Stoję dzisiaj przy przejściu dla pieszych, czekając cierpliwie na zielone. Obok kilka osób, między nimi

starszy pan z dwojgiem maluchów w wieku przedszkolnym. Nocą spadło u nas z półtora centymetra śniegu. No dobra, może dwa centymetry. Dzieciaki się cieszą, coś tam szczebioczą o sankach i bałwanach. Zima tego roku śniegiem nie szasta, grzech byłoby nie skorzystać.
Dziadek instruuje dzieciarnię:
– Tylko zanim wejdziecie do domu, proszę mi buty porządnie ze śniegu i błota otrzepać.
Dzieciaki zachichotały podstępnie między sobą nim padła odpowiedź:
– W domu, urządzimy ci imprezkę...
Powiało grozą, dziadek zaniemówił, a ja zakrztusiłam się od śmiechu. Panie stojące obok, również...
Ponieważ na dziś się nie wyrobiłam z kolejnym fragmentem (nie wiem nawet czy się na jutro wyrobię :/), to dzisiaj taka tam sobie miniaturka. Z życia wzięte, scenka wprawdzie nie wiosenna lecz zimowa, ale mam nadzieję, że uśmiech i tak wywoła... 100 słówek czyli drabble ;).
I jeszcze sobie pomarudzę, a co... Wczoraj skorzystałam z grzeczności innej bloggerki, również piszącej i zarzuciłam link do siebie... Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania... To dlaczego marudzę? Bo efekt w żadnym razie nie przełożył się na Wasze opinie... Milczycie jak zaklęci, a ja się z tym dziwnie czuję, bo w końcu nie wiem, czy to co piszę jest tak potwornie beznadziejne, że słów brak? Czy może tak fantastyczne, że... słów brak? Nie wiem, w sumie chyba się już zaczynam powoli przyzwyczajać do tego milczenia na blogu. Tak czy inaczej są osoby, które tu wracają i takie, które zabierają głos, więc nie ma obaw, będę dalej tu publikować swoje fantasmagorie :)