Mój pies winien
budzić wśród przechodniów najlepiej nabożny lęk, a przynajmniej szacunek.
Zatem, pod uwagę brane były dogi, owczarki kaukaskie tudzież inne mastify. Im
bydlęta większe, tym większą aprobatą byłam skłonna darzyć ewentualność posiadania
któregoś. Choć w ostateczności zaakceptowałabym pospolitego wilczura, a nawet
boksera.
Stało się tak, iż
realizacja owego marzenia, dotyczącego posiadania potwora, o mrożącym krew w
żyłach wyglądzie, była możliwa dopiero po wyfrunięciu z rodzinnego gniazda.
Wyfrunęłam zatem i zamieszkałam u babci.
O ile tato, w
mieszkaniu na dziewiątym piętrze wieżowca, pozostawał niewzruszony w kwestii
psa przez jakiekolwiek „p”, o tyle babcia, na drugim piętrze starej kamieniczki,
dała się „urobić” dość szybko. Przystąpiłam, więc do wertowania odpowiednich
ogłoszeń w prasie i pewnego pięknego, zimowego dnia przytargałam do domu psa
przez... małe „j” – jamnika. Jamniczkę właściwie, bo suka. Tak, tak, możecie
się śmiać do rozpuku, ale ja tam swoje wiem. Może i mikrus, i kurdupel, ale za
to z charakterkiem.
Tymczasem, żeby
dodać choć odrobinę powagi swojemu nabytkowi, imię jamniczka otrzymała: Jona,
przez duże „J”. Niech chociaż coś ma wielkie, skoro widoków na wzbudzające
respekt gabaryty nie ma.








