WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

21.10.2016

Sen o deszczu cz.2

Na dzisiaj druga i ostatnia część "Snu o deszczu" :)
Na wattpadzie można w tej chwili czytać niemal całe już "Dzieci Żywiołów" (wszystkie cztery części). Ostatnie rozdziały dodam tam po niedzieli. Tekst pozostanie tam około dziesięć dni licząc od dodania ostatniego rozdziału potem zostanie usunięty. Jeżeli ktoś jest chętny sobie poczytać link do wattpada jest u góry po prawej stronie. Zapraszam :)


poprzedni fragment


     Ojciec nie patrzy na mnie, jego czoło jest zmarszczone, oblicze poważne. Matka milczy i ociera ukradkiem zaczerwienione oczy. Moi bracia są poważni, jak ojciec. Siostry pochlipują po kątach, choć matka gani je za łzy.

     Oto ja, Nuba, córka tej ziemi, córka mego plemienia... Moje oczy są bystre i patrzą daleko, moje nogi są szybkie, ręce zwinne, a czarna skóra lśni w promieniach słońca...
     Mam na sobie odświętny strój. Najlepsza suknia okrywa mi biodra. Ramiona i kostki stóp zdobią błyszczące bransolety z czerwonawej miedzi. Jędrne piersi, które nie karmiły jeszcze dzieci, przesłaniają sznury kolorowych paciorków i drobnych muszelek.
     Bransolety pobrzękują cichutko, muszelki i paciorki grzechoczą, gdy idę poprzez wieś, podążając za szamanem. Idę, wysoko unosząc głowę. Przed sobą widzę zgarbione plecy Mduy, okryte lamparcią skórą. On nie ogląda się za siebie, ja także nie, choć trudno mi powstrzymać się od zerkania ukradkiem na ludzi, których mijam.

     Czy się boję?
     Nie wiem... Pragnę z całego serca wypełnić zadanie, jakie mi wyznaczono. Chcę, tego. To musi się stać i wiem, że tylko moja wola może poprowadzić mnie ku przeznaczeniu. Jeśli w sercu będzie bunt, nie spełnię pokładanej we mnie nadziei. Nie ma we mnie buntu.

     Czy to znaczy, że nie wolno mi się bać?
     Nie. Czuję więc lęk, jak każdy by czuł. Bo przecież każdy boi się nieznanego, a ja po równo wiem i nie wiem, co mnie czeka. Tak, boję się. Lecz nie spoglądam za siebie, nie zatrzymam się, póki Mdua i ja nie dojdziemy do celu.
     Oto ja, Nuba, córka tej ziemi...

19.10.2016

Sen o deszczu cz.1

To będzie krótki tekst, który wrzucę w dwóch częściach. Do kontynuacji "15 godzin..." wrócę kiedy uporam się z "Dziećmi Żywiołów", które teraz ogarniam po całości. Są w tej chwili dostępne na moim koncie na wattpad (link po prawej u góry), jeżeli ktoś miałby ochotę zerknąć. Dodaję tam w tej chwili ostatnią część. A dzisiaj zapraszam na "Sen o deszczu" :).

Start



     Jestem Nuba, a to ziemia, na której żyję. Piękna i droga naszym sercom, choć potrafi też być okrutna i surowa.
     Są dni, gdy niebo płacze ze szczęścia, a wtedy ziemia stroi się w zieleń i rodzi obficie wszelkie dobra. Są też takie, gdy jest błękitne i odległe, a słońce gorące jak ogień. Wtedy ziemia umiera, zwierzęta odchodzą, a woda w rzece przestaje płynąć.

     To jest nasz dom.
     Kochamy go, należymy do tego miejsca, a ono należy do nas. Dlatego trwamy tu na dobre i na złe, tak w porach deszczów, jak i podczas suszy.
Teraz jest susza, ale my wiemy, że wkrótce od gór przypłyną chmury, a z nimi życiodajne ulewy. Tak jest od zarania dziejów i zawsze będzie. Deszcze i susze przeplatają się nawzajem tak, jak życie i śmierć tworzą nieskończony łańcuch, którego ogniwami jesteśmy.

***
     Spoglądam na czerwoną tarczę wiszącą nisko nad horyzontem. Prawie dotyka suchych, rzadkich kęp twardej trawy. Powietrze drży od gorąca i sawanna wygląda jak żywa. Obok pasie się niewielkie stadko chudych krów.
 
     Ich pyski poruszają się powoli, gdy żują niesmaczne, bezwartościowe źdźbła. Spoglądam na niebo, szukam chmur nad horyzontem, zwiastujących nadejście pory deszczów.
     Lecz niebo jest gładkie, wysokie i błękitne. Tylko od zachodu zaczerwienione schodzącym z niego słońcem. Powietrze drży, a ono rozżarzone i bezlitosne wygląda jak kula ognia zawieszona nad rudo-żółtą równiną.

13.07.2016

W strugach deszczu cz.2




Zrzędzenie będzie na końcu, bo raczej nie na nie czekacie ;).


poprzedni fragment


     Kobieta ostrożnie układała w kartonach zarówno ubrania, jak i bibeloty. W osobnym poskładała zabawki z pokoju, chyba chłopca, na to wskazywałyby rzeczy i wystrój pomieszczenia. Osobne pudło przeznaczyła na rzeczy z pokoju dziewczynki.      Chwilę spędziła przeglądając pamiętnik, który znalazła na biurku. Uśmiechała się do siebie, przerzucając kolejne kartki. Typowe problemy i rozterki nastolatki. Agnieszka sama kiedyś prowadziła taki dzienniczek. Pamiętała swoje w nim wpisy: rodzice mnie nie rozumieją, szkoła jest nudna, koleżanki wredne, a koledzy nieznośni i tak dalej...
     Zamknęła zeszycik i ułożyła w kartonie wraz z innymi rzeczami, porcelanową lalką w balowej sukni, ozdobną poduszeczką w kształcie serca...

     Za oknem zaczął w końcu siąpić deszcz. Zaburczało jej w brzuchu i przypomniała sobie o tabletkach, zostawiła więc wypakowane pudła na korytarzu i zeszła na dół, by odgrzać sobie wczorajszą zapiekankę. Nie należy przyjmować lekarstw na pusty żołądek.

     Zerknęła na zegar, dochodziła piętnasta, a na zewnątrz zrobiło się całkiem szaro i ciemno, i to nie tylko z powodu szybko zapadającego o tej porze roku zmierzchu. Zimna mżawka przerodziła się w jednostajny deszcz. Krople bębniły monotonnie po parapetach i spływały smętnymi strużkami po szybach. Podkręciła ogrzewanie, bo w całym domu panował nieprzyjemny, wilgotny chłód.
     Nagle wszystko dookoła wydało się jej jakieś ponure i przesiąknięte starością. Światło nie rozjaśniało niczego, to znaczy nie zrobiło się nagle ciemno, ale blask, sączący się z żarówek przestał być kojący i wesoły. Jakby coś go przytłumiło, zrobił się żółtawy, mdły i jakiś taki nierzeczywisty, a przez pogrążony w półmroku przedpokój przesunął się jakiś cień.
     Ciarki przebiegły Agnieszce po grzbiecie. Poczuła, jak wszystkie włosy i włoski na ciele stają dęba. Zacisnęła palce na krawędzi kuchennego stołu. Zamrugała powiekami i... dziwaczne wrażenie przytłumionego światła i cieni szwendających się po domu znikło.

29.06.2016

W strugach deszczu cz.1

Słowo się rzekło, post w eter... Bez zbędnych pogaduch, dziś część pierwsza a reszta...

Start

     To sen... Bardzo dziwny sen...
     Stoję na ulicy przed drzwiami swojego domu. Pada deszcz.
     Właściwie to leje jak z cebra. Wiatr z wściekłością szarpie nagimi gałęziami drzew rosnących wzdłuż krawężnika. Chodnik zamienił się w rwący strumień, a ja tkwię tam i gapię się bezmyślnie na zamknięte drzwi.
     Czuję, jak z włosów spływają strużki deszczówki i wsiąkają w szary gruby sweter, który mam na sobie. Odruchowo otulam się nim szczelniej jakby ciężki, nasiąknięty wodą ciuch, mógł ochronić mnie przed wilgocią i wiatrem.
     Przyglądam się drzewom, nie mają liści... Jest jesień, a ja stoję w deszczową noc na ulicy przed własnym domem, w letniej sukience, bosa... I za całe okrycie mam jedynie przemoczony blezer.
     Dziwny sen...

     Ciemno... więc trwa noc. Okna domu są ciemne. Okna wszystkich domów w zasięgu mojego wzroku są ciemne. Choć dla ścisłości muszę dodać, że wzrok nie sięga daleko. Wszędzie panuje mrok...
Po drugiej stronie ulicy pali się jedna, jedyna latarnia. Jarzy się mdłym, żółtawym światłem, które rozmywa się w strugach lejącej się z firmamentu wody. Niebo jest czarne, ale to przecież oczywiste, skoro przykrywają je ciężkie, deszczowe chmury.
A ja wciąż stoję jak głupia na ulicy zamiast wejść do domu i schronić się przed deszczem. Nogi są jakieś takie... nie moje. Jak wrośnięte w ziemię. Wzdrygam się, strząsając z siebie krople, które natychmiast zastępują kolejne. Skupiam się na tym, by ruszyć z miejsca. Odrywam w końcu od podłoża ociężałe kończyny i krok za krokiem, powoli zbliżam się do domu. Wspinam się po schodkach na ganek. Zadaszenie wcale nie chroni przed ulewą. Niesiony wiatrem deszcz zacina i dosięga mnie także tutaj.
     Nie mam klucza...
     Naciskam jednak klamkę i ku memu zdumieniu drzwi ustępują miękko, jakby wcale nie były zamknięte. Ale przecież, to sen...

16.05.2016

Nie-boskie stworzenie cz.4

Kończymy z "Nie-boskim...", zapraszam na ostatni już fragment tego opowiadania.


poprzedni fragment

***
     Nigdy dotąd, w całej swojej niebiańskiej egzystencji nie przeżyłam czegoś podobnego, ani nie doświadczyłam podobnych uczuć i rozkosznych wrażeń. Jeżeli tak wygląda miłość, o której nauczano nas w Akademii...
     Cóż, wykładowca najwyraźniej był mocno niedoinformowany.

     Lucjusz i ja, zjednoczeni w jedno... Jego dłonie na moim ciele, jego pocałunki, oddech na skórze, jego palce badające delikatnie i z czułością moją intymność i moje palce w jego włosach, kiedy rozpalona przyciskałam jego głowę do piersi. Nie umiałam się temu oprzeć i nie chciałam. To było piękne, a w takim razie nie mogło być złe. Poza tym, skoro to jeden z aspektów miłości... Miłość jest dobrem ponad wszystko, więc i to, czego doświadczamy teraz, razem, nie może być złe...
     Kochaliśmy się... ja jego, a on mnie i ja czułam tę płynącą od niego miłość, żar, pożądanie, czułość i troskę jednocześnie... Chciałam powiedzieć mu, wykrzyczeć tę radość i rozkosz, których właśnie doświadczałam, ale odebrano mi mowę, więc wszystkie uczucia starałam się wlać w gesty, pieszczoty, by własne pozytywne emocje przelać na mojego kochanka. Otulałam go swoją wypełnioną szczerym, gorącym uczuciem aurą i widziałam w jego oczach, że on tak właśnie czuje, nawet jeśli nie rozumie jeszcze czym jest to, czego właśnie doświadcza...
     Lucjusz nie pozostawał obojętny, nie było tak, że jedynie brał zachłannie, niczego nie ofiarowując w zamian. W jego czułym dotyku, głosie szepczącym mi w ucho żarliwe słowa, było tak samo wiele namiętności, co troski. Byłam dla niego ważna, wiedziałam i uskrzydlała mnie ta świadomość. Mogłabym tak trwać, złączona z nim w jedno, przez całą wieczność, chroniąc go od wszelkiego zła, od trosk i bólu doczesnego życia... I ciesząc się tą jednością.

8.05.2016

Nie-boskie stworzenie cz.3

Na niedzielne popołudnie kolejny fragment "Nie-boskiego...", przedostatni.
I jeszcze mały bonusik, który mi zafundowało wydawnictwo. Nic wielkiego, ot, kilka pytań kilka odpowiedzi. Zainteresowanych zapraszam TUTAJ :) 


***
     Przez cały tydzień nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Noce spędzałem oczywiście z Marisą. Było jak zawsze, szaleńczo, gorąco i namiętnie. Jednak coś się zmieniło... Nie umiałem sprecyzować co, lecz nie było jak dawniej.
     Amelii nie widziałem od tamtego ranka. Nie zaglądałem do jej komnaty. W sumie, to gdyby mnie spytano, nie wiedziałbym nawet, czy w niej sypiała. Tęskniłem za jej widokiem, ale równocześnie bałem się go. Ona działa na mężczyznę jak narkotyk. Uzależniała. Mnie uzależniała. Może jednak powinienem posłuchać rad Marisy i odesłać Amelię do wszystkich diabłów? Najlepiej wsadzić ją na powrót w tę kałużę, z której ją wyciągnąłem, albo w niej utopić?
     Boże, o czym ja myślę?! Utopić?! Przecież chcę zobaczyć ogień w jej oczach... Taki jak wtedy, kiedy była na mnie wściekła. Ale ona chyba mnie unika. Może się boi? Marisa śmiała się ze mnie i twierdziła, że Amelia jest po prostu beznadziejną, nudną cnotką, która w życiu nie miała do czynienia z prawdziwym mężczyzną. I kochać się z nią, byłoby jak kochać się z drewnianą kłodą. Doprawdy? Jak to się miało do faktu, że starczało bym jej dotknął, a zapalała się jak trzaska?
     Marisa, nie zdając sobie sprawy, rozbudziła moją ciekawość, co do tego, chyba bardziej niż sama Amelia. Naprawdę była cnotliwa?
     Postanowiłem sobie rzecz spokojnie przemyśleć i podjąć decyzję. A do tego, nie ma jak polowanie. Tylko las, zwierzyna, ja i mnóstwo świętego spokoju na dumanie.

***
     Wredna diablica stawała na rogach, żeby mnie trzymać od Lucjusza z dala. Na jej polecenie wyrywano mnie z łóżka o nieprzyzwoicie wczesnej porze, a potem gary, podłogi, gary, pranie, gary i tak do wieczora.
     Kostki na dłoniach miałam poocierane, paznokcie połamane, kolana poobijane, wiecznie byłam głodna, bo nie miałam czasu się najeść. Bywało, że nawet ze znalezieniem czasu na wysikanie się miałam problem. Wieczorami padałam na twarz w swojej komnatce, zasypiałam jak kamień i nawet orgiastyczne wrzaski zza ściany nie były w stanie mnie ruszyć.

1.05.2016

Nie-boskie stworzenie cz.2

Przy niedzieli coś lekkiego, więc padło na "Nie-boskie..." :) Zapraszam...


***

     Patrzyłem na nią. Teraz, kiedy znikła warstwa brudu mogłem w pełni ocenić z czym mam do czynienia. Była... Nie potrafiłem znaleźć właściwych słów... Była śliczna. Marisa była piękną kobietą, a ta była po prostu śliczna. Zupełnie inna niż moja faworyta. Delikatna, dziewczęca, nie dostrzegałem w niej ani śladu tej zachłannej drapieżności, którą emanowała tamta. Ta tutaj sprawiała wrażenie uosobienia łagodności i uległości. Drobna i krucha, a przy tym idealnie zbudowana, krągłe biodra, długie nogi i te cudne, nie za duże, piersi. Jędrne, sterczące. Poczułem mrowienie w opuszkach palców i miałem ochotę jej dotknąć.
     Zapatrzyłem się na usta, nie tak pełne jak Marisy, ale ładnie ukształtowane, rozchylone w lekkim uśmiechu. Kuszące obietnicą słodyczy...
     Kąpiel rozleniwiła ją rozkosznie. Ułożyła się na stopniach. Miała zamknięte oczy, ramiona rozłożone szeroko, co znakomicie wyeksponowało te doskonałe, kuszące piersi. Piersi Marisy były obfite, wylewały się z moich dłoni. Ciekawe, jak te by się w nie wpasowały? Właściwie nic nie stało na przeszkodzie to sprawdzić. Jej głowa przechyliła się lekko. Zasypiała.
     – Nie zasypiaj w kąpieli, bo się utopisz – odezwałem się głośno.
     Spojrzała na mnie trochę nieprzytomnie, a w następnej sekundzie skuliła się, zasłaniając mi fantastyczny widok, czym wprawiła mnie w niezadowolenie. Obszedłem basen, zgarniając po drodze ręcznik.
     Wyciągnąłem do niej rękę.
     – Wyjdź, skoro już jesteś czysta – poleciłem, ale ona nawet nie drgnęła.
     Uroczo zarumieniona siedziała skulona na schodkach, do pasa zanurzona w wodzie. Zirytowało mnie nieposłuszeństwo.

23.04.2016

Nie-boskie stworzenie cz.1

Jakiś czas temu obiecałam, że Nie-boskie wróci na bloga, czas dotrzymać obietnicy. Dziś część pierwsza...
Zapraszam po odrobinę uśmiechu na weekend :)

Start


     Ogromne, złocone podwoje... Stałam przed nimi pełna obaw i ciekawości pomieszanej z ekscytacją. Wezwano mnie, a to oznaczało misję. Otrzymam przydział. Pierwszy... Nareszcie...
     Czułam podniecające mrowienie na całym ciele i nijak nie byłam w stanie utrzymać skrzydeł w bezruchu, na baczność. Całkiem serio obawiałam się, że nie uda mi się normalnie wkroczyć do środka i wysłuchać spokojnie tego, co Szef ma do powiedzenia. Wpłynę tam po prostu, unosząc się nad podłożem, podrygując i podfruwając z podniecenia, i zrobię z siebie kompletną idiotkę.
     Och, dość...! Zrugałam się w myślach za tę dziecinadę. Wzięłam głęboki oddech, zdyscyplinowałam niesforne skrzydła, strzepnęłam z ramienia jakiś niewidoczny pyłek, wyprostowałam się i pchnęłam delikatnie wielkie podwoje. Uchyliły się natychmiast, oczywiście bezszelestnie, a ja wsunęłam się do gabinetu, stąpając pewnie po posadzce.

     Szef siedział za biurkiem, z nosem zanurzonym w stercie papierów. Postąpiłam do przodu ze dwa kroki, chrząknęłam lekko dla zaznaczenia swojej obecności. Przełożony podniósł wzrok znad okularów, po czym podsunął je z czubka nosa w górę i odchylił się w fotelu.
     – O, Amelio, dobrze, że jesteś – zagaił.
     Uśmiechnęłam się skromnie, splotłam dłonie, jak do modlitwy i dygnęłam zgodnie z protokołem.
     – Siadaj, dziecko. – Wskazał mi krzesło naprzeciw biurka. – Jak się zapewne domyślasz, mamy dla ciebie przydział.

22.01.2015

Zieleń cz.2

Druga i ostatnia część tego tekstu... Bo takie krótkie cóś jest. I oczywiście czekam teraz grzecznie na obiecany pater noster od Małpka. Nie powiem, sama jestem ciekawa, co spaprałam tym razem i za co oberwę. Oczywiście, nie licząc bzdetów w postaci literówek, ani nawet zbrodni, za którą pewnie z piekła nie wylezę, czyli źle postawionych przecinków :D


     4
     Tłoczyły się wokół coraz bardzie wysuszonych i poskręcanych zwłok. Poszturchiwały się, warczały na siebie nawzajem i popiskiwały żałośnie. Szczątki  w kilkanaście sekund zamieniły się w kruchy chrust, kupkę śmieci którą porzuciły niezadowolone, że tak prędko musiały zakończyć ucztę. Najodważniejsza z nich wyprostowała się i podniosła wzrok ku Przywódczyni, stojącej obok, z krwistym spojrzeniem, utkwionym w nieokreślonym punkcie gdzieś nad ich głowami.
     − Jesteśmy głodne – syknęła. – Obiecałaś nam ucztę, a dostałyśmy ledwie przekąskę.
     Pogardliwie trąciła stopą kupkę kości. Któraś z nich pękła z suchym trzaskiem. Czerwonooka uniosła wargi, w drapieżnym grymasie odsłaniając zęby i warknęła ostrzegawczo, przywołując do porządku niesforną towarzyszkę. Ta zacisnęła usta i cofnęła się do reszty stada.
     − Dotrzymuję obietnic. Zawsze. Chodźcie, pora zaprosić resztę gości.

     Przejście przez gęsty las zajęło im ledwie kilka sekund. Gąszcz nie mógł ich przecież powstrzymać, nie ograniczał ich, był częścią ich magii.
     Znów zebrały się na krawędzi klifu, wygłodniałym wzrokiem pożerając statek. Czuły zapach ludzkiego życia, słyszały delikatny szum krwi krążącej w żyłach i słyszały bicie serc. Wielu serc. Załoga była wyczerpana, ale wciąż jeszcze dość silna i żywa, by mieć im wiele do zaoferowania.
     Stojąc w cieniu drzew, kryte w ich gąszczu wygłodniałym wzrokiem wpatrywały się w statek kołyszący się swobodnie na gładkiej ciemno-szmaragdowej toni. Powierzchnia wody ledwie się marszczyła, tworząc drobne fale, które leniwie rozlewały się na brzegu wąskiej plaży.
     Drapieżny uśmiech znów zagościł na twarzy Przywódczyni. Uniesione, karminowe wargi ponownie odsłoniły białe zęby, czerwone oczy zalśniły złowrogo. Uniosła smukłą dłoń, jakby chciała wskazać jednostkę zakotwiczoną w zatoczce. Usta poruszały się, gdy bezgłośnie wypowiadała tylko sobie znane słowa.

16.01.2015

Zieleń cz.1

Kochani, połowa stycznia za nami, czas ucieka nie ma na co czekać. Pora zainaugurować rok konkretnie a nie tylko marudzeniem. I tak, na pierwszy ogień w tym roku poleci "Zieleń", opowiadanie, które miało wylądować gdzie indziej, ale z pewnych przyczyn trafi tu, na bloga i w jeszcze jedno miejsce w niedalekiej przyszłości i o tym będzie innym razem. Tymczasem teraźniejszość jawi się konkursem na bloga roku, w którym biorę udział, o czym informuje banerek na pasku bocznym. Po lewej stronie.

A teraz już przechodzimy do konkretów i do pierwszej części opowiadania "Zieleń". Dla uspokojenia dodam tylko, że to opowiadanie jest po pierwsze krótkie, zawiśnie tu w dwóch częściach, po drugie absolutnie ukończone, więc część następna zostanie opublikowana po niedzieli bez żadnych terminowych obsuwów tym razem.

Start
  
     1
     – Ziemia! Ziemia na dziesiątej!
     Krzyk dobiegający z bocianiego gniazda sprawił, że bezruch panujący na statku, bezwładnie dryfującym z morskim prądem wreszcie został złamany. Z kątów wypełzli wycieńczeni, zrezygnowani i apatyczni załoganci. Zawiśli na bakburcie, wbijając spojrzenia w horyzont, choć z perspektywy pokładu nie mogli widzieć tego, co z góry dostrzegał obserwator.
     Stężałe w napięciu twarze, przekrwione białka pustych od beznadziei oczu, spękane od pragnienia usta, a w nich krwawiące od szkorbutu dziąsła i chwiejące się zęby. Zesztywniałe języki utrudniały mowę, zamieniając ją w trudny do zrozumienia bełkot, więc nie gadali po próżnicy. Twarde, marynarskie dłonie zaciskały się kurczowo na relingu, a na nich, na napiętej skórze pokrytej siateczką zastrupiałych pęknięć, obok starych tworzyły się nowe, krwawiące ranki.
     Wszyscy pogodzili się już z nieuchronnym losem. Najpierw nagła burza, która uszkodziła ster, zniszczyła część żagli i pozbawiła statek przedniego masztu. Złamany też został bukszpryt, a wściekłe fale uszkodziły płetwę sterową. A gdy rozszalałe morze wreszcie się uspokoiło nastała cisza.
     I w końcu ten dziwny, nieznany prąd, który pochwycił statek i niósł go w nieznane. Dosłownie, bo jedynie w przybliżeniu, obserwując słońce i gwiazdy nocami byli w stanie określić kurs. Kompas zwariował i kręcił się w kółko, nie wskazując niczego. Jedyne, czego byli pewni to, że prąd niesie ich coraz dalej uczęszczanych szlaków i znanych, żeglownych akwenów. W nieznane, które pragnęliby jednak poznawać na własnych warunkach.
     A teraz wód, na których się znaleźli nie opisano w żadnej locji, ich bezmiar zdawał się nieskończony i nie spodziewali się, by na ich drodze stanęła bodaj marna skała, o którą mógłby się roztrzaskać kadłub, a oni znaleźliby godną, marynarską śmierć. A tu nagle... Ziemia? Nadzieja?

3.11.2014

Kontredans cz.4

Zapraszam na kolejny kawałek... Pewnie pełen absurdów, ale celem tego tekstu nie jest poznanie konkretnego miasta, a wywołanie uśmiechu na twarzy. I w związku z tym, każdy śmiech jest mile widziany, także ten z mojej nieznajomości tematu ;)
Przy okazji, zrobiłam nową okładkę do Shanyi, jeśli ktoś ma chęć można obejrzeć w "Galerii" albo przy opowiadaniu :) Dziękuję Monice, dzięki prostej wskazówce powoli zgłębiam tajniki Gimpa :D.

Chciałam też polecić autorskiego bloga grupy La_Noir - to ta, z którą wspólnymi siłami montujemy antologie tematyczne, z których dwie miałam przyjemność już prezentować na Warsztaciku. Blog nosi nazwę Ailes i link do niego jest na pasku bocznym w "Polecanych". Osobiście polecam na Ailes teksty współautorów, bo moje znacie stąd. Tworzymy bloga wspólnie, każdy autor ma swoją zakładkę teksty dłuższe które są dodawane w częściach, są wymienione w spisie tytułów więc łatwo je znaleźć.
Zapraszam i polecam :)

Będą też zmiany na blogu, bo planuję przemeblowanie i remont kapitalny, chciałabym się z tym wyrobić do 10 listopada, ale zobaczymy. W każdym razie, będę chciała opanować wszystko do końca tego roku, ponieważ po nowym rusza kolejna edycja "Blog roku" i zamierzam się zgłosić. Ot tak, dla samej frajdy uczestnictwa :). A teraz już jazda z koksem...



     – Słucham?
     Obejrzał się i napotkał zdumione spojrzenie szarych oczu. Szlag, jakie ona ma oczy.
     – Aa... ee... Nic, nic... tak sobie tylko... kwestię powtarzałem, dla pamięci – bąknął nieco skonsternowany, bo właśnie sobie uświadamił, że jeśli ona miała jakieś plany związane z instrumentem, to dzisiejszego przedpołudnia skasował je, jednym, niefortunnym trzaśnięciem drzwiami.

     Poczucie Winy nabrało powietrza w płuca, by wydać zwycięski ryk. Ego wcisnęło się pod kanapę i sromotnie zawstydzone łypało stamtąd niepewnie.

     Pozostała jedynie nadzieja, że jakiekolwiek owe plany były, zdążyła je zrealizować przed kursem ową feralną taksówką. Tak, tak, uspokajał struchlałe sumienie, z całą pewnością pozałatwiała swoje sprawy. Skoro już jutro wyjeżdża, to z pewnością dlatego, że nie ma tu już nic do roboty... ani do zagrania.

     Poczucie Winy  nie ryknęło jeszcze teraz. Nadzieja pomachała nieśmiało z daleka, a Poczucie Winy, krzywiąc się z irytacją,  wypuściło powietrze z płuc. Ego nieco śmielej wyjrzało spod kanapy.

     Ochłonąwszy z niemiłego lęku, że być może zrujnował czyjeś plany odchrząknął i zapytał lekkim tonem:
     – Co tak długo to trwało?
     Karolina uniosła brwi. Gdyby porywczość leżała w jej naturze, zapewne uniosłaby się słusznym poniekąd gniewem. Na szczęście dla Jasona, kobieta, z którą miał do czynienia była łagodną i cierpliwą istotą, więc nutka przygany w jej odpowiedzi była niemal niewyczuwalna:
– Myślisz, że łatwo ubrać się jedną ręką?

     Poczucie Winy zassało nowy haust powietrza i tym razem ryknęło zwycięsko. Ego wcisnęło się głębiej pod kanapę. Nadzieja wciąż jeszcze machała nieśmiało, ale jakoś tak bez wielkiego przekonania.

23.10.2014

Kontredans cz.3

Tak już mam, że jak skończę coś dłuższego, to muszę zrobić sobie przerwę. Mam nadzieję i czuję w kościach, że powoli posucha dobiega jednak końca, więc dzisiaj wpis ;). Generalnie, ponieważ troszkę mam teraz mniej czasu na pisanie "dla bloga", postanowiłam odejść od schematu, jaki sobie ustaliłam, czyli "wpis w samo południe". Posty i kontynuacje, które będę publikować, będę po prostu wrzucać kiedy będę je mieć gotowe i znajdę chwilę zrobienie wpisu.
Tak więc "nie znacie dnia, ani godziny", ale i ja ich nie znam :).


     Karla zamknęła za sobą drzwi.
     Jest paszport! Jest paszport! Stres rozpłynął się niczym poranna mgiełka nad letnią łąką i dziewczyna poczuła w końcu, jak bardzo intensywne było dzisiejsze przedpołudnie. Czuła się ogromnie zmęczona, odurzona środkami przeciwbólowymi, ospała. Stanowczo potrzebowała odpocząć. Miała się pakować.
     W kącie, bezużyteczna wiolonczela leżała smętnie na boku.
     Pieszczotliwie pogładziła instrument. Szkoda, westchnęła, dziwiąc się samej sobie, że tak bez emocji jest w stanie podejść do faktu, że oto wizja na niezwykłą zawodową przygodę, być może na lepsze życie, rozwiała się, najprawdopodobniej bezpowrotnie.
Ech, pewnie dlatego, że te zastrzyki, prochy i takie tam... Później się spakuję, postanowiła. Wykonała jeszcze tylko telefon, by zaplanowany na przyszłą niedzielę lot, przebukować na jutro, na wtorek. Muszę się zdrzemnąć, po prostu muszę.

     Wyciągnęła się na łóżku, naciągając na głowę koc. Oczy same się zamykały. Nie ruszy mnie teraz nawet armia Hunów, pomyślała. Potem grzecznie wrócę do domu, zaszyję się u babci do końca wakacji i będę sobie tam w ciszy i spokoju lizać rany i kontemplować życiową porażkę, a potem... Może jakimś cudem uda się załapać do filharmonii, albo do opery. Zawsze też pozostaje posada nauczycielki gry na instrumencie, albo śpiewu w podstawówce, albo rytmiki w przedszkolu, a w ostateczności, zajęcie dobrej miejscówki na Floriańskiej i zbiórka datków do futerału. Co za życie...
     Pogrążona w ponurych myślach zapadła w drzemkę.

2.10.2014

Kontredans cz.2

Mojej błędnej wycieczki po Londynie, kolejny kawałek.
Oglądam sobie to i owo na mapie, żeby totalnie nie odbiegać od rzeczywistego planu miasta. Niech się chociaż nazwy dzielnic zgadzają. Jakkolwiek ich miejsce w mojej przestrzeni już pewnie nie koniecznie będzie się pokrywać z realem. Choć przyznaję, przemieściłam kilka strategicznych punktów w moim tekście w różnych kierunkach, żeby nie wyszła totalnie obciachowa kaszanka.
I w związku z tym, mam nadzieję, że wyjdzie tylko obciachowa ;)
Ponownie też przestrzegam, przed próbami porównywania MOJEGO Londynu, z tym znajdującym się od setek lat w wiadomym miejscu i z którego to dumni są Anglicy. Generalnie staram się skupić na pewnych aspektach tego tekstu, przy czym zgodność z planem miasta nie jest jednym z nich.
Tu głęboki ukłon w stronę Nikki, która topografię NY opanowała perfekcyjnie. Z jej opowiadaniami w kieszeni można się w NY obejść bez mapy ;). Kto nie wierzy, polecam MyStory.
Ze mnie niestety za duży leń żeby mi się chciało skrupulatnie przerzucić topografię i plan. Po łebkach lecę ;).


     Odzyskała przytomność w karetce, na noszach. Na twarzy miała maskę podłączoną do jakiejś butli. Pewnie tlen, albo inne, niezidentyfikowane medyczne świństwo. Młoda lekarka robiła właśnie zastrzyk i widząc, że pacjentka otwarła oczy, powiedziała kilka słów uśmiechając się ciepło.
     Karolka odsunęła maskę z twarzy:
     – Przepraszam, nie jestem Angielką, proszę mówić wolniej.
     Lekarka uprzejmie powtórzyła, tym razem powoli, że wypadek nie wygląda na groźny, ale zabierają ją do szpitala, bo konieczne będzie założenie kilku szwów i wykonie zdjęcia, celem wykluczenia ewentualnego złamania.
     – Szwy? Złamanie...? – wymamrotała z niedowierzaniem Karolina, mrugając powiekami.

     Drzwi karetki zatrzasnęły się i auto ruszyło. Rany boskie! Przecież jak założą jej szwy...!
     Podniosła do oczu lewą dłoń, na którą nałożono tymczasowy opatrunek i która bardziej przypominała w tej chwili kukłę z marnego, lalkowego teatrzyku niż dłoń wiolonczelistki. Spróbowała poruszyć palcami i syknęła. Lekarka znów coś powiedziała uspokajającym tonem. Mniejsza o szwy... pomyślała z rozpaczą Karolina. Z nimi, czy bez, było oczywiste, że nie może być mowy o zagraniu choćby najprostszej gamy, chyba że zatrudni sobie kogoś do przyciskania strun.
        
     Choć w zaistniałej sytuacji marne to pocieszenie, okazało się że palce nie są połamane. Za to chirurg, zapewniając o swoim profesjonalizmie, że blizny zostaną niewidoczne, przyozdobił je artystycznie dwunastoma szwami, po czym z hollywoodzkim uśmiechem na ustach zaprosił za tydzień na ich zdjęcie.

15.09.2014

Kontredans cz.1

Lojalnie uprzedzam, że wszystkie fakty, lokacje, akcje i sytuacje są mocno naciągane dla mojej koncepcji tego tekstu, dlatego może on wywołać ostrą niestrawność u poszukiwaczy zgodności z realiami i ogólnie dziury w całym... Najprawdopodobniej nie będzie się tu zgadzać nic, z niczym.

Traktuję ten wpis jako rodzaj zapowiedzi, "okładka" do niego już od jakiegoś czasu "wisi" w "Galerii", ale jakoś tak nie mogłam się pozbierać żeby zacząć go ogarniać.
Dla wyjaśnienia dodam tylko, że zasadniczo cała historyjka powstała pod te pojawiające się w tekście wstaweczki kursywą. Mam nadzieję, że moje wisielcze poczucie humoru przypadnie do gustu, choć części z Was :)




     Dzień pierwszy – niedzielne popołudnie

     Londyn, wielkie miasto... metropolia... Big Ben, pałac Windsor i takie tam... Wiadomo...
     Cóż, z perspektywy lotniska nie rzucił Karoliny na kolana, ba z perspektywy niewielkiego hoteliku, w którym miała rezerwację, musiała przyznać, że też nie rzucił. Jednakże pewnym pocieszeniem był fakt, że po pierwsze znajdował się niedaleko centrum, po drugie zlokalizowany był w zacisznym zaułku, gdzie nie było zbyt wielkiego ruchu, a miejski zgiełk docierał w dość ograniczonym zakresie. Należało właściwie uznać za cud, że w tak przystępnej cenie udało się dokonać rezerwacji w tak dobrym punkcie. Miała stąd rzut beretem do starszej, zabytkowej części miasta, zakwaterowanie było więc idealne dla popołudniowych spacerów poznawczych.

     Pierwszy raz w zagranicznej podróży, w dodatku sama jak przysłowiowy palec, czuła się obco i nieswojo. Do hotelu dotarła jednak bez większych przeszkód, bo z lotniska wzięła taksówkę.
     Nie cierpiała taksówek, ale to było znacznie prostsze niż rozwikłanie zawiłości planów miejskiej komunikacji. Przekonała się przy okazji, że jej angielski nie jest tak doskonały, jak to się wydawało w Polsce. Rozumiała bez problemów, o ile tylko nie mówiono do niej zbyt szybko, za to Brytyjczykom jej angielszczyzna musiała zdawać się toporna.
     Niepoprawna optymistka ani myślała się tym przejmować. Grunt, że była w stanie w miarę płynnie się porozumieć. Akcent? Phi, drobiazg, jeśli jej plany się powiodą i zostanie tu na dłużej, będzie dość czasu, by popracować nad akcentem. Ostatecznie nie przyjechała tu deklamować monologów tylko grać.

25.08.2014

Jesienny nokturn cz.10

Wymęczyłam, to zapodaję :)
Pewnie niejednego przecinka brakuje i niejedną literówkę przeoczyłam. Więc jak ktoś jest taki wrażliwy, że dostaje palpitacji i zeza na widok tego rodzaju bzdetów, niech sobie oszczędzi katuszy i nie czyta. Nadwrażliwych na dużą ilość cukru i lukru, też lojalnie przestrzegam... Jest dużo lukru i cukru.


– Dzwoniłam do Krymanowa i... – przerwała na moment i popatrzyła na twarze obu przyjaciół.
Obserwowali ją w napięciu, nie próbowali przerywać, cierpliwie czekając co ma do powiedzenia. Podjęła:
– Dzwoniłam do Krymanowa – powtórzyła – i mam zamiar tam jechać.
– Rozmawiałaś z Davidem? – spytał Maciek, wypuszczając powietrze z płuc.
– Nnno... nie z nim, z Jonaszem. Ale wiem, że David spędzi tam z córką święta i...
– Czyli, biedny chłopak nadal nic nie wie?
– No, nie wie... – Ada zaczerwieniła się skonsternowana. – Ale...
– Ale z ciebie to jest po prostu mega tchórz – podsumował zdegustowany.
– Daj jej spokój. – Ujął się za dziewczyną Łukasz, ogarniając ją ramieniem. – Jesteś pewna, że chcesz tam jechać? I że to dobry pomysł? Właśnie teraz.
– Tak. To dobry pomysł i dobry czas. Lepszego już nie będzie. A ja... ja... Powinien wiedzieć. Co zrobi z tą wiedzą, to już jego rzecz. Ale ja nie będę w porządku, jeśli mu nie powiem...
– No, ba... – mruknął Maciej, dopił swoje wino i odstawił kieliszek.
Ada znów się zaczerwieniła i wbiła wzrok w kubek.
– Podobno cały czas mnie szuka...
Maciek odstawił kieliszek...
– A nie... – zaczął, ale Łukasz zmroził go wzrokiem. – Dobra, już milczę. – Uniósł ręce.
– Nie wiem, czy będzie chciał ze mną gadać, ale chcę się z nim zobaczyć i powiedzieć co mam do powiedzenia. A potem... potem zobaczymy.

22.08.2014

Jesienny nokturn cz.9

Notes szczęśliwie dotarł, za co należą się podziękowania Poczcie Polskiej, za sprawne funkcjonowanie i naszej Pani Listonoszce :).
Wakacje powoli dobiegają końca, ale ponieważ ciągle jeszcze trwają, a od ostatniego fragmentu upłynęło trochę czasu, wpis nie ramówkowy (w samo południe), lecz znienacka. Sądzę jednak, że nikt się o to nie obruszy ;).

poprzedni fragment


„Potwierdziłem informację i wiemy na pewno, że twoja dziewczyna jest w Warszawie. Kontaktowała się z Turczykiem. Przekazał, albo raczej wydusiłem z niego, że ma się dobrze nie mamy powodu do niepokoju. Jest zdrowa, pracuje w jakiejś stołówce i mieszka u przyjaciół. Niestety nie znam dokładnych adresów. Turczyk albo nie wiedział, albo nie chciał tego powiedzieć.”

Jest w Warszawie… Jest w Warszawie… Słowa z uporem tłukły się pod czaszką, sprawiając, że niepokój i irytacja narastały.
Do jasnej cholery! Przecież Warszawa, to nie Nowy Jork! Ani nawet nie Londyn! Ileż czasu można szukać jednej, bezradnej dziewczyny w tym mieście?
Upływający czas nieuchronnie sprawiał, że wcześniejsza irytacja i niepokój z wolna przeradzały się w przygnębiające zwątpienie. David zaczynał zastanawiać się nad tym, czy jednak Artur nie ma racji i czy nie powinien pozostawić spraw własnemu biegowi. A najlepiej po prostu zapomnieć.
Jednakże, by zapomnieć musiałby sprzedać Krymanów, a tego przecież nie chciał robić. Z irracjonalnego powodu nie chciał pozbywać się niczego, co przypominało mu o pannie Krymańskiej. Nawet konie zostały, choć naprawdę zupełnie do niczego nie były mu potrzebne.

12.08.2014

Jesienny nokturn cz.8

Skoro mamy z tym skończyć do końca wakacji, najwyższa pora brać się do roboty... Zatem część... chyba przedostatnia. Dokładnie nie pomnę ile tego mi w notatkach jeszcze zostało. To się dopiero okaże, jak notatki wrócą do mnie, albo ile wyjdzie w powtórce z rozrywki, która mnie czeka.


Zgodnie z obietnicą Maciek wydusił z Ady dokładną relację na temat wszystkiego, co wydarzyło się od końca roku akademickiego i jej wyjazdu z Warszawy, aż do tego rozpaczliwego i niespodziewanego telefonu jakim go uraczyła poprzedniego wieczoru. Wypytał ją też dokładnie o Davida, dopowiadając sobie między wierszami szczegóły, którymi z oczywistych przyczyn nie chciała dzielić się z nikim.
Łukasz, w milczeniu, przysłuchiwał się ich rozmowie. Nie wtrącał się, nie robił żadnych uwag. Dolewał tylko kawy do filiżanek. Na koniec pogłaskał Adę po głowie i westchnął:
– Nic się nie martw, córeczko, damy sobie radę.

Córeczko? Ada zaczerwieniła się zażenowana. Maciek nie żartował. Facet naprawdę ma niezaspokojony instynkt rodzicielski, pomyślała ponuro. Na szczęście, poza tym jednym szczegółem, Łukasz wydawał się nieszkodliwy, choć miał wyraźną skłonność do bycia nadopiekuńczym.
Gdy dziewczyna zaczęła szukać pracy, stanowczo wykreślił z jej listy potencjalnych miejsc zatrudnienia wszystkie pozycje, gdzie obowiązywał tryb trzy zmianowy.
­– Pracuj sobie, gdzie chcesz, ale noce masz spędzać w domu.
– Łukasz... – Spróbował się wtrącić Maciej. Bez większego efektu.
– Co, Łukasz?! Tylko na nią popatrz! – Irytował się starszy z mężczyzn. – Wyobrażasz ją sobie, szwendającą się po nocach poza domem?
– Przecież nie będę mieszka z wami wiecznie. – Napomknęła nieśmiało Ada.
– Dziecko – oznajmił protekcjonalnie – o mieszkaniu i innych perspektywach pogadamy, jak znajdziesz pracę i zarobisz dość, by się samodzielnie utrzymać za miesięczne pobory.

28.07.2014

Jesienny nokturn cz.7

Ponieważ ciągle są wakacje to bez rutyny, a z doskoku... ;)
Piszę w dziwnym edytorze, który nie do końca ogarniam i dlatego wpis jest troszkę, hm... dziwny. Szczególnie jeśli spojrzeć na myślniki. Gdyby poza nimi ktoś jeszcze wypatrzył coś "dziwnego", to dajcie znać w komentarzu, naniosę poprawki.
Myślę, że wakacyjnego lajta będzie jeszcze jedna część i dobijemy z nim do endu ;)


Warszawa cztery tygodnie wcześniej

W środku nocy dworzec świecił pustką. Niewiele osób decydowało się na podróż o tak nietypowej porze, chyba że wymuszały ją okoliczności.
Wysoki, szczupły mężczyzna stał na peronie i obserwował nielicznych wysiadających podróżnych, wyraźnie szukając kogoś wzrokiem.
Zauważył Adę, gdy tylko wytaszczyła z wagonu swoje dwie walizy. Szybkim krokiem ruszył w jej kierunku. Ona też go zauważyła. Stanęła i z daleka uśmiechnęła się niepewnie. Odpowiedział uśmiechem, a chwilę później miażdżył ją w uścisku jak w imadle.
− Tobie to powinno się spuścić porządne lanie, dziewczyno – powiedział śmiertelnie poważnym tonem.
− Przepraszam, nie powinnam zawracać...
− Cicho! – przerwał jej. – Już ja ci dam „nie powinnam”! Tyle czasu milczeć jak grób?! Co ty sobie myślałaś? Zamartwiałem się, zachodziłem w głowę, co się stało. Zniknęłaś bez słowa. Nic nie zostawiłaś. Na stancji nie znali twojego adresu, o telefonie nie wspominając. No, nie patrz tak na mnie. Właśnie tak, byłem tam i pytałem. I twoich koleżanek z roku, a one też nic nie wiedziały. Tylko że nagle rzuciłaś studia. Żeby nawet telefonu nie zostawić?! – Beształ ją bez miłosierdzia.
− Maciek! – Wpadła mu w słowo, gdy zamknął się na chwilkę dla zaczerpnięcia tchu. – Ja nie mam komórki, przecież wiesz.
− Skądś jednak w końcu zadzwoniłaś.
− Tak, z automatu na dworcu.

11.07.2014

Naczynie

Kolejny tekścik-ćwiczenie z serii Skojarzenia. Tym razem "kojarzyliśmy" do tego gifa:


Naczynie

     Ciężki jest żywot dżina. Nie wierzycie, ale ja wiem, co mówię...

     Znów nabito mnie w butelkę... Który to już raz? Nie wiem, od dawna nie liczę. Za to za każdym razem obiecuję sobie, że to po raz ostatni dałem się podstępnie podejść... I za każdym razem znajduje się jakiś wredny typek, któremu udaje się mnie przechytrzyć.
     Oto wdzięczność jaką otrzymuję za spełnienie trzech życzeń. Okrutny świat, a ludzie na nim jeszcze gorsi. Nikomu nie przejdzie przez myśl pochylić się nad moim ciężkim losem. Z powodu ogólnie panującej znieczulicy nieustannie cierpię, tkwiąc w słojach, butelkach i innych skorupach.

8.07.2014

Jesienny nokturn cz.6

Jeszcze jeden kawałek przed wyjazdem, a potem kochani życzę wszystkim udanych urlopów :)
Literówki tym razem łowiłam sama, więc... Cóż, może nie będzie tak źle...

poprzedni fragment

David wymógł na Adzie obietnicę, że nie ruszy się z Krymanowa do końca przyszłego tygodnia. Rozważy pod jego nieobecność wszystkie za i przeciw złożonej propozycji. Gdy on przyjedzie, w piątek, powie mu co zdecydowała.
Wyjechał w niedzielę, najpóźniej jak się dało. Musiał rankiem być w Gdańsku. Ada trochę niepokoiła się, że będzie jechał w nocy, ale zapewniał, że nocne podróżowanie nie jest dla niego żadną nowością i nie powinna się martwić. Obiecał solennie nie zasnąć za kierownicą i zadzwonić natychmiast, gdy dotrze na miejsce, bez względu na porę.

Kiepsko spała z niedzieli na poniedziałek, nieustannie się budząc w oczekiwaniu na telefon. Rozważała nawet możliwość uszykowania sobie legowiska w holu, by mieć aparat pod ręką i przeklinała w duchu swoją niechęć do posiadania komórki.

Dźwięk połączenia wyrwał ją z kolejnej niespokojnej drzemki. Wyskoczyła z łóżka i tak jak stała, boso, w piżamie, przeskakując po dwa stopnie, zbiegła na dół.
– Tak? – wydyszała w słuchawkę całkowicie już rozbudzona.
– Spałaś w ogóle? Sądziłem, że trochę będę musiał poczekać nim cię dobudzę...
Po bezsennej nocy spędzonej za kierownicą, głos miał lekko schrypnięty, ale na jego dźwięk napięcie w jakim trwała Ada przez ostatnie godziny nagle ją opuściło.
Odetchnęła z ulgą.
– Kiepsko spałam. Wiesz... Czekałam na telefon.
– Więc jednak troszkę martwisz się o mnie. – Niemal słyszała jego uśmiech w słuchawce.
– Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele – usiłowała nadać głosowi protekcjonalny ton, ale kiepsko jej wyszło, zbyt ucieszył ją fakt, że cały i zdrów dotarł do celu podróży. – Ale tak, troszkę się martwiłam – przyznała się ostatecznie. – Troszkę – dorzuciła z naciskiem.
– Cóż, jeśli „troszkę” oznacza dla ciebie bezsenną noc, to co robisz, gdy martwisz się naprawdę?