WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

09.12.2014

15 godzin... cz.3

Wszystko mi ostatnio idzie jak krew z nosa. Zawaliłam już chyba wszystkie terminy, które mogłam zawalić i nie mam pojęcia kiedy cokolwiek nadgonię. Ale czasem tak już jest i nic się na to nie poradzi. Tymczasem najzwyczajniej w świecie stęskniłam się za moimi blogami.
Rok się zbliża ku końcowi i wszystko wskazuje na to, że w nowy wejdę z przynajmniej dwoma otwartymi tekstami. Ten w ogóle pisze się na bieżąco. Jest to pewne ryzyko, ale też i rodzaj zabawy. W końcu przecież, jestem w tym miejscu właśnie dla niej. Myślę, że mimo wszystko nie wyjdzie źle.
Ale na wpis podsumowujący mijający roczek jeszcze pora przyjdzie.

Dzisiaj kolejny fragmencik, taki trochę... Sami zobaczycie. I oczywiście pełen błędów, niczym lasek grzybów, więc przy okazji gratka, dla grzybiarzy ;).




     Drobinki pyłu wirowały, unosiły się tuż nad ziemią. Nie było ich wiele, lecz wciąż jeszcze nie zdążyły opaść, a to znaczyło, że ten kto je wzbił w powietrze musiał przejeść tędy przed chwilą. Przy tym nie był zbyt ciężki, bo ślady butów odciśnięte w prochu pokrywającym posadzkę nie były zbyt głębokie. Odd wytężył słuch, niczego jednak nie udało mu się wychwycić. W podziemiu panowała cisza. Najwyraźniej uciekinier skrył się gdzieś i nie poruszał się. Gdyby było inaczej, wzmocniony aparaturą, słuch wychwyciłby nawet lekki chrzęst gruzu pod podeszwami. Człowiek mógł być gdziekolwiek, choćby za najbliższym załomem muru. I mógł być uzbrojony.

     Żołnierz dotarł do końca uszkodzonych schodów. Poprawił uchwyt na broni i zlustrował otoczenie.
     Korytarz na wprost był zasypany gruzem, zawalił się po porostu. Nie możliwe było, by ktoś się w nim teraz ukrył, a ktokolwiek zrobił to wcześniej jego los już został przypieczętowany.
     Ledwie słyszalny szmer skierował jego uwagę w lewo.
     Kolejny korytarz.
     Szelest powtórzył się, jakby dwie, delikatnie  trące o siebie powierzchnie. I chrzęst cichego kroku, potem drugiego. Znów szmer i cisza… Przestrzeń przed Oddem, oświetlona migoczącą, pojedynczą żarówką, która lada chwila mogła zgasnąć, zdawała się pusta. Po obu stronach znajdowały się drzwi. W większości pozamykane, czasem uszkodzone i krzywo zwisające w zawiasach. Przyjrzał się im uważnie. Otwierały się do wewnątrz pomieszczeń. Gdyby których ktoś użył, ślady pozostałyby w środku. Nie mniej było mało prawdopodobne, by po zasypanej gruzem, odłamkami metalu i szkła posadzce ktokolwiek zdołał przesunąć je bezszelestnie, nie wywołując przy tym hałasu. Szczególnie, gdy za nimi mogło się znajdować dosłownie wszystko. Dźwięki, które dobiegły z głębi korytarza były ledwie słyszalne. To stanowczo nie był rumor wywołany opornie otwierającym się, drzwiowym skrzydłem.

     Zacisnął szczęki. Musiał to sprawdzić, tym bardziej, że ślady butów nadto wyraźnie wskazywały ludzką istotę, a nie nieszkodliwego szczura. Powoli, ostrożnie stawiając stopy i starając się żadnym szmerem nie zdradzać swojej obecności, ruszył w głąb korytarza. Dwa kroki, trzy… Teraz dostrzegł, wstrząsem wysadzone z zawiasów, drzwi leżące na podłodze. Ciemne pomieszczenie za nimi, jedyna możliwa tu kryjówka. Tak oczywista, że bardziej zdawała się pułapką.
     Poczuł nieprzyjemne mrowienie na plecach. Jeszcze chwila, kilka kroków, jedno pociągnięcie za spust, krótki błysk... Tak krótki, że nawet na krzyk nie będzie czasu. Zakończy życie kolejnej istoty i ruszą dalej. Szukać następnych pechowców. Jaki to wszystko, do cholery, ma sens? Czuł, jak wnętrzności podchodzą mu do gardła.
     Zatrzymał się na chwilę, by się opanować. Dosyć! Jest żołnierzem i wykonuje swoje obowiązki, jakie by nie były. Nigdy nie zawiódł, teraz też nie zawiedzie.
     Przeciwnik mógł mieć broń. Jeśli tak, to z pewnością nie zawaha się pozbawić go życia. Tu nie ma miejsca ani czasu na moralne dylematy. To wojna. Jedno prawo, jedna zasada wyznawana przez obie strony: zabijesz pierwszy, albo sam zostaniesz zabity.

     Nim stanął w świetle otworu wiodącego do pokoju-pomieszczenia piwnicznego, chwilę uważnie nasłuchiwał. W niemal całkowitej ciszy czułe urządzenie wychwyciło spazmatyczny, nierówny oddech i przyspieszone bicie serca. Skryty w mroku pokoiku człowiek bał się, za wszelką cenę starając się pozostać niezauważonym. Chwilami wstrzymywał oddech, jakby się obawiał, poniekąd słusznie, że może go zdradzić.      Nieświadomy, że zdradza go także bijące serce.

     Odd ostrożnie wsunął się do środka, trzymając się blisko jednej ze ścian, która zapewniała ochronę plecom i zlustrował zdewastowane pomieszczenie. Porozwalane, pogięte metalowe regały, połamane drewniane półki, pokruszone szkło, sterta kartonów po lewej, dalej gruzowisko z zawalonego częściowo sufitu, pęknięta ściana, tworząca dość szeroką szczelinę. I skulony w niej jeden człowiek. Jedna przerażona ludzka istota, wpatrująca się w niego jasnymi, nieruchomymi oczyma.
     Skierował ku niej wylot lufy, mierząc pomiędzy oczy właśnie.
     Jego ofiara nie miała broni, przyciskała tylko do siebie jakiś tobołek. Wstrzymała oddech.
Nigdy nie oczekiwali litości, nie błagali o życie. Każdy kogo zdarzyło mu się znaleźć był świadomy nieuchronnego i pogodzony z losem. Spodziewał się, że i ten co najwyżej zaciśnie powieki i odwróci głowę, oczekując na wykonanie wyroku, tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Błękitne oczy… Jakim cudem w tych ciemnościach wiedział, że są błękitne? Nie miał pojęcia, ale ilekroć później jego pamięć odtwarzała tę chwilę widział wyraźnie ich kolor. Błękitne oczy wpatrywały się w niego intensywnie. Jakby wyczekiwały jego ruchu, bez strachu ze spokojem, jednocześnie go hipnotyzując i paraliżując jego wolę. Wystarczyłoby lekko nacisnąć spust...  

* * * * *
     By lepiej słyszeć, co dzieje obok, raz po raz wstrzymywała oddech. Wyglądało na to, że na dół zszedł tylko jeden z yennich, choć dla niej i tak nie miało to znaczenia. Nie miała żadnej broni. Była w pułapce i nie miała żadnej możliwości manewru. Mogła jedynie zachować całkowity spokój i odejść z godnością, gdy śmierć ją znajdzie. Inne opcje nie istniały, zaś w cuda w tym świecie od dawna nie wierzyły nawet dzieci.
     Nie powinna patrzeć. Byłoby łatwiej, gdyby zamknęła oczy i w niewiedzy oczekiwała, aż zostanie namierzona i stanie się nieuniknione. Nie potrafiła jednak oderwać wzroku od mdłej smugi światła wpadającej z korytarza. Znów wstrzymała oddech, gdy usłyszała cichy szmer i cień potężnej sylwetki yenniego przesłonił wejście.
     Zamarła, nawet nie mrugała oczyma, zupełnie jakby zastygła w kamień. Jeszcze tylko chwila. Już ją zauważył. Twarz, bezimienna, ukryta pod maską kombinezonu, za ciemną szybą wizjera. Nawet, gdyby pomieszczenie było dobrze oświetlone pozostawałby jedynie bezosobowym wykonawcą wyroku.

     Wszystko co nastąpiło później działo się jak na filmie w zwolnionym tempie, jak w nierealnym, nierzeczywistym śnie. I tak naprawdę nigdy później nie była pewna, czy przypadkiem się jej to nie przyśniło.      Wylot lufy skierowany wprost w jej twarz i ciemna, nieruchoma sylwetka, trzymającego tę broń yenniego. Czekała, skupiona czy zdoła dostrzec błysk wystrzału, czy zdąży poczuć ból, gdy pocisk rozsadzi jej czaszkę. I zdawało się jej, że czeka wieczność, że być może to wszystko już się stało, a ona po prostu przegapiła moment własnego umierania.

     Patrzyła jak zahipnotyzowana, kiedy dłoń osłonięta rękawicą, zamiast nacisnąć spust, powoli uniosła się ku górze. Yenni przytknął ją do części twarzowej maski, jak gdyby chciał położyć palce na ustach i nakazać tym gestem ciszę.
     Była cicho. Gardło miała wyschnięte, struny głosowe sparaliżowane strachem. Płuca zaczynały ją boleć od wstrzymywanego oddechu i tylko serce łomotało jak oszalałe, dudniąc w uszach. A on kazał jej siedzieć cicho!

     Co się dzieje? Oczy piekły, bo nie mrugała nimi i gałki oczne zaczynały wysychać. Mimo to posłuszna nakazowi swojego niedoszłego kata nawet nie drgnęła, nie zamrugała by je zwilżyć i ulżyć sobie.
     Zresztą jakie to mogło mieć znaczenie? Anna po prostu jest już martwa. Obserwuje jedynie tę scenę z perspektywy własnego ciała, którego nie zdążyła jeszcze opuścić. Nie słyszała kliknięcia spustu, nie usłyszała cichego syku wiązki, nie zdążyła zauważyć jej błysku. Nie zauważyła kiedy strzelił. Bo przecież musiał strzelić, a teraz z dłonią przy masce, w geście perfidnej ironii nakazywał milczenie , powoli wycofywał się na korytarz, w gruzach pozostawiając jedynie kolejnego trupa.

* * * * *
     Wystarczyło nacisnąć spust… Tylko tyle.

     Dlaczego tego nie zrobił? Nie umiał sobie odpowiedzieć ani teraz, ani później ilekroć we wspomnieniach powracał do niego tamten obraz. Dwoje jasnych oczu wpatrzonych w niego i coś, jakieś dziwne uczucie, czy może przeczucie, które sprawiło, że pod ich spojrzeniem nie był w stanie zacisnąć palca przyłożonego do języczka spustowego. Zamiast tego przyłożył palce do maski, by dać jej znak, że ma być cicho i pozostać na swoim miejscu.

     Chyba go zrozumiała, bo nie drgnęła. Prawie nie oddychała. Nie zamrugała. Była jak skamieniała. Ona…      Skąd Odd wiedział, że to była kobieta, też nie miał pojęcia.

     Nie zabijaj, nie zabijaj jej.
     Irracjonalna, niepojęta myśl pojawiła się nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego. I była tak intensywna, tak obezwładniająca, że poddał się jej impulsowi. To było wbrew rozkazom, wbrew wszelkim procedurom i nie rozumiał tego. Nawet jeśli wiedział, że nie jest pierwszym, którzy dopuścili się podobnego wykroczenia.
     Po własnych śladach wycofał się ku schodom. Zanim wspiął się po nich i dołączył do towarzyszy, zastanawiał się, czy nie uległ jakiemuś omamowi. Może jego kombinezon nie był dość szczelny? Nałykał się jakichś trujących oparów i miał halucynacje? Może tam po prostu nikogo nie było? Może powinien wrócić i sprawdzić jeszcze raz?

     Obejrzał się przez ramię lustrując jeszcze raz kiepsko oświetlony korytarz. Był pusty i cichy. Zacisnął palce na kolbie karabinu i przytrzymując się poręczy ruszył po chwiejących się, niestabilnych schodach na górę…

     Jego towarzysze zdążyli już przetrząsnąć tę kondygnację i właśnie mięli go poszukać na dole, gdy wyłonił się ze zdewastowanej klatki schodowej. Czuł pot spływający zimnymi kroplami po plecach i skroniach. Z zadowoleniem pomyślał jedynie, że dobrze się składa iż maska nie pozwala nikomu dojrzeć twarzy.
     – Dół czysty – rzucił nieswoim głosem w komunikator.
     – Dobrze się czujesz? Dziwny głos masz.
     Odd pomacał zamki przy hełmie, udając że poprawia jeden z nich.
     – Pewnie dym. Nie dopiąłem, kurwa, zamka. Idziemy. Jazda. – Popędził oddział.

     Opuścili budynek. Odd wyszedł jako ostatni, rzucając jeszcze przelotne spojrzenie na ciemny otwór klatki schodowej wiodącej do piwnic...

     Niczego tam nie było. Dół został czysty... Odetchnął głębiej i dogonił towarzyszy.


Może ten i ów się rozczarował, bo takie trochę przegadane wyszło, ale jakoś tak samo poleciało. No, i chyba będzie tak, że koniec roku wyjdzie mi bez ostrzejszych przypraw. Nic to, niedługo przecież zacznie się nowy. Trzymajcie tymczasem kciuki, by mniej było takich długich przestojów, jak ostatnio. I oczywiście do następnego :).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.