WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

11.09.2014

Yave cz.20

A życie płynie sobie swym, utartym torem, zaczyna się i kończy niezależnie od nas i naszych pragnień, czy marzeń... Tak to już jest...
Ostatnio nie byłam odpowiednio nastrojona do szwendania się po sieci, a przy tym, wzięłam do serca radę Moniki - odciąć się od internetów :). Oczywiście nie na amen, ale ograniczenie zaowocowało przygotowaniem kilku wpisów na zaś. Konkretnie dwóch, trzeci się robi... Ustawione, czekają tylko, by wskoczyć :)


     Rok czwarty... wiosna...

     Nammas...
     Kolejna wiosna nieśmiało, lecz konsekwentnie obejmowała w posiadanie dolinę. Lód na jeziorze zaczął topnieć, a spod coraz cieńszej warstwy śniegu śmiało wystrzeliły pierwsze przebiśniegi. Z każdym dniem cieplejsze powietrze, niosło coraz głośniejszy i gwałtowniejszy świergot, uganiających się po bezlistnych jeszcze krzakach, wróbli.
     Zimowe ptactwo odleciało już na północ, za to w lesie aktywniejsze stały się dzięcioły. Uporczywe stukanie, poszukujących pożywienia ptaków, raz po raz dawało się słyszeć w dali, podobnie jak wrzaski, poszukujących partnerów, sójek. Śnieżne czapy wciąż zalegały w zacienionych wąwozach i pod skalnymi nawisami. Także powyżej wsi, w górach, śniegi topniały znacznie wolniej. Jednak życie niepowstrzymanie, każdego dnia, budząc się z hibernacji, coraz silniej akcentowało koniec zimy.

     Do Nammas znów dotarły królewskie listy i Arut, zamyślony, po raz kolejny przebiegał wzrokiem pismo.

     Botta pisał: „Północ, póki bezludna, bezpieczna nie będzie. Sześć zamków pobudowaliśmy. Każdy z nich pieczę ma nad przyległościami, które zarazem włości lordowskie stanowią. Wasali swoich na nich, z tytułami i prawem dziedziczenia, chcę osadzić. Wybrałem i Twojego Meltę, przyjacielu. Tytuł już mu nadałem, ale na ziemi osadzę, jeśli Ty dasz zgodę, bo to Twój jedyny syn i nie chcę Ci go bezdusznie odebrać. Sam Melta, na moje wezwanie, ze swymi ludźmi stanie w Dioridzie przed latem. Proszę więc, tym pismem, byś mi jak najszybciej dał odpowiedź. Jeśli się zgadzasz, by Twój syn porzucił ostatecznie Nammas, ludzi, którzy są przy nim, a mają rodziny, na lato poślę do domów, by żony, dzieci i dobytek mogli zabrać. Wszyscy oni bowiem przy Melcie, jako jemu poddani, w jego nowych włościach zostaną.”

     Naczelnik ściągnął brwi i utkwił wzrok w sadzie rozpościerającym się za domem. Trawa dopiero zaczynała się zielenić, powoli przesłaniając świeżą barwą zrudziałe jesienią połacie ziemi. Korony drzew otulała złoto-zielona mgiełka otwierających się pąków, ale dwie wiśnie rosnące tuż przy domu już kwitły, jakby nie chciały się pogodzić z postępującą zmianą kolorystyki z jednostajnej, białej, na całą mnogość barw. Marzec dobiegał końca i kwiecień zaczął już rozrzucać po łąkach i lasach kolorowe punkciki, które z dnia na dzień przekształcą się w całe dywany błękitu, żółci i bieli.
     Z sąsiedniej izby dochodził wesoły, dziewczęcy śmiech. Arut potarł dłonią szorstki podbródek i westchnął. Jego córki bawiły się z małym Iredem, synem Yave.

     Yave rzadko zachodziła do wsi. Jeśli już, to najczęściej do matki. Ale czasem, zgodnie z daną obietnicą, zachodziła też do domu naczelnika. Zwykle brała wtedy jakieś zlecenia od Illith. Potem pojawiała się, przynosząc gotowe robótki. Oczywiście, ku wielkiej, nieskrywanej uciesze dziewczynek i równie wielkiej, acz starannie tajonej, uciesze samego Aruta, przyprowadzała wtedy ze sobą Ireda.

     Chłopczyk skończył w tym roku dwa lata i choć jego matka nigdy tego potwierdziła, niejeden w osadzie i tak po cichu domyślał się, kto tak naprawdę jest jego ojcem. Arutowi niezmiennie leżała ta sprawa na sercu ciężarem. Niemożliwym było, by ludzie dookoła nie dostrzegali, jaką szczególną troską darzy młodziutką wdowę po Ukerze i jej syna.
     Mieszkańcy Nammas wiedzieli, że on wie, to co i oni wiedzą, i na odwrót. Jednak nikt w osadzie nie ośmielał się głośno gadać o swoich domysłach. Zbyt szanowali naczelnika. Yave zaś, zacięta w swoim uporze, wciąż nie chciała słyszeć o ujawnieniu prawdy, ani wejść do domu Aruta, jako matka jego wnuka.
Obiecując dochowanie tajemnicy przed Meltą, zdołał jedynie wymóc, zgodę na pomoc w postaci prac zlecanych przez Illith, za które przyjmowała zapłatę. I tylko w taki sposób pozwalała się wspierać, zachowując jednocześnie dumę.

     Tymczasem Botta chciał teraz osadzić jedynego syna Aruta na północy kraju... Jeżeli tak się stanie, Melta nigdy nie wróci do Nammas.

     Starszy mężczyzna z zasępioną twarzą obserwował wróble uganiające się ze sobą wśród obsypanych kwieciem wiśniowych gałązek.
     Dobrze niech tak będzie, ale w takim razie... W takim razie ojciec ma pełne prawo zobaczyć syna, nim ten ostatecznie opuści rodzinny dom. Arut uśmiechnął się pod nosem... Wziął czystą kartę, pióro i zaczął pisać list do Botty...

*  *  *
     Północ...
     Melta ze złością zacisnął szczęki. Bolało, cholernie bolało, ale i tak miał szczęście, że cięcie, choć głębokie, nie uszkodziło tętnicy, a jedynie mięsień. Inaczej nie dojechałby żywy do fortu, wykrwawiając się na śmierć.
     Teraz po starannym oczyszczeniu rany i bardzo dokładnej dezynfekcji wódką, oraz znieczuleniu pacjenta przy użyciu tego samego, uniwersalnego środka, miejscowy spec od "łatania" zakładał niezgrabne szwy. Nie dało się ukryć, że artystyczna robota to nie była, nie mniej ten akurat człowiek miał w owej czynności największe doświadczenie w całej okolicy.

     Dowódca garnizonu, łyknął kolejną dawkę, z obciągniętej skórą manierki, dla poprawy efektów zabiegów znieczulających. A miał co znieczulać... Prócz zgryzoty i wciąż głupio upartego serca, złość na cały świat, a szczególnie na drani nękających ich potyczkami przez ostatnie miesiące.
     Tego roku Melta stracił dwóch oficerów i kilkunastu niższych rangami ludzi, w tym kilkoro nowicjuszy. Cały patrol wpadł w zasadzkę i został wycięty w pień. Jak zwykle, Urtowie nie brali jeńców.
     Jedynym, jakkolwiek marnym, pocieszeniem był fakt, iż tej zimy, poza dość dramatycznym jej początkiem, kiedy to banda Urtów wymordowała i spaliła drwalską osadę, nie stracili już więcej cywilów.

     W końcu udało im się przyprzeć grasującą hordę i otoczyć na bagnach. Nie zdążyli się wycofać do swoich siedzib, zaskoczyła ich gwałtowna odwilż. Ale fakt pozostawał faktem, nim to się stało, wrogowie niemało napsuli auryckiej krwi.  
     
     To był dziwny lud, ci Urtowie, którego kompletnie nie potrafili zrozumieć. Dla Aurów, ludzie zawsze stanowili jedną z najcenniejszych zdobyczy, podczas gdy tamci zdawali się mieć wszelkie życie za nic. Mordowali przecież nawet gospodarskie zwierzęta.
     Sami także nie pozwalali się brać do niewoli, a jeśli nawet jakimś cudem udawało się któregoś z nich schwytać żywcem, to zachowywał się jak dziki wilk, gotowy rzucić się do gardła każdemu, kto poważyłby się doń zbliżyć. Skrępowanie ramion i nóg  jeńcowi w niczym nie zapewniało bezpieczeństwa komuś, kto nieopatrznie znalazłby się w zasięgu jego zębów.

     – Dosyć – warknął Melta, pociągając kolejny łyk alkoholu.
     – Jeszcze tylko jeden. – Spróbował zaoponować „medyk”.
     Dowódca łypnął tylko na niego przekrwionymi oczyma i człowiek więcej już nie próbował forsować swoich racji. Dla lepszego gojenia posmarował jedynie szramę obficie niedźwiedzim sadłem i nałożył opatrunek.
     Ledwie skończył, Melta odepchnął go i mocno utykając ruszył ku drzwiom.
     – Ale, panie! – Obruszył się jego opiekun. – Dokąd? Z gorączką, do pola?! Wy do łóżka...!
     – Milcz. Sam wiem, co mam robić. – Szarpnął drzwi do siebie, wpuszczając zimne, wilgotne powietrze do wnętrza.

     Stanął w podcieniu i usiłował ogarnąć spojrzeniem majdan, ale gorączka mąciła wzrok, a głowa chwiała się na obolałym karku, bynajmniej nie tylko od gorączki. Oparł się ciężko o drewniany filar, podtrzymujący zadaszenie.
     Po majdanie dość niemrawo kręcili się ludzie. Od kilku dni trwała kolejna już odwilż. Błoto było wszędzie, głębsze lub płytsze, ale nie było skrawka ziemi od niego wolnej. Kilku żołnierzy, ćwiczyło walkę na miecze, kilku innych zmagało się wręcz. Ich stopy ślizgały się na niestabilnym podłożu. Ale rekruci najwyraźniej nie za bardzo przykładali się do treningu, bo choć brunatna ciecz co chwilę bryzgała spod butów, to żadnemu nie zdarzyło się bodaj przyklęknąć w śniegowo-błotnistej brei, póki nie dostrzegli przyglądającego się im, z surową miną, Melty. Ów już nabierał powietrza w płuca, by zgromić opieszałych, ale powstrzymał się w ostatniej chwili.

     Każdy z nich nosił bandaże, jedni na ramionach, inni na głowach, czy nogach. Wszystkim tegoroczna zima dopiekła solidnie, wyczerpała, wyzuła z sił i zapału.
     Odwilż oznaczała, że bagna tajały, to zaś był znak, że do następnych mrozów są tu bezpieczni, a osaczona i wycięta banda Urtów była ostatnią jaka się tu pokazała, aż do kolejnej zimy. Teraz z każdym dniem będzie coraz cieplej. Wkrótce spadną wiosenne deszcze i zazielenią okolicę, jednocześnie trzęsawiska czyniąc już, nie tyle zdradliwymi, czy niebezpiecznymi, ale w ogóle niedostępnymi i nie do przebycia. Gdy nadejdą słoneczne dni zrobi się naprawdę pięknie. Osadnicy będą mogli w spokoju obsiać swoje pola i zebrać plony.

     Melta tęsknił za widokiem szumiących, ukwieconych łąk, dojrzewających zbóż i zarazem zżymał się w duchu na te obrazy. Wspomnienia, które przywodziły na myśl, zapachy późnej wiosny i lata, zaciskały się jak ciernie wokół zbolałej duszy. Marzył i przeklinał siebie za te marzenia. Przeklinał własną pamięć i nadzieję, która dawno już powinna była umrzeć. Tymczasem, wbrew zdrowemu rozsądkowi trzymała się go kurczowo i uparcie, mimo bolesnej świadomości, że żywi ją na próżno.
     Westchnął ciężko i potarł dłońmi twarz, szorstką od niegolonego zarostu. Jego „medyk” stanął tuż obok, trzymając w objęciach swoje przybory i niewykorzystane opatrunki. Podążył wzrokiem za spojrzeniem Melty i pokiwał z dezaprobatą głową, patrząc na niemrawo taplających się w błocie żołnierzy.
     – Wszyscy powinniście w łóżkach leżeć. Wojacy...
     – Mędrzec się znalazł – burknął Melta niechętnie, ale i on zdawał sobie sprawę, że ludzie potrzebują wypoczynku, a skoro zagrożenie przestało istnieć...
     – Odwołaj ćwiczenia. Tylko warty... Reszta niech odpoczywa i liże rany.
     – Nie zapominajcie o sobie, lordzie. – Nie omieszkał przypomnieć podwładny. – Wam, to do łóżka przydałaby się...
     – Ani słowa więcej – syknął Melta, mrożąc go spojrzeniem. – Zejdź mi z oczu i zrób, co kazałem.

     Mężczyzna wzruszył ramionami i oddalił się wykonać polecenia, a Melta wrócił do izby i rzucił się na pryczę. Długą chwilę leżał, patrząc tępo w sufit, aż w końcu zmorzył go niespokojny, gorączkowy sen...

     Tydzień później wiosna już była w pełnym rozkwicie. Trawy jeszcze nie wylazły spod ziemi, ale błoto obeschło, a leszczyny i olchy obsypały się długimi, złocistymi baziami. Gleba zmiękła dość, by zaczęła wychylać spod niej ozimina. W pola ruszyli oracze, by przygotować ziemię pod siew jarego jęczmienia.

     Do fortu przybył w tym czasie królewski goniec z wezwaniem dla Melty, by ów wraz ze swymi ludźmi stawił się przed królem w Dioridzie, z początkiem lata.

* * *
     Nammas...
     Uśmiechała się, zerkając na uśpione dziecko.
     Mały wstawał niemal ze świtem. Gramolił się ze swojego łóżeczka do Yave i paluszkiem podnosił powiekę matki, mówiąc:
     – Mamusia, uś dzień. Sionećko uś śtało...
     Yave, chcąc nie chcąc, uśmiechała zawsze na tę pobudkę i niezmiennie zastanawiała się, czy chłopczyk mówiąc o słoneczku, ma na myśli to za oknem, czy siebie, jako że często nazywała go „swoim słoneczkiem”. 
     Energia rozpierała małego rozrabiakę, ale tak jak była intensywna, tak szybko się wyczerpywała i malec padał ze zmęczenia przed południem.
     W niewielkim domku w lesie niewiele się zmieniło. Łóżko w kuchni nadal stało na swoim miejscu i tam właśnie ułożyła synka Yave. Mając w ten sposób oko na dziecko, zajęła się zarabianiem ciasta z nastawionego wczorajszego wieczora zaczynu. Nie potrzebowała robić wiele chleba, starczała jej ilość jaka wychodziła z jednej miarki mąki, nawet kiedy odwiedzał ich Gedor, który zwykle zostawał dwa trzy dni, gdy już się pokazał.

     Zima minęła... Żal, gorycz i tęsknota pozostały, choć młoda kobieta nie skarżyła się nikomu. To było jej życie, takie a nie inne podejmowała w nim decyzje i z ich konsekwencjami musiała sobie radzić. Synek był jej największą radością i tylko on sprawiał, że nie zapomniała się uśmiechać. Na szczęście często dawał jej okazję zarówno do uśmiechu, jak i do szczerego śmiechu.

     Tej wiosny Gedor mało bywał u siostry.
     Zaciągnął się do drużyny, ku utrapieniu i rozpaczy Tillemi. Jednak ku własnemu niezadowoleniu chłopaka, na jego wyjazd, z zaciężnymi do Dioridy, nie wyraził zgody Arut. Matka oczywiście przyjęła decyzję naczelnika z ulgą i wdzięcznością, ale sam młodzik tak długo wiercił mu dziurę w brzuchu, póki ten nie zgodził się przyjąć go do miejscowego oddziału.
     Na wojaczkę, w tej formacji, Gedor nie miał wprawdzie co liczyć, ale odpowiadał mu status wojaka i strażnika. Tutejsza załoga obsadzała niewielką strażnicę na przełęczy, przy drodze wiodącej z doliny. Przy tym, w razie nagłej potrzeby, członkowie takich lokalnych drużyn stanowili wojskowe rezerwy, bowiem wszyscy przechodzili wstępne szkolenie w posługiwaniu się bronią i byli wdrożeni w wojskową dyscyplinę. Tak więc Gedor został wojem i tylko wolne od służby dni spędzał u Yave.
     Ona choć cieszyła się, bo dla prostego chłopaka, potomka dawnych niewolników, był to niewątpliwie społeczny awans, to jednocześnie wyraźniej teraz odczuwała brak męskiej pomocy w gospodarstwie. Nadal jednak zaciskała zęby i nikogo nie prosiła o nic. Nawał zajęć w obejściu za dnia sprawiał, że nie miała czasu na zastanawianie się nad swoimi uczuciami, wieczorami zaś zasypiała niemal natychmiast, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki. Nostalgia i dziwne kłucie w piersi zdarzało się jej odczuwać jedynie w takich chwilach jak ta teraz, gdy powoli zarabiając mąkę z wodą i solą spoglądała na śpiące spokojnie dziecko. Niemal podświadomie odnajdywała każde podobieństwo w dziecięcej twarzyczce. To samo czoło, teraz jeszcze po dziecięcemu zaokrąglone, słodkie usteczka, miniaturka innych ust... Prosty nos, głęboko osadzone oczy, tak samo ciemne i spoglądające na nią z tą samą przekorą i pewnością siebie... Czasem nieśmiało odzywały się wyrzuty sumienia, że być może krzywdzi dziecko milczeniem, ale zacięty upór i poczucie krzywdy, którą jej wyrządzono szybko głuszyły takie myśli.

     Melta przecież nie wrócił do Nammas... Zeszłego roku nawet o tym nie myślała. Był przy niej Uker, któremu ufała i który był dla niej wsparciem we wszystkim. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo jej go brakuje...
     Zacisnęła zęby i z większą siłą zaczęła miesić wyrobione już ciasto. Przerwała dopiero, kiedy słone łzy zaczęły kapać wprost do dzieży. Dosyć... To nie ma sensu... Ukera już nie ma. Tego drugiego też nie ma. Gdyby nawet wrócił, to co? Minęły ponad dwa lata, prawie trzy. Ona w tym czasie wyszła za mąż i owdowiała. On zaś...

     Odstawiła dzieżę z ciastem, by wyrosło, nakryła ją lnianą płachetką i oczyściła ręce z mąki.

     Nie wrócił do Nammas, bo nic go tu nie ciągnie, do niczego i do nikogo nie tęskni. I powinna się wreszcie z tym pogodzić.

     Gdzieś w głębi duszy, nadzieja walczyła z gniewem i z dumą pospołu...

następny fragment


Następny wpis, ustawiony na 15 września, czyli na poniedziałek, będzie niespodzianką, więc sza... Nic nie mówię :)


10 komentarzy:

  1. Rany, jak Ty to pięknie napisałaś! Szaro i buro za oknem, a ja czuję w każdej kości wiosnę. Namalowałaś obraz słowami. Do tego taki 5D, bo czuję zapachy i dotyk świeżutkiej, zimnej trawy... Cudownie. Do tego wmieszałaś emocje każdej ze stron. Zrobiłaś to w taki sposób, że wybaczyłam obojgu wszystkie głupoty jakie narobili. Obydwoje myślą o tym samym, obydwoje pragną tego samego i obydwoje dużo przecierpieli, więc boją się okazać uczucia. Co postanowi wódz naczelny, Katarzyna Waleczna? Zaczyna się bać, że coś bardzo brzydkiego, bo sprawiłaś, że marzę o happy endzie.

    Prawda, że ograniczenie internetu dodaje co najmniej kilka stron więcej? Magia! A ile pomysłów sie nagle rodzi :)

    Przepiękny rozdział, Kasiu. Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Nikki :) Cieszy mnie, że właśnie tak to odbierasz, tego "malowania słowami" ciągle się uczę, ale jest Was tu kilka, które regularnie podglądam, więc mam od kogo się uczyć ;)
      Co postanowi naczelny wódz? Cóż, tym razem chyba spróbuje nie zasłużyć sobie na przydomek "Krwawa"... Przynajmniej nie w tym epizodzie DŁ, tyle mogę obiecać... Tymczasem wracam do zapisków, bo chciałabym zdążyć z kolejnym rozdziałem Y na przyszły tydzień :) Wrzesień powoli mija ;)

      Usuń
    2. Trochę mnie uspokoiłaś :) Cokolwiek by nie było, nie będzie totalnego dramatu. Chyba...

      Usuń
  2. Wow... Chylę czoła, napisałaś wspaniale. Mam nadzieję na happy end :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i mam nadzieję, że nie zawiodę oczekiwań :)

      Usuń
  3. Piękny spokojny rozdział mimo kilku krwawych epizodów u Melty Bardzo jestem ciekawa co było w pismie naczelnika bo czuję intrygę dziekuję milego dnia blanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie uganiam się z ostatnim rozdziałem, więc niebawem wszystkiego się dowiecie :) Wpis z rozdziału przedostatniego już jest ustawiony i wskoczy w wyznaczonym sobie czasie ;)

      Usuń
  4. Coś tak czuję, że nie obędzie się bez góry fochów, oskarżeń i płaczu. Wszystko jednak dobrze się skończy,będą żyli długo i szczęśliwie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kuście mnie kuście, a wpuszczę do doliny hordę krwiożerczych Urtów :P

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.