WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kajjka zrzędzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kajjka zrzędzi. Pokaż wszystkie posty

28.06.2016

Od strony technicznej...


     A więc od strony technicznej...


     Tak, wiem nie zaczyna się zdania od "a więc", "tak, więc", ani od "więc" w ogóle... No i co z tego? Nic. Dlatego... a więc, od strony technicznej dół, głęboki jak Rów Mariański.

     Kochani, sprzęt zdechł. Jeszcze nie wiem czy definitywnie bo właśnie zabrało go "pogotowie" i dowiem się za kilka godzin, czy reanimacja rokuje nadzieję.
     Oczywiście w dzisiejszej dobie nie jest tak, że padnięcie jednego starego, zdezelowanego kompa odcina nas od świata. Teraz telefony, smartfony, tablety i Bóg jeden wie co tam jeszcze. Tak że oczywiście nadal mam dostęp do sieci i do komputera (innego, a nawet dwóch innych), ale... Bo zawsze jakieś ale się znajdzie. Ale...  nie pisałam, nie piszę i nigdy w życiu nie będę pisała na telefonie. Taka zabawa jest dobra dla dzieci, ja swoje pisanie traktuję jednak odrobinę poważniej, nawet jeśli jest to tylko hobby. Na tablecie to może i bym pisała, ale nie posiadam. A najpoważniejszym problemem jest to, że dwa pliki, na których pracowałam ostatnio, w tym plik z opowiadankiem "15 godzin..." pozostały na dysku trupka. Nie wiem kiedy uda się odzyskać dane i czy w ogóle będzie to możliwe.
     Mimo to powodu do totalnej paniki nie ma. Zdechły komp to nie apokalipsa, a ja pliki przechowuję nie tylko w jednym miejscu. Ma oczywiście zapasowe kopie, niestety nie ma w nich wszystkiego co ostatnio sobie doklepałam. Duże tego nie było, ale jednak, a odtwarzanie tego, co już gdzieś z głowy przeniosłam na nośnik, to niestety nie jest to, co tygryski lubią najbardziej.

     Nie najlepiej się czuję ze świadomością, że oczekiwanie na kolejny fragment "15 godzin..." przeciągnie się nieco w czasie, szczególnie po ciepłym i bardzo życzliwym komentarzu jaki ostatnio dostałam. Niestety, siła wyższa. Z tego co mam pochowane, niczym wiewiór, w różnych dziuplach wydobyłam na razie jedno krótkie opowiadanko, które kiedyś już było na blogu, a które zostało zdjęte, bo był plan. Plan zdechł śmiercią naturalną, więc opowiadanie tu wróci. Wiem, że to jedynie zapchajdziura, ale chcę żeby mimo technicznych kłopotów przejściowych, blog nie był martwy. Szczególnie, że przeszłam tu w tryb "spacerowy" i wpisy i tak nie pojawiają się zbyt często.

W każdym razie opowiadanko "z odzysku" wpadnie tu w dwóch częściach i pierwsza z tych dwu zostanie dodana jutro. Do jutra zatem, kto wie, może wieści na które czekam okażą się pomyślne :).

19.05.2015

Sondny czas

     Jak zapewne zauważyliście pojawiła się po lewej stronie sonda.

     W poprzednim poście napisałam, co napisałam i zdania nie zmieniłam bynajmniej. Kradzież, to kradzież jakkolwiek złodziej zechce ją sobie nazwać. Nie mniej pod wpisem pojawił się głos od Czytelniczki, że blokada czasem może stanowić problem i Czytelniczka podała argumenty, z którymi trudno się nie zgodzić. Ja z internetu na telefonie korzystam sporadycznie, a już na pewno nie czytam na nim własnego bloga, ani niestety Waszych też nie, dlatego nie mam porównania i muszę polegać na tym, co Wy mi sygnalizujecie. I o ile nadal uważam, że istnienie blokady nie przeszkadza w napisaniu prostego komentarza, jeśli ktoś ma ochotę go napisać, a jej brak nikogo do komentowania nie zachęci, to chciałabym się dowiedzieć co faktycznie myślą o niej moi Czytelnicy. Czytelnicy zaznaczam, nie jakaś tam wyrwana nie wiadomo skąd osoba, która póki co nie próbowała tu nigdy zostawić żadnego komentarza, za to próbowała sobie coś skopiować. Mimo, że ma jak byk napisane, że na kopiowanie tekstów autorka bloga nie wyraża zgody. No, ale kto by się tam ałtorem przejmował i jego fanaberiami. Przecież grunt to dowartościować własne ego.

     Co zaś się tyczy blokady... To czy faktycznie i jak wielu osobom utrudnia życie? Żeby się tego dowiedzieć włączyłam sondę. Ona sobie tu na blogu powisi jakiś czas, bliżej nie określony. I mam nadzieję, że pozwoli mi się zorientować w skali problemu. Jeśli faktycznie okazałby się WIELKI, zastanowię się jak go rozwiązać.
     Proszę, klikajcie w opcję bliższą swemu sercu. Sonda jest anonimowa, ktokolwiek i cokolwiek sobie kliknie, złośliwa małpa na pewno nie będzie go ścigać po internetach. Nie należę bowiem do osób, które swoje żale, czy też ból dupy, jak to niektórzy lubią obrazowo określać, wywalają w cudzym ogródku. Wyłącznie we własnym się pienię i zrzędzę. I tak pozostanie.

     Miał być normalny czytelniczy wpis, ale niestety... Remonty odcięły mnie od mojego osobistego kompa. Korzystam ze sprzętu awaryjno-wyjazdowego, a tu niestety nie mam tego, co potrzebne. Tak że niestety, jakiś normalny wpis ukaże się pewnie dopiero po niedzieli.

     A obrazek dzisiaj tematyczny. Tak mniej więcej wygląda moja chałupa, już drugi tydzień ;(...

     Jak coś, to przyjmuję kondolencje ;)

14.05.2015

Złośliwa małpa...

Przykro mi (a może i nie), ale złośliwa małpa mi się włączyła… Mam jakieś wyjątkowe szczęście do idiotów, a wczoraj trafiła mi się idiotdziewoja na fb. Zgłosiła się z fochem odnośnie blokady kopiowania treści bloga.
Informuję więc wszystkich, którzy mają z tym problem: blokada jest i będzie. Dlaczego?

A dlatego…
Pod nagłówkiem wisi sobie na czerwono, prosty i jasny komunikat: wszystkie teksty opublikowane na blogu są moją własnością i NA ICH KOPIOWANIE I WYKORZYSTYWANIE MUSISZ, CZŁOWIEKU, UZYSKAĆ MOJĄ ZGODĘ. Jeśli jej nie masz, to kradniesz, bez względu na to jakich wymówek na swoje usprawiedliwienie zechcesz użyć. Proste jak drut, choć jak widać dla niektórych to drut kolczasty. Blokada jest żeby ci, złodzieju, przypomnieć o tym, co zignorowałeś, lub czego nie doczytałeś.

8.05.2015

Lot Ikara

     Myśl lotna, niczym sokół poszybowała, w swym zadufaniu zapominając wszakże, iż sokołem nie jest, a marnym wróblem jeno. Tak więc impet wytraciwszy na wysokości, w dół runęła niczym szary kamyk i prasnąwszy o ziemię smutną, mokrą plamką się stała. A w powietrzu jednie kilka żałosnych piórek, jeszcze tylko parę chwil, wirowało ku pamięci, nim wiatr zapomnienia rozniósł je bez śladu po szerokim świecie...

    Ot, taki przerywniczek dziś tylko...

     Kochani jestem zasypana i zakurzona po uszy i pewnie jeszcze przez co najmniej następny tydzień tak będę. Za to jak już się skończy remoncik, to wreszcie będę mieć spokój. Oczywiście, po uprzednim odgruzowaniu chałupy z obrzydliwego pyłu, kurzu i ogólnego bałaganu. Jak sobie pomyślę, jak to będzie potem pięknie, to nawet mnie chrzęszczący w zębach pył już tak okropnie nie nie wnerwia.

13.01.2015

Na gorąco...

     Kochani, ja żyję w przekonaniu, że mój blog do nazbyt popularnych nie należy, a ponieważ ja nie należę do osób z parciem na popularność, zupełnie mi ten stan chwilowej stagnacji nie przeszkadzał. Ze wstydem znajduję korespondencję, z której wynika, że jednak są osoby, które zaglądają i których cierpliwość wystawiam tym swoim przekonaniem i niefrasobliwością na próbę. W związku z tym winna jestem Wam wszystkim, zarówno cichym jak i aktywniejszym czytelnikom, słowo wyjaśnienia. Otóż nic gorszego nie ma jak się, człowiek zabierze za ciąganie kilku srok za ogon na raz. I tak ja zaangażowałam się w kilka projektów, a teraz gonię w piętkę. Z jednego już się wycofałam. Pozostałe na tę chwilę stoją pod znakiem zapytania i są zawieszone. Co dalej się wydarzy zobaczymy.

     Niestety ponieważ jestem osobą dość emocjonalnie podchodzącą do wydarzeń, które dotyczą mnie i moich przyjaciół, sporo energii i czasu wyciągnęła ze mnie nieprzyjemna i żenująca sprawa rozkręcona przez pewną histeryczkę, której imienia nie wymienię, ani nie wskażę namiarów na nią, żeby nie dawać jej narzędzi, do rozkręcania kolejnej draki, tym razem na blogach. Ta żałosna sprawa nadal pozostaje otwarta, mimo iż doprowadzono do poblokowania nam profili, ale mamy nadzieję, że ostateczne jej wyjaśnienie i zamknięcie jest kwestią krótkiego czasu.

     W tej chwili jestem też trochę zajęta wysyłką tekstu. Jest to moje pierwsze podejście i mam trochę tremy. Z drugiej strony mam świadomość, że czas oczekiwania na odpowiedź należy liczyć w miesiącach, do pół roku nawet, więc zanim ktokolwiek się odezwie zdążę się pozbierać. Biorę też oczywiście pod uwagę, że nie odezwie się nikt. Ale wtedy zawsze mam zanadrzu powrót z tekstem tutaj ;).

     Wszystko to i sprawy osobiste, złożyło się na to, że tu był zastój. I mam nadzieję, że tym razem słowo "był" będzie miało moc sprawczą. Dziś dostałam komentarz, z zapytaniem o kontynuację "Kontredansa". Odpowiadam więc, tak to opowiadanie będzie kontynuowane i nie jest zawieszone. Podobnie jak nie jest zawieszone "15 godzin...", ani żaden inny tekst, z którym do tej chwili weszłam na bloga. Potrzebuję jedynie jeszcze trochę czasu żeby się ogarnąć. I nie mogę obiecać, że pierwsza kontynuacja jaka się pojawi (prawdopodobnie nastąpi to w przyszłym tygodniu) będzie kontynuacją "Kontredansa". "Kontredans" jest, bądź co bądź, komedią, a ja, biorąc pod uwagę wszystkie ostatnie zdarzenia, raczej jestem w morderczym nastroju. Dlatego ze swojej strony stawiam raczej na "15 godzin...", albo jakiś inny tekst, w którym będę mogła bezkarnie kogoś zamordować, najchętniej zbiorowo, dając w ten sposób upust emocjom i frustracji.

     Obrazek załączam adekwatny. Tak właśnie ostatnio wyglądam i tak się czuję... Ot co. I tylko proszę mi nie współczuć, ja się tu bynajmniej nie skarżę. Jestem z tych wyznających zasadę: co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Dlatego, choć pewnie moich wrogów to zmartwi, powrót do opowiadań nastąpi niebawem. Na dniach powinno się pojawić opowiadanie, które wycofałam z projektu wydawniczego. I mam nadzieję, że to będzie takie przełamanie marazmu. Potem już powinno być tylko lepiej.

10.11.2014

Świętowanie zacząć czas...

     A tak... bo to właśnie dnia 10 listopada, równiutko rok temu, opublikowałam tu pierwszy wpis.
Rok zleciał szybko, miejsce trochę okrzepło, zdobyło stałych czytelników i takich, którzy bywają tylko okazjonalnie, ale bywają, na co wskazuje statystyka i co mnie oczywiście niezmiernie cieszy.
     Trochę się wydarzyło, trochę tekstów upłynęło, nawet nalot trolli się przydarzył, ale zabić mnie im się nie udało, a stara mądrość ludowa prawi: co nas nie zabije, to nas wzmocni. Czyli, jest dobrze.
   
     Jak zauważyliście zmienił się wygląd, ponieważ jaskrawe kolory jednak męczą oczy przy czytaniu i mam nadzieję, że zarówno stałym bywalcom, jak i okazjonalnym gościom, obecny wystrój i kolorystyka przypadną do gustu.

     A teraz trochę wynurzeń, odnośnie samego bloga... Założyłam go, żeby mieć motywację do skończenia rzeczy pozaczynanych. I ten cel konsekwentnie realizuję. Udało mi się sfinalizować już dwie z zaczętych powieści, w tym "Słony wiatr", który na finisz czekał w szufladzie, nie mniej, nie więcej, a dziesięć lat. Tak, zaczęłam go jeszcze nim dorobiłam się komputera i miałam trochę pracy z przeniesieniem go na nośnik inny niż papier. Udało się i cieszę się z tego.
     Dokończyłam też "Dzieci Żywiołów", z którymi, w porównaniu do poprzedniego, uwinęłam się iście ekspresowo, bo w jedyne półtora roku od chwili ich poczęcia ;). Faktem jednak jest ta powieść była już w lwiej części klepana bezpośrednio na dysk, więc było znacznie szybciej.
     Ci którzy odwiedzają mnie od dawna mieli przyjemność (mam nadzieję, że jednak była to przyjemność) poznać oba teksty. "Pamiątki" po nich pozostały tu w odpowiednich wpisach. Teksty obecnie "leżakują". "Słony Wiatr" przechodzi ostateczny lifting i spodziewam się niebawem wiedzieć, czy wróci tutaj, czy jednak nie. "Dzieci Żywiołów" zostawiam sobie na postanowienie noworoczne.

     Nie wszystkie teksty, które pojawiły się w minionym roku, są odgrzewane. Do tegorocznych świeżaków należą: "Nie-boskie stworzenie", "Studnia i róża", "Jesienny nokturn" i kilka krótkich opowiadań. Na kapitalny remont i swoje pięć minut nadal czekają pozostałe epizody z "Dzikich łabędzi". Czeka też na kontynuację "Księżyc i miecz". Obie powieści będą oczywiście kontynuowane, już w nowym roku. Chociaż w przypadku "Dzikich łabędzi" wciąż jeszcze się waham, jaką nadać im formę. Pierwotnie miała to być wielowątkowa powieść, później rozpisałam wątki na osobne epizody. Teraz jednak znów zastanawiam się nad połączeniem tego w całość. "Yave", była rodzajem pilota cyklu. Chronologicznie powinna być ostatnia. I od głównej treści jest jednak nieco oderwaną. Pojawia się tam jedynie kilka postaci, które swoje pięć minut miały właśnie w głównym cyklu, zaś sama akcja "Yave", jak wspominałam, toczy naście lat po wydarzeniach z "Dzikich łabędzi".

     Są też oczywiście pomysły na nowe opowiastki z innych światów. Niektóre pozaczynane, inne tylko w fazie zanotowanego pomysłu.
     Z jednym z tych nowych pomysłów, będzie okazja zapoznać się jeszcze dzisiejszego popołudnia, ponieważ na okoliczność urodzin ukażą się w dniu dzisiejszym dwa wpisy. I ów drugi będzie już tym właściwym, czyli ku uciesze z czytania.

No i oczywiście z okazji urodzin zapraszam na urodzinowy tort:


Na zdmuchiwanie świeczki zapraszam o 17.00 :)
Dzisiaj jeszcze... ;)






20.08.2014

Trollowisko...

     Drodzy moi, odkąd zaczęłam się bawić blogami – najpierwszy był ten od świecidełek – byłam zdania, że krytyka, tudzież wskazanie takiego czy innego błędu w komentarzu pod tekstem, w żaden sposób mi nie szkodzi. Nadal jestem tego zdania i nigdy nie usuwałam stąd komentarzy krytycznych, czy wskazujących mi błędy. Do teraz... To znaczy, w dalszym ciągu nie będę takich usuwać, nie mniej stało się, że wczorajszego wieczora poleciały stąd wszyściutkie komenty użytkowniczki Shun Camui.
     Nie zawierały zasadniczo żadnej krytyki, pozostając jedynie wykazem błędów interpunkcyjnych, z którą to interpunkcją radzę sobie w pisaniu najsłabiej i mam tego pełną świadomość. Poza tym były wręcz ociekająco lukrem ugrzecznione.
     Dlaczego zatem spotkał je los marny?
     Otóż...

22.06.2014

Ze zrozumieniem...


     W czym problem tym razem? A w totalnej porażce rodzimej edukacji ostatnich lat...

     Do czego piję... Ano do „czytania ze zrozumieniem”. Niby nic, a jednak szwendając się po kilku różnych forach i portalach niezmiennie trafiam na pokemony, którym ta umiejętność jest obca. Ba, można by rzec, że nawet wroga. I pusty śmiech mnie ogarnia, gdy słyszę, jaki to nacisk kładzie się na naukę „czytania ze zrozumieniem” w szkołach. Ktoś tu mocno skopał rzecz, bo de facto od lat nasze szkoły opuszczają rzesze, które bladego pojęcia nie mają czym właściwie owo „czytanie ze zrozumieniem” jest.

    Dziwne to wszystko. Dysy wszelkiej maści mnożą się jak grzyby po deszczu. Jeszcze kilka pokoleń i wrócimy w pełni do pisma obrazkowego. Dlaczego w pełni? Bo już dziś jest tak, że wyedukowani w „rozumieniu” pisanego tekstu są zdolni do zrozumienia zawartego w słowach przekazu, tylko wtedy jeśli ów zawiera odpowiednią ilość znaczków graficznych, eufemistycznie zwanych emotkami. Żałosne... ale prawdziwe.
     Mnie w szkole uczono po prostu czytać, na zrozumienie lub nie, nikt nie zwracał uwagi, nie było to potrzebne mojemu pokoleniu. My po prostu czytaliśmy. Teraz zastanawiam się, czy tej umiejętności można się nauczyć w szkole? Może po prostu tak jest, że niektórzy nie są zdolni opanować zrozumienia, niezależnie od systemu edukacyjnego? Może pseudonaukowa pseudopsychologia naszych czasów powinna zaakceptować i opisać kolejnego dysa? Może ktoś napisze na temat pracę magisterską? Albo i doktorat? Wszak w dysach tkwi naukowy potencjał nie do przecenienia.

13.05.2014

Konstruktywnie (16+)

     Dlaczego 16+? Bo będę kląć jak szewc. Bo nie cierpię głupoty, a głupotą mnie poczęstowano. Bo przełknę krytykę, ale debilizmu nie potrafię...
     Publikuję „Dzieci Żywiołów” także na portalu literackim. Publikuję we fragmentach, w miarę jak piszę. Każdy publikowany fragment jest otagowany: „powieść”, „przygodowe”, „fantasy”. Publikuję tam dla konstruktywnej krytyki. Wiem jak piszę, znam swoje możliwości i ograniczenia. Wiem też, że nie każdemu musi się moje pisanie podobać. Niech mi ktoś jednak wyjaśni... Jaki cel ma posadzenie, pod wyrwanym ze środka powieści fragmentem, takiego komentarza:
     „Kapłanki, żywioły, magia - typowo świat fantastyczny. Dużo występujących tu postaci wpływa na ogólny odbiór opowiadania/powieści. Miejscami tempo akcji wydaje mi się zbyt powolne, nie przepadam za fragmentami, które niczego nie wnoszą do całości. Nie lubię również wątków miłosnych, chociaż tutaj wystąpił bardziej erotyczny o niezbyt dobrym zakończeniu dla bohaterów, co akurat pozytywnie mnie zaskoczyło.
 Napisane w dobrym stylu, widać, że poświecono dużo czasu nad tekstem.”
     I jeszcze nazywanie tego „recenzją”?

4.05.2014

Pisanie na kolanie

     Tak niezobowiązująco dzisiaj przy niedzieli, bo mnie naszło. Chyba na okoliczność pisania na kolanie...
Uprzedzam, zrzędliwie będzie, więc jak kto wrażliwy, zalecam odpuścić...

     Tak się składa, że z pisaniem nie miałam nigdy problemów, a w pisaniu na kolanie wprawiam się od zamierzchłych czasów podstawówki. Tej normalnej, ośmioklasowej, nie tego chłamu, jaki zaserwowała nam pseudo reformacja szkół. Za moich czasów, no, osiągnęłam już ten etap, żeby się posługiwać powyższym stwierdzeniem, zatem... Za moich czasów w szkole pisywało się wypracowania. W y p r a c o w a n i a przez duże „W” nie jakieś idiotyczne testy, z których nic nie wynika, czy bezmyślne kreślenie słów na ilość. W dzisiejszym "wypracowaniu" najważniejsza bowiem rzecz, to żeby się zmieściło w określonej ilości znaków. Jakich znaków? To już drugo, a nawet trzecio i czwartorzędna sprawa. 
     Dzisiaj się nie pisze wypracowań, dzisiaj siada się przed komputerem i nawet w klawiaturę, jak ja w tej chwili, się nie klepie. Łapie się myszkę robi się tzw. research i się napieprza (będą bluzgi, bo na nic innego system nie zasługuje): copy, paste, copy, paste, copy, paste, ewentualnie, żeby szybciej: ctrl+c, ctrl+v i tak parę razy, potem tylko klik, klik, zapisz, drukuj i gotowe. Super... Twórczo i kreatywnie... Wybitnie wręcz.
     Efekty tego kreatywnego kształcenia... Starczy czasem posłuchać młodych dziennikarzy produkujących się w tv, albo poczytać prasę, czy artykuły na portalach. Nic dodać, nic ująć...

24.04.2014

W sprawie ciszy...

     Moje dziewczyny kochane :D, obiecuję solennie nie zrzędzić już na milczących czytelników ;).
     Jeśli chodzi o długość tekstów... fakt, rzadko kiedy bywają krótkie. Tak już mam i nic nie poradzę, że nie umiem się szybko porzucić bohaterów, bo zwykle mnie samą ciekawi, co zrobią dalej, jak potoczą się ich losy już za kulisami i za magicznym słówkiem "koniec". Dlatego wybranie miejsca na wstawienie „końca” w tekście, wcale nie jest dla mnie łatwe.

     Doskonale też rozumiem, że ktoś zagląda i zabiera się za DŻ np. Jest tam kupa części do przewałkowania i zdaję sobie sprawę, że bez sensu byłoby oczekiwać, że pod każdym wpisem czytająca osoba będzie zostawiać słówko. Ale jak już dobrnie do końca to byłoby miło, żeby zostawiła ślad bodaj w postaci krótkiego: „nuuudne jak flaki z olejem”, albo „ok, mnie się podobało, może być”. Ale jak zaznaczyłam na wstępie, koniec z marudzeniem na ciszę.

     Idę łatać dziurę w Yave. Nie wiem czy się wyrobię na południe, jeśli nie, to dzisiaj złamię swoją własną zasadę i wrzucę nawet później ;).

     To mój osobisty, pożytek z istnienia tego bloga: połatam i powykańczam teksty, które od lat leżą sobie w folderze, niektóre jeszcze spaczkowane ze starych dysków, przy wymianie sprzętu na nowszy ;). Równocześnie staram się na bieżąco notować nowsze pomysły, żeby nie przepadły w czeluściach niepamięci. Ostatecznie wychodzi tak, że na bieżąco dłubię w kilku tekstach na raz. Zwykle zależy od nastroju, za który akurat się złapię. W ten sposób, choć trochę chaotycznie, posuwam się jednak do przodu, bo jak bym miała konsekwentnie trzymać się jednego od a do z... obawiam się, że wtedy wpisy ukazywałyby się max raz w miesiącu, a tego bym nie chciała.
     To po prostu jest tak, że w pewnym momencie czuję zmęczenie jedną historią i muszę łapać od niej oddech. W dodatku mózg pracuje znacznie szybciej niż palce. Nie nadążam z wklepywaniem w klawiaturę. Kiedyś pisałam wyłącznie na papierze, potem przepisywałam... Od jakiegoś czasu porzuciłam tradycyjne metody, bo mimo wszystko wklepywanie idzie szybciej niż pisanie ręczne, aczkolwiek od klepania wysiadają mi rączki. Nie jestem księgową, ale dopadła mnie choroba zawodowa księgowych ;/.

     Tymczasem jednak, póki nie wysiadły idę klepać ;)