WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

10.10.2017

Ukryci cz.3

Dziś zostawimy na chwilę Tartarox. Poznamy kolejnego z moich trzech wiodących bohaterów, a właściwie bohaterkę - Kaysanę. Nim na dobre się wyniesiemy do T i zatrzaśniemy za sobą Wrota, to zrobimy szybką przebieżkę po jej świecie, widzianym jej oczami. 
Nie wiem, czy jednak nie powinnam oznaczać kolejnych perspektyw imionami, szczególnie że za chwilę wskoczy jeszcze trzecia osoba. Jeżeli brak oznaczeń przeszkadza Wam w czytaniu i jednak się gubicie, to zawsze możecie dać znać w komentarzu, a ja dodam wtedy jednak imiona. Choć sądzę, że jak poznam Was z trzecim z bohaterów, zorientujecie się szybko, dlaczego nie da się pomylić go z pozostałymi, czyli z Kaysaną i Rigelem ;).

I wybaczcie, że nie to jednak nie "Dioris" dzisiaj wpada, ale mam z tym tekstem problem i opornie mi on idzie. Będzie oczywiście, ale potrzebuję na D więcej czasu niż sądziłam.


poprzedni fragment


***

     Tak daleko jak zdołam sięgnąć pamięcią wstecz zawsze byliśmy dość osobliwą rodziną, a najważniejszą w niej osobą była babcia Diba, matka mojego ojca. Zawsze była dla mnie niedoścignionym wzorem. Podziwiałam jej niezwykły umysł wolny i nieuznający granic. Uwielbiałam słuchać niesamowitych opowieści, które się w nim rodziły. Najbardziej lubiłam te o uskrzydlonych aniołach, potężnych opiekunach i strażnikach świata. Ale fascynowały mnie także te bardziej mroczne.
     To właśnie babcia wprowadzała moją wyobraźnię na poziomy na które nie ważyła się wnosić nie tylko kobieta, przypisana do przyziemnej codzienności, ale na które rzadko w ogóle ważył się zapuszczać człowiek.
     Babcia nauczyła mnie marzyć. Marzyć odważnie, brawurowo. Marzyć o rzeczach niemożliwych. Nosiła imię Diba. Tajemnicze, niespotykane, którego jej niezmiennie zazdrościłam, w głębi ducha żywiąc odrobinę żalu do mamy, która uparła się na pospolitą Kaysanę dla mnie. Nie znosiłam swojego imienia, a szczególnie irytowało mnie, gdy ktoś zwracał się do mnie pełnym. Z dwojga złego wolałam zdrobnienie Kay, bo było krótkie jak Diba i mało popularne.

     Babcia nigdy nie wyszła za mąż. Mojego dziadka nie było mi dane poznać. Był marynarzem i często opuszczał rodzinne miasto na bardzo długo. Mieli się pobrać, ale on nie powrócił z kolejnego rejsu. Niewątpliwie było to smutne zdarzenie, lecz nie było w nim nic osobliwego. Morze jest przecież nieprzewidywalne, niebezpieczne i podobny los nie raz dotknął i zapewne dotknie jeszcze niejednego marynarza. Babcia uważała, że dla niej i tak ów los okazał się łaskawy, bowiem po ukochanym pozostał jej syn, mój ojciec. Choć myślę, że nigdy do końca nie pogodziła się z utratą dziadka. Kiedy o nim opowiadała w jej pięknych szarych oczach zapalało się jakieś niezwykłe światło i chociaż zawsze wspominała go z ogromną miłością nie umiałam się oprzeć wrażeniu, że historia mojego przodka jest owiana jakąś tajemnicą i nie chodziło bynajmniej o wrak statku spoczywający wraz z załogą gdzieś na dnie niezmierzonego oceanu.

25.09.2017

Ukryci cz.2

Ufff... Najgorzej jak się człowiekowi zalęgnie coś w głowie, to nie ma bata musi to wywalić. A jak przetrzyma to potem jest jak z "Dioris", lezie, ale wolno. A tu mam już naklepane prawie setkę stron. Ale podawać będę na przemiennie z D, tak więc kolejna będzie z D i nie ma zmiłuj. A ponieważ każdego dnia staję przed lustrem i napominam się surowo, że przerwy są pfuj, to powinna być jeszcze we wrześniu. A dzisiaj "Ukryci", żeby znów w maraz nie wpaść ;).



***

     Labirynt lochów i korytarzy pod zamkiem nawet dla nas, którzy znaliśmy każdy kamień w tej budowli był wyzwaniem. Ojciec jednak wydawał się zmierzać prosto do celu. Mimo, że często zmienialiśmy kierunek marszu, skręcając to w lewo, to w prawo, czasem wręcz zawracając, nie miałem wrażenia, że błądzimy w poszukiwaniu właściwej drogi. Niemal w każdym korytarzu pokonywaliśmy wiodące w dół schody, aż w końcu osiągnęliśmy najniższy poziom.
     Szliśmy teraz wąskim pomostem z bazaltu a tuż pod nami bulgotała i syczała magma. Żar panował tu nie do zniesienia. Znaczy nie byłby w stanie znieść go nikt prócz demonów związanych z ogniem, jak my. Gorących, gryzących oparów nie odczuwaliśmy intensywniej niż człowiek czuje lekką letnią bryzę. Można by nawet rzec, że znajdowaliśmy swego rodzaju przyjemność we wdychaniu tej zabójczej dla innych istot mieszaniny wulkanicznych gazów.
     Na końcu pomostu znajdowała się okrągła platforma nieco wklęśnięta pośrodku, co sprawiało, że trochę przypominała wielką bazaltową misę. Po jej dnie wiły się smużki dymów przedostające się przez porowatą skałę, pod którą gotowała się lawa. Jednak to, co przykuło moją uwagę znajdowało się w samym centrum niecki.

     Na niewielkim postumencie, otoczony chłodną w swej barwie, błękitną poświatą, leżała księga. Dym i owa osobliwa aureola nie pozwalały dokładniej się przyjrzeć z daleka. Nie mniej, z racji panującej wewnątrz krateru temperatury, zdumiewało, że w ogóle była tutaj, gdzie rzecz tak nietrwała jak papier czy pergamin powinna natychmiast obrócić się w popiół.

21.09.2017

Dioris II cz.2

Przyznaję się bez bicia, że troszkę się zaciełam na "Ukrytych" i mam tam już nieco materiału naklepanego na zapas. Ale to wszystko przez tę ubiegłotygodniową grypę. Jak mi gorączka rozmiekczyła "musk" to mi się tak pięknie wyklarował jeden wąteczek, że prawdę mówiąc wolę nie myśleć, jakie to chore wyjdzie :D. Ale to będzie jednak później.
Dziś pora na Dioris, aczkolwiek wciąż pozostajemy przy zdarzeniach z przed ucieczki Dioris. I jeszcze chwilę przy nich zostaniemy, ale prosze się nie martwić na zaś, do Botty dotrzemy szybciej, niż by się mogło zdawać ;).


poprzedni fragment


***
     Zatrzymała się na skraju obozowiska, skryta pomiędzy namiotami, nie chciała by ktoś ją widział. Wstydziła się tego, co czuła, bo to był głupie. Nie powinna, ale nie umiała się przed tym obronić. Trwała przy nim wtedy, kiedy był najbardziej bezbronny. Zdany na jej troskliwe dłonie, nieprzytomny, rozgorączkowany. To ona zmieniała mu opatrunki, obmywała rozgorączkowane ciało, czuwała w nocy, poiła. Słuchała, gdy mamrotał nieprzytomnie wzywając matki, sióstr, ojca. Ocierała pot z jego czoła, gładziła z czułością jego dłoń i uśmiechała się, szepcząc uspokajające słowa. Zasypiał wtedy zapatrzony w ten uśmiech, spokojnie, jakby znajdywał w jej głosie ukojenie. Wyobrażała sobie, że tak właśnie jest. Że to jej obecność pozwala mu wracać do zdrowia. W jakimś sensie tak właśnie było, tyle że Anegord nie był w tym stanie świadomy jej obecności, a Mirith nie chciała myśleć, co będzie później. Teraz był jej.
     Od dziecka go podziwiała. Z daleka i nie robiąc sobie nadziei, bo jakież mogła by mieć chłopska córka względem pańskiego syna? Od zawsze wiedziała, że to jedynie marzenie. A jednak teraz kiedy kraj stanął w ogniu, na krótką chwilę stali się sobie równi i marzenie ożyło. I nie umiała go w sobie stłumić, choć wiedziała, że na dłuższą metę nic się nie zmieniło.