Uwaga, lecę z tym na żywca.
Nawet nie jestem pewna, czy to aby na pewno tak miałam zamiar poukładać, jak poukładałam. Słusznie sie jednak spodziewałam, że Kraków wpłynie na moje szare komórki pobudzająco. A właściwie to Kraków w komplecie z czekoladą. Niestety, dieta nie służy mojemu pisaniu. Wychodzi na to, że czekolada jest absolutnie niezbędnym składnikiem mojej weny. I tak, po przyjęciu odpowiedniej dawki, dzisiaj udało mi się ogarnąć kawałek, który podrzucam. Mimo iż moje myślenie karmi się, jak widać, cukrem, dzisiejszy wpis lukru nie zawiera, za to będzie dużo pudru, pyłu, kurzu, jak tam komu pasuje. Idziemy na wojnę...
Słońce świeciło, jak
każdego innego dnia. Nie robiło mu żadnej różnicy, co ogarniają jego promienie,
ani co wydobywają z ciemności nocy. Rajski ogród, migoczący feerią barw, czy
pokryte pyłem, jeszcze dymiące zgliszcza...
Jakie to miało znaczenie?
Światło, z jednakową obojętnością opływało zarówno piękno, jak i koszmar.
Bombardowanie dobiegło
końca i teraz miasto należało do nich, do „czyścicieli”. Każdemu z kilkunastu
oddziałów przydzielono konkretny sektor czegoś co przestało już właściwie być
miastem. To raczej osobliwe cmentarzysko, w którym nie miały prawa przeżyć
nawet szczury i karaluchy. Ludzie jednak potrafili się wykazać wyjątkową
żywotnością. Nie zdarzyło się, by nie natknęli się na jednostki, które pomimo
straszliwych obrażeń kurczowo trzymały się życia. Dobijanie takich osobników
było bardziej odruchem miłosierdzia, niż egzekucją rozkazów. Gorzej kiedy
natknęli się na całkiem zdrowe osobniki, które jakimś cudem przeżyły. Wtedy
było trudniej, bo zwykle byli to bezbronni cywile. Wojskowi mieli więcej szczęścia, ginąc podczas
rozpaczliwych prób obrony, a gdy ta zawodziła wycofywali się na bezpieczniejsze
pozycje, pozostawiając na pastwę losu bezbronną ludność, która nie miała jak i
nie mogła opuścić bombardowanego obszaru. Właściwie na pewną śmierć, bo wiadomo
było, że jeśli nawet komuś uda się wyjść cało z ostrzału dobiją go
„czyściciele”. Ta wojna rządziła się swoimi prawami, humanitaryzm stał się
pustym słowem.
Za każdym razem, gdy
przemierzali zrównane z ziemią dzielnice i sektory wiedzieli, że będą zabijać.
Po akcjach nie rozmawiali o tym, nie przechwalali się między sobą. Wykonywali
swoją robotę i tyle. Dzisiaj także.
Gruz i pokruszone szkło
chrzęściły ostro pod podeszwami wojskowych butów. Miasto zdawało się martwe.
Mimo to posuwali się powoli, ostrożnie, dokładnie badając wzrokiem każdy cień,
załom muru, każdy okienny otwór, każde rumowisko. Ulice były nieprzejezdne,
musieli poruszać się piechotą. W nozdrza nawet poprzez osłony masek uderzał
mdły zapach zgnilizny i spalenizny. Spod stóp podnosiły się obłoczki białego
pyłu i opadały wolno za ich plecami.
Kątem oka Odd dostrzegł
ruch po prawej stronie.
Natychmiast skierował w
tamtym kierunku broń, ale nie zauważył nikogo. Tylko zruszony kurz jeszcze nie
całkiem opadł na ziemię, zdradzając, że dostrzeżony ruch nie był przywidzeniem.
Mógł wprawdzie przebiec tamtędy zwyczajny szczur. Tutejsze, podobnie jak
ludzie, wykazywały wyjątkową odporność i zdumiewającą wręcz umiejętność
przetrwania. Dostrzeżoną nieprawidłowość należało bezwzględnie sprawdzić. Po intensywnym
ostrzale, jaki zaserwowali tej dzielnicy nocą, nic tu nie miało prawa trwać
przy życiu. Nawet te cholerne sprytne szczury.
Maska na twarzy doprowadzała
go do szału. Paradoksalnie wcale nie ułatwiała oddychania, a równocześnie
bardzo marnie izolowała od wszechobecnego swądu. Po ciele spływały strużki potu, sprzęt
ciążył, mięśnie, spięte w gotowości do działania, drętwiały. Wszyscy członkowie
patrolu zdawali sobie jednak sprawę, że mimo ogólnego dyskomfortu nie mogą
sobie pozwolić na najmniejszą dekoncentrację. Każde rozproszenie uwagi może
zakończyć się śmiercią.
„Oczyścić teren. Nie brać
jeńców. Cywile to zbędne śmieci, likwidować na miejscu.” – Ich stałe rozkazy. Co
za bezduszne bydlę je wydawało?
Co za szatan podkusił jego
żeby na ochotnika zgłosić się armii? Ach, tak chciał dokuczyć ojcu. Ambitny
rodzic ubzdurał sobie, że zamknie Odda w jakimś super chronionym laboratorium,
w którym grzebanie w odczynnikach i wykonywanie skomplikowanych obliczeń, mających
na celu poprawę parametrów kolejnego prototypu broni, stanie jego życiową
misją. W takim miejscu poplamienie odczynnikami nieskazitelnie białego uniformu
byłoby jedynym ryzykiem, na które by się narażał. Z dala od wojennych działań,
od niebezpieczeństwa, od tego gruzu, po którym właśnie stąpał.
Wojna postrzegana z
perspektywy cywila, siedzącego w bezpiecznym domu wydawała się niesamowitą
przygodą. W newsach podawano oczywiście informacje o rannych, zabitych,
niezmiennie wylewano łzy nad stratami własnymi, szczególnie zwracając uwagę na
wyjątkowe okrucieństwo antagonistów.
Niedopuszczalne było, by
bodaj cień współczucia miał wykiełkować w duszach członków społeczeństwa.
Nieprzyjaciół mieli nienawidzić bez względu na ich płeć, wiek i spełnianą
funkcję. Oczywiście całkowicie pomijano przy tym fakt, że to właśnie pobratymcy
Odda byli agresorami, a mieszkańcy zaatakowanej planety jedynie się bronili,
usiłując przetrwać.
Nikt nie dążył do ukazania
prawdy. Można było raczej odnieść wrażenie, że świadomie i z premedytacją ją
wykoślawiano. Żaden z wojennych korespondentów nie towarzyszył nigdy oddziałom
„oczyszczającym zdobyty teren”. Przekazywali do informacyjnych centrów
wyłącznie obraz totalnego zniszczenia, podkreślając na każdym kroku, iż jest
ono skutkiem zawziętości, zaciętości i fanatyzmu z jakim ludzie opierają się
inwazji. A przecież, gdyby potulnie złożyli broń, może mogliby uniknąć
całkowitej eksterminacji gatunku? Jednym słowem, ludzie byli okrutni, głupi, ślepi,
ciemni i nie zasługiwali na nic ponad to, by w najbliższym czasie trafić do
kronik z adnotacją “rasa wymarła”. Jeden, czy dwóch pismaków, którzy odważyli
napomknąć w jakiejś lokalnej gazecie, czy audycji radiowej, o tym, że ludzie to
jednak rasa inteligenta, zdeterminowana i znakomicie adoptująca się w
najrozmaitszych, często ekstremalnych warunkach... Cóż, tym wyjaśniono
dyskretnie, że nie powinni wykonywać wyuczonego zawodu i żaden niczego już
więcej nie napisał, ani nie powiedział.
Odd prychnął w duchu. Cóż
za hipokryzja... Przecież władze musiały być świadome, że coraz większy odsetek
społeczeństwa z rosnącą niechęcią przygląda się wojnie. Zaczęły się wśród
polityków pojawiać niechętne jej opinie. Do świadomości coraz większej liczby
yennich zaczynało docierać, że gdyby władze i dowództwo armii faktycznie
chcieli uniknąć drastycznych działań, już dawno znaleźliby sposób na to, by
zażegnać konflikt. Zdarzały się incydenty. Nie wszystkie udawało się ukryć, czy
zatuszować.
Tymczasem jednak w
jednostce Odda i innych rozkaz: likwidować na miejscu, wciąż obowiązywał. I w
tej chwili, nie zaniedbując ciągłej obserwacji otoczenia, bo niedobitki
nieprzyjaciół mogły czaić się wszędzie, we trzech weszli do zrujnowanego
budynku.
Znaleźli się w sporych
rozmiarów pomieszczeniu, które mogło być jakimś holem, albo recepcją, trudno
było to określić z całą pewnością. Jak wszystko wokół tak i tu posadzka była
zasypana gruzem i pokruszonym szkłem. Można było jednak wyróżnić resztki kanap
dookoła rozbitej fontanny, z której niemrawym strumyczkiem ciekła woda, tworząc
mleczne kałuże. Zieleń dekoracyjnych roślin, porozrzucanych bezładnie i
połamanych przez eksplozje, pokrył biały kurz i wyglądały, jak odlane z gipsu.
Filar po prawej stronie podtrzymywał resztki stropu. Drugi, przewracając się,
zmiażdżył półokrągły kontuar. Połowy ściany, za resztkami kontuaru, brakowało i
przestrzeń otwierała się na ulicę, wpuszczając lekkie podmuchy powietrza, wciąż
gorącego od pożarów, pomieszanego z gryzącym dymem. Za ocalałym filarem zawalone
schody zwisały ze stropu wyższej kondygnacji na groteskowo powyginanym
zbrojeniu. Obok nich ział pustką szyb windy.
Górne kondygnacje
bombardowanie zmiotło na ulicę, przestały istnieć i, co za tym idzie, stanowić
potencjalną kryjówkę dla cudem ocalałych. Pomieszczenie na dole zdawało się
puste. Na wyświetlaczu detektora Odd mignął jakiś niewyraźny punkcik tuż za
zarwanymi schodami. Przetarł wyświetlacz. Mógł się tam przyczepić jakiś pyłek.
Zerknął na pozostałych. Byli skoncentrowani na oględzinach holu i przylegającej
do niego sali, oddzielonej niegdyś szklaną ścianą. Teraz pozostało po niej
jedynie pokuszone drobno szkło i metalowe ramy, częściowo połamane i pogięte, w
które wprawione były kiedyś szyby.
Nikt poza nim niczego nie
zauważył, ale Odd był pewny, że mu się nie zdawało. Dokładność i ostrożność
przede wszystkim, żadnych wątpliwości, a jeśli są, mają zostać bezwzględnie
wyjaśnione, potencjalne zagrożenia wyeliminowane.
Odd zbliżył się do
schodów. Każdy krok wzbijał niewielkie obłoczki białego pyłu. Za rumowiskiem znajdowało się zejście wiodące do piwnic. Wytężył słuch... Nic... Cisza.
– Sprawdźcie ten poziom,
ja sprawdzę na dole – polecił towarzyszom.
Gdy potwierdzili przyjęcie
rozkazu, powolutku zagłębił się w pogrążoną w półmroku klatkę schodową.
Stawiał stopy ostrożnie.
Detonacje z pewnością naruszyły i nadwrężyły konstrukcję i istniało ryzyko, że
nie wytrzyma jego ciężaru. Wolnymi rękoma sprawdził solidność metalowej
poręczy osadzonej w ścianie. Wydawała się trwać mocno na swoim miejscu. Asekurując
się przed ewentualnym upadkiem, krok po kroku schodził w głąb piwnicy. Gotową
do strzału bronią i wzrokiem nieustanie omiatał teren przed sobą.
* * * * *
Pociski spadały jak
rzęsisty deszcz. Huk eksplozji zagłuszał krzyki i opętańcze wycie syren.
Szalejące na ulicach pożary podnosiły temperaturę do progu ludzkiej
wytrzymałości, a buchające płomienie zasysały chciwie wszystko dookoła. Ludzi,
którzy uciekając w panice przed zagładą znaleźli się w ich zasięgu, także.
– Szybciej! – Anna
popchnęła oszołomioną koleżankę przed sobą.
Wbiegły do najbliższego
stojącego jeszcze budynku. Podmuch eksplozji powalił je na zasypaną szkłem i
gruzem podłogę. Poocierały i pokaleczyły ręce i łokcie. Gruby drelich spodni
osłonił kolana, które tylko boleśnie poobijały. Nie zwracając uwagi na ostre
okruchy kaleczące ciało, pełzły w kierunku piwnicy. Nadia miała rozcięty łuk
brwiowy i krew zalewała jej oko, ciekła po policzku.
Dziewczyna otarła ją
wierzchem dłoni, klnąc szpetnie.
Anna czołgała się tuż za nią, wlokąc plecak z
medycznym zaopatrzeniem. Miały tam środki opatrunkowe, dezynfekujące,
przeciwbólowe, trochę jednorazowych igieł i strzykawek, kilka opakowań z
roztworem dekstranu, igły i nici chirurgiczne, trochę wody i żywności. W
warunkach polowych rzeczy bezcenne...
Nadia pierwsza zeszła po schodach i pobiegła korytarzem na wprost. Anna, przy samych
drzwiach, chwilę mocowała się z plecakiem który zahaczył o wystające ze ściany
zbrojenie. Uporała się z nim wreszcie i zbiegła w dół, rozglądając się za
Nadią.
– Nadia! – zawołała, nie
widząc koleżanki.
– Tutaj! – Dobiegł głos z
głębi jednego z korytarzy.
W tym momencie budynkiem
targnęła eksplozja. Wyższe kondygnacje runęły w dół. Zatrzęsły się fundamenty,
na ścianach pojawiły się rysy. Mury pękały, trzeszcząc przeraźliwie, ze stropu
pospał się gruz i pył. Podłoga uciekła Annie spod nóg. Dziewczyna zachwiała się
i upadła, osłaniając głowę ramionami. Nim wcisnęła twarz w proch na podłodze
dojrzała jeszcze Nadię wybiegającą z pomieszczenia w głównym korytarzu. Potem ten
obraz przesłonił walący się strop, ściany złożyły się do środka, wszystko
pokrył gruz i kurz. Główny korytarz przestał istnieć...
Nadia została gdzieś tam,
po drugiej stronie rumowiska lub... pod nim.
Długo jeszcze budynkiem
wstrząsały kolejne fale uderzeniowe wybuchających dookoła pocisków. Anna leżała
bez ruchu, cały czas osłaniając głową, z ponurą świadomością, że jeśli strop
nad nią się zawali niewiele jej ta osłona pomoże.
Huk wybuchów poraził słuch
i dopiero po jakimś czasie skulona na ziemi młoda lekarka zorientowała się,
że dookoła zapanowała cisza. Że ostrzał ustał całkowicie, zdała sobie sprawę,
gdy przestała wyczuwać drganie podłoża i ścian.
Ostrożnie podniosła głowę,
strząsając z niej grubą warstwę pyłu. Wciąż żyła, ale Nadia najprawdopodobniej
zginęła. Nie było jak tego sprawdzić. A nawet gdyby nawet koleżanka jakimś
cudem przetrwała w zawalonym korytarzu, Anna nie zdołałaby jej wydostać.
Było jeszcze coś, co
nakazywało pośpiech.
Morderczy ostrzał dobiegł
końca, to zaś oznaczało, że lada chwila na teren wejdą oddziały „czyszczące”.
Anna przeżyła
bombardowanie miasta, ale jeśli chciała pożyć jeszcze trochę, to teraz musiała
jak najszybciej wydostać się z jego gruzów. Nie miała pojęcia ile czasu już
straciła, leżąc oszołomiona w zrujnowanej piwnicy.
Wstała i nie tracąc
cennych chwil na otrzepywanie się z kurzu, ostrożnie zaczęła wspinać się po
schodach. Miała szczęście, że były całe, inaczej nie mogłaby się dostać na
górę.
Musiała być ostrożna.
Przeczesujący gruzy yenni już mogli kręcić się w pobliżu.
Na górze, na czworakach
podpełzła do drzwi, czy raczej do dziury w ścianie, jaka po nich pozostała. Nie
wstając, wyjrzała na zewnątrz. Dymy wydobywające się spod zgliszcz ograniczały
widoczność i utrudniały obserwację. Usłużny wiatr, od czasu do czasu,
przeganiał jednak kłęby i pozwalał się odrobinę rozejrzeć.
Dostrzegła ich. Niewielka
grupa, pięciu, może sześciu. Ale dla nieuzbrojonego słabego cywila jakim była,
nawet jeden yenni stanowił śmiertelne zagrożenie.
Anna nie była niską,
kruchą kobietką. Była wysoka i silna. Jednak najniższemu z wrogów nie dorównałby
ani wzrostem, ani muskulaturą. Yenni byli wyżsi niż wahał się wzrost
przeciętnego człowiek. Byli też masywniejsi, silnie umięśnieni, sprawniejsi i
zawsze znacznie lepiej uzbrojeni i wyposażeni. I nawet bez tego wszystkiego
dodatkowa para ramion dawała im przewagę w niemal każdej bezpośredniej
konfrontacji. Ludzka kobieta, nie dysponująca żadną bronią, nawet wysoka i
wysportowana jak Anna, nie miałaby szans w starciu z takim przeciwnikiem. Jej
jedyną szansą to pozostać niezauważoną.
Przylgnęła do ściany i z
najwyższą ostrożnością, pozostając na kolanach, ponownie cofnęła się w głąb
budynku, ciągnąc za sobą plecak. Przez chwilę zastanawiała się czy go nie
zostawić, ale zawartość wydała się tak cenna, że wolała się z nim nie
rozstawać. Zaklęła w duchu, gdy znów zahaczyła nim o coś i musiała się cofnąć,
by go odczepić, tracąc przy tym cenne sekundy. Przyspieszyła ruchy. Na palcach
zbiegała po schodach, w chwili gdy w uszach zachrzęściło szkło w zrujnowanym
holu, rozgniatane twardymi podeszwami wojskowych butów.
Nie miała czasu na
planowanie kolejnych kroków. W pospiechu, bez zastanowienia rzuciła się w lewo
i starając się nie czynić najmniejszego hałasu posuwała się wzdłuż ściany.
Szukała czegokolwiek, co mogłoby ją skryć przez wzrokiem wroga. Załomu ściany,
pomieszczenia, w którym byłyby jakieś sprzęty, jakiekolwiek, albo chociaż kupa
gruzu.
Korytarz w głębi
oświetlała jakaś jedna, cudem ocalała, żarówka. Musiała czerpać zasilanie z
generatora, który też ocalał cudem. Ale na tym cuda się skończyły. Korytarz był długi i przerażająco pusty. W słabym migotliwym świetle Anna dostrzegła wyrwane z
zawiasów drzwi leżące na ziemi. Za nimi otwierało się wejście do pomieszczenia.
Innych szans nie było, więc weszła tam i rozejrzała się.
Ściana po lewej pękła,
tworząc dość głęboką szczelinę, z jednej strony osłoniętą rumowiskiem, z
drugiej poprzewracanymi, pogiętymi regałami. Dodatkowo od strony wejścia
piętrzyła się sterta kartonów, rzucając cień sięgający samej szczeliny.
Stojąc, w tamtym miejscu
byłaby widoczna, ale jeśli usiądzie na ziemi skuli się i wciśnie w
rozszczepioną ścianę, być może „czyściciel” nie dostrzeże jej w cieniu, w ogólnie
panującym bałaganie. Wcisnęła się w szparę tyłem, by zachować choć złudzenie,
że w tej pozycji mogłaby się bronić. To było absurdalne, ale mimo wszystko
czuła się lepiej ze świadomością, że jeśli zostanie odkryta, będzie mogła
patrzeć swojemu oprawcy w twarz, zamiast jak przerażone dziecko chować głowę w
piasek.
Usiadła, skuliła się z
kolanami pod brodą, przyciągnęła do siebie plecak i zamieniła się w słuch.
* * * * *
Jak dobrze pójdzie to następny będzie jeszcze w tym roku, a jak bardzo dobrze pójdzie, to jeszcze w tym miesiącu ;). Tak czy siak, mam nadzieję, że dobrze się bawicie :).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.