WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grin. Pokaż wszystkie posty

16.10.2014

Grin - audiobook

     Mam dziś niekłamaną przyjemność przedstawić Wam wersję audio opowiadania, które dało początek temu blogowi. 

     "Grin" zdobył dla mnie jedno z wyróżnień w konkursie literackim organizowanym przez portal extrastoy.pl, lądując w pierwszej dziesiątce nagrodzonych wtedy tekstów, na pozycji ósmej. Nagrodą za zajęcie tego miejsca było właśnie wykonanie nagrania.
     Troszkę to trwało, ale osobiście uważam, że warto było czekać, bo efekt jest powalający. Mam pełną świadomość, że to nie tyle zasługa samego tekstu, ale głównie lektora, który jest po prostu genialny w tym co robi i któremu serdecznie niniejszym dziękuję. Terminowo publikacja audio prawie zbiega się w czasie z urodzinami bloga. Jest więc dla mnie czymś w rodzaju miłego prezentu przedurodzinowego ;).

     Nagrana została konkursowa wersja „Grina”, ta najstarsza, najmniej doskonała. Jednak fantastyczne wykonanie naszego lektora, moim (pewnie nieobiektywnym zdaniem, ale co tam) rekompensuje wszelkie braki. Gorąco zachęcam do wysłuchania, bo jestem pewna, że się spodoba :).

     Zachęcam też do zapoznania się z audiobookami innych naszych Autorów. Nagrania są dostępne na naszym, „esowym” kanale YouTube: TUTAJ

10.11.2013

Grin - cz.2



     Późna noc już była, gdy wreszcie wszyscy zapadli w głęboki sen. Grin, który nie brał udziału w „zabawie”, teraz trzymał wartę. Wstał i przeszedł się pomiędzy śpiącymi, sprawdzając, czy poganiacze śpią dość twardo. Upojeni trunkiem i hulankami chrapali mocno.
     Najciszej jak się dało, osiodłał jednego wielbłąda. Potem odwiązał wszystkie i oddalił się z nimi. Osiodłanego zostawił tuż za skalnym nawisem. Resztę poprowadził jeszcze kawałek. Gdy uznał, że znalazł się dostatecznie daleko od obozowiska, porozcinał ich pęta i popędził je w noc, strzelając korbaczem po zadach.
     Wrócił do ogniska. Zabrał derkę. Skatowana dziewczyna leżała tam, gdzie ją zostawili. Wciąż jeszcze żyła. Jęknęła bezwiednie, gdy owijał pledem zmaltretowane ciało. Chciała coś mówić. Zasłonił jej dłonią usta, wzrokiem nakazując milczenie. Wielbłąd, którego pozostawił za skałą, wciąż tam był.

     Całą noc jechali na wschód, w kierunku kolonii. Jeśli tamci będą ich ścigać… Kolonia była jedynym logicznym kierunkiem ucieczki dla sigina. O świcie znaleźli się nad brzegiem szerokiego, kamienistego uedu biegnącego w kierunku północno-wschodnim. Kilka godzin posuwali się jego dnem na południe. Na kamienistym podłożu płaskie kopyta wielbłąda nie zostawiały śladów. Wreszcie Grin skierował wierzchowca na zachód i znów popędził galopem.
     Nie rozmawiali. Ona, co chwilę traciła przytomność. Szaleńcza ucieczka nie pomagała odzyskać bodaj odrobiny sił. Ciało trawiła gorączka. Grin poił ją jedynie wodą, licząc, że zdoła utrzymać przy życiu, nim dotrą do jakiejś oazy, gdzie będzie mógł opatrzyć jej rany...

Grin - cz.1

Grin - to opowiadanie, które ma dość specyficzną historię. Pierwotnie powstał tylko początkowy fragment  i był przymiarką do większego projektu. Powstał i jak wszystkie moje teksty, trafił do "szuflady", czyli do folderu "Pisemka" na moim komputerze ;). Później napatoczył się konkurs i fragment na jego potrzeby został odpowiednio rozbudowany i podrasowany, stając się Grinem ;). Tutaj publikuję wersję poprawioną i chyba już ostateczną.



Start



     – Tfu! A zaraza! – Splunął ze wstrętem. – To sigin!
     Poraniona, skuliła się pod nawisem rudawego piaskowca, wciśnięta w naturalną szczelinę wyżłobioną pracowicie przez wiatr i piasek. Wodziła dokoła przerażonymi, przekrwionymi oczyma o złotawych tęczówkach. Przez rozdarty rękaw prześwitywała jasna skóra naznaczona filigranem znamienia.
     Było ich sześciu. Odziani w proste ubrania z wełny i koźlej skóry, wskazujące na wykonywaną profesję. Poganiacze. Tylko jeden, najwyższy, tęgi, o nalanej twarzy ze szczeciniastym, rudawym zarostem, odziany był w drogi jedwab i aksamitny, pikowany kaftan zdobiony haftem. Ten musiał być kupcem i właścicielem towaru, który wiozła karawana. Kupiec miał krótki sztylet zatknięty za jedwabny, szeroki pas. Pozostali także uzbrojeni byli w sztylety, ale ich broń miała wąskie, długie ostrza.
     – Wiedziałem, że to nie dziki zwierz wykończył tamtą harpię. Od razu wiedziałem. – Pochwalił się swoją przenikliwością jeden z poganiaczy.
     – Suka – syknął inny. – Trzeba jej poderżnąć gardło i powiesić głową w dół, żeby krew zeszła.
     – Zostawcie. Jest ranna i ledwo zipie, długo nie pożyje. Tu wszędzie pustynia... ani żarcia, ani wody…
     – Głupiś, Grin. Sigin, jak go nie wykrwawisz, jak flaków nie wyprujesz, zawsze się jakoś wyliże. Czarów użyje. Ona – wskazał wzrokiem kulącą się w szczelinie dziewczynę – widziała nas. Wielbłądy ochwaci jak nic. Albo burzę ściągnie. Trzeba ją wykończyć, inaczej źle będzie z nami.
     – Sam głupoty pieprzysz, Bermus – warknął Grin z niesmakiem.
     Miał nieprzyjemną świadomość, że spieranie się o życie napotkanego sigina nie ma sensu. Jego towarzysze zabiją ją tak czy inaczej.