WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

19.09.2014

Yave cz.21

Kochani, to jeden z najstarszych fragmentów, w którym teraz poprawiałam akcję, dialogi itd. Przeglądałam go wiele razy, ale niewykluczone, że jakieś nieścisłości mi umknęły, więc gdyby kolnęło kogoś w oczy coś poważniejszego niż literówka, jakaś niespójność fabularna na przykład, albo jakieś pomieszanie w dialogach będę wdzięczna za wskazanie.

Nom, powoli, powoli się klaruje sytuacja, już bliżej niż dalej... Nic więcej nie mówię, poczytajcie sobie :)



     Rok czwarty... Diorida... początek lata...

     Diorida zmieniła się. Zdawało się im, że miasto spuchło przez zimę i napęczniało. Ludzi wyraźnie przybyło. Rozpoznać można było nie tylko rodzimych Aurów. W mieście byli Barthowie z południa, nie brakowało też osobliwie odzianych mieszkańców wschodu. Diorida choć wciąż niewielka, zmieniała się i rosła. Wyrastały nowe domy, ulice, kupieckie składy i gospody. Ruszyła też budowa nowych murów, bo stare choć niedokończone już stały się za ciasne. Wątpliwym zdawało się, czy mieszkańcy zdążą ukończyć nowe nim miasto znów z nich „wyrośnie”. Brzegi rzeki, niegdyś zwanej Graniczną, opływającej miasto od południa spinał teraz szeroki, kamienny most. Dar Hengoda, króla Barthii. Materiałów do jego budowy dostarczyli sami Aurowie, ale Hengod przysłał kamieniarzy, budowniczych, konstruktorów i pokrył koszty ich pracy.
     Wytyczono nowy szlak handlowy wiodący przez kraj Aurów ze wschodu na zachód.

     W mieście roiło się od wojów należących do przybocznych, rycerskich drużyn. Rycerstwa bowiem też trochę stanęło po gospodach w mieście. Wezwani przez króla, który miał nadać im tytuły i włości na rubieżach. Oddając się miejskim uciechom oczekiwali wezwania na zamek na uroczystość, która miała się odbyć w najbliższych dniach. Tymczasem Rokka, kapitan Gwardii Królewskiej odpowiedzialny za zakwaterowanie możnych i ich ludzi, dwoił się i troił, żeby wszystko przebiegało sprawnie i bez burd. Prostych żołnierzy lokowano w koszarach Gwardzistów. Lordów i przyszłych lordów kwaterowano w mieście, w gospodach i wynajętych mieszkaniach. Melta moczył się właśnie w gorącej kąpieli, zmywając kurz i brud długiej podróży, gdy przybył królewski goniec z poleceniem, by jak najszybciej stawił się przed królem.


     Niecałą godzinę później z szacunkiem pochylał głowę przed Bottą, wypowiadając słowa pozdrowienia. Ów przyglądał mu się spod zmarszczonych brwi i nie uszły jego uwadze, bruzdy zarysowane wokół ust i głęboka zmarszczka przecinająca czoło młodego lorda, ani tu i ówdzie srebrne nitki w czarnej czuprynie. Rysy mu się wyostrzyły, a spojrzenie było ponure i poważne bez śladu dawnej młodzieńczej beztroski. Nie uszło też uwadze obserwatora, że Melta utyka lekko na lewą nogę.

     – Cieszę się, żeś cały, Melto – powiedział Botta – chociaż chyba nie do końca zdrów. Kulejesz.
     – Stara rana – odparł – nie do końca jeszcze zagojona. Do końca lata śladu nie będzie.
     Botta tylko uniósł brwi.
     – Siadaj. – Wskazał wygodne krzesło i skupił się na przeglądaniu jakichś papierów, które miał rozłożone przed sobą. – Taaa... Słów mam kilka do ciebie... Wiesz, że postanowiłem osadzić cię na zamku w Dartos i zlecić władzę nad całą tamtejszą prowincją.
     – O zamku wiem, Wasza Wysokość, ale prowincja... – Melta był zaskoczony.
     – No to teraz już wiesz... – Botta uśmiechnął się i odchylił na krześle. – Oznacza to, że Nammas przestaje być twoim domem. Tytuł, który nadałem ci zeszłego roku i włości, które otrzymasz teraz, są dziedziczne. Ustanowisz nowy rycerski ród, linię lordów, królewskich wasali. Rozumiesz mnie?
     Melta odchrząknął zakłopotany, nie bardzo pojmując do czego zmierza Botta, czy też raczej rozumiejąc to, czego wolałby nie rozumieć i nie przyjmować do wiadomości.
     – Czy żądasz, królu, bym... bym się... ee... ożenił? – spytał, kiepsko maskując zażenowanie i niechęć.
     Botta podniósł wzrok znad kart i spojrzał na niego z przyganą.
     – To musiałbym żądać, byś to uczynił? Zawsze mi się zdawało, że w pewnym wieku mężczyzna sam zaczyna o tym myśleć. I myślałem, że ty już ten wiek osiągnąłeś.
     Czując się coraz bardziej niezręcznie, świeżo upieczony protoplasta rodu, spiekłszy uprzednio solidnego raka, bąknął:
     – Cóż... jeszcze nie myślałem...
     Król rozjaśnił oblicze życzliwym uśmiechem. Wyprostował sylwetkę, dłonie wspierając na stole przed sobą.
     – Ależ, mój drogi, nie obawiaj się. Stawianie tego rodzaju warunków, nie byłoby uczciwe i ja ich nie stawiam. O swoim ożenku zdecydujesz sam i sam wybierzesz czas. Nie ukrywam jednak, że młodych wybieram, licząc iż prędzej, czy później postarają się o dziedziców. – Wziął w rękę jedno z pism i przebiegł je wzrokiem. – Zdaje się, że niektórzy to nawet prędzej niż później... – Zamyślił się i przez chwilę obserwował młodego mężczyznę wybijając palcami rytm na blacie rzeźbionego stołu. – No dobrze, mniejsza o to... – Odłożył list i splótł palce przed sobą. – Wezwałem cię, bo otrzymałem pismo. Od twego ojca. Wzywa cię do Nammas i pojedziesz tam zaraz po mianowaniu.
     – Czy ojciec jest chory? – Zaniepokoił się Melta.
     – Nic mi o tym nie wiadomo. – Potrząsnął głową Botta. – Pisałem wcześniej ja do niego, uzależniając twoje mianowanie od jego zgody. Dał ją, stawiając jeden warunek...
     – Cóż to za warunek? – zapytał Melta z podejrzliwą ostrożnością.
     – Ociec życzy sobie byś to lato spędził w Nammas.
     – Tylko... tylko tyle? – Teraz w głosie zabrzmiało niedowierzanie.
     – Tylko tyle, synu – potwierdził Botta. – Być może Arut ma jakieś własne plany, co do ciebie. Jeśli tak, będziesz o tym rozmawiał z ojcem, nie ze mną. W każdym razie ja postanowiłem spełnić jego żądanie. Ludzie z Nammas, pozostający w twojej służbie osiądą z tobą na północy, trzeba więc, by mogli zabrać rodziny i dobytek. Za tydzień wszyscy pojedziecie do Nammas. We wrześniu chcę was widzieć w Dioridzie gotowych do drogi, z taborami. Zamki muszą być obsadzone przed zimą. Urtowie robią się coraz zuchwalsi...
     – Szczęściem nie są zorganizowani zbyt dobrze. Atakują małymi grupami, łatwo takie osaczyć i wybić.
     – Owszem, owszem... Patrząc na ciebie, mam mieszane uczucia co do tej łatwości. – Król z powątpiewaniem potrząsnął głową. – A i to, nim się ich osaczy i wybije, zwykle udaje im się wpierw wyrżnąć jakąś wieś, czy inną osadę. Ludzie stanowią naród, Melto, nie fortyfikacje. Fortyfikacje jeno ich bronią. Kraj mamy wielki, ale ludzi wciąż za mało. Sam dobrze wiesz, że nie stać nas na straty. Te napaści trzeba ukrócić. Wiem, tam dzikie lasy i bagna. I zdałoby się nie sześć, a ze dwadzieścia zamków, ale brak mi środków... a co gorsza, ludzi właśnie. Dzieci, kobiety, starcy, czy mężczyźni w sile wieku, dla mnie oni wszyscy są cenni. Wielu lat trzeba nim z dzieci wyrosną kobiety i mężczyźni, by nowych obywateli przysporzyć. Wolni ludzie, Melto, to muszą być wolni ludzie, tacy, którzy w tym raju będą się rodzić i w nim wzrastać. O takich trzeba nam dbać i... – Uśmiechnął się. – Co ja ci będę gadał, sam wiesz.
     Pojąwszy aluzję Melta zmusił się do krzywego uśmiechu i skłonił głowę, na znak zgody z racjami swego rozmówcy. Tymczasem Botta mówił dalej:
     – Tak, tak, tak... Wam wszystkim odpoczynek w rodzinnych domach dobrze zrobi. A teraz skoro już wiesz wszystko idź i dopilnuj, by dokładnie wykonano moje polecenia. Za tydzień chcę was widzieć gotowych do drogi.
     Melta nie zgłębiał tematu. Pożegnał się i wyszedł. Wszystko było jasne. Ostatnie, cholerne lato w Nammas, a potem na północ, na zawsze, bez powrotu... I dobrze.

     Wrócił na swoją kwaterę. Trochę zaskoczyło go żądanie ojca. Prawda, nie było w domu prawie trzy lata. Nie wybierał się tam jednak, bo nie miał ochoty się tam znaleźć. Westchnął ciężko.

     Lato w Nammas... Żadne lato nie będzie już takie, jak tamto. Nigdy już nie zobaczy tego ognia w jej włosach i niezwykłego blasku w oczach. Jej oczy... Nie zapomniał, choć naprawdę bardzo tego chciał. Jej oczy, tam na drodze. Pełne łez, bolesnej rozterki i zawodu. Nieustannie nosił ten obraz pod powiekami. Trzy lata. Trzy długie lata. Każdego dnia, każdej nocy. Próbował się uwolnić od wspomnienia, nie umiał. Trzy lata nieutulonej, beznadziejnej tęsknoty. Beznadziejnej, bo przecież tam, na tym przeklętym gościńcu, odbierając nadzieję jej, odebrał ją także sobie. Nie miał prawa nawet śnić, że mogłaby mimo wszystko czekać na niego, mimo to marzył wbrew rozsądkowi, nawet po tym, jak dowiedział się, że poszła za mąż.
     Potraktował ją okrutnie, bezdusznie jak rzecz, jak zabawkę. Rzuciła mu to w twarz. Bogowie, jakże ona musiała go nienawidzić.
     Opamiętanie, a z nim żal, potworny żal, przyszły kiedy zdał sobie sprawę, że ją kocha. Zbyt późno. Najgorsza jednak była świadomość, że ona odwzajemniała tę miłość gorąco i szczerze, i że sam wdeptał to uczucie w pył drogi. Za późno, wszystko za późno...
     Otrząsnąwszy się trochę z ponurych myśli, poszedł wieczorem do koszar rozmówić się ze swoimi. Znalazł ich w ogólnej, długiej sali służącej skoszarowanym wojakom za stołówkę i świetlicę zarazem.
Ci, którzy dopiero co ściągnęli do stolicy z rubieży, otoczeni gromadką ciekawskich „miejskich”, stanowili obiekty żywego zainteresowania i brylowali, ochoczo rozprawiając o swoich przygodach. Oczywiście odpowiednio je ubarwiając i przechwalając się ilością szram, jakością blizn, liczbą stoczonych potyczek i pojedynków.

     Ludzie siedzieli w grupkach, dowcipkując niewybrednie, po żołniersku. Melta postanowił dołączyć do jednej nich i ruszył w ich kierunku, zagarniając po drodze kwaterkę piwa z niesionej przez jedną z kobiet tacy. Dziewczyny, zajmujące się kuchnią, roznosiły trunki, sprzątały puste kufle ze stołów, raz po raz rozdzielając razy pomiędzy co bardziej krewkich i dobrze już podchmielonych, wojaków.
     Zauważył swoich przemieszanych z „dworskimi”, ale przysiadłszy do nich, zdążył ledwie podnieść kufel do ust gdy ktoś zawołał go po imieniu:
     – Hejże, Melto! Stary druhu! A już myślałem żeś obrosły w piórka i z nami prostakami się nie będziesz bratał!
     Jednocześnie klepnięto go w plecy z takim impetem, aż zakrztusił się piwem. Odwrócił się zaskoczony i rozzłoszczony, ale ujrzawszy roześmianą twarz "winowajcy" zaraz sam rozciągnął usta w uśmiechu i rozłożył ramiona.
     – Arda! Ciebie najmniej bym się tu spodziewał! A cóż to cię przywiało do Dioridy? Sądziłem, że nie ma siły zdolnej wyciągnąć cię z Nammas.
     – Ano, jakżeś wyjechał, nudno się zrobiło i nuda mnie tu przygnała w poszukiwaniu uciech.
     – Pojęcia nie masz, jak dobrze zobaczyć twoją starą, poczciwą gębę.
     – I ja się cieszę, żeś z tego końca świata w końcu zjechał i to żywy.
     Melta zaśmiał się i obaj uścisnęli się serdecznie.
     – A wiesz, że ten koniec świata teraz będzie mi domem?
     – Co ty mówisz? – zdumiał się Arda. – Gadali tu coś, że całą prowincją zarządzasz, ale nie, że na stałe.
     – A jednak. Ziemię mam dostać i rodową siedzibę. Zamek w Dartos jest już mój. Siadaj druhu, mów, co tam w starym Nammas. Wy tu bliżej, to pewnie wieści macie świeże. – Melta przesunął się, robiąc Ardzie obok siebie na ławie miejsce, z którego ów chętnie skorzystał.
     – Niby bliżej, ale przyjechałem tu jeszcze tego roku, którego ty opuściłeś Nammas, jakoś tak przed zimą. Pożałowałem, że latem nie pociągnąłem z wami, jak ojciec zaczął marudzić, że mógłbym sobie wreszcie babę znaleźć – roześmiał się. – I nie byłem w Nammas od tamtego czasu. – Arda zgarnął kufel z tacy niesionej przez dziewczynę i szerząc zęby klepnął ją żartobliwe w pośladek, za co oberwało mu się przez łepetynę ścierką. – Jedno, to dziewek urodnych tu nie brak, a tam w domu, co ładniejsze już powydawane. – Zarechotał znów. – Będzie nas tu ponad trzydziestu, nammejczyków. Bo zeszłego roku jeszcze z dziesięciu dołączyło. W starym Nammas to już chyba tylko baby i dzieciaki się zostały.
     – Właśnie po nie, Botta wysyła nas do Nammas. Moi ludzie mają swoje rodziny i dobytek zabrać. Jedziemy tam lato spędzić, a potem przenosimy się, już na stałe, na północ. Ale jak to możliwe, że zeszłego lata się nie spotkaliśmy? Byłem w Dioridzie z ludźmi, a na ciebie się nie natknąłem.
     – A bo pociągnęliśmy na zachodnią rubież, a tego roku zmienili nas inni. Ale na zachodzie nudny spokój, nie to co u was, cały czas coś się dzieje.
     – Przejadłoby cię się prędko to „dzianie się”, wierz mi. Na własnej skórze pamiątki noszę, wiem co mówię. A teraz trzeba będzie się pogodzić, że to będzie codzienność, dom, życie... ech... – Melta pokiwał smętnie głową i pociągnął trunku ze swojego kufla.
     – Nie narzekaj bracie, pniesz się w górę. – Arda zaśmiał się, znów z rozmachem klepiąc towarzysza w plecy. – Mają ci czego inni zazdrościć. Tytuły, zamek, ziemia. Jeszcze ci tylko dziedzica brak.
     – Widać Botta ma słabość do nas nammejczyków – odrzekł Melta, puściwszy mimo uszu uwagę o dziedzicu. – Kraj nasz wielki, a tyś też ze starego auryckiego rodu. Zobaczysz i ciebie gdzieś osadzi.
     – Eee, tam. Mnie tam w szeroki świat nie ciągnie – skrzywił się Arda. – Albo mi tu źle? Dach nad głową jest, grosz z żołdu też. Na dziewki i wino starcza, a jeszcze coś odłożyć się da. Żarcie darmowe. Czego chcieć więcej? Przyjdzie na mnie pora, to przygrucham sobie jakąś dzierlatkę i wrócę do Nammas, żeby innej robocie się poświęcić, bo wiesz – mrugnął wesoło do druha – trochę wyludniło się tam ostatnimi czasy.
     Obaj roześmiali się i gadka zeszła na wspomnienia z dawniejszych lat.

     Dookoła toczyły się, przerywane salwami rubasznego śmiechu, hałaśliwe rozmowy.
     Obsiadłszy długie stoły, młodsi i starsi wojacy pokrzykiwali na dziewki, wołając wina, albo piwa. Nieobytym z wojaczką rekrutom, bardziej doświadczeni ochoczo opowiadali o swoich „wyczynach” i roztaczali szerokie możliwości wykazania się męstwem i bohaterstwem. Ci zaś z pootwieranymi gębami słuchali, mocno podkoloryzowanych winem, piwem i bujną wyobraźnią, opowieści.
     – ...a jak ojciec każe się żenić! – Zahuczał tubalnym głosem, służący pod Meltą, a podochocony żołnierskim winem, Darna, syn Imruta. – To wezmę tę rudowłosą, co w naszym domu chowana i już!

     Szczęki Melty zacisnęły się mimo woli, Arda zaś odwrócił się i odezwał się na te słowa:
     – O, bracie, tę toś miał brać, nim na wojaczkę żeś ruszył. Wasza Yave poszła za mąż.
     – Naprawdę? – Wielbiciel wdzięków płomiennowłosej Yave nieco się stropił. Ale zaraz pocieszył się kolejnym kuflem piwa. – A to inną wezmę.

     Melta z trudem zachowywał obojętność. Na niewinną uwagę Darny o rudowłosej pannie należącej do domu Imruta, żołądek skurczył mu się gwałtownie, a podstępna zazdrość z takim impetem dźgnęła w tyłek, że omal nie poskoczył. Najchętniej spuściłby Darnie solidne lanie za samą myśl o... jego Yave. Zazdrość nie odpuściła, zacisnęła mu szczęki, aż prawie zgrzytnęły zęby, gdy Adra wrócił do pogawędki mówiąc:
     – Ba... Sam bym ją brał... Ale cóż, mówiłem, że w Nammas co ładniejsze już zajęte.
     Melta, całą siłą woli opanowując irytację, klepnął go w łopatkę.
     – Nie martw się – burknął, starając się by w głosie nie zabrzmiała złość jaka go ogarnęła – i dla ciebie coś się znajdzie. A bo to niewiast i dziewek brak?
     – Może i nie brak – filozoficznie i z nagłą powagą stwierdził Arda – ale żal trochę, bo młoda, ładna, a za Ukera się wydała. A gdzie jemu do niej? Prawie jej ojcem by mógł być. A ona mu podobno syna powiła.
     Melta zakrztusił się gwałtownie.
     – Ale ludzie to różnie gadają – ciągnął dalej Adra, zupełnie nie zwróciwszy uwagi na bezdech Melty – dziwaczą, że dziecko wcale nie musi być Ukera.
     Melta wypuścił z płuc powietrze i ściągnął brwi. To samo mroczne podejrzenie, które kiedyś stłumił o odrzucił jako niedorzeczne wróciło podstępnie i na nowo zagnieździło się w umyśle.
     – Jakże to? Znam Ukera, starszy od nas, ale przecież nie starzec. – Głos miał lekko schrypnięty, ale można to było zrzucić na karb zachłyśnięcia się piwem chwilę wcześniej. – Skoro się ożenił to i dzieciaka się dochował. Co w tym dziwnego?
     Adra skrzywił się z niechęcią.
     – A bo wiesz, ja jeszcze z domu pamiętam, jak smarkaczem byłem, to gadali, że Uker dobry chłop, ale z jakiejś dawnej przyczyny dzieci nie może mieć i dlatego się nie żenił. Ale co ja ci tam babskie plotki będę powtarzał.
     Meltę odeszła nagle wszelka ochota na dalsze wspominki i wykręciwszy się zmęczeniem opuścił koszary.

     Poszła za mąż... żadna nowina. To wiedział od dawna i nauczył się żyć bólem, jaki niosła świadomość tego faktu. Jak jednak mógł być tak głupi, że pozwolił sobie na uśpienie własnej czujności i przenikliwości? Zrobiła to zaraz po jego wyjeździe. A on nawet nie zastanawiał się dlaczego, zacinając się jedynie w gniewie, że zbyt szybko zapomniała o nim. A przecież jakiś powód tego pośpiechu musiał istnieć. I istniał.
     Oto cena twojej własnej głupoty, Melto, wymyślał sobie, nie wiadomo który już raz. Prawie w krew weszło mu wymyślanie sobie od durniów i głupców. Na nieszczęście, nic a nic, nie pomagało to ani na gniew, ani na tęsknotę.

     A teraz przed nim kolejne lato w Nammas... Jak jej spojrzy w oczy?
     Zaraz, jak on spojrzy jej w oczy?! Jej?! A kto tu kogo oszukał?! Raczej, jak ona spojrzy w oczy jemu! A znajdzie sposób, żeby ją zmusić do tego spojrzenia i nawet Uker mu w tym nie przeszkodzi! Gniew znów piekł niczym żywy ogień. Ale czy naprawdę miał prawo kierować go ku niej? A jeśli, żegnając się z nim, sama nie wiedziała?
     Przed oczyma stanęła mu, jak żywa, tamta scena na drodze. Jej rozczarowanie, zawód, w końcu gniew i rezygnacja. „Dość mi już zostawiłeś, na całe życie.” Do wszystkich diabłów! Wiedziała! Wiedziała, ale nie powiedziała ani słowa!
     Ze złością kopnął jakiś kamień. Zabolało. A niech boli, szlag by to...! Kopnął jeszcze raz, dla opamiętania się. Sam jest sobie winien, że nie powiedziała. Odtrącił ją przecież, porzucił. Nie ma prawa się dziwić, że nie rzekła mu prawdy, że nie posłała żadnej wieści. Sam postarał się, by go znienawidziła. A teraz należy do innego i to innemu, nie Melcie, dała syna...
     Jej czy pełne łez, żalu i niezrozumiałej rozterki... Tak, wiedziała. Ale jak miała powiedzieć komuś, kto właśnie nakazywał jej zapomnieć o sobie? Teraz wreszcie pojął, czego tamtego dnia w zalanych łzami oczach nie umiał określić i zrozumiał własną niepewność, która prześladowała go od chwili, gdy pozostawił Yave na tym przeklętym gościńcu. Podświadomie od początku czuł, co jest nie tak, ale dopiero teraz w pełni to do niego dotarło.

     Melta zmiął w pod nosem przekleństwo. Cokolwiek wydarzyło się od ich rozstania nie mógł teraz tak po prostu przejść nad faktem, że przemilczając tak ważką wieść Yave ściągnęła na niego hańbę i co gorsza odebrała prawo... Czy ojciec o tym wiedział? Czy dlatego właśnie wzywał go do Nammas? Skoro Yave jest zamężna, Melta nie będzie mógł upomnieć się o swoje prawa... Więc, po co?
     
     Ponownie zaklął. Wbił palce we włosy i miał ochotę wrzeszczeć. Zęby kolejny już raz zgrzytnęły ze złością. Jeśli jego domysły okażą się słuszne, zabije ją. 
     Lato w Nammas... To przeklęte lato będzie jedną, wielką udręką.

     Jakoś będzie musiał wytrzymać. Potem wyjedzie i nigdy już nie wróci. Zapomni...


Wiecie co? W wersji pierwotnej miałam taką końcówkę, że... Ach, mniam, cudo i mniodzo... eee... Ale nie poznacie jej, bo plan upadł... I powiem tylko tyle: to był szantaż, pod którym nie sposób było się nie ugiąć :P.
Wszakże, jednakże ja to sobie jeszcze odbiję... Innym razem ;).

Kolejny kawałek postaram się przygotować na wtorek i mam nadzieję, że to będzie (ten wtorkowy znaczy) przedostatni. Nigdy nie mów nigdy... Nigdy nie mów, że to już koniec... Nie mówię więc, a jedynie wyrażam nadzieję ;).
A do dzisiejszego wpisu taka nutka:



5 komentarzy:

  1. Jaaa! Przez cały rozdział uśmiecham się jak nienormalna :D Czy były jakieś niejasności? Nie! Myślę, że Botta całkiem jasno wytłumaczył Melcie na czym polega przyrost naturalny :D A że Melta zmądrzał na wojaczce, to i innych rzeczy się podomyślał.
    Jak ja się już nie mogę doczekać, kiedy się spotkają. Są dwie opcje. Albo poleci chłop z rozpędu i złoi jej tyłek za kłamanie, albo stanie jak dupa wołowa na jej widok. Będzie z nich pięęękna para, a ja wychlipię zachłannie cały lukier jaki zaserwujesz. Bo wiesz... Słyszałam gdzieś kiedy o jakimś pomniku cesarzowej... Że ktoś Ci go wyśle, czy coś. Nie wiem, może mi się wydawało! W każdym razie Yave już tam ukoi wszystkie powojenne rany Melty :) Sama przyznaj, że zasłużyli sobie na ten happy end!
    Umiliłaś i dzień tym rozdziałem :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że umiliłam :)
      Wiesz co najbardziej mi się w tym rozdziale podoba, tak z mojego punktu widzenia? Ta dźgająca tyłek zazdrość;). Jakkolwiek bezsensownie to zdanie tam wygląda nie zdobyłam się na to żeby je wywalić.
      I nie wiem, czy oni sobie zasłużyli, ale wiem, że mam wielką chęć przeczytać książkę :P. A potem sobie odbiję na kimś innym ;)
      Właśnie wróciłam od lekarza. Pół roku czekania na wizytę u specjalisty, żeby mi powiedział to co wiem od dwóch co najmniej lat i skierował do specjalisty bardziej wyspecjalizowanego. Nie wiem, czy strzał z recepturki w łeb, nie byłby lepszą opcją... Po niedzieli polezę się rejestrować do kolejnego medyka, ale jak znów każą mi czekać pół roku to nie wiem, czy nie rozważę opcji ze strzałem. Recepturki mam, więc dam radę ;)

      Usuń
  2. Proszę o kolejną część ? Błagam błagam ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Najczęściej jest tak, że facet nie docenia tego co ma. Woli gonić za mrzonkami, ale mam nadzieję, że im się uda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Melta to raczej stchórzył i nawiał, ale mam nadzieję, że wystarczająco przeciągnęliśmy go pod kilem, żeby zmądrzał ;)
      Jutro pierwszy kawałek z ostatniego rozdziału :)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.