. Śnieżne czapy wciąż zalegały w zacienionych wąwozach i pod skalnymi nawisami. Także powyżej wsi, w górach, śniegi topniały znacznie wolniej. Jednak życie niepowstrzymanie, każdego dnia, budząc się z hibernacji, coraz silniej akcentowało koniec zimy.

     Do Nammas znów dotarły królewskie listy i Arut, zamyślony, po raz kolejny przebiegał wzrokiem pismo.

     Botta pisał: „Północ, póki bezludna, bezpieczna nie będzie. Sześć zamków pobudowaliśmy. Każdy z nich pieczę ma nad przyległościami, które zarazem włości lordowskie stanowią. Wasali swoich na nich, z tytułami i prawem dziedziczenia, chcę osadzić. Wybrałem i Twojego Meltę, przyjacielu. Tytuł już mu nadałem, ale na ziemi osadzę, jeśli Ty dasz zgodę, bo to Twój jedyny syn i nie chcę Ci go bezdusznie odebrać. Sam Melta, na moje wezwanie, ze swymi ludźmi stanie w Dioridzie przed latem. Proszę więc, tym pismem, byś mi jak najszybciej dał odpowiedź. Jeśli się zgadzasz, by Twój syn porzucił ostatecznie Nammas, ludzi, którzy są przy nim, a mają rodziny, na lato poślę do domów, by żony, dzieci i dobytek mogli zabrać. Wszyscy oni bowiem przy Melcie, jako jemu poddani, w jego nowych włościach zostaną.”

4.09.2014

Yave cz.19

Zakładam, że wszyscy są w temacie i wiedzą, o co chodzi dlatego wstępu dzisiaj nie będzie. Gdyby jednak ktoś wpadł znienacka i czuł się nie wtajemniczony, w indeksie są podlinkowane wszystkie dotąd opublikowane części "Yave". Można też skorzystać z etykietek.


   
 – Pozwolisz wejść, Yave? – spytał, gdy nie otrzymał żadnej odpowiedzi na słowa powitania.
     – O... oczywiście – wybąkała, odzyskawszy głos. – Wejdźcie, proszę...
     Gość wkroczył do środka pewnym krokiem. Zbliżył się do stołu i postawił na nim duży, wyraźnie ciężki kosz.
     – Moja żona przysyła to dla ciebie.
     Yave pomyślała tylko, że przy całej życzliwości, jaką zawsze okazywała jej Illith, z tym można było posłać sługę. Z całą pewnością, nie podarunki były powodem tej niespodziewanej wizyty i zachodziła w głowę, próbując dociec prawdziwej jej przyczyny.
     – Pani Illith, jak zawsze łaskawa dla mnie wielce – powiedziała ostrożnie i dygnęła w podziękowaniu. – Przekażcie, panie, ode mnie wdzięczne słowa swej małżonce. Zechciejcie usiąść. – Wskazała miejsce za stołem.

     Arut rozgościł się chętnie, dyskretnie rozglądając dookoła.
     W izbie panował idealny porządek i było nieskazitelnie czysto. Cynowe i miedziane naczynia lśniły niczym lusterka, podłoga zamieciona, stół wyszorowany do białości, a w maleńkich okienkach zawieszono ręcznie robione, koronkowe firaneczki.

     – Widzę, że radzisz sobie doskonale, moja droga.
     – Mój brat zagląda tu często i pomaga mi. Czasem przychodzi też matka. Zechcesz napić się piwa, naczelniku? Wczoraj Gedor przywiózł świeże.
     – Z przyjemnością – uśmiechnął się pod wąsem – dzień dzisiaj ciepły, piwo dobre będzie na ochłodę.
     Mężczyzna spojrzał na chłopczyka.

2.09.2014

Yave cz.18

Poprzednim wpisem zakończyliśmy dygresyjne wędrówki, , przynajmniej na razie. Acz, do Dioridy jeszcze pewnie zajrzymy w swoim czasie. Teraz zaś pora wrócić do starego, poczciwego Nammas i rzucić okiem na to, co tam się dzieje... A dzieje się...

poprzedni fragment



     Rok trzeci... Nammas... jesień...

    Ired rósł ku radości swojej matki. Wiosną skończył rok i nauczył się chodzić. Nie można było ani na chwilę spuścić go z oka. Zrobił się też bardzo gadatliwy, choć prawdę mówiąc, nikt poza Yave nie potrafił go zrozumieć, a niekiedy zdarzało się, że i ona miała z tym problem.

     W Nammas mijało lato. Miało się już ku końcowi, gdy niespodziewanie pojawił się w dolinie wielki niedźwiedź-samotnik. Dobierał się do stad. Zabił kilkanaście owiec i kilka koni. Pustoszył barcie i rozszarpał dwóch bartników. Nie bał się ludzi i był tak zuchwały, że kilka razy ważył się zapuścić nawet w pobliże zagród, w poszukiwaniu łatwego łupu.
     Mowy nie było, by kobiety, czy dzieci mogły bezpiecznie po lasach zbierać jagody, grzyby, czy chrust na zimę. Koniecznym stało się pozbycie szkodnika.

        Zebrało się więc kilku myśliwców i poszli zapolować na zwierza.
     Udało im się go wytropić i osaczyć w jednym z wąwozów, lecz nim ubili, poważnie poturbował trzech z nich. Nieszczęście chciało, iż znalazł się pośród tyże, Uker, mąż Yave. Nieszczęście tym większe, że jego rany okazały się najpoważniejsze.
     Mężczyzna zmarł z upływu krwi, nim rannych dowieziono do osady i sprowadzono pomoc.

     Pochowano Ukera z szacunkiem i honorami należnymi szlachetnemu człowiekowi.
     Zdruzgotana Yave znów została sama. Po pogrzebie męża przebywała w domu swej matki. Nie płakała, siedziała tylko, z tępo wbitym przed siebie wzrokiem, nie odzywając się do nikogo. Zostawiono ją w spokoju, dając czas, by otrząsnęła się po tragedii.

30.08.2014

Yave cz.17

Zgodnie z obietnicą...
Dzisiaj wybierzemy się do Dioridy i przedstawię Wam Bottę, króla Aurów. W tej akurat części "Dzikich łabędzi" Botta niewielki ma wpływ na wydarzenia, nie mniej jest wodzem, któremu podlega Melta i przyjacielem jego ojca, dlatego sądzę, że odrobinę możemy się tej postaci przyjrzeć. Będzie okazja poznać go lepiej, gdy skończymy z Yave, ponieważ Botta ma swój własny epizod w DŁ.


Rok trzeci... Diorida... lato...

     Diorida, choć w porównaniu z wielkimi starymi miastami Barthii była maleńkim grodem, przybywającej do niej z pomniejszych miejscowości młodzieży, zdawała się ogromną metropolią.
     Nammas i tego roku posłało w doliny niewielki oddzialik rekrutów. Większość członków tej grupki nigdy dotąd nie opuszczała Nammas i teraz z dreszczykiem zaciekawienia oglądali pierwszy raz w życiu miasto. Jak sięgała ich młoda pamięć, wielkim zdawał im się królewski dwór w rodzinnej wsi. Teraz w zdumieniu rozdziawiali gęby, podziwiając ogrom dioridzkiego zamku, w całości budowanego z kamienia, z wieżycami i zwodzonym mostem przerzuconym nad głęboką fosą.
     Tylko cześć grodu otoczona była murami. Diorida była nowym miastem i murów wciąż jeszcze nie ukończono. Tu na południu kraj był spokojny i bezpieczny, nie było więc pośpiechu.

     Na zamkowym dziedzińcu Botta, władca kraju Aurów lustrował nowo przybyłych kandydatów na królewskich Gwardzistów.
     – Arut dzieciaków mi tu przysłał. Mężczyzn widać do innej niż wojaczka roboty w domach zatrzymał – roześmiał się Botta, wodząc spojrzeniem po prężących się na baczność młodzikach.
     – Pół roku i wyjdą na ludzi.
     – Ba, pod twoją ręką Rokko, na pewno. Bierz ich i nie rozczulaj się. Potrzeba nam ludzi sprawnych i dobrze...

29.08.2014

Yave cz.16

Wracam do kontynuacji Yave.
Dzisiaj krótki flesz z północy... Ostatecznie zrezygnowałam z obszernego rozwijania tego wątku i tylko tak pobieżnie rzucimy okiem, jak tam się ludziom wiedzie. Co za tym idzie, dzisiejszy wpis będzie stosunkowo krótki. Ale grunt to wreszcie ruszyć z miejsca, potem już powinno polecieć z górki ;)

poprzedni fragment

     Rok trzeci... północ, pogranicze... zima...

     Ku utrapieniu wszystkich ochraniających północną granicę oddziałów, tego roku mrozy ścięły ziemię wcześniej niż zwykle. Zima zawsze była tu najgorszym okresem do przetrwania i to bynajmniej nie z powodu chłodów i śnieżyc.
     Wiosną, latem i jesienią północ chroniły bagna ciągnące się wiele mil wzdłuż granicy. Mrozy ścinały moczary, tym samym otwierając kraj i narażając na niebezpieczeństwo ze strony dzikich północnych plemion. Trzęsawiska stanowiły naturalną przeszkodę, której nie próbowali forsować w cieplejszych porach roku, za to zimą...

     Jeszcze nim spadł pierwszy śnieg w hrabstwie, za bezpieczeństwo którego odpowiadał Melta, agresywne bandy zrównały z ziemią, najdalej wysuniętą na północ osadę drwali. Jak zawsze, przy życiu nie zostawili nikogo. Rabowali jedynie przedmioty: broń, narzędzia, żywność. Ludzie byli dla Urtów zbędnym balastem. Żywego inwentarza brali tylko tyle żeby nie cierpieć głodu w drodze powrotnej, resztę wyrzynali, podobnie jak ludzi. Cechowało napastników brutalne i bezwzględne okrucieństwo. Do niewoli nie brali nikogo ani młodych, ani starych, ani kobiet, ani mężczyzn. Zupełnie jakby ich celem była eksterminacja wszystkich poza własną nacją. Nie używali koni. Paradoksalnie dawało im to przewagę w trudnym terenie.

     – Pochowajcie ich – polecił, wskazując wzrokiem na długi rząd trupów, które zebrali spośród zgliszcz niewielkiej wioski.

24.06.2014

Yave cz.15

Chyba będę częściej zrzędzić, wychodzi bowiem na to, że to całkiem niezły sposób na wciągniecie ludzi do dyskusji :). Z drugiej strony nie chciałabym z bloga opowiadaniowego zrobić bloga zrzędliwego, więc częstotliwość zrzędzenia raczej się nie zmieni. Jednak tu stawiam głównie na teksty do lajtowego poczytania, a zrzędzenie to tylko tak czasem, na marginesie...
Ciekawe, co powiecie na dzisiejszy fragment? Zapraszam... 


     Rok drugi... Diorida, garnizon... koniec lata

     Podobnie jak poprzedniego roku, tak i w tym kilku młodych mężczyzn opuściło dolinę, by w Dioridzie zasilić szeregi wojska.
     Arut, choć z niechęcią, uczynił zadość prośbie Botty. Jednak sformowany w Nammas oddzialik był wyjątkowo nieliczny tym razem. Naczelnik uznał bowiem, że młodzi i sprawni ludzie potrzebni są nie tylko na dalekim pograniczu.
     Przy tym zdawał sobie sprawę, że za rok, znów konieczne będzie uzupełnienie stanów w oddziałach i drużynach. Północ wciąż była niespokojna, niebezpieczna i słabo zaludniona. Jednak żeby było kim ją zaludnić młodzież była potrzebna tu, gdzie mogła bezpiecznie dorastać i spłodzić kolejne pokolenie.      I taką właśnie argumentacją się posłużył, odpisując na królewski list.

***
     Kilkunastu, może ze dwudziestu, rekrutów obficie rosiło potem piasek na majdanie. Ci, którzy trenowali w parach używali drewnianych atrap broni.
     Ćwiczebne manekiny musiały cierpliwie znosić kolejne ciosy zadawane żelazem, przez ćwiczących pojedynczo. Ludzie ukradkiem ocierali mokre czoła. Na pot, płynący strużkami po plecach, szybko nauczyli się nie zwracać uwagi. Nadzorujący trening oficer, przechadzał się pomiędzy świeżo wcielonymi żołnierzami, klnąc i porykując na opieszałych i słabo się przykładających według niego.

     – Wykończysz ich Rokko! – zawołał wysoki mężczyzna, który zbliżył się od strony koszar.
     Usta skrzywił w sarkastycznym uśmieszku. W ciemnych oczach paliła się ponura powaga i nie było tam cienia wesołości, nawet sarkastycznej. Wysokie czoło przecinała pionowa zmarszczka, skutek trosk i obowiązków, które przyszło mu dźwigać.

20.06.2014

Yave cz.14

Moi drodzy Czytelnicy, witam po krótkiej przerwie... Na dzisiaj Yave. Wprawdzie nie w samo południe, ale mam nadzieję, że i tak czekający się ucieszą. Ja z kolei mam nadzieję, że od poniedziałku wpadnę już w stały rytm. I to tyle zbędnego gadania ;).

poprzedni fragment


     Rok drugi... Nammas... początek lata...

     Palce nerwowo bębniły o blat stołu. Arut rzucił niechętne spojrzenie na pismo, leżące obok dłoni, opatrzone królewskimi pieczęciami.
     Lato dopiero się zaczęło, ale dni już były upalne. Gorące powietrze wpadało przez szeroko otwarte okno wychodzące na sad. Z daleka dobiegał wesoły śmiech dzieci. Mężczyzna westchnął ciężko, odsunął od siebie list i podszedł do okna.
Pomiędzy jabłoniami migały kolorowe sukienki córek. 

     Uśmiechnął się do siebie. Kobieca dłoń wsunęła się pod jego ramię.
     – Trudno uwierzyć, że są już takie... dorosłe – Uśmiechnęła się Illith.
     – Dzieci jeszcze... – mruknął, nakrywając dłoń żony własną.
     Illit uniosła brwi.
     – Zobaczysz, ani się obejrzymy, a trzeba nam będzie za mąż je wydawać. Tylko patrzeć, jak Melta się ożeni i wnuków się doczekamy...
     Arut drgnął i bezwiednie zacisnął palce na dłoni kobiety.
     – Nieprędko znów go zobaczymy, prawda? – ciągnęła ona, nie zwróciwszy uwagi na gest męża.
     – Świszczypała – warknął Arut przez zaciśnięte zęby. – Gdzie takiemu do żeniaczki?
     – Swoje lata już ma – dowodziła Illith. – Niechby tylko do domu zjechał, znalazłaby się tu panna dla niego.
     Teraz spojrzał na żonę z rozbawieniem.

19.05.2014

Yave cz.13

Fragment na dziś... Troszeczkę się odkułam z innymi, więc jest szansa, że się w tym tygodniu zbiorę do sfiniszowania DŻ. Myślę, że jeden wpis z KiM też uda się do piątku sfinalizować... Jednak dokładnych terminów nie potrafię podać.
Dodana jest, na pasku bocznym, opcja subskrypcji przez e-mail, zachęcam do skorzystania, aczkolwiek wysyła powiadomienia z poślizgiem. Za to macie pewność, że niczego nie przegapicie... Wiosna roku drugiego, podobnie jak zima pierwszego, też zamknie się jednym wpisem. Jest dłuższy niż zimowy, ale uznałam, że nie na tyle długi, by go dzielić... Za to lato jest w czarnej... dziurze i pojęcia nie mam kiedy je ogarnę.



Rok drugi... Nammas... wiosna...

     Z początkiem wiosny na prośbę Ukera, zamieszkał w leśnej zagrodzie Gedor. Zbliżało się rozwiązanie Yave i jej mąż chciał mieć pewność, że zawsze ktoś będzie w pobliżu. Sam musiał zajmować się gospodarstwem, czasem polował i wtedy bywało, że spędzał poza domem i cały dzień. Teraz zaś, choć Yave wypominała mu nadmiar troski, obawiał się zostawiać żonę samą na dłużej.
     Gedor zajął, porzucone przez Ukera, łóżko w kuchni. Yave zrobiła się ociężała, mimo to z uporem imała się wszystkich prac, które uważała za swój obowiązek. Uker burczał na nią niemal nieustannie, to odpędzając od szorowania podłogi, to wyjmując z rąk ciężkie skopki z kozim, czy owczym mlekiem. Zwykle organizowali się tak, by jeden nich, Uker lub Gedor, był w domu, ale zdarzyło się, że obaj poszli polować na zające, bo w domu akurat skończyło się mięso. Wyszli wcześnie rano, z zamiarem powrotu najdalej za kilka godzin.
     – Przed południem wrócimy! – Gedor pomachał wesoło do siostry.

     Tak też, nim słońce stanęło w zenicie, oni stanęli w opłotkach.
     Yave, przy pniaku do rąbania szczap, brała właśnie rozmach, usiłując trafić siekierą w ustawiony na karpie kawał drewna. Siekierka ześlizgnęła się i wbiła głęboko w drzewo. Kobieta próbowała ją wyszarpnąć.
     – Yave! Co ty robisz?! – Krzyknął z gniewem Uker.
     Odwróciła się przestraszona, wypuszczając z dłoni trzonek siekiery, ale nie odpowiedziała tylko jęknęła, zginając się w pół. Twarz wykrzywił bolesny grymas. W oczach zrobiło się ciemno i sięgnęła na oślep ręką, by się czegoś przytrzymać. Uker cisnął upolowane zające i podbiegł do niej, podtrzymując przed upadkiem.
     – Co się dzieje? – zapytał zaniepokojony. – Czy to już?
     – Nie było drewna… – jęknęła. – Woda będzie potrzebna, ciepła... chciałam...
     Porwał ją na ręce i poniósł do domu.
     – Szalona dziewczyno, trzeba było siedzieć w domu i na nas czekać. Mogłaś sobie coś zrobić.
     Ułożył ją ostrożnie na łóżku w kuchni.
     – Dawno się zaczęło? – zapytał.
     – Jakąś godzinę, może dwie, jak wyszliście…
     – Gedorze – zwrócił się do pobladłego młodzieńca – bierz mały wóz i sprowadź Ruet, akuszerkę. I waszą matkę. Chodź pomogę ci zaprząc, żeby szybciej.
     Wyszli pośpiesznie. Chłopak pobiegł wyciągnąć wóz z poddasza, a Uker po konia do stajni, o nic nie pytając. Chwilę później Yave dobiegł turkot kół odjeżdżającego wozu. 

15.05.2014

Yave - cz.12

Kochani, jak rzekłam, tak będzie. Z długą i nudną zimą rozprawimy się szybko i krótko. Za to na słodko. Dzisiejszy wpis jest nasłodzony do obrzydzenia. Uprzedzam lojalnie wszystkich nie tolerujących nadmiaru słodyczy... Żeby mi potem nie było jojczenia, że ktoś nie lubi wątków miłosnych... W każdej mojej historyjce jest jakiś wątek miłosny, mniej lub bardziej wyrazisty. Dla jasności... dzisiaj jest wyrazisty. Dodatkowo okazuje się, że nie tylko ja mam marny tydzień. A nic nie robi tak dobrze na samopoczucie, jak serotonina. Dlatego dziś słodzić będziem i już.


Rok pierwszy... Nammas... zima...

     I tak mijały dni, tygodnie, miesiące. Dziwne było to „małżeństwo”. Yave bez słowa skargi sprzątała błoto, naniesione przez nieuwagę na butach i składała porozrzucane niedbale ubrania. cierpliwie zmiatała sterty wiórów, którymi Uker zasypywał całą kuchnię, gdy heblował, strugał  i wygładzał kolejne części kołyski. Szorowała podłogi, stoły, postarała się też o nowe, owcze skóry i zastąpiła nimi te, nieco już wyliniałe, na łóżku Ukera. On zaś troszczył się o żonę, nie będąc natarczywym, okazywał życzliwość nie domagając się niczego w zamian. Zrzędził tylko, gdy w jego mniemaniu, ponad siły tyrała, czy to w domu, czy w oborze przy kozach i owcach. Sarkał, że nie szanuje się i nazbyt ciężko pracuje, nie zważając na swój stan.
     – Daję z siebie, co mogę dać – odpowiadała na wszelkie uwagi. – Nie broń mi.
     Nie bronił więc, niczego nie narzucał, choć wcale nie przestał marudzić i odganiać od co cięższych zajęć.

***
     Yave stała przy piecu, zajęta gotowaniem strawy. Uker, otrzepawszy wpierw starannie obuwie wszedł do izby. Uśmiechnięty do ucha do ucha odłożył to, co przyniósł ze sobą, na stół. Zbliżył się do kobiety, wyjął chochlę z jej dłoni i wsadził w garnek mówiąc:
     – Zostaw to i popatrz, kochana moja. Skończyłem właśnie. – Oznajmił zadowolony. – Zobacz jak wygląda.
     Poprowadził ją do stołu, na którym stała wykonana z delikatnego, białego drewna, pięknie ozdobiona snycerką, dziecięca kołyska.
     – I jak? Podoba ci się? – dopytywał się niecierpliwie.

     Wzruszenie ścisnęło jej gardło i nie mogła wydobyć słowa, więc tylko skinęła głową, przyciskając ręce do brzucha, wyraźnie już zaokrąglonego pod luźną suknią. Uker patrzył na nią z boku. W pewnej chwili podniósł dłoń i delikatnie pogładził wypukłaść.
     – Brzuszek ci urósł. – Uśmiechnął się ciepło. – Melta byłby dumny... – dodał cicho.
     Dopiero po chwili spostrzegł łzy, które wypełniły oczy Yave.

9.05.2014

Yave - cz.11

No, dobra... To był bardziej żart, niż zagadka i zdziwiłabym się, gdyby ktoś nie wpadł od razu na właściwą odpowiedź ;).
Mnie, jak piszę te moje opowiastki, zdają się one potwornie przewidywalne, wręcz boleśnie przewidywalne. Pewnie dlatego, że pisząc, z reguły mam historię już poukładaną w głowie i tylko ją przenoszę z pamięci na inny nośnik.
Z drugiej strony w relacjach międzyludzkich naprawdę trudno o totalną nieprzewidywalność. Ilość interakcji jest w naturalny sposób ograniczona, można próbować różnych kombinacji, owszem, ale i tak zawsze znajdzie się ktoś, kto stwierdzi: ja wiedziałem, że tak właśnie będzie. Dlatego sama siebie próbuję czasem zaskoczyć, jakimś niespodziewanym zwrotem akcji. Jeśli przy tym udaje mi się sprawić niespodziankę czytającym, to jest super. Moim zdaniem na tym etapie w tej akurat opowieści jest baaardzo przewidywalnie, ze struganiem kołyski na czele. No, bo co innego mógłby chłopina strugać, żeby sprawić radość przyszłej mamie i równocześnie okazać, że w pełni akceptuje sytuację? Mógłby jeszcze ewentualnie strugać pal dla Melty i z czystej złośliwości ładnie go przyozdobić przed wbiciem mu go w tyłek :P
Mimo obecnej przewidywalności liczę, że jeszcze uda mi się zaskoczyć jakąś akcją, choć raczej nie w tym fragmencie :)
A i ostatni dzień żeby oddać głos w ankiecie tu z boczku :D


     – Kołyska – usta mężczyzny rozciągnęły się w uśmiechu od ucha do ucha – zima długa, do wiosny, nim się maleństwo urodzi akurat skończę.
     Yave zaczerwieniła się jak rak.
     – Tak, pewnie tak – burknęła i odłożyła deseczkę na stół.
     Uker zupełnie nie zwrócił uwagi na jej zażenowanie. Złapał ją za rękę i pociągnął w kierunku drzwi w głębi.
     – Chodź mam jeszcze coś – mówił wyraźnie podekscytowany – to nieduży dom, ale jest tu jeszcze jedna izba. Do tej pory mieszkałem sam i nie używałem jej, teraz trochę uprzątnąłem i odnowiłem, sama zobacz.
     Wprowadził ją do drugiego pomieszczenia.
     Cóż, nieduży dom z dwiema izbami i tak był większy od rodzinnej chaty Yave. Pokój, w którym się znalazła, był przestronniejszy niż kuchnia. Być może wydał się takim, ze względu na to, że było w nim znacznie mniej sprzętów. Tylna ściana glinianego, kuchennego pieca ogrzewała to pomieszczenie zimą, teraz ładnie pobielona wapnem. I w przeciwieństwie do kuchni, tu panował idealny porządek.
     Dwa malutkie okienka wpuszczały odrobinę światła. W kącie stały obok siebie dwie, malowane skrzynie, okute żelazem na rogach, a pod szczytową ścianą, na wprost wejścia, szerokie łóżko. Nie było na nim pościeli, jedynie siennik wypełniony świeżym, tegorocznym sianem, obciągnięty czystym, lnianym płótnem. Na zamiecionej i wyszorowanej podłodze rzucono kilka zwierzęcych skór. Pod jednym z okien stało krzesło z wysokim oparciem i poręczami.
     – W skrzyniach można trzymać ubrania i różne inne rzeczy. Kiedyś postaram się o jakąś szafę z półkami, albo i sam zrobię. Na razie to musi nam starczyć – mówił, objaśniając. – Pościeli jeszcze nie mam – z zakłopotaniem przegarnął palcami włosy – ale popytam w osadzie i kupię...
     – Nie musisz – wykrztusiła Yave – matka da nam pościel...
     – A to dobrze – odetchnął z ulgą i zatrzymał spojrzenie na jej twarzy.
     Nie odrywała szeroko otwartych, dałby głowę, że przestraszonych, oczu od... małżeńskiego łoża. Uśmiechnął się pod nosem.
     – Wyglądasz, jakbyś się bała, że mógłbym w nim spać razem z tobą.
     – Słucham? – Ocknęła, się przenosząc na niego wzrok.
     – Ech, nic, nic... – westchnął. – Chodź, przymierzę to ubranie.

7.05.2014

Yave - cz.10

Voila! Niespodzianka :D
Ostatnio było długo, dzisiaj będzie krótko. Dotarłam do pewnego miejsca w tekście i wpadł mi do głowy zabawny pomysł. Na końcu wyjaśnię, o co chodzi... Tymczasem odrobinę się przyjrzymy Ukerowi ;)

poprzedni fragment


     Matka nie naciskała, nie przekonywała. Czekała cierpliwie, pozwalając dziewczynie oswoić się z myślą i podjąć decyzję.
     Yave chodziła jak struta, doskonale zdawała sobie sprawę, czego oczekuje rodzina, ale... Nie przestawała bić się z własnymi myślami. Wszystko zdawało się jej tak dziwne, że aż nierealne i niemożliwe. Miała oddać siebie innemu mężczyźnie jako... żona. Czyli, miała oddać mu prawo do siebie tak... jak dała je wcześniej Melcie.
     Bała się tego. Uker był starszy, to prawda, ale nie był niedołężnym starcem. To mężczyzna w kwiecie wieku, silny i sprawny. Jeśli za niego wyjdzie...
     Cóż, nie mogła raczej oczekiwać, że jako mąż wyrzeknie się swoich praw. Nie była pewna, czy będzie umiała ten stan rzeczy zaakceptować. Czuła się zapędzona w kozi róg i przyparta do muru.

***
     Siedziały z Eyat nad strumieniem.
     – Nie masz wielkiego wyboru, Yave. Jeśli chcesz żeby rzecz pozostała w tajemnicy, musisz się zgodzić – stwierdziła trzeźwo Eyat.
     – Nie potrafię sobie tego wyobrazić. – Potrząsnęła rudą czupryną Yave i chlipnęła, wycierając nos rękawem.
     – Nie rycz, moja matka mówi, że dziewczyna w ciąży nie powinna płakać i się smucić, bo to...
     – Przestań... – Yave znów głośno pociągnęła nosem.
     – Ale naprawdę tak mówiła – oświadczyła Eyat ze śmiertelną powagą. – Dobra, nieważne... A co do Ukera... Możesz zrobić jeszcze jedno...
     – Co?! Chyba tylko jeszcze raz iść nad urwisko, albo w jeziorze się utopić!
     – Przestań, głupia – żachnęła się Eyat, ale równocześnie pocieszająco objęła przyjaciółkę. – Jeśli to zrobisz, stłukę cię na kwaśne jabłko, zobaczysz – zagroziła na co, Yave musiała się uśmiechnąć przez łzy.
     – To co lepszego wymyśliłaś?

3.05.2014

Yave - cz.9

Zrobiło się tak zimno, że nosa się z domu wystawić nie chce. Dzisiaj trochę trudnych rozmów. Rozgadało mi się towarzystwo. Częściowo wynika to z tego, że to tekst z czasów, gdy pisywałam głownie dialogi :D. Ale trudne rozmowy przeprowadzić trzeba, szczególnie, jak się latem trochę narozrabiało ;) 


     Odprowadził ją do wsi tak, jak obiecał, nim zapadł zmierzch.
     W domu Yave poczęstowano go kolacją, więc zatrzymał się u nich na chwilę. Chciał zresztą rozmawiać z matką dziewczyny, Tillemi i nim odszedł poprosił kobietę o kilka słów na osobności.

     Dom składał się z jednej izby, więc chcąc mówić w cztery oczy musieli wyjść na zewnątrz. Uker szepnął jeszcze tylko kilka słów Gedorowi. Ów zerknął badawczo na siostrę, ale nie okazał zdziwienia. Potwierdził jedynie skinieniem głowy, że obiecuje wykonać polecenie Ukera.

     Yave kręciła się po domu. Uprzątnęła i umyła naczynia po posiłku. Zamiotła podłogę. Gedor siedział w kącie i splatając pasek z rzemyków obserwował ją dyskretnie. Gdy wzięła w rękę drewniany cebrzyk, by przynieść wodę, odłożył robotę, wstał i odebrał jej wiadro, mrucząc pod nosem:
     – Zostaw, ja przyniosę.
     – To moja praca – odburknęła.
     – Kiedyś, a teraz nie – oznajmił, marszcząc brwi.
     – O co ci chodzi, Gedorze?! – Podniosła głos i ze złością szarpnęła cebrzyk w swoją stronę.
     – Tylko o to, siostrzyczko, że ogier dobrze się sprawił – palnął zupełnie bezmyślnie.
     Natychmiast puściła cebrzyk, zacisnęła usta, po czym uciekła na górę. Gedor został sam na środku izby, z cebrzykiem w garści i głupią miną, bo zrozumiał, że przeholował z żartami. Odstawił wiadro w kąt i wspiął się na górę za siostrą. Leżała na swoim posłaniu, z twarzą wtuloną w poduszkę i szlochała cicho. Usiadł obok.
     – Yave, przepraszam – pogładził ją pojednawczo po głowie – nie chciałem ci dokuczyć.
     – Co ty wiesz, dzieciaku?! Odczep się ode mnie! – Pociągnęła nosem.
     – A właśnie, że wiem – powiedział Gedor z jakąś taką zaciętością w głosie. – Widziałem cię z nim... Kochaliście się – dorzucił po chwili, bez mrugnięcia wytrzymując ciskające gromy spojrzenie Yave.
     Czerwona jak burak, sapnęła ze wstydu i złości.

28.04.2014

Yave - cz.8

Ustaliłam harmonogram na ten tydzień: dziś spotkanie z Yave, we środę ruszymy z KiM, w piątek... to zobaczycie/poczytacie w piątek ;)



***     
     Czas skończyć, Yave... Czas skończyć... Wszystko skończyć... Zakręciło się jej w głowie, gdy spojrzała w dół. Ostre krawędzie skał na dnie przepaści rozwiążą wszystkie problemy, ukryją jej wstyd, jego hańbę...
     Dłonie złożyła na brzuchu. Nie bój się... – szepnęła do rosnącego w niej życia – to tylko chwila, nic nie poczujesz... A potem nic już nie będzie, ani strachu, ani bólu,  ani pogardy. Nikt nie będzie cię wytykał palcami... Tylko jeden krok...jeszcze jeden i koniec.
     Łzy zalewały oczy, zasnuwając mgłą czeluść u stóp, przerażającą i jednocześnie kuszącą obietnicą nieistnienia. Nie zauważyła szarej błyskawicy, która wypadła spomiędzy drzew i mknęła w jej kierunku.

***
     Mężczyzna biegł tak szybko, jak tylko pozwał mu na to teren i siła mięśni.
     – Szukaj! – zawołał do psa węszącego przed nim.
     Zwierzę szczeknęło krótko, jakby zrozumiało polecenie i pomknęło, wietrząc świeży trop w powietrzu. Niepokój podążającego za nim człowieka wzrósł i sięgnął zenitu, gdy mijał porzucony na mchu, pusty koszyk. Leżał tam, tak jakby ktoś bezwiednie wypuścił go z ręki, nie zauważywszy zguby. Uker przerzucił w pośpiechu łuk przez plecy, bo z wolnymi rękoma łatwiej i szybciej mógł się przemieszczać.
     Człowiek to twarde stworzenie... Nie ma takich nieszczęść, takich tragedii, z których nie byłby zdolny się podźwignąć. O ile tylko w chwili słabości znajdzie się przy nim ktoś, kto powstrzyma przed wykonaniem kroku, po którym nie ma już powrotu.
     Cokolwiek spotkało tę dziewczynę, jakakolwiek była przyczyna jej rozpaczy i desperacji... Uker zdał sobie sprawę, że w tej chwili jest najprawdopodobniej jedynym, który może zapobiec nieszczęściu.

24.04.2014

Yave - cz.7

Z niewielkim poślizgiem... Uwaga mogą być literówki i inne babole ;)

poprzedni fragment

     Rok pierwszy... Nammas... koniec lata...

     Sama nie wiedziała jakim cudem udawało się skrywać przed matką i bratem dolegliwości związane z jej stanem. Ale jak długo jeszcze.

     Przygnębienie i smutek, które dręczyły dziewczynę, niestety nie całkiem uszły uwadze rodzicielki. Zaczęła baczniej niż dotąd przyglądać się córce i pytaniami dociekać przyczyn. Gedor, nie wiedzieć czemu, też chodził jak struty. Na szczęście nie zadawał żadnych pytań, dyskretnie tylko obserwował siostrę. Choć jeszcze niedorosły, był bystrym młodzieńcem, sporo wiedział i dostrzegał znacznie więcej niż przypuszczała Yave. Zaciskał zęby i po cichu zgrzytał zębami. Nie próbował przypierać jej do muru, zdając sobie sprawę, że prędzej czy później dziewczyna i tak zmuszona będzie wyznać matce prawdę.

     Tymczasem Yave dręczyła się myślami, co będzie za dzień lub dwa? Za tydzień, za miesiąc? Kiedy jej stan stanie się już widoczny gołym okiem? Do lęku dołączyło się poczucie winy.
     W niewielkiej społeczności mężczyzna, który postąpił z kobietą tak, jak Melta z nią, postrzegany był jako najgorszej maści nicpoń i okrywał się hańbą, znacznie większą niż wstyd dziewczyny, która pozwoliła się w swojej naiwności wykorzystać. Yave jednak widziała to tak: Melta uwiódł ją i porzucił, owszem, lecz przemilczając konsekwencje ona nie dała mu szansy na rehabilitację. Tym samym odpowiedzialnością za czyny ich obojga obciążała wyłącznie siebie.

22.04.2014

Yave cz.6

Święta, święta, wszystko ma swój kres i Bogu dzięki... Nie wiem jak Wy, ale ja jestem szczęśliwa, że to już po i że mogę spokojnie wrócić do swoich ulubionych zajęć. Tak w ogóle, ze świąt chyba najbardziej lubię święty spokój, a o ten to akurat w święta łatwo nie jest.
Wracam do gry... żeby nie było, że zapomniałam o swoich światkach.
Kolejna część Yave... Zapraszam :)

poprzedni fragment


     Następne dni wlekły się Yave w nieskończoność. Do tej pory nie wyobrażała sobie, że można tak bardzo za kimś tęsknić. A tęskniła… Za czułymi pieszczotami, za pocałunkami, za nieco cynicznym uśmiechem i błyskiem w oku. Tęskniła za Meltą. Nie wiadomo kiedy wypełnił jej świat. Myśli, marzenia, sny. Chciała być blisko niego, móc wtulać się w mocne, twarde ciało i czuć się bezpiecznie w jego ramionach.
     Zgodnie z życzeniem Melty nie pisnęła nikomu ani słówka. Nawet Eyat, chociaż ta, sama domyślała się wielu rzeczy. Zdawała sobie sprawę, że nie bez przyczyny jej przyjaciółka stała się raptem rozkojarzona i małomówna. I potrafiła dostrzec wiele z tego, co Yave starannie skrywała przed wszystkimi.

     Tymczasem rudowłosą dręczył nieustanny niepokój, że kochanek wyjedzie bez słowa, zniknie z jej życia jak sen i zapomni o niej, oddając się wojennemu rzemiosłu na dalekim pograniczu. Wydawało się jej nawet, że już zapomniał, bo nie pokazywał się wcale całe pięć dni. Gdy więc kolejnej nocy znów doleciało jej uszu pohukiwanie sowy w sadzie za domem, pobiegła do tam bez zastanowienia, cała rozedrgana z emocji i tęsknoty. Rzuciła się w jego ramiona i oddała z taką radością i żarem, jakby czekała na niego pięć lat, a nie pięć dni.
     – Co się stało? – mruczał trochę zaskoczony, chociaż jednocześnie bardzo zadowolony Melta, tuląc ją później do siebie.
     – Tęskniłam… – szepnęła jedno tylko słowo.
     – Aż tak? – Uniósł brwi. Niewątpliwie schlebiało mu, że aż tak.
     – Tak.
     – Ej, maleńka, chyba nie powinnaś – mruknął. – Wiesz przecież, że niedługo wyjadę. Co wtedy zrobisz?
     – Nie wiem – westchnęła. – Nie chcę o tym myśleć. Teraz jesteś i chcę być twoja.
     – Jesteś moja, kochanie... Zawsze będziesz tylko moja...

15.04.2014

Yave - cz.5 (18+)

Moi drodzy... świąteczny tydzień na blogu będzie krótki. I zakończymy go niniejszym wpisem... Na świąteczną atmosferę, po żywiołowych huraganach trochę sielanki ;)


     Rok pierwszy... Nammas... lato
   
     Na tych potajemnych schadzkach zszedł prawie cały tydzień.
Dzisiaj Yave wyczekiwała głosu sowy z niecierpliwością. Poczuła mrowienie pod skórą, gdy wreszcie usłyszała znajome, trzykrotne pohukiwanie puszczyka. Ostrożnie podniosła głowę, zerkając na brata śpiącego na posłaniu obok.
     – Gedor...? – szepnęła.
     Chłopak nawet nie drgnął. Przez cały dzień uganiał się gdzieś z Yorką i teraz spał twardo.
     Yave uśmiechnęła się do siebie zadowolona. Sięgnęła po przygotowaną zawczasu wełnianą chustę i cichutko zeszła na dół. Zesztywniała na moment, gdy matka poruszyła się, odwracając się na drugi bok, plecami do izby.
     Parę małych, skórzanych kierpców wzięła w dłoń i ostrożnie uchyliła drzwi, modląc się w duchu, by nie zaskrzypiały. Udało się.
     Drżąc z emocji, domykała drzwi z zewnątrz. Owinęła się przed nocnym chłodem chustą i wsunęła stopy w buty.

     Chwilę później była w rozciągającym się za domem sadzie, skąd wcześniej dochodził głos sowy.
     – Melto? – odezwała się, rozglądając się wokoło. – Jesteś tutaj?
     Pohukiwanie puszczyka dobiegło teraz gdzieś z głębi sadu.
     Niepewnym krokiem ruszyła w tamtym kierunku. Zdawało się, w pobliżu nie ma żywego ducha. Odwaga i pewność, z jaką opuszczała bezpieczny dom, topniały z każdą chwilą.