WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

26.09.2014

Yave cz.23 (18+)

Przechodzimy do strefy lukru, stąd oznaczenie 18+ ;). I zapraszam na kolejny kawałek...


     Odjechał galopem, ale gdy zyskał pewność, że zagroda znikła już z zasięgu wzroku ostro ściągnął wodze koniowi, osadzając go w miejscu tak gwałtownie, że zwierzę przysiadło na zadzie.
     Zeskoczył z siodła i z furią kopnął w darń, potem jakiś wystający korzeń, podniósł szyszkę i cisnął nią w krzaki. Spory kawał drogi powrotnej przeszedł piechotą żeby ochłonąć. Co za uparta, mała... jędza. Znał jej temperament, nie powinien go dziwić jej upór. Ale też zawsze umiał owinąć ją sobie wokół palca. Tymczasem dziś najzwyczajniej w świecie dała mu kosza. A przez chwilę było tak... Tak rozkosznie obejmować ją i czuć ciepło ciała, zapach...

     W domu ojciec już czekał i powitał go tyleż z radością, co i ze skupioną powagą, jakby na sercu leżała mu jakaś troska. Melta, który po drodze zdążył już opanować złość, zdobył się nawet na krzywy uśmiech, chociaż nastrój miał wyjątkowo podły.
     – Cieszę się, widząc cię zdrowego, mój synu. – Arut uściskał serdecznie swego jedynaka. – Wyczekiwaliśmy tutaj ciebie – dodał.
     Jaka szkoda, że tylko wy – pomyślał ponuro młody mężczyzna. Pewien był, że ojciec znał wszystkie interesujące go szczegóły i nie bez przyczyny zażyczył sobie jego obecności w Nammas. Ale koło kręciły się siostry, matka i mnóstwo innych ludzi. Nie było jak wypytywać się o cokolwiek, więc zdusił w sobie palącą ciekawość i rzucił żartem:
     – Ech, sądziłem, że dawno tu już pamięć po mnie zaginęła.
     Uśmiechnął się nawet nieszczerze przy tych słowach, ale oczy ojca pozostały poważne, gdy odpowiedział:
     – Ci, którzy kochają nie zapominają, synu, a jest nas tu takich kilkoro w Nammas. – Gasnący uśmiech na twarzy Melty i pionowa zmarszczka, która przecięła mu czoło, gdy ściągnął brwi na tę odpowiedź, nie uszła uwadze.
     – Ze starymi przyjaciółmi byłeś się witać, jak mniemam? – zapytał podchwytliwie Arut.
     – N... Nie, nie dzisiaj. Lato długie na to będzie dość czasu. Dziś jestem wasz! – Melta rozłożył ręce i wyszczerzył się do dziewczynek, by zmienić temat. Chciał rozmowy z ojcem, ale nie tu i nie teraz. W cztery oczy. Tymczasem siostrzyczki uwiesiły się na nim radośnie.
     – Jeździłeś gdzieś, więc sądziłem... – drążył Arut.
     – Ach, to... – Melta spochmurniał i postawił dzieci na ziemi. Przegarnął ręką włosy. – Była tu kobieta, Yave. Odwiozłem ją tylko, bo z dzieckiem była, a daleko...
Arut z zadumą pokiwał głową i utkwił wzrok w jakimś punkcie w przed sobą.
     – Tak... Yave... Czasem zachodzi do nas, jak jest we wsi. Dobrze, żeś ją odwiózł.


     Melta zmilczał już i łypnął tylko podejrzliwie spode łba. Teraz pewien był, że ojciec właśnie z jej powodu ściągnął go do Nammas. Ale dlaczego nie zrobił tego wcześniej? Powinien był posłać po niego jeszcze tamtej jesieni. Chyba że Yave nie tylko przed Meltą skryła prawdę. A Uker? Musiałby być skończonym głupcem żeby uwierzyć, że dziecko jest jego. Jak jemu zdołała wmówić rzecz? Musiał być wściekły, gdy się zorientował, że go oszukano. Może ją bił... Melta zacisnął pięści. Jeżeli ją choć raz uderzył, ma szczęście, że nie żyje. Nawet jeżeli sam Melta chętnie spuściłby dziewczynie lanie. Przypomniało mu się, jak to sam kiedyś groził jej zbiciem tyłka i nawet się do tego poważnie przymierzył... Zrobiło mu się gorąco na to wspomnienie... Jaka ona była wtedy rozkoszna i niewinna. I co z tego, skoro teraz nie chce cię znać, głupcze?

     Illith zaczęła zaganiać do wieczerzy. Przy stole Melta siedział poważny i chmurny. Ojciec i matka nie wypytywali go zbyt natarczywie, jedynie dla przyzwoitości podtrzymując konwersację. Za to siostry, nawet powściągliwa Ellay, dały upust swojej ciekawości, zarzucając gradem pytań o wszystko. O miasto, o daleką północ, o budowany zamek, o dwór, który też miał okazję zobaczyć, o życie w stanicy na rubieżach. Melta wyraźnie męczył się, starając skupiać na udzielaniu barwnych, ciekawych odpowiedzi, podczas gdy jego myśli nieustanie krążyły wokół niewielkiej zagrody w lesie.
     Po posiłku też nie od razu znalazł spokój, bo choć starsza zajęła się swoimi sprawami, rozumiejąc chyba jego nastrój, młodsze nie odstępowały go na krok, paplając przy tym jedna przez drugą. Ojciec tylko go obserwował. Melta czuł na sobie jego poważne, skupione spojrzenie przez cały wieczór.
     Wreszcie Illith położyła kres jego mękom i pogoniła rozbrykane dziewczynki.
     – Dosyć, wy kozy jedne! Do spania! Na tym wieczorze świat się nie kończy, będą jeszcze inne. Dajcież bratu trochę odpocząć.

     Melta posłał jej pełne wdzięczności spojrzenie i z westchnieniem ulgi wyszedł przed dom, odsapnąć trochę w wieczornym chłodzie
     Ciepła, lipcowa noc pachniała ziołami i lasem. Świetliki tańczyły w mroku, jak iskierki żywego światła. W sadzie, za domem grały świerszcze. Usiadł na ogrodzeniu przy wybiegu dla koni i zamyślił się. Głowę znów natrętnie wypełniły wspomnienia i cudowne, i bolesne zarazem.

     W wieczornej ciszy, wolnym krokiem Arut przemierzył podwórze. Oparł się o belki tuż obok. Nie mówił nic. Melta podniósł głowę i spojrzał na niego udręczonym wzrokiem.
     – Ojcze... To mój syn, prawda? – spytał cicho. – To, dlatego nalegałeś na mój przyjazd...
     – Rozmawiałeś z nią, Melto? – Odpowiedź była tak oczywista, że Arut pominął ją, od razu zadając pytanie, które cisnęło mu się na usta od chwili, gdy przywitał się z synem.
     Ten zaprzeczył, wolno kręcąc głową.
     – Nie chciała ze mną mówić i kazała iść precz.
     – Dziwisz się jej?
     – Na bogów, nic nie wiedziałem – szepnął zdruzgotany. – Nie powiedziała mi.
     Ojciec ciężko westchnął.
     – Mimo to nie winię jej, mój synu, lecz ciebie. Niewinna, naiwna, sama prawie jeszcze dziecko, bała się. Czy wiesz, że życie chciała sobie odebrać, gdy wyjechałeś?
     Młody mężczyzna jęknął ze zgrozą i ukrył twarz w dłoniach. Po raz kolejny przypominał sobie ich rozstanie. Musiała już wtedy nosić jego dziecko, a on bezdusznie kazał zapomnieć i iść za mąż.
     – Uker ją powstrzymał. – Ciągnął dalej ojciec. – Przypadkiem znalazł na skraju urwiska, gdy chciała się rzucić w dół. Ożenił się z nią, by dać bezpieczeństwo i dom, jej i dziecku. Dlatego i ja milczałem, choć domyślałem się prawdy. Pewność zyskałem, gdy mały się urodził. Póki żył Uker musiałem uszanować jego prawo i wolę Yave. Los jednak postanowił po swojemu, darowując ci jeszcze jedną szansę.
     – Jestem głupcem, ojcze... Chciałem jej. Tamtego lata o niczym innym nie potrafiłem myśleć, tylko żeby ona była moja. Taka śliczna... I w końcu dopiąłem swego, dostałem ją. To miała być przygoda, nic więcej. Sam nie wiem, kiedy stało się, że ją pokochałem. Ale byłem takim głupcem, że zdałem sobie z tego sprawę, dopiero kiedy znalazłem się daleko stąd... A teraz jest za późno.
     – Nigdy nie jest za późno, Melto. Póki serce bije w człowieku, nie jest za późno. Gdyby nadal żył jej mąż, nie nalegałbym na twój przyjazd tutaj, ale została sama.
     – Gardzi mną. – Skrzywił się Melta z rezygnacją. – Nie chce mnie widzieć, nawet mówić ze mną nie chce.
     – Nie ufa ci, to zrozumiałe, lecz wciąż cię kocha.
     – Nienawidzi mnie. – Młody mężczyzna z rezygnacją potrząsnął głową.
     – Lęka się, czy znów jej nie zwiedziesz. Nie mów jednak, że cię nienawidzi. Od trzech lat konsekwentnie milczy, kryjąc twoją hańbę. Nikt od niej tego nie żąda, a jednak milczy, choć rozgłaszając prawdę, mogłaby uzyskać dla swego syna wszystko, co mu należne, imię, ród, honor. Niejeden szepcze o Iredzie. Tylko głupiec uwierzyłby, że to syn Ukera, sam dobrze wiesz, widziałeś go przecież. Jednak nie złośliwa plotka, a jedynie jej słowo może napiętnować ciebie. Ona o tym wie i milczy. Czy tak postępuje ktoś, kto nienawidzi? Zastanów się, Melto.
     – Jest taka... dumna.
     – Jak każda kobieta. Porzuciłeś ją. Nie jest łatwo odzyskać utracone zaufanie. Ona nie chce twej łaski, przyjmie jednak miłość, jeśli wciąż ją kochasz i zdołasz o tej miłości przekonać. Po śmierci Ukera, chciałem przyjąć ją i mego wnuka do swego domu. Nie zgodziła się. Obiecałem, że ode mnie nie dowiesz się prawdy, że nie ściągnę cię tutaj, wysyłając do ciebie wieści. Nie posłałem. Aż do teraz... Botta chce cię osadzić na północy, jest królem, to jego prawo. Moje zaś zobaczyć syna, nim ostatecznie opuści dom. Co zaś się tyczy prawdy... Wiedziałem, że sam ją odkryjesz, gdy wrócisz i nie myliłem się. Przemyśl sobie, co ci powiedziałem, zastanów się. Tak, czy inaczej spędzisz tu lato. Możesz przez ten czas nie robić niczego i odjechać, pozostawiając wszystko jak jest. Ona cię nie obciąży, bez względu na to, co postanowisz, jestem pewien. Ale czy twój syn nie jest wart byś jednak coś zrobił? Czy ty sam, czy Yave, czy oboje nie jesteście tego warci? Przemyśl to, Melto.
     – Nadal ją kocham – szepnął przybity.

     Milczeli obaj długą chwilę. Wreszcie Melta zeskoczył z ogrodzenia i zdecydowanym krokiem ruszył w kierunku stajni.
     – Dokąd idziesz, synu? – Padło za nim pytanie.
     – Tam, gdzie powinienem być już dawno. – Nie zatrzymując się, rzucił w odpowiedzi przez ramię. Głos miał twardy, zawzięty i słychać w nim było determinację.

     Odrobinę zaniepokojony Arut poszedł za nim. W stajni Melta zarzucał właśnie siodło na koński grzbiet.
     – Co chcesz zrobić?
     – Jeszcze nie wiem. Ale zadałem jej dzisiaj pytanie – z całej siły dociągnął popręg – i nie dostałem na nie odpowiedzi.
     Wyprowadził wierzchowca ze stajni. Arut chwycił uzdę.
     – Już noc, a ty jesteś wzburzony. Nie jedź tam teraz. Prześpij się, przemyśl wszystko. Rankiem się z nią rozmówisz.
     Nie zważając na rady doświadczonego, starszego człowieka, Melta wskoczył na siodło.
     – Trzy lata już zmarnowałem, ojcze. Trzy lata... i ani chwili więcej.
     Zebrał wodze.
     – Synu... Nie postępuj pochopnie, byś nie zaprzepaścił tej szansy, jaką ci los ci podarował.
     Młody mężczyzna zacisnął palce na trzymanej wodzy i potrząsnął dłonią.
     – Widzisz? Trzymam ją. I nie wypuszczę... Żeby nie wiem co, nie wypuszczę.
     – Niczego nie czyń w gniewie, pamiętaj.
     Melta nabrał powietrza głęboko w płuca i uśmiechnął się.
     – Nie obawiaj się, ojcze. Przywiozę tu jutro twego wnuka i jego matkę, zobaczysz. Czekajcie na nas...

     Zniknął w mroku, a Arut pozostał sam na pustym dziedzińcu. Nie do końca był pewien, czy słusznie uczynił, pozwalając Melcie odjechać. Z drugiej strony znał upór Yave. Nieprzyparta do muru, nie ustąpi. Cóż, noc jeszcze długa, a on i tak pewnie już nie zmruży oka. Z niepokojem będzie oczekiwał tego, co przyniesie kolejny dzień.

* * *
     Pęd powietrza chłostał twarz i rozgrzewał krew. Trzy lata! Trzy lata wyrzutów sumienia, tęsknoty i snów na jawie, bo wtedy nie powiedziała mu prawdy. Niczego nie powiedziała...
     Rok próżnej nadziei i potem piekło rozpaczy, gdy dowiedział się, że poszła za innego, że urodziła mu syna. Piekła, tym gorętszego, że sam wskazał jej tę drogę nieświadom, że nosi jego dziecko.
     Zgromadzone przez te lata gorycz i frustracja, teraz z każdym krokiem, zbliżającym go do niej przeradzały się w irytację, a ta rozpalała w nim coraz silniejszy gniew. To jego syn! Jego! I ona sama musi powiedzieć mu tę prawdę! Zmusi ją, wydusi to z niej choćby miał uczynić to przemocą!

     Zmusił konia, by skokiem przesadził niski płotek i osadził go gwałtownie na niewielkim, gospodarskim podwórku. Zeskoczył z siodła, porzucając zwierzę w obejściu. Nie bacząc na nocną porę, z furią uderzył pięścią w drzwi.
     − Yave! Otwieraj!

* * *
     Ściemniało się, bo upłynęło kilka godzin nim wreszcie Yave odważyła się odryglować drzwi i wyjść na zewnątrz.
     Chociaż słyszała, jak odjeżdżał, zdawało się jej, że czyha tuż za progiem i tylko czeka na okazję, by... By co? Nagle uświadomiła sobie, że zachowuje się niedorzecznie. Chowanie się w domu nie mogło jej uchronić przed spotkaniem z Meltą, jeśli ten zechce się z nią spotkać. Nie uniknie rozmowy z nim prędzej, czy później. Dziś odszedł, a jej udało się zachować chłodny dystans i nie okazać kłębiących się w niej uczuć. W każdym razie miała nadzieję, że ich nie okazała, lub że w najgorszym razie, była wystarczająco odpychająca, by Melta niczego nie zauważył. Ale byłaby naiwną wierząc, że tak po prostu zrezygnuje.
     Melta, którego znała, nie zrezygnowałby. Nigdy w życiu. Ten, którego spotkała dzisiaj, był starszy, poważniejszy. Był twardszy. Nie odpuści.  Odjechał stąd wściekły. Przemyśli rzecz i wróci spokojny, albo wściekły jeszcze bardziej, niż gdy odjeżdżał. I będzie musiała stawić mu czoła, albo straci syna. Bo nie miała wątpliwości, że znając prawdę, Melta zechce zabrać dziecko.

     Wieczór dłużył się jej niemiłosiernie. Ogarnęła najpierw jedną izbę, potem drugą. Trochę czasu zmitrężyła w obórce. Potem próbowała skupić się na zabawie z dzieckiem, ale cały czas była spięta i niespokojna. Podświadomie nasłuchiwała, czy ktoś nie nadjeżdża i podrygiwała nerwowo na każdy głośniejszy dźwięk. Położyła wreszcie Ireda, a nim sama poszła spać bardzo starannie zaryglowała drzwi.
     Sen nie chciał przyjść. Długo przewracała się w ciemnościach, wsłuchując się w nocną ciszę, ale tę przerywał tylko spokojny oddech dziecka, śpiącego obok w wiklinowym łóżeczku i cykanie świerszczy za oknem. Wreszcie udało się i jej zapaść w drzemkę. Niestety, nie na długo.
     Gwałtowne łomotanie drzwi i podniesiony gniewny głos, poderwały ją na równe nogi.

     – Yave! Otwieraj! Wiem, że jesteś w domu!

     W pierwszej chwili nie wiedziała co się dzieje. Usiadła na łóżku, drżąc tak od nocnego chłodu, jak od lęku, wywołanego nagłym hałasem. Spojrzała w okno. Ciemno. Głęboka noc.
     Znów rozległo się się walenie do drzwi.
     – Otwieraj, mówię!

     Nocny gość był natarczywy i ani myślał ustąpić, a jego głos rozpoznała by wszędzie. Przyjechał tu i dobijał się po nocy? Oszalał? Boso przemknęła do kuchni zamykając za sobą sypialnię i ostrożnie zbliżyła się do drzwi.
     Najgorszy z możliwych scenariuszy spełnił się i to szybciej niż się spodziewała. Melta był wściekły. Mimo to nie miała zamiaru go wpuścić. Nie w środku nocy. Miała serce w gardle, ale choć wiedziała, że rygiel go nie powstrzyma, jeśli zechce tu wejść, spróbowała go odprawić:
     – Odejdź stąd, Melto. Hałasujesz. Obudzisz dziecko...
     – To otwórz, do diabła! – Huknął pięścią w nieszczęsne drzwi, aż zatrzeszczały.
     – Proszę cię, odejdź. Zostaw nas...
     Odpowiedzią był kolejny łomot i groźba, która nie pozostawiała wyboru:
     – Otwórz te cholerne drzwi, bo je rozwalę! Słyszysz?!

     Na chwilę zapadła cisza, po czym szczęknęła otwierana wewnętrzna zasuwa. Tylko na to czekał. Odepchnął kobietę w głąb izby, nie dając czasu na ewentualną zmianę decyzji i wszedł do środka.
W izbie panował półmrok, nikłe światło dawał tylko żar na palenisku i blask księżyca, wnikający przez niewielkie okienko.
     
     Yave poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła.
     Melta ciężko dyszał ze złości, w blasku głowni oczy płonęły mu jak demonowi z samego serca piekieł. Stojąc w drzwiach odcinał jej drogę ewentualnej ucieczki i pożerał ją wzrokiem. Stała po środku izby sparaliżowana strachem, z rozpuszczonymi włosami, z szeroko otwartymi oczyma, odziana w prostą, kusą koszulkę i zdała mu się piękna, jak spełniony sen. Już nie wiotka trzcina, ale śliczna, kusząca, młoda kobieta, matka jego syna.
     Zadrżała zarówno pod jego wygłodniałym spojrzeniem, jak i od chłodu, wpadającego przez otwarte drzwi. Na moment oderwał od niej oczy i starannie je za sobą zamknął.
     – Czego tu chcesz, Melto? – Choć bardzo chciała, by zabrzmiało to zimno i nieprzychylnie, nie była w stanie opanować drżenia głosu. Czuła się kompletnie bezradna i bezbronna, zdana na łaskę tego demona furii. Przerażał ją, barczysty, górujący nad nią wzrostem, groźny, a przede wszystkim cholernie wściekły.
     Postąpił krok do przodu, a ona cofnęła się z lękiem.
     – Chcę prawdy, Yave.
     – N-nie wiem... Nie wiem, o czym mówisz...

     Postąpił kolejny krok i tym razem nie pozwolił się jej cofnąć, błyskawicznie zaciskając żelazny uścisk na ramionach. Gdyby tylko miała szansę uciekłaby bodaj do drugiej izby i zabarykadowała się tam, ale teraz nie mogła ruszyć się z miejsca. Zamrugała więc tylko powiekami, czując jak zasycha jej w gardle.
     – Kto jest ojcem twojego syna? – Mówił cicho, ale brzmienie głosu przywodziło na myśl zbliżającą się burzę.
     – Powiedziałam ci już, że...
     – Uważaj, Yave... – przerwał jej – dobrze się zastanów, nim odpowiesz. – Tym razem w głosie brzmiała nie tylko groźba ale i desperacja. – Jeżeli spróbujesz mnie zwodzić... – Puścił ramiona i przesunął dłonie w górę, lekko zacisnął je na szyi kobiety.
     – Zabiję cię. Zabiję dziecko, siebie zabiję... – W oczach płonęła furia na granicy szaleństwa.
     Yave struchlała ze strachu, że w szaleństwie naprawdę gotów to zrobić.
     – Ty znasz odpowiedź – wyszeptała pobielałymi wargami.
     – Znam... – powiedział, więżąc jej wzrok własnym.
     – Więc po co, mnie pytasz?
     – Chcę żebyś ty mi powiedziała. Powiedz, Yave. Powiedz wreszcie prawdę...
     Nie wypuszczał jej spojrzenia z uwięzi. Choć w pierwszej chwili palce zacisnął gniewnie na jej krtani – bo chciał żeby się bała – teraz rozluźnił nieco chwyt i jego kciuki pieszczotliwie gładziły skórę na szyi. Tylko w oczach Melty paliły się wciąż gniew i desperacka determinacja.
     – Czyj to syn? – Powtórzył pytanie chrapliwym szeptem. Czuł jak drży, ale w jej oczach widział nie tylko strach. Były tam ból, gniew i... nieśmiały, ostrożny żar. Próbowała go tłamsić, ale nie potrafiła oszukiwać samej siebie.
     − Jest... – Ledwie była wstanie wydobyć z siebie szept.
     Jego dotyk palił, a równocześnie niósł ukojenie tęsknoty, której przez lata usiłowała przeczyć. Utkwiła wzrok w jego ustach, absurdalnie w tej chwili myśląc o tym, że chciałaby je poczuć na swoich, że jest tak blisko i tak cudownie byłoby móc wtulić się w niego, jak kiedyś. Pochylił się ku niej nieznacznie, jego wargi zawisły tuż nad jej wargami, ale nie poczuła pocałunku, a tylko ciepłe tchnienie, gdy mruknął ponaglająco:
     − Czekam, Yave...
     Jednocześnie delikatnie zacisnął palce na szyi kobiety, dając jej do zrozumienie, że nie zamierza ustąpić.
     − Jest... twój – wykrztusiła wreszcie posłusznie.

     Dłoń mężczyzny powoli przesunęła się na kark Yave, druga powędrowała na plecy i niżej, by objąć kibić. Przyciągnął kobietę i mocno przycisnął do siebie, zachłannie wpijając się w usta.
     Kręciło się jej w głowie, chciała uciekać, krzyczeć i tulić się do niego. Była tak samo szczęśliwa, jak przerażona. Rozsądek walczył z pragnieniem i tęsknotą. Rozsądek przegrał. Zamknęła oczy i poddała się bezradnie, ramionami oplatając szyję Melty.
     Powinien się odsunąć, żądać wyjaśnień, powinien czuć gniew, a jedyne co czuł, to oszałamiającą radość. Nie spodziewał się, że tak szybko mu ulegnie. Oczekiwał uporu, buntu, wybuchu złości i ostatecznie posłania go do diabła. Sądził, że spędzą tę noc na poważnej rozmowie, wzajemnych wyrzutach i oskarżeniach. Chciał ją ukarać grożąc, choć doskonale wiedział, że nigdy w życiu nie zrobiłby krzywdy jej ani dziecku.
     Ale kiedy znalazła się w zasięgu jego rąk...
     Zbyt długo za nią tęsknił, by zdołał się powstrzymać. Tym bardziej, że teraz oddawała pocałunki i tuliła się do niego, choć jej nie przymuszał. Była jego tak samo, jak tego dnia, gdy trzymał ją w ramionach po raz ostatni. Zawsze będzie tylko jego...
     I tak jak wcześniej chciał ją ukarać za to, że skrywała prawdę, że naraziła go na hańbę, na tęsknotę i brak nadziei, teraz chciał wynagrodzić rozpacz, samotność i cierpienie, z którymi wtedy ją zostawił...

     − Mamo... mamusiu... – Cieniutki głosik dobiegający z sąsiedniej izby oboje przywrócił do rzeczywistości.
     Melta podniósł głowę, ale nie od razu wypuścił Yave z objęć. Ona oparła się o niego, starając się odzyskać równowagę i opanować drżenie kolan. Przytuliła policzek do jego piersi, a on swój do jej włosów i tak trwali przez chwilę, uspokajając oddechy, póki znów nie usłyszeli:
     − Mamusiu! – Teraz już trwożnego i płaczliwego.
     Delikatnie odsunął Yave od siebie.
     − No, idź – szepnął i uśmiechnął się – poczekam tutaj.

     Odprowadzał ją wzrokiem, gdy znikała za drzwiami. Przetarł dłońmi twarz, odgarnął do tyłu włosy i usiadł na najbliższym krześle, starając się zebrać myśli. Rozmowa... Powinni rozmawiać, wyjaśnić sobie i nawzajem wybaczyć. Tylko czy akurat teraz? W tej chwili nie bardzo miał ochotę gadać. Chciał trzymać ją w ramionach, dotykać jej, być w niej... Jest noc, to nie jest pora dobra do rozmowy. Noc jest dobra...
     Ściągnął kaftan i koszulę i cisnął rzeczy na stojące w kącie łóżko. Po krótkim namyśle pozbył się też butów. Potem ostrożnie, by nie czynić hałasu, uchylił drzwi, za którymi znikła wcześniej Yave...

     Stała odwrócona tyłem do wejścia, nachylona nad dziecięcym posłaniem, skupiona na dziecku nie słyszała ani uchylającego się skrzydła, ani cichego szelestu bosych stóp, gdy się do niej zbliżał. Nie widziała, jak z rozczuleniem malującym się na twarzy obserwuje ją i śpiącego chłopca.
     Nieświadoma obecności mężczyzny wyprostowała się i odwróciła, lądując prosto w jego ramionach.
     − Nie... – zaprotestowała. – Nie wolno ci...
     − Och, skarbie... – zamruczał, jednocześnie kierując się z nią w stronę łóżka.
     Pchnął ją na nie delikatnie, zmuszając by usiadła usiadła. Zamarła i szeroko otwartymi oczyma, patrzyła, jak z odrobinę ironicznym uśmieszkiem na twarzy pozbywa się spodni. Przełknęła ślinę i oblizała wyschnięte usta. Ten nieświadomy gest sprawił, że i tak mocno już podgrzana krew Melty, zawrzała. Uśmiech zgasł, a mroczne spojrzenie stało się jeszcze mroczniejsze i bardziej drapieżne. Pchnął Yave ponownie, przewracając ją na łóżko.
     Ostatnim przebłyskiem wyparowującego właśnie rozsądku, próbowała jeszcze się sprzeciwić:
     − Nie masz pr...
     Uciszył ją, skutecznie zatykając usta swoimi, przycisnął kobietę własnym ciężarem, a jego dłonie zdecydowanym ruchem wsunęły się pod koszulę, którą ciągle jeszcze miała na sobie.
     − A właśnie, że mam... – szepnął chrapliwie, pozbywając się zbędnej odzieży, tym razem nie swojej...

     Znał ją tak dobrze, Doskonale wiedział, jak uciszyć jej rozsądek i sprawić, by stała się w jego dłoniach jak miękka, plastyczna glina. Uwielbiał, gdy taka się stawała, niezdolna do jakiekolwiek oporu i sprzeciwu, otwarta na niego i spragniona jego... Tylko jego...

     Drżąca i wciąż jeszcze oszołomiona leżała przytulona do jego piersi, otoczona męskimi silnymi ramionami, spełniona, bezpieczna i... szczęśliwa. Powoli rozsądek wracał na swoje miejsce, a wraz z nim wracały niepewność i niepokój. Co będzie dalej? Jutro? Po jutrze? Gdy lato dobiegnie końca?
Błogie rozleniwienie ustępowało miejsca napięciu, ale nie śmiała o nic pytać. Gdy jednak spróbowała się odsunąć, sądząc, że Melta zasnął, jego ramiona natychmiast zacisnęły się, nie pozwalając się jej ruszyć.
     Odwrócił głowę i przycisnął usta do jej czoła. Wyczuwał, że nie jest już tak rozluźniona jak jeszcze chwilę wcześniej, że znów zawładnął nią lęk. Wyciągnął rękę i zdusił płomyk kaganka, a potem znów mocno ją do siebie przytulił i tak leżeli teraz w mroku, w ciszy. Każde z nich na swój sposób czuło się szczęśliwe i każde bało się okazać radość w obawie przed odrzuceniem i drwiną.
     Wreszcie Yave odważyła się spytać szeptem:
     − Melto, dlaczego...
     − Ćśś, cicho... – uciszył ją natychmiast.
     Każdy dźwięk, który nie był oddechem, czy uderzeniem ludzkiego serca burzył idealną harmonię, jaką dawała cisza, a nie chciał, by cokolwiek mąciło tę chwilę wzajemnej bliskości i niemego porozumienia. Żadne pytania, wyrzuty, wątpliwości, żadne żale, czy bolesne wspomnienia.
     – Jutro porozmawiamy. Jest noc. Śpij teraz, skarbie...
     Posłuszna, przymknęła powieki i wreszcie zasnęła...

***
     Było już jasno, gdy obudził ją dotyk drobnej rączki na policzku. Otworzyła oczy, a wtedy mały wdrapał się na łóżko i mocno przytulił do matki, jednocześnie nieufnie spoglądając na śpiącego obok, obcego mężczyznę.
     Pamięć dziecka jest krótka i niedoskonała, często zupełnie nieświadoma. Dziecku kołatały gdzieś w podświadomości chwile spędzane z ojcem, który go uwielbiał, nosił na barana, uczył chodzić i mówić. Potem ten człowiek nagle zniknął z jego życia. Ale pamięć, nie tyle osoby, lecz związanych z nią uczuć i emocji wciąż była.
     Uker nie posiadał się z radości, kiedy chłopczyk pierwszy raz nawał go „tatą”. To było jedno z pierwszych słów, którego nauczył się właściwie używać.
     Teraz mały przyglądał się śpiącemu Melcie.
     Mężczyzna śpiący obok matki, wywoływał konkretne skojarzenie. Dla niego Melta znajdujący się w tym akurat miejscu, był czymś, co znał. Jednak jego twarz była obca, a to rodziło zagubienie i niepewność.
     − Tatuś? – zapytał niewinnym głosem, wskazując rączką na leżącego.
     Yave przygarnęła go mocniej i zacisnęła powieki, by powstrzymać gwałtownie wzbierające łzy, w gardle stanęła gula. Nie była w stanie zdobyć się na to, by zaprzeczyć, ale też nie potrafiła potwierdzić. Jakie miała prawo spodziewać się, że miniona noc dla niego znaczyła coś więcej niż tamto lato? Wtedy też było cudownie, aż do dnia w którym odszedł.
     Nie wypuszczając dziecka z ramion usiadła, sięgnęła po swoją koszulę, potem zabrała Ireda i na palcach wyszła do kuchni.

następny fragment

Myślę sobie tak... Moje scenki spod znaku 18+ nie są ani szczególnie wyuzdane, ani zbyt dosłowne, nie mniej oznaczenie dodaję, żeby nikt nie wpadł na pomysł zarzucać mi, że się nieświadomie naraził... Niektórych ludzi bulwersują nawet muszki i... osły, więc wolę ostrzec, że tekst zawiera opisy i treści około-erotyczne.
Wszystkie znaki wskazują, że jest to (tym razem już naprawdę) przedostatni fragment tej opowieści. Ciągle nie wiem, za którą wezmę się w następnej kolejności, ale póki co mam jeszcze inne fantasmagorie w zanadrzu. Mamy zaczęty "Kontredans", są dwa teksty z "Deszczowych snów". Między jednym, a drugim i trzecim może w końcu zdecyduję co następne. I jest jeszcze zaczęta "Księżyc i miecz", która chwilowo znów utknęła.
W każdym razie, z czymś na pewno ruszymy do przodu...

6 komentarzy:

  1. I tak to się dzieje jak się robi przerwę na kawkę i się w pracy Kajjkę czyta. I teraz się rumienię, uśmiecham wdzięcznie do monitora, a myśli uleciały gdzieś wysoko pod sufit :) I chwała Ci za te subtelności, bo jakbym jeszcze zaczęła wzdychać przy opisie walorów Melty, to by się zrobiło niezręcznie!
    Podoba mi się droga, jaką obrałaś, ale tego Ci chyba mówić nie muszę. Trzeba Kajjkę zagłaskać, żeby nikogo nie uszkodziła, ale wyniki są warte wysiłków :)
    Najpierw złość, później zagubienie, żeby złość wybuchła na nowo. Melta bardzo dobrze to rozegrał. Jednak trochę młodzieńczego narwania w nim zostało. Na szczęście. Cóż miała począć biedna Yave, jeśli nie poddać się takiemu jurnemu wojakowi :D
    Najbardziej mnie jednak rozczulił Ired z "tatusiem". Dzieci są pod tym względem nieocenione. I Kasiu znowu wcale nie było lukrowo. Było idealnie słodko-gorzko. Ciszę się, że Yave w oszołomieniu nie zapomniała o dobrym, kochanym Ukerze i cieszę się również, że nie miała żadnych wyrzutów względem zmarłego męża. Przecież jego też kochała, chociaż nie tak jak Meltę, się rozumie! Teraz będzie już wszystko dobrze i będą żyli dłuuugo i szczęśliwie :). Żal mi niesamowicie, że to już końcówka, ale chyba tak mam z każdym Twoim tekstem. Czy to opowiadanie, czy powieść, chciałoby się czytać w nieskończoność.
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podoba Ci się droga... No masz, sama mnie na nią wepchnęłaś :P

      Lukrować to ja dopiero zaczęłam, jeszcze jeden wpis przed nami, a jak sama stwierdziłaś, wojak jest jurny, więc bez lukru ani rusz ;)
      Ten ostatni fragment z "tatusiem" dopisałam dzisiaj rano, jakoś tak mnie nalazło, nie byłam pewna czy to się tam powinno znaleźć. Ale jeśli nikogo nie żre po oczach i estetyce, to zostaje...
      Ukerowi należy się życzliwa pamięć, dobry chłop z niego był, tylko miał pecha (i mnie).
      Nikki, no weź nie żałuj, że końcówka. Ja mam nadzieję (wiem, matka głupich), że kolejny łabędź też się Wam spodoba.

      Ostatnio obejrzałam "Jezioro łabędzie", prawie całe, bo jeszcze mi ostatni akt został. Muzyka fantastyczna, tancerki piękne, ale faceci wyglądają jak pedały. Jedyna rola męska, która względnie mi się spodobała to czarnoksiężnik ;) Coś w tym jest :P

      Ostatni akt obejrzę, jak odzyskam swój komputer. Aktualnie przechodzi transplantację dysku, Czy uda się coś odzyskać ze starego, czy tez dostanę dziewiczy czysty dysk ganc-nówka, to dopiero w przyszłym tygodniu się okaże :)

      Usuń
    2. Kasiu, ale wiesz jak to jest. Jak Ci się jedna część z jednymi bohaterami spodoba, to później się przestawić trzeba i w tym cały ambaras :) Nie mam wątpliwości, że kolejne części też mi się spodobają, ale teraz problem tkwi w tym, że się trzeba z Yave pożegnać.

      Ja byłam dwa lata temu na JŁ. I rzeczywiście spektakularne widowisko, ale musiałam cały czas szturchać męża po żebrach, żeby się nie śmiał z męskich przyrodzeń wyeksponowanych w rajtuzach :D Tym samym stwierdziliśmy, że mężczyźni tańczący balet nie są zbyt hojnie obdarzeni :) Jednak szpagaty nie służą. Z całym szacunkiem dla mężczyzn tańczących balet! Mówię o Rosjanach :D

      Usuń
    3. Nikki trzeba wiedzieć kiedy odciąć pępowinę ;) Nie wyobrażam sobie przeciągnięcia tej opowieści przez całe ich życie... Wyszłaby saga, a to chyba jednak nie moja bajka... Aczkolwiek kiedyś miałam pomysły na skopanie życia córkom Botty :P Tym dwóm starszym, ale to, na ich szczęście, nie wylazło poza pomysł ;)

      JŁ oglądałam właśnie w wykonaniu baletu rosyjskiego :D

      Tak sobie myślę i skłaniam się ku temu żeby następną puścić "Lethemi"... Hehe, to chyba najbardziej ckliwie płaczliwe dzieuo jakie wystrugałam :D, na bloga powinno być dobre :D, ale też pełne dziur do połatania ;)
      Zobaczymy jeszcze, ale kto wie, może dzięki blogowi zrealizuję mój pierwotny plan jaki miałam względem całego cyklu ;)

      Usuń
  2. Wcale nie było tak źle. Czym się różni pornos od erotyki? Każdy z nas wie, a scena łóżkowa w Twoim wykonaniu jest z najlepszej erotycznej półki. Pokazać tak, żeby właściwe wszystko było w sferze niedomówień. A tak przy okazji, zdradzisz czyj blog tak namiętnie ostatnio czytałaś? Łykłam dzisiaj wszystkie teksty Joe z ES, więc może coś innego poczytam?
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wisze Ado, po prostu ja piszę to tak, bo inaczej nie umiem. Czytam u innych autorów, odważniejsze i śmielsze scenki, podoba mi się jak są "zrobione", ale sama nie szaleję. Nic na siłę. Takie jest moje zdanie, lepiej robić dobrze to, co się robi, niż nieudolnie naśladować innych. Chociaż nie ukrywam, że czytając i podglądając innych cały czas staram się uczyć :)

      Oczywiście, że powiem gdzie się zawiesiłam :) Tym razem jest ro blog Anny "Skrywane pragnienia". Link jest na pasku bocznym, tylko dziwnie się otwiera. Jak już wskoczy strona to trzeba kliknąć na tytuł bloga jak już się otworzy i można czytać :) Nie wiem czemu tak bo pozostałe wordpressowe blogi otwierają się normalnie...

      Joe jest dość specyficzny w swoim pisaniu, ale jego też polecę każdemu, sama lubię czytać jego teksty :)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.