WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

24.11.2016

15 godzin... cz.21

Troszkę udało mi się podgonić z "15 godzinami..." i zapraszam na kolejny fragment.




     – Ależ tam błoto! I zimno – odezwała się od progu Celine. – W tej szerokości, wiosna to najpaskudniejsza pora roku. – Stała w otwartych drzwiach i usiłowała zostawić przyklejone do podeszw błoto na wycieraczce.
     Dopiero bolesny przeciągły jęk skłonił ją do podniesienia głowy i wzroku, który padł na leżącą na łóżku Annę i Dankę, która stała przy niej, bezceremonialnie zaglądając jej między rozkraczone nogi.
     – C- co wy wyprawiacie? – zająknęła się wybałuszając oczy na ten niecodzienny widok.
     – Zamknij te cholerne drzwi, bo ciągnie – warknęła przez ramię w jej stronę Danka. – Czego się gapisz?! Zagrzej wodę i poszukaj czyste prześcieradło, ale już! – wrzasnęła w końcu na osłupiałą kobietę. Ta drgnęła wreszcie i zatrzasnęła drzwi. W pośpiechu zzuła brudne buty i chwyciwszy pierwszy z brzegu garnek, napełniła go wodą i postawiła na kuchence.
     – Umyj ręce. Porządnie, do łokci – poleciła Danka, nie odwracając wzroku od jęczącej Anny. – Jeszcze trochę mała, dasz radę. Główkę już widać. Jak poczujesz skurcz przyj, rozumiesz?
     Rodząca kobieta skinęła głową, nie mając siły na nic więcej. Danka wyciągnęła rękę i opiekuńczym gestem odgarnęła jej z czoła zlepione potem włosy.
     – Dasz sobie radę. Dobrze nam idzie. – Uśmiechnęła się półgębkiem.

     Anna nie miała odwagi spojrzeć jej w twarz. Strach wysysał z niej resztki sił skuteczniej niż następujące po sobie skurcze.
     Obok Celine darła prześcieradło, przygotowując z niego prowizoryczne powijaki.
     Anna oczywiście przygotowała sobie skromną wyprawkę dla maleństwa, na tyle na ile było to możliwe w warunkach w jakich się znalazła. W osadzie nie było przecież sklepu z rzeczami dla niemowląt, ale w ciągu kilkumiesięcznego pobytu tutaj, z różnych nieużywanych rzeczy wysztukowała kilka par śpioszków i koszulek. Kropla w morzu, ale zawsze coś na początek. Była tu w tej chwili jedyną ciężarną i ze dwa razy zdarzyło się, że w ludzkim odruchu ktoś podarował jej jakieś niepotrzebne rzeczy, które mogła przerobić. To było wszystko. Poza tym wiedziała, że będzie zdana na siebie.

19.11.2016

15 godzin... cz.20

Zapraszam na kontynuację "15 godzin..." :)

Oczywiście pogubiłam się i wkleiłam partię tekstu z wcześniejszego odcinka... Jeśli ktoś przypadkiem załapał się na błędny fragment to  już poprawione i jest jak trzeba... :)




***
     Wiosna... Tego roku niosła ze sobą więcej nadziei niż przez ostatnich kilka dekad. Nawet jeśli świat wciąż jeszcze pokrywał wojenny kurz i gruzy, zielone pąki wbrew wszystkiemu jak zawsze pojawiały się na gałązkach. I tym razem ta zieleń naprawdę miała być zwiastunem nowego.
     Pierwszy szok po tym, gdy oficjalnie obie skonfliktowane strony opuściły broń już minął. Teraz trwało trudne dla wszystkich przechodzenie na normalność.
     Ale nie da się z dnia na dzień wyrzucić z głowy poczucia zagrożenia, czujności i nieufności. Nawet jeśli politycy i różnego rodzaju instytucje podejmowały desperackie próby normalizowana codzienności.
     Yenni zyskali prawo do swobodnego osiedlania się na większości zajętych w czasie wojny terytoriów a także wśród ludzi. Na razie jednak niewielu z niego korzystało. Woleli trzymać się razem w kilku enklawach. Ale byli pośród nich i tacy, którzy nie obawiali się wmieszać w ludzki tłum w wielkich miastach. Zasada ta działała także w drugą stronę, więc i ludziom wolno było się swobodnie osiedlać w enklawach, choć tak odważnych i otwartych na nowe ludzi było jeszcze mniej niż yennich.

     Ci ostatni bez trudu znajdowali zatrudnienie, szczególnie w laboratoriach naukowych i na uniwersytetach. Ich technologie, w znaczący sposób przewyższające ludzkie, były łakomym kąskiem dla naukowców. I nawet jeśli nie byli skłonni hojnie dzielić się nimi z ludźmi, to i tak ludzkość liczyła na choćby okruchy tej wiedzy.
     Nie dało się niestety uniknąć przykrych incydentów. Okrucieństwa niedawnych wrogów niełatwo puścić ot tak, w niepamięć.
     W ludzkich umysłach, lęk przed obcymi wciąż był zbyt głęboko zakorzeniony choć łaknęli spokoju i było oczywiste, że pełna normalizacja i integracja to kwestia wielu lat, a nawet dziesięcioleci. Uczyniono jednak pierwsze kroki i to sprawiało, że wiosna w miejskim parku pachniała inaczej.
     Nie towarzyszył jej smród dymu i rozkładających się zwłok. I nawet ktoś zadał sobie trud by wygrabić błotniste alejki.

21.10.2016

Sen o deszczu cz.2

Na dzisiaj druga i ostatnia część "Snu o deszczu" :)
Na wattpadzie można w tej chwili czytać niemal całe już "Dzieci Żywiołów" (wszystkie cztery części). Ostatnie rozdziały dodam tam po niedzieli. Tekst pozostanie tam około dziesięć dni licząc od dodania ostatniego rozdziału potem zostanie usunięty. Jeżeli ktoś jest chętny sobie poczytać link do wattpada jest u góry po prawej stronie. Zapraszam :)


poprzedni fragment


     Ojciec nie patrzy na mnie, jego czoło jest zmarszczone, oblicze poważne. Matka milczy i ociera ukradkiem zaczerwienione oczy. Moi bracia są poważni, jak ojciec. Siostry pochlipują po kątach, choć matka gani je za łzy.

     Oto ja, Nuba, córka tej ziemi, córka mego plemienia... Moje oczy są bystre i patrzą daleko, moje nogi są szybkie, ręce zwinne, a czarna skóra lśni w promieniach słońca...
     Mam na sobie odświętny strój. Najlepsza suknia okrywa mi biodra. Ramiona i kostki stóp zdobią błyszczące bransolety z czerwonawej miedzi. Jędrne piersi, które nie karmiły jeszcze dzieci, przesłaniają sznury kolorowych paciorków i drobnych muszelek.
     Bransolety pobrzękują cichutko, muszelki i paciorki grzechoczą, gdy idę poprzez wieś, podążając za szamanem. Idę, wysoko unosząc głowę. Przed sobą widzę zgarbione plecy Mduy, okryte lamparcią skórą. On nie ogląda się za siebie, ja także nie, choć trudno mi powstrzymać się od zerkania ukradkiem na ludzi, których mijam.

     Czy się boję?
     Nie wiem... Pragnę z całego serca wypełnić zadanie, jakie mi wyznaczono. Chcę, tego. To musi się stać i wiem, że tylko moja wola może poprowadzić mnie ku przeznaczeniu. Jeśli w sercu będzie bunt, nie spełnię pokładanej we mnie nadziei. Nie ma we mnie buntu.

     Czy to znaczy, że nie wolno mi się bać?
     Nie. Czuję więc lęk, jak każdy by czuł. Bo przecież każdy boi się nieznanego, a ja po równo wiem i nie wiem, co mnie czeka. Tak, boję się. Lecz nie spoglądam za siebie, nie zatrzymam się, póki Mdua i ja nie dojdziemy do celu.
     Oto ja, Nuba, córka tej ziemi...