WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

16.11.2014

15 godzin... cz.2

Uwaga, lecę z tym na żywca.
Nawet nie jestem pewna, czy to aby na pewno tak miałam zamiar poukładać, jak poukładałam. Słusznie sie jednak spodziewałam, że Kraków wpłynie na moje szare komórki pobudzająco. A właściwie to Kraków w komplecie z czekoladą. Niestety, dieta nie służy mojemu pisaniu. Wychodzi na to, że czekolada jest absolutnie niezbędnym składnikiem mojej weny. I tak, po przyjęciu odpowiedniej dawki, dzisiaj udało mi się ogarnąć kawałek, który podrzucam. Mimo iż moje myślenie karmi się, jak widać, cukrem, dzisiejszy wpis lukru nie zawiera, za to będzie dużo pudru, pyłu, kurzu, jak tam komu pasuje. Idziemy na wojnę...



* * *
     Słońce świeciło, jak każdego innego dnia. Nie robiło mu żadnej różnicy, co ogarniają jego promienie, ani co wydobywają z ciemności nocy. Rajski ogród, migoczący feerią barw, czy pokryte pyłem, jeszcze dymiące zgliszcza...
     Jakie to miało znaczenie? Światło, z jednakową obojętnością opływało zarówno piękno, jak i koszmar.
     Bombardowanie dobiegło końca i teraz miasto należało do nich, do „czyścicieli”. Każdemu z kilkunastu oddziałów przydzielono konkretny sektor czegoś co przestało już właściwie być miastem. To raczej osobliwe cmentarzysko, w którym nie miały prawa przeżyć nawet szczury i karaluchy. Ludzie jednak potrafili się wykazać wyjątkową żywotnością. Nie zdarzyło się, by nie natknęli się na jednostki, które pomimo straszliwych obrażeń kurczowo trzymały się życia. Dobijanie takich osobników było bardziej odruchem miłosierdzia, niż egzekucją rozkazów. Gorzej kiedy natknęli się na całkiem zdrowe osobniki, które jakimś cudem przeżyły. Wtedy było trudniej, bo zwykle byli to bezbronni cywile. Wojskowi  mieli więcej szczęścia, ginąc podczas rozpaczliwych prób obrony, a gdy ta zawodziła wycofywali się na bezpieczniejsze pozycje, pozostawiając na pastwę losu bezbronną ludność, która nie miała jak i nie mogła opuścić bombardowanego obszaru. Właściwie na pewną śmierć, bo wiadomo było, że jeśli nawet komuś uda się wyjść cało z ostrzału dobiją go „czyściciele”. Ta wojna rządziła się swoimi prawami, humanitaryzm stał się pustym słowem.
     Za każdym razem, gdy przemierzali zrównane z ziemią dzielnice i sektory wiedzieli, że będą zabijać. Po akcjach nie rozmawiali o tym, nie przechwalali się między sobą. Wykonywali swoją robotę i tyle. Dzisiaj także.

     Gruz i pokruszone szkło chrzęściły ostro pod podeszwami wojskowych butów. Miasto zdawało się martwe. Mimo to posuwali się powoli, ostrożnie, dokładnie badając wzrokiem każdy cień, załom muru, każdy okienny otwór, każde rumowisko. Ulice były nieprzejezdne, musieli poruszać się piechotą. W nozdrza nawet poprzez osłony masek uderzał mdły zapach zgnilizny i spalenizny. Spod stóp podnosiły się obłoczki białego pyłu i opadały wolno za ich plecami.
     Kątem oka Odd dostrzegł ruch po prawej stronie.
     Natychmiast skierował w tamtym kierunku broń, ale nie zauważył nikogo. Tylko zruszony kurz jeszcze nie całkiem opadł na ziemię, zdradzając, że dostrzeżony ruch nie był przywidzeniem. Mógł wprawdzie przebiec tamtędy zwyczajny szczur. Tutejsze, podobnie jak ludzie, wykazywały wyjątkową odporność i zdumiewającą wręcz umiejętność przetrwania. Dostrzeżoną nieprawidłowość należało bezwzględnie sprawdzić. Po intensywnym ostrzale, jaki zaserwowali tej dzielnicy nocą, nic tu nie miało prawa trwać przy życiu. Nawet te cholerne sprytne szczury.
     Maska na twarzy doprowadzała go do szału. Paradoksalnie wcale nie ułatwiała oddychania, a równocześnie bardzo marnie izolowała od wszechobecnego swądu.  Po ciele spływały strużki potu, sprzęt ciążył, mięśnie, spięte w gotowości do działania, drętwiały. Wszyscy członkowie patrolu zdawali sobie jednak sprawę, że mimo ogólnego dyskomfortu nie mogą sobie pozwolić na najmniejszą dekoncentrację. Każde rozproszenie uwagi może zakończyć się śmiercią.
     „Oczyścić teren. Nie brać jeńców. Cywile to zbędne śmieci, likwidować na miejscu.” – Ich stałe rozkazy. Co za bezduszne bydlę je wydawało?
     Co za szatan podkusił jego żeby na ochotnika zgłosić się armii? Ach, tak chciał dokuczyć ojcu. Ambitny rodzic ubzdurał sobie, że zamknie Odda w jakimś super chronionym laboratorium, w którym grzebanie w odczynnikach i wykonywanie skomplikowanych obliczeń, mających na celu poprawę parametrów kolejnego prototypu broni, stanie jego życiową misją. W takim miejscu poplamienie odczynnikami nieskazitelnie białego uniformu byłoby jedynym ryzykiem, na które by się narażał. Z dala od wojennych działań, od niebezpieczeństwa, od tego gruzu, po którym właśnie stąpał.

     Wojna postrzegana z perspektywy cywila, siedzącego w bezpiecznym domu wydawała się niesamowitą przygodą. W newsach podawano oczywiście informacje o rannych, zabitych, niezmiennie wylewano łzy nad stratami własnymi, szczególnie zwracając uwagę na wyjątkowe okrucieństwo antagonistów.
     Niedopuszczalne było, by bodaj cień współczucia miał wykiełkować w duszach członków społeczeństwa. Nieprzyjaciół mieli nienawidzić bez względu na ich płeć, wiek i spełnianą funkcję. Oczywiście całkowicie pomijano przy tym fakt, że to właśnie pobratymcy Odda byli agresorami, a mieszkańcy zaatakowanej planety jedynie się bronili, usiłując przetrwać.
     Nikt nie dążył do ukazania prawdy. Można było raczej odnieść wrażenie, że świadomie i z premedytacją ją wykoślawiano. Żaden z wojennych korespondentów nie towarzyszył nigdy oddziałom „oczyszczającym zdobyty teren”. Przekazywali do informacyjnych centrów wyłącznie obraz totalnego zniszczenia, podkreślając na każdym kroku, iż jest ono skutkiem zawziętości, zaciętości i fanatyzmu z jakim ludzie opierają się inwazji. A przecież, gdyby potulnie złożyli broń, może mogliby uniknąć całkowitej eksterminacji gatunku? Jednym słowem, ludzie byli okrutni, głupi, ślepi, ciemni i nie zasługiwali na nic ponad to, by w najbliższym czasie trafić do kronik z adnotacją “rasa wymarła”. Jeden, czy dwóch pismaków, którzy odważyli napomknąć w jakiejś lokalnej gazecie, czy audycji radiowej, o tym, że ludzie to jednak rasa inteligenta, zdeterminowana i znakomicie adoptująca się w najrozmaitszych, często ekstremalnych warunkach... Cóż, tym wyjaśniono dyskretnie, że nie powinni wykonywać wyuczonego zawodu i żaden niczego już więcej nie napisał, ani nie powiedział.

     Odd prychnął w duchu. Cóż za hipokryzja... Przecież władze musiały być świadome, że coraz większy odsetek społeczeństwa z rosnącą niechęcią przygląda się wojnie. Zaczęły się wśród polityków pojawiać niechętne jej opinie. Do świadomości coraz większej liczby yennich zaczynało docierać, że gdyby władze i dowództwo armii faktycznie chcieli uniknąć drastycznych działań, już dawno znaleźliby sposób na to, by zażegnać konflikt. Zdarzały się incydenty. Nie wszystkie udawało się ukryć, czy zatuszować.
     Tymczasem jednak w jednostce Odda i innych rozkaz: likwidować na miejscu, wciąż obowiązywał. I w tej chwili, nie zaniedbując ciągłej obserwacji otoczenia, bo niedobitki nieprzyjaciół mogły czaić się wszędzie, we trzech weszli do zrujnowanego budynku.
     Znaleźli się w sporych rozmiarów pomieszczeniu, które mogło być jakimś holem, albo recepcją, trudno było to określić z całą pewnością. Jak wszystko wokół tak i tu posadzka była zasypana gruzem i pokruszonym szkłem. Można było jednak wyróżnić resztki kanap dookoła rozbitej fontanny, z której niemrawym strumyczkiem ciekła woda, tworząc mleczne kałuże. Zieleń dekoracyjnych roślin, porozrzucanych bezładnie i połamanych przez eksplozje, pokrył biały kurz i wyglądały, jak odlane z gipsu. Filar po prawej stronie podtrzymywał resztki stropu. Drugi, przewracając się, zmiażdżył półokrągły kontuar. Połowy ściany, za resztkami kontuaru, brakowało i przestrzeń otwierała się na ulicę, wpuszczając lekkie podmuchy powietrza, wciąż gorącego od pożarów, pomieszanego z gryzącym dymem. Za ocalałym filarem zawalone schody zwisały ze stropu wyższej kondygnacji na groteskowo powyginanym zbrojeniu. Obok nich ział pustką szyb windy.
     Górne kondygnacje bombardowanie zmiotło na ulicę, przestały istnieć i, co za tym idzie, stanowić potencjalną kryjówkę dla cudem ocalałych. Pomieszczenie na dole zdawało się puste. Na wyświetlaczu detektora Odd mignął jakiś niewyraźny punkcik tuż za zarwanymi schodami. Przetarł wyświetlacz. Mógł się tam przyczepić jakiś pyłek. Zerknął na pozostałych. Byli skoncentrowani na oględzinach holu i przylegającej do niego sali, oddzielonej niegdyś szklaną ścianą. Teraz pozostało po niej jedynie pokuszone drobno szkło i metalowe ramy, częściowo połamane i pogięte, w które wprawione były kiedyś szyby.
     Nikt poza nim niczego nie zauważył, ale Odd był pewny, że mu się nie zdawało. Dokładność i ostrożność przede wszystkim, żadnych wątpliwości, a jeśli są, mają zostać bezwzględnie wyjaśnione, potencjalne zagrożenia wyeliminowane.
     Odd zbliżył się do schodów. Każdy krok wzbijał niewielkie obłoczki białego pyłu. Za rumowiskiem znajdowało się zejście wiodące do piwnic. Wytężył słuch... Nic... Cisza.
     – Sprawdźcie ten poziom, ja sprawdzę na dole – polecił towarzyszom.
     Gdy potwierdzili przyjęcie rozkazu, powolutku zagłębił się w pogrążoną w półmroku klatkę schodową.

     Stawiał stopy ostrożnie. Detonacje z pewnością naruszyły i nadwrężyły konstrukcję i istniało ryzyko, że  nie wytrzyma jego ciężaru. Wolnymi rękoma sprawdził solidność metalowej poręczy osadzonej w ścianie. Wydawała się trwać mocno na swoim miejscu. Asekurując się przed ewentualnym upadkiem, krok po kroku schodził w głąb piwnicy. Gotową do strzału bronią i wzrokiem nieustanie omiatał teren przed sobą.

* * * * *
     Pociski spadały jak rzęsisty deszcz. Huk eksplozji zagłuszał krzyki i opętańcze wycie syren. Szalejące na ulicach pożary podnosiły temperaturę do progu ludzkiej wytrzymałości, a buchające płomienie zasysały chciwie wszystko dookoła. Ludzi, którzy uciekając w panice przed zagładą znaleźli się w ich zasięgu, także.
     – Szybciej! – Anna popchnęła oszołomioną koleżankę przed sobą.
     Wbiegły do najbliższego stojącego jeszcze budynku. Podmuch eksplozji powalił je na zasypaną szkłem i gruzem podłogę. Poocierały i pokaleczyły ręce i łokcie. Gruby drelich spodni osłonił kolana, które tylko boleśnie poobijały. Nie zwracając uwagi na ostre okruchy kaleczące ciało, pełzły w kierunku piwnicy. Nadia miała rozcięty łuk brwiowy i krew zalewała jej oko, ciekła po policzku.
Dziewczyna otarła ją wierzchem dłoni, klnąc szpetnie.
     Anna czołgała się tuż za nią, wlokąc plecak z medycznym zaopatrzeniem. Miały tam środki opatrunkowe, dezynfekujące, przeciwbólowe, trochę jednorazowych igieł i strzykawek, kilka opakowań z roztworem dekstranu, igły i nici chirurgiczne, trochę wody i żywności. W warunkach polowych rzeczy bezcenne...
     Nadia pierwsza zeszła po schodach i pobiegła korytarzem na wprost. Anna, przy samych drzwiach, chwilę mocowała się z plecakiem który zahaczył o wystające ze ściany zbrojenie. Uporała się z nim wreszcie i zbiegła w dół, rozglądając się za Nadią.
     – Nadia! – zawołała, nie widząc koleżanki.
     – Tutaj! – Dobiegł głos z głębi jednego z korytarzy.
     W tym momencie budynkiem targnęła eksplozja. Wyższe kondygnacje runęły w dół. Zatrzęsły się fundamenty, na ścianach pojawiły się rysy. Mury pękały, trzeszcząc przeraźliwie, ze stropu pospał się gruz i pył. Podłoga uciekła Annie spod nóg. Dziewczyna zachwiała się i upadła, osłaniając głowę ramionami. Nim wcisnęła twarz w proch na podłodze dojrzała jeszcze Nadię wybiegającą z pomieszczenia w głównym korytarzu. Potem ten obraz przesłonił walący się strop, ściany złożyły się do środka, wszystko pokrył gruz i kurz. Główny korytarz przestał istnieć...
     Nadia została gdzieś tam, po drugiej stronie rumowiska lub... pod nim.

     Długo jeszcze budynkiem wstrząsały kolejne fale uderzeniowe wybuchających dookoła pocisków. Anna leżała bez ruchu, cały czas osłaniając głową, z ponurą świadomością, że jeśli strop nad nią się zawali niewiele jej ta osłona pomoże.
     Huk wybuchów poraził słuch i dopiero po jakimś czasie skulona na ziemi młoda lekarka zorientowała się, że dookoła zapanowała cisza. Że ostrzał ustał całkowicie, zdała sobie sprawę, gdy przestała wyczuwać drganie podłoża i ścian.
     Ostrożnie podniosła głowę, strząsając z niej grubą warstwę pyłu. Wciąż żyła, ale Nadia najprawdopodobniej zginęła. Nie było jak tego sprawdzić. A nawet gdyby nawet koleżanka jakimś cudem przetrwała w zawalonym korytarzu, Anna nie zdołałaby jej wydostać.
     Było jeszcze coś, co nakazywało pośpiech.
     Morderczy ostrzał dobiegł końca, to zaś oznaczało, że lada chwila na teren wejdą oddziały „czyszczące”.
     Anna przeżyła bombardowanie miasta, ale jeśli chciała pożyć jeszcze trochę, to teraz musiała jak najszybciej wydostać się z jego gruzów. Nie miała pojęcia ile czasu już straciła, leżąc oszołomiona w zrujnowanej piwnicy.

     Wstała i nie tracąc cennych chwil na otrzepywanie się z kurzu, ostrożnie zaczęła wspinać się po schodach. Miała szczęście, że były całe, inaczej nie mogłaby się dostać na górę.
     Musiała być ostrożna. Przeczesujący gruzy yenni już mogli kręcić się w pobliżu.
     Na górze, na czworakach podpełzła do drzwi, czy raczej do dziury w ścianie, jaka po nich pozostała. Nie wstając, wyjrzała na zewnątrz. Dymy wydobywające się spod zgliszcz ograniczały widoczność i utrudniały obserwację. Usłużny wiatr, od czasu do czasu, przeganiał jednak kłęby i pozwalał się odrobinę rozejrzeć.
     Dostrzegła ich. Niewielka grupa, pięciu, może sześciu. Ale dla nieuzbrojonego słabego cywila jakim była, nawet jeden yenni stanowił śmiertelne zagrożenie.
     Anna nie była niską, kruchą kobietką. Była wysoka i silna. Jednak najniższemu z wrogów nie dorównałby ani wzrostem, ani muskulaturą. Yenni byli wyżsi niż wahał się wzrost przeciętnego człowiek. Byli też masywniejsi, silnie umięśnieni, sprawniejsi i zawsze znacznie lepiej uzbrojeni i wyposażeni. I nawet bez tego wszystkiego dodatkowa para ramion dawała im przewagę w niemal każdej bezpośredniej konfrontacji. Ludzka kobieta, nie dysponująca żadną bronią, nawet wysoka i wysportowana jak Anna, nie miałaby szans w starciu z takim przeciwnikiem. Jej jedyną szansą to pozostać niezauważoną.
     Przylgnęła do ściany i z najwyższą ostrożnością, pozostając na kolanach, ponownie cofnęła się w głąb budynku, ciągnąc za sobą plecak. Przez chwilę zastanawiała się czy go nie zostawić, ale zawartość wydała się tak cenna, że wolała się z nim nie rozstawać. Zaklęła w duchu, gdy znów zahaczyła nim o coś i musiała się cofnąć, by go odczepić, tracąc przy tym cenne sekundy. Przyspieszyła ruchy. Na palcach zbiegała po schodach, w chwili gdy w uszach zachrzęściło szkło w zrujnowanym holu, rozgniatane twardymi podeszwami wojskowych butów.
     Nie miała czasu na planowanie kolejnych kroków. W pospiechu, bez zastanowienia rzuciła się w lewo i starając się nie czynić najmniejszego hałasu posuwała się wzdłuż ściany. Szukała czegokolwiek, co mogłoby ją skryć przez wzrokiem wroga. Załomu ściany, pomieszczenia, w którym byłyby jakieś sprzęty, jakiekolwiek, albo chociaż kupa gruzu.
     Korytarz w głębi oświetlała jakaś jedna, cudem ocalała, żarówka. Musiała czerpać zasilanie z generatora, który też ocalał cudem. Ale na tym cuda się skończyły. Korytarz był długi i przerażająco pusty. W słabym migotliwym świetle Anna dostrzegła wyrwane z zawiasów drzwi leżące na ziemi. Za nimi otwierało się wejście do pomieszczenia. Innych szans nie było, więc weszła tam i rozejrzała się.
     Ściana po lewej pękła, tworząc dość głęboką szczelinę, z jednej strony osłoniętą rumowiskiem, z drugiej poprzewracanymi, pogiętymi regałami. Dodatkowo od strony wejścia piętrzyła się sterta kartonów, rzucając cień sięgający samej szczeliny.
     Stojąc, w tamtym miejscu byłaby widoczna, ale jeśli usiądzie na ziemi skuli się i wciśnie w rozszczepioną ścianę, być może „czyściciel” nie dostrzeże jej w cieniu, w ogólnie panującym bałaganie. Wcisnęła się w szparę tyłem, by zachować choć złudzenie, że w tej pozycji mogłaby się bronić. To było absurdalne, ale mimo wszystko czuła się lepiej ze świadomością, że jeśli zostanie odkryta, będzie mogła patrzeć swojemu oprawcy w twarz, zamiast jak przerażone dziecko chować głowę w piasek.
     Usiadła, skuliła się z kolanami pod brodą, przyciągnęła do siebie plecak i zamieniła się w słuch.

* * * * *

Jak dobrze pójdzie to następny będzie jeszcze w tym roku, a jak bardzo dobrze pójdzie, to jeszcze w tym miesiącu ;). Tak czy siak, mam nadzieję, że dobrze się bawicie :).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.