WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

23.10.2014

Kontredans cz.3

Tak już mam, że jak skończę coś dłuższego, to muszę zrobić sobie przerwę. Mam nadzieję i czuję w kościach, że powoli posucha dobiega jednak końca, więc dzisiaj wpis ;). Generalnie, ponieważ troszkę mam teraz mniej czasu na pisanie "dla bloga", postanowiłam odejść od schematu, jaki sobie ustaliłam, czyli "wpis w samo południe". Posty i kontynuacje, które będę publikować, będę po prostu wrzucać kiedy będę je mieć gotowe i znajdę chwilę zrobienie wpisu.
Tak więc "nie znacie dnia, ani godziny", ale i ja ich nie znam :).


     Karla zamknęła za sobą drzwi.
     Jest paszport! Jest paszport! Stres rozpłynął się niczym poranna mgiełka nad letnią łąką i dziewczyna poczuła w końcu, jak bardzo intensywne było dzisiejsze przedpołudnie. Czuła się ogromnie zmęczona, odurzona środkami przeciwbólowymi, ospała. Stanowczo potrzebowała odpocząć. Miała się pakować.
     W kącie, bezużyteczna wiolonczela leżała smętnie na boku.
     Pieszczotliwie pogładziła instrument. Szkoda, westchnęła, dziwiąc się samej sobie, że tak bez emocji jest w stanie podejść do faktu, że oto wizja na niezwykłą zawodową przygodę, być może na lepsze życie, rozwiała się, najprawdopodobniej bezpowrotnie.
Ech, pewnie dlatego, że te zastrzyki, prochy i takie tam... Później się spakuję, postanowiła. Wykonała jeszcze tylko telefon, by zaplanowany na przyszłą niedzielę lot, przebukować na jutro, na wtorek. Muszę się zdrzemnąć, po prostu muszę.

     Wyciągnęła się na łóżku, naciągając na głowę koc. Oczy same się zamykały. Nie ruszy mnie teraz nawet armia Hunów, pomyślała. Potem grzecznie wrócę do domu, zaszyję się u babci do końca wakacji i będę sobie tam w ciszy i spokoju lizać rany i kontemplować życiową porażkę, a potem... Może jakimś cudem uda się załapać do filharmonii, albo do opery. Zawsze też pozostaje posada nauczycielki gry na instrumencie, albo śpiewu w podstawówce, albo rytmiki w przedszkolu, a w ostateczności, zajęcie dobrej miejscówki na Floriańskiej i zbiórka datków do futerału. Co za życie...
     Pogrążona w ponurych myślach zapadła w drzemkę.

     Obudził ją hałas. Ktoś bardzo głośno i równie bardzo natarczywie, dobijał się do drzwi hotelowego pokoju.
     Niechętnie zwlekła się z łóżka i przecierając po drodze zaspane oczy, poszła otworzyć natrętowi. Boże, pali się, czy co? Uchyliła drzwi. Za nimi, ze wzniesioną do góry dłonią zaciśniętą w pięść, gotową do kolejnej porcji łomotów, stał jakiś wściekły facet.

     Karla zamrugała powiekami. Jego twarz wydała się jakby znajoma. Zaczęła grzebać w, nadal przytłumionej snem, pamięci... Zaraz… No, tak. Facet z taksówki...
     Jak poprzednio, nie czekając na zaproszenie wpakował się do taksówki, tak teraz wpakował się do pokoju.

     – Dlaczego nie otwierasz, do cholery?! – Naskoczył na nią poirytowany. – Myślałem, że znów zemdlałaś, albo coś...
     Kobieta, wciąż nie do końca rozbudzona, całkowicie zignorowała i jego podniesiony głos, wyraźną w nim irytację i uzurpowane sobie przez gościa prawo, do łajania jej za cokolwiek. Przechyliła głowę w prawo, potem w lewo, by nieco rozluźnić zesztywniałe mięśnie karku.
     – Spałam, przepraszam... – wyjaśniła ze spokojem.

     Spojrzał uważniej. Ciemne, brązowe włosy w nieładzie, twarz delikatnie i uroczo zarumieniona. Rzeczywiście ona wygląda na wyrwaną ze snu. Poza tym, jakaś taka, trochę nieprzytomna.
     – Dobrze się czujesz? – Spuścił nieco z tonu. – Jak twoja ręka?
     – Dziękuję, w porządku. Czy to może pan, ma mój paszport?
     – Uhmm... Mam – mruknął.
     Nagle przestało mu się śpieszyć. Zadowolony, nie wiadomo z czego, rozsiadł się na sofie.
     – Dostanę drinka? – zapytał ni stąd, ni z owąd, prezentując zdumiewającą swobodę.
     
     Karolinę zaskoczyło i lekko zdezorientowało oczekiwanie, bynajmniej nieoczekiwanego gościa. Ale że o obyczajach panujących tutaj, gdzie chwilowo utknęła, niewielkie miała pojęcie, uznała, że widocznie takie tu panują. Wpada się do kogoś obcego na drinka, ot tak, z ulicy, do pierwszego mieszkania jakie się nawinie. Z drugiej strony, jeśli to miałaby być mała rekompensata za odniesienie paszportu… A niechże sobie ma tego drinka. Rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu czegoś, co mogłaby zaproponować do picia.
     – Mam tu... – Zerknęła pod stolik, potem zajrzała do malutkiego barku. – Eee... jest tylko woda mineralna – oznajmiała nieco zakłopotana.
     Wyglądało na to, że drink będzie dość cienki.
     – Może być. – Zgodził się łaskawie.
     W gruncie rzeczy było absolutnie obojętne, co dostanie, byle był pretekst do pozostania chwilę dłużej w towarzystwie tej egzotycznej dziewczyny z dzikiego kraju, gdzieś na wschodzie. Spodobała mu się i wcale nie miał zamiaru się z tym jakoś szczególnie kryć.

     Nalała szklankę wody i postawiła przed nim na stoliku. Splotła ramiona przed sobą.
     – Odda mi pan paszport?
     – Zawsze jesteś taka... oficjalna? – zapytał, sięgając po szklankę.
     Jego spojrzenie bezczelnie wędrowało po jej sylwetce i zaczynało ją to irytować.
     – Owszem, zawsze – odparła chłodno Karla, rozbudziwszy się wreszcie w pełni.

     Zwyczaje zwyczajami, ale nie nawykła do takiego bezpośrednie i zupełnie pozbawionego cienia skrępowania zachowania. Krępowało ją to. Nie znała człowieka, a on bezczelnie walił do niej per "ty". Co on sobie wyobraża?
     – A zwłaszcza wtedy, gdy osoba, która wtargnęła bezceremonialnie do mojego pokoju, nie ma zamiaru się nawet przedstawić – dorzuciła z przyganą.

     Zakrztusił się, pociągając właśnie kolejny łyk obrzydliwie zwyczajnej wody.
     – Dałem ci przecież moją wizytówkę...
     – Czyjąś wizytówkę, owszem, znalazłam w torebce. Nie mam jednak pojęcia skąd się tam wzięła. A na wizytówce jest imię, nazwisko i kilka innych informacji, zdjęcia nie ma. Skąd niby mam wiedzieć, że należy akurat do pana? Panie... – Znacząco zawiesiła głos.

     W powietrzu zaś zawisła szklanka z wodą.
     Patrzył na nią z niedowierzaniem. Żarty sobie stroi? Zwykle musiał skrywać swoją twarz za ciemnymi okularami, by zachować odrobinę prywatności. Tymczasem ta... jakaś tam,  skądś tam... udaje, że nie ma pojęcia kim on jest.
     Hmm… A może nie udaje? W końcu ona pochodzi z końca świata. Może nawet z innej planety. Może tam ciągle zaprzęga się konie do powozów i nie ma elektryczności? To ci dopiero egzotyka.

     Ego rozparło się wygodnie na kanapie, bezceremonialnie spychając z jej brzeżka Poczucie Winy, które spadło na podłogę, boleśnie tłukąc sobie przy tym tyłek.

     Odstawił szklankę, skrywając konsternację. W końcu to może okazać się całkiem zabawny wieczór. Ona miała taki zabawny egzotyczny akcent i zabawnie wymawiała niektóre głoski, chociaż poza tym całkiem nieźle radziła sobie z angielskim.
     – No, tak. Przepraszam – przyznał z doskonale zagraną skruchą – rzeczywiście powinienem był się przedstawić. – Wstał i wyciągnął rękę.
     – Jestem Jason Lewis. Jestem aktorem, znanym aktorem. Dlatego sądziłem, że znasz moją twarz. – Wyszczerzył się radośnie.

     Ego władczo pokazało miejsce w kącie Poczuciu Winy, nieśmiało próbującemu wdrapać się na kanapkę. Won!

     – Panie Lewis, niezależnie od tego, czy pańska twarz jest mi znana, czy nie, nigdy nie miałam przyjemności z panem rozmawiać. Pan ze mną również nie. W moim kraju uprzejmość i dobre wychowanie nakazują przedstawić się, nim zacznie się rozmowę.
     Protekcjonalnie zmyła mu głowę mini wykładem na temat dobrych manier, po czym łaskawie podała mu rękę i sama się przedstawiła.
     – Karolina Szczygieł.
     – Miło mi...
     Przez moment zastanawiał się, czy nie powinien przypadkiem cmoknąć jej kurtuazyjnie i po staroświecku w dłoń, ale podała mu rękę całkiem zwyczajnie, w dodatku tę zabandażowaną poprzestał, więc na lekkim uścisku.
     – Karolina... hmm... To chyba nie po angielsku?
     – Nie.
     – Pozwolisz zwracać się do siebie Karla? Tak będzie prościej.
     – Tak, proszę. Moje rodzeństwo tak do mnie mówi.
     – Świetnie.
     Klapnął z powrotem na swoje miejsce na sofie, odetchnął i rozparł się wygodniej. Zachęcająco poklepał miejsce obok siebie.
     – No, to skoro oficjalną prezentację mamy za sobą, możemy pogadać normalnie – stwierdził.
     Karolina nie skorzystała z zaproszenia, nadal stojąc ze splecionymi ramionami.
     – Wolałabym najpierw dostać paszport, panie Lewis.
     – Oczywiście... Ale pod warunkiem, że skończysz z tym „panie Lewis”. Jason wystarczy.
     Sięgnął jednak do tylnej kieszeni dżinsów. Wydobył stamtąd paszport Karli, portfel, kluczyki i telefon. Położył wszystko na stoliku i spojrzał na dziewczynę z rozbrajającym uśmiechem.
     –­­ Coś jeszcze?
     Uniosła brwi, zastanawiając się, czy nie powinna się cieszyć, że nie zaczął od ściągania butów i skarpetek.
     Cholera, pomyślał, ma ładne brwi... oczy też… Cholera, w ogóle jest ładna.
     – Panie... Jason, prosiłam tylko mój o paszport. Reszta nie jest mi potrzebna...
     – Ale mnie wygodniej się siedzi, jak mnie nic nie uwiera w... – Przeleciało mu przez głowę, że ryzykuje kolejny wykład, z dziedziny savoir-vivre’u tym razem, o wymowie i czystości języka, więc w język się ugryzł.
     – Kiedy mnie nic nie uwiera – dokończył z godnością. – Usiądziesz wreszcie?

     Teraz przysiadła na brzeżku sofy, bardzo oficjalnie, co w zestawieniu z rozpartym w dość niedbałej pozie Jasonem, dawało komiczny efekt.
     – Pokaż, jak to wygląda – mruknął, biorąc w dłoń zabandażowaną rękę Karli.
     – W sumie nie jest chyba tak źle – westchnęła. – Nie ma złamań. Tylko stłuczenia i poprzecinana skóra. Założyli mi kilka szwów.
     – Kilka? – Uniósł brwi. – Ile?

     Poczucie Winy, z podstępnym uśmieszkiem na ustach, wysunęło się z cienia i zaczęło się skradać ku, skrobiącemu się z zakłopotaniem po potylicy, Ego,

     – Nie wiem dokładnie. Dziesięć, czy dwanaście... jakoś tak.
     – Rany boskie... – jęknął ze zgrozą Jason. – Boli?

     Pewność Siebie zaczęła uchodzić z Ego z sykiem, niczym powietrze z przedziurawionego balonu. Poczucie Winy, szczerząc zęby, zadzwoniło srebrnym dzwoneczkiem, tuż obok ucha kompletnie już sflaczałego Ego i z premedytacją wskazało mu miejsce w znajomo wyglądającym kącie. Won!

     – Trochę. Da się wytrzymać. Dostałam jakieś tabletki przeciwbólowe. Wezmę sobie zaraz i pójdę spać...
     Nie dało się ukryć, że poczuł się dość podle. Przecież tego nie chciał. Ot, chwila nieuwagi ze strony ich obojga. Powinien jej to jakoś wynagrodzić? Powinien? Może gdzieś zabrać? Zaraz, przecież właśnie wybierał się do knajpy, żeby spotkać się z przyjaciółmi…
     – Mam lepszy pomysł. Długo teraz spałaś?
     – Dwie, może trzy godziny. Położyłam się chyba koło siedemnastej.
     – Trzy godziny, ok. I tak teraz nie zaśniesz. Przebieraj się, pojedziesz ze mną.
     – Ja?! – Otworzyła szeroko oczy.
     Boże, jakie ona ma oczy... Jason rozejrzał się dookoła.
     – A widzisz tu kogoś innego?
     – Nie. Ale... – Propozycja kompletnie ją zaskoczyła. – Dziękuję bardzo, to miłe z twojej strony, ale nie mogę. Muszę się spakować...
     – Wybierasz się gdzieś?
     – Panie Lewis, jesteśmy w hotelu. Nie mieszkam tu na stałe.
     – Gdzie jedziesz?
     – Wracam do domu, do Polski.
     – Kiedy?
     – Mam lot jutro wieczorem.
     Odetchnął z ulgą, gdyby się okazało, że leci dzisiaj, zadośćuczynienie, musiałby ograniczyć do odwiezienia jej na lotnisko, a tak miał do dyspozycji cały wieczór. A może nie tylko...

     Ego podstępnie zatarło ręce, nieszczerze szczerząc zęby do małej błotnistej kałuży, która nie wiadomo skąd właśnie pojawiła się u jego stóp. Kałuża bulgotała złowieszczo – Myśli. Poczucie Winy chwilowo się wycofało, usiadło w kątku, żeby ułożyć sobie umoralniającą mowę. Zauważyło jednak brudne Myśli i pośpieszyło z mopem, robić porządek.

     – Do jutrzejszego wieczoru jest kupa czasu. Zdążysz się dziesięć razy spakować. Przeze mnie miałaś kiepski dzień. Jestem ci winien odrobinę rozrywki.
     – Panie...
     – Jason – poprawił.
     – Jason, co do moich rozrywek...
     – No, nie każ się prosić, Karlo. Daj mi szansę na zadośćuczynienie. Skoro jutro wyjeżdżasz nie będzie innej okazji. Przysięgam, że niczego ci już nie przytrzasnę i odstawię tutaj przed północą, tylko pozwól się zabrać w jedno miłe miejsce. – Zrobił minę zbitego psiaka.

     Ściągnęła brwi i zastanawiała się przez chwilę, czy aby rozsądnym jest wychodzić w obcym mieście, z obcym człowiekiem. Przecież tak naprawdę nic o nim nie wie. Wprawdzie nie sprawiał wrażenia psychopaty, zaciągającego ofiarę do ciemnego zaułka, by wyssać z niej krew. Ale z drugiej strony, czy psychopata wysysający swoje ofiary robi wrażenie, że tak właśnie czyni? Po krótkim namyśle uznała jednak, że Jason może i jest trochę arogancki, bezczelny  i nazbyt pewny siebie, ale morderczych zamiarów względem niej nie ma.

     – No dobrze... – westchnęła. – W takim razie poczekaj chwilkę... A dokąd mamy iść? Żebym wiedziała, jak się ubrać.
     – Bez obaw, jakaś bluzeczka i dżinsy wystarczą. Chyba, że masz jakąś sexy-wydekoltowaną, mini kieckę, to też może być. – Mrugnął z szelmowskim błyskiem w oku, szczerząc się przy tym bezczelnie.
     Karla skrzywiła się i wywróciła oczyma.
     – Przykro mi, nie mam. Dżinsy i bluzka, będą musiały wystarczyć.
     – Trudno – westchnął. – Przebieraj się, szkoda czasu.

     Wyciągnęła potrzebne rzeczy z szuflady i zamknęła się w łazience. Przez chwilę było słychać szum płynącej z kranu wody, po czym zapadła głucha cisza.
     Po kilkunastu minutach trwania tego stanu, poważnie zaniepokojony Lewis załomotał w drzwi łazienki.
     – Karla?! Żyjesz tam?!
     – Oczywiście, że żyję. – Padła odpowiedź.
     Odetchnął z ulgą.
     – To czemu się nie odzywasz?
     – Na litość boską! Mam śpiewać?! Zaraz skończę, jeszcze chwileczkę.
     – Dobra, dobra. Ale jakby coś, to krzycz.

     Odpowiedziało mu milczenie. Rozejrzał się po pokoju. Zatrzymał wzrok na leżącej pod ścianą wiolonczeli i pulpicie z nutami, stojącym obok.

     – O, kurwa... – wyrwało mu się.

następny fragment

Moi drodzy, częstotliwość wpisów tak, czy siak, się zmniejszy, o tym już wspominałam i tu w najbliższym czasie nic się nie zmieni. Przyczyna jest prosta: nie wszystko z czym teraz pracuję trafi na bloga. W każdym razie nie trafi tu w najbliższym czasie, bo wstępnie nie jest na bloga przeznaczone. Chyba, że założenie nie wypali, wtedy zawiśnie. W swoim czasie oczywiście.

5 komentarzy:

  1. Boskieeeeee *.*
    ~C

    OdpowiedzUsuń
  2. Ostatnie zdanie powala na kolana! Mam nadzieję, że zobaczy wreszcie jak namieszał nie chcący! Do następnego wpisu.
    Pozdrawiam Lena

    OdpowiedzUsuń
  3. Kasiu przeczytałam już w dniu publikacji, ale ostatnio coś mi z pisaniem nie styka :|

    Końcówka oczywiście załatwia całą akcję. Ciekawa jestem gdzie też nasz teatralny gwiazdor zabierze Karolinę i mam przeczucie, że może jej się to nie do końca spodobać :) Staram się czekać z cierpliwością na ciąg dalszy, ale dziwnie tak jakoś z tymi przestojami na blogach...

    Cokolwiek piszesz niech Ci się pisze szybko i kreatywnie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziewczyny, ja się postaram ogarnąć jak najszybciej, tylko trudno mi przewidzieć i to "najszybciej" potrwa. Ale pamiętam o blogu i na 100% będzie ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.