WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

10.11.2014

15 godzin... cz.1 - na urodziny

Eksperyment zacząć czas... Co z tego wyjdzie jeszcze sama do końca nie wiem. Zakładałam, że to ma być opowieść bez lukrowania, ale... Kusi mnie po równo, żeby zrobić wg swoich standardów, czyli po mojemu: lukier, cukier, puder, miód, malina i wiadomo... Kusi też żeby zrobić totalną masakrę... Cóż, popiszemy zobaczymy. Ciągle mam w głowie dwie ścieżki dla tego opowiadania i nie wykluczam, ani podążania tylko jedną, ani eksperymentalnego połączenia ich w jakąś autostradę.

Tytuł, jak widać, w dalszym ciągu pozostaje roboczy... Taki może być niezłą motywacją, żeby jednak pozostać przy pierwotnych założeniach, albo niezłym wyzwaniem, by w przypadku zmian nadal przystawał do tekstu i nie trzeba było go zmieniać.
Tymczasem do brzegu, voila...


Start

     Kierowca bez słowa wziął podany sobie banknot i ruszył z piskiem opon, jak tylko Morr Baih zatrzasnął za sobą drzwi taksówki.
     Yenni* skrzywił się z niesmakiem. Człowiek zachował się irracjonalnie, zupełnie, jakby czuł się winny, że wykonując swoją pracę świadczył usługę na rzecz obcego.

     Świeżo zawarty pokój był niestety niemniej kruchy niż wcześniejsze zawieszenie broni, które z takim trudem uzyskano. Wzajemna niechęć, momentami przechodząca w kiepsko tłumioną wrogość i pogardę, dawała się wyczuć po każdej ze stron. Na wzajemne zaufanie długo jeszcze przyjdzie pracować wszystkim, yennim i ludziom. Nie mniej, zakończenie wlokącej się od lat wojny, było sukcesem zarówno jednych, jak i drugich.

     Niestety, w przypadku tej planety i żyjącej na niej populacji, determinacja yennich w dążeniu do terytorialnej ekspansji okazała tyleż samo potężna, co wola przetrwania u zaatakowanych ludzi.
     Nie pozwolili oni agresorom na eksterminację swojej rasy, stawiając opór, jakiego ci pierwsi się nie spodziewali po słabym i ułomnym fizycznie przeciwniku. Ludzka zdolność przetrwania i adaptacji do nieoczekiwanych, zaskakujących warunków osłabiła, w znaczący sposób, niespodziewany atak, wyhamowała go, a w końcu całkowicie powstrzymała, zmuszając wroga do przejścia w defensywę.
     Ostatecznie żadna ze stron nie była w stanie przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Powstały, swoisty impas trwał kilka lat. Obie strony konfliktu wykrwawiały się, przepychając, to w jedną, to w drugą stronę linię frontu. Wielka wojna rozszczepiła się na setki drobnych potyczek, zdobywanych i odbijanych miast i przyczółków, akcji dywersyjnych na tyłach wrogów i eskalację wzajemnej nienawiści. A gdy ten stan osiągnął swoje apogeum, zaczęły się w sercach rodzić najpierw marzenia, a z czasem konkretne działania i wreszcie realne nadzieje na pokój. Bo ani jedni, ani drudzy nie byli już w stanie przyjąć więcej nienawiści.
     Zaczęły się pojawiać idee negujące konflikt na rzecz koegzystencji i współpracy. I choć początkowo traktowano idealistów jak szaleńców i zdrajców, po latach udało się osiągnąć przynajmniej namiastkę tego o czym marzyli, kruchy, nieufny pokój.
    

     Ciemny, skórzany płaszcz sięgał do pół łydki i dokładnie skrywał atrybuty rasy Morra, ale sam wzrost i masywna sylwetka obcego nie pozostawiały przechodniom wątpliwości, co do tego kim jest mijany osobnik. A gdyby jeszcze ktoś miał wątpliwości wystarczył rzut oka na jego charakterystyczną twarz, z lekko wystającymi kośćmi policzkowymi i skośnymi, wąskimi oczyma. Półdługie, czarne włosy ściągnięto w kucyk z tyłu głowy, uczesanie także charakterystyczne dla yennich.

     Mężczyzna wyprostował się, dumnie górując nas większością przechodniów. Wśród swoich nie wyróżniał się niczym szczególnym, za to wśród ludzkiej populacji niewielu osobników dorównywało mu wzrostem.
     Z lekko drwiącym uśmieszkiem, skrzywił charakterystyczne, wąskie usta. Nie słyszał, wyczuwał szeptane w duchu pogardliwe określenie, jakim ich nazywano: karaluch... Jednym z ramion, wsuniętych w dwa rękawy płaszcza, przycisnął do siebie czarną teczkę i spojrzał w górę, ogarniając wzrokiem fasadę budynku, przed którym wysiadł.

     Miasto już częściowo odbudowano, a właściwie oczyszczono z gruzów i budowano od podstaw. Jakimś cudem ten budynek ocalał z bombardowań. Wymagał jedynie solidnego remontu. Teraz, na pustej, niezabudowanej przestrzeni, prezentował się okazale, choć pewnie wcale nie rzucałby się w oczy, gdyby stał tu w otoczeniu innych kamienic. Miał ledwie trzy pełne kondygnacje i czwartą, ukrytą pod skosami wysokiego, mansardowego dachu. Wejście ocieniał portyk podparty czterema smukłymi kolumnami. Fryz portyku był gładki, a w centralnej części trójkątnego tympanonu umieszczono zegar. Ten ostatni jednak nie odmierzał żadnego czasu od chwili, gdy w wyniku pobliskich eksplozji został uszkodzony jego mechanizm.

     W kamienicy mieściła się ambasada, a wejścia do niej strzegło dwóch uzbrojonych wartowników, ludzi. To trochę zdziwiło Morra, ale nie pojawił się tu dzisiaj, by zgłębiać przyczyny takiego stanu rzeczy. Miał sprawę do attaché wojskowego yennich, a ten rezydował i miał swoje biuro właśnie tutaj.
     Właściwie to sherib* miał do niego sprawę. Zlecił mu ją jakiś czas temu, a dziś Morr miał zdać relację z tego, co udało mu się osiągnąć.

     Zaczął siąpić deszcz. Yenni skrzywił się, ale nie naciągnął kaptura. Pośpiesznie wyciągnął z kieszeni przepustkę uprawniającą do wejścia na teren ambasady. I trzymając tak, by wartownicy mogli ją widzieć, wszedł po schodach wiodących ku podwojom, a potem wewnętrznymi szybko wspiął się na piętro.
     Odnalazłszy właściwe drzwi opatrzone mosiężną tabliczką z wygrawerowanymi na niej funkcją oraz imieniem i nazwiskiem sheriba Odda Tuuna, przybysz zastukał w nie energicznie. Niemal natychmiast usłyszał wypowiedziane ostrym, wojskowym tonem „Wejść!”

     Gabinet attaché nie był, ani duży ani mały.
     W większości pomieszczeń, w starych, ludzkich budynkach yenni czuli się jakby ktoś powciskał ich w domki dla lalek, chyba, że pomieszczenie było fabryczną halą, albo hangarem lotniczym.
Pomieszczenia w tym budynku, wyjątkowo, były wysokie, na oko około czterech i pół metra. To, w którym właśnie się znalazł się Morr, także. Podczas remontu zrezygnowano tu z tradycyjnych, wiszących żyrandoli na rzecz, podczepionych pod samym stropem, listew z punktami świetlnymi, odpowiednio rozpraszającymi cienie w każdym kącie pomieszczenia. Sączące się z nich światło było łagodne i ciepłe.
     Podłogę pokrywała mozaika z ceramicznych płytek, ale pod biurkiem, stojącym pośrodku gabinetu, leżał gruby, brązowo-beżowy dywan. Z tyłu, pod ścianą, znajdowało się kilka regałów zawalonych skoroszytami i szafa pancerna, przeznaczona z pewnością na poważne i ważne dokumenty.

     Twarz Odda rozjaśniła się na widok wchodzącego. Szybkim ruchem odepchnął krzesło i wyszedł mu naprzeciw, wyciągając ku niemu jedyną  prawą dłoń, obiema lewymi klepiąc przyjaciela w plecy.
     – Długo kazałeś na siebie czekać – powiedział z uśmiechem. – Już sądziłem, że po prostu przepadłeś na wieki.
     Morr w odpowiedzi jedynie uniósł brwi po czym wymownie potrząsnął trzymaną teczką.
     – Tu mam wszystko, czego udało mi się dowiedzieć.
     – Rozbieraj się i siadaj. – Attaché wskazał prawnikowi najpierw wieszak na płaszcze, a potem krzesło naprzeciw swojego biurka. Sam wrócił na swoje miejsce i z kiepsko ukrywaną niecierpliwością czekał aż gość pozbędzie się okrycia i też usiądzie.

     Morr zrobił to wreszcie, po czym nerwowym ruchem rozluźnił krawat.
     Choć znali się i przyjaźnili od lat, to teraz pod bacznym spojrzeniem Odda czuł się, jak na cenzurowanym. Sherib oczekiwał konkretnych wyników, a wieści jakie Morr miał do przekazania nie dość, że nie było ich zbyt wiele, to jeszcze były wątpliwie satysfakcjonujące. W każdym razie prawdopodobieństwo, że Odd poczuje się nimi usatysfakcjonowany było nikłe.
     Tymczasem sherib, czekając niecierpliwie na informacje przyniesione przez gościa, jedną dłoń oparł na blacie i nerwowo przebierał po nim długimi palcami. Dwie pozostałe splótł przed sobą, łokcie wsparłszy o biurko. Lekko skośne oczy świdrowały przyjaciela, zwiększając jego irytację i podenerwowanie.
     Morr unikał wzroku Odda i starał się sprawić wrażenie mocno skupionego na przygotowywaniu czytnika z dokumentami.
     – Więc, co dla mnie masz? – spytał niecierpliwiący się weteran.
     − Przede wszystkim, nie rozumiem, dlaczego zleciłeś tę sprawę akurat mnie. Jestem biznesmenem, a nie śledczym – mruknął, przerzucając dokumenty.

     Ironiczny uśmieszek przemknął, na te słowa, przez twarz dyplomaty. Morr istotnie zajmował się prowadzeniem różnych interesów, najczęściej nielegalnych. Zasadniczo był przemytnikiem. Doskonale ustawionym przemytnikiem. Z odpowiednimi znajomościami wszędzie, gdzie były one niezbędne do prowadzenia "biznesu". Zaś znajomość prawa przydawała się w omijaniu niewygodnych przepisów i wygodnym ich naciąganiu.
     Uśmieszek jednak, znikł z twarzy Odda równie szybko, jak się na niej pojawił, niedostrzeżony przez... biznesmena.

     − Właśnie dlatego – stwierdził Odd. – Znasz ich społeczność, masz kontakty, wiesz gdzie szukać informatorów. Poza tym, będąc też prawnikiem, znasz kruczki, o których ja nie mam pojęcia.

     Morr skrzywił się nieznacznie, ale nie skomentował. Dłonią przesunął po zaczesanych do tyłu włosach. Odchrząknął:
     – No, dobrze, mniejsza o to zresztą... Szukałem zgodnie z wytycznymi i informacjami jakie, podałeś: Anna Subik, lekarz polowy, odcinek 54/35, zatrudniona: szpital polowy nr nieznany, nr z nieśmiertelnika nieznany, grupa krwi 0 Rh-, wiek...
     Przerwał na chwilkę, niezdecydowany. Pokręcił głową i po chwili podjął:
     – Powiedziałeś: około trzydzieści lat..
     – Zgadza się – potwierdził Odd. – I...?
     – Przyjąłem margines po cztery lata w każdą stronę, czyli od dwudziestu sześciu, do trzydziestu czterech lat. Znalazłem sześć osób noszących to samo imię i nazwisko. Pozostałe informacje pozwoliły od razu wykluczyć dwie z nich. Wiek zanadto odbiegał od tego, który przyjęliśmy za włsciwy. Cztery pozostałe... Mam fotografie.
     – Pokaż. – Odd wyciągnął rękę.
     – Dwie są stare, nie najlepszej jakości. Niestety, aktualne z różnych przyczyn były nie do zdobycia.
     – Dawaj... – Sherib prawie wyszarpnął czytnik z ręki Morra.
     Rzucił spojrzenie na pierwsze zdjęcie, przesunął i, wskazując palcem na drugie, podał urządzenie towarzyszowi, mówiąc:
     – To ona.
     – Nie obejrzałeś wszystkich.
     – Po co? To jest Anna Subik.
     – Jesteś tego absolutnie pewien?
     – Oczywiście. – Skinął głową Odd. – Gdzie ona jest?
     Morr zamilkł. Wglądał jakby się wahał, czy mówić dalej. Ze zmarszczonym czołem przypatrywał się starej, wykopanej z archiwów fotografii.
     – I...? No, gdzie? – Ponaglił Odd.
     – Chyba nie mam dobrych wieści – westchnął tamten.

     Odd przełknął ślinę, wyprostował się na krześle i przetarł dłonią twarz, po czym wbił w Morra ostre, przenikliwe spojrzenie. Dopiero po długiej chwili odezwał się lekko ochrypłym głosem:
     – Jakie by nie były, muszę wiedzieć.
     – Została aresztowana szóstego czerwca 3456 roku... – zaczął mówić Morr, z wahaniem badając wzrokiem reakcję druha.
     Odd zacisnął szczęki. Trójkątna twarz, z mocno zarysowaną szczęką, skurczyła się. Brwi zbiegły się w jedną linię, ściągnięte z niepokojem.
     – ...prawdopodobnie pod zarzutem zdrady – dokończył ostrożnie Morr. – Znaczy, nie wiem tego na pewno, ale okoliczności... – Urwał, widząc jak wąskie wargi rozmówcy gniewnie się unoszą, odsłaniając zęby. Splecione dłonie zacisnęły się z taką mocą, że zatrzeszczały stawy.
     – Boże... – jęknął oficer. – Jak powiedziałeś? Szóstego czerwca? Dotarłem do naszych linii dziewiątego... Ze trzy dni przedzierałem się przez front i ziemię niczyją... Boże... – powtórzył. – To znaczy, że aresztowali ją tego dnia, kiedy stamtąd uciekłem. Dranie... – Lewą dłonią przetarł pobladłą twarz.
     – Nie wiemy, czy to miało jakiś związek z tobą.
     – Zostawiłem jej swój nieśmiertelnik. I kazałem zachować... Jeżeli miała go przy sobie... Cholerny, sentymentalny idiota – warknął z irytacją. Znów wbił wzrok w przyjaciela.
     – Co jeszcze wiesz?
     – Niestety to już na razie wszystko. – Morr westchnął bezradnie. – Zdołałem dotrzeć do informacji na temat szpitala, a potem do kilku osób, z którymi pracowała lekarz Anna Subik, niestety nikt nie powiedział nic ponadto, co już wiemy. Pracowali razem, któregoś dnia zniknęła, była wojna, ludzie znikali, nikt się nie dziwił. Od weryfikowania takich spraw były odpowiednie służby, poza tym każdy pilnował swego nosa. Nie mniej coś w tej sprawie śmierdzi.
     – Dlaczego tak sądzisz? – Oczy Odda przewiercały na wylot postać siedzącą naprzeciw niego.
     – Przynajmniej w dwu przypadkach odniosłem wrażenie, że nabierają wody w usta i po prostu nie chcą
mówić. Nikt ze współpracowników nie wspomniał, że ją zatrzymano. Tę informację znalazłem w zupełnie innym miejscu. Trochę dziwne, że nikt, z kim była blisko, nie wiedział. Nawet jeśli założyć, że była wojna i że na wojnie ludzie znikają, a do weryfikowania takich spraw są odpowiednie służby, to dziwne, że nikt się nie interesował, nie pytał, nie był ciekaw.
     Odd milczał. Usta zacisnęły się teraz w wąską linię. Zmrużył oczy i wbił wzrok w nieokreślony punkt przed sobą.
     – Morr...? – odezwał się po chwili. – Chcę mieć akta jej sprawy. Wyrok, całą dokumentację. Chcę wiedzieć wszystko.
     – Nie wiem, czy są w ogóle jakieś akta, Odd. – Przyjaciel nie był przekonany, czy dalsze drążenie sprawy ma jakikolwiek sens. – Jeżeli postawiono ją przed sądem za zdradę... W tamtych warunkach to był sąd polowy. Działał w trybie doraźnym. A jeśli oskarżenie faktycznie miało związek z tobą... – Morr rozłożył bezradnie ręce. – Sam rozumiesz. Skoro dla mnie to jasne, dla ciebie tym bardziej powinno być, jesteś w końcu żołnierzem.
     – Nic nie jest jasne.  żadnego „jeśli”, Morr, tylko potwierdzone fakty. Chcę wiedzieć dlaczego ją aresztowano i czy rzeczywiście stanęła przed sądem. Czy ją skazano? Jaki wydano wyrok? Gdzie jest teraz? Czegoś nie zrozumiałeś?
     – Wszystko zrozumiałem. Ale ciebie nie rozumiem. Po co w tym grzebiesz? To przeszłość.
     – Wiem – Odd skrzywił twarz w grymasie, który chyba miał być uśmiechem – wiem, że nie rozumiesz, przyjacielu. Ale muszę to dokończyć. Jestem jej to winien. Obiecałem, że ją znajdę.
     – Bzdury gadasz. Takie zobowiązania umierają wraz z tymi, względem których je zaciągamy. Moim zdaniem mamy dość informacji, żeby uznać, że ona nie żyje. Co za tym idzie jesteś zwolniony z obietnicy. Przestań w tym grzebać. To wymaga wystosowywania  próśb o dostęp do śmierdzących spraw, szukania informacji i dokumentów, których i tak nikt nie zgodzi się udostępnić po dobroci.
     – Wiem, że masz swoje kanały i sposoby. Wykorzystaj je. Nic więcej mnie nie interesuje. Tylko ta jedna sprawa. Chcę wiedzieć, co się stało z Anną Subik. Zrób to dla mnie, a będę winien ci przysługę i sam o nic cię już nie poproszę.

     Morr wyłączył czytnik i, kręcąc z dezaprobatą głową, schował go do teczki.
     – Niczego nie mogę obiecać, poza tym, że zrobię, co się da. Naprawdę zupełnie cię nie rozumiem – powtórzył. – To tylko jedna, ludzka samica i...
     Nie dokończył zdania, bo Odd chwycił nadgarstek mężczyzny i zacisnął na nim palce z taką siłą, że ten syknął z bólu.
     – Zwariowałeś?! – Oburzył się na takie traktowanie.
     Ale Odd, nie wypuszczając ręki Morra z uścisku, przechylił się nad biurkiem, przyciągnął yenniego w swoim kierunku i zbliżywszy twarz do twarzy wbił w niego płonące gniewem spojrzenie.
     – Obiecasz mi tylko jedną rzecz, Morr – wycedził przez zaciśnięte zęby lodowatym tonem. – Nigdy więcej nie nazwiesz jej „ludzką samicą”...
     Zniesmaczony yenni szarpnął uwięzionym ramieniem, ale oficer trzymał go stalowym chwytem.
     – Nic nie słyszę... – warknął ostrzegawczo.
     – O-obiecuję – wykrztusił niechętnie Morr.
     – Co obiecujesz? – Odd nie miał najmniejszego zamiaru ustąpić, nie usłyszawszy wpierw dokładnie tego, co życzył sobie usłyszeć.
     – Obiecuję, że nie nazwę jej „ludzką samicą”. – Wypluł, teraz już ze złością, tamten. – Do diabła, Odd, puść mnie wreszcie!
     Ale weteran wciąż jeszcze nie był usatysfakcjonowany.
     – Kogo tak nie nazwiesz?
     Wyraz oczu i grymas wściekłości na twarzy wojskowego nakazał drugiemu yenniemu nie spierać się z racjami przeciwnika. Przełknąwszy dumę, wyartykułował wreszcie powoli i wyraźnie:
     – Przyrzekam, że nigdy nie nazwę Anny „ludzką samicą”. Możesz mnie wreszcie puścić?!

     Sherib uwolnił nadgarstek Morra, odchylił się w fotelu i odetchnął głęboko.
     – Dziękuję – powiedział cicho. – I przepraszam.
     – Wytłumacz się! – Wściekł się teraz Morr.
     Ale Odd tylko się skrzywił i machnął niecierpliwie dłonią.
     – Nie zrozumiałbyś – stwierdził.
     – O, tak! Masz rację, nie rozumiem – prychnął z urazą Morr, rozcierając brutalnie potraktowaną rękę. – Ale zamiast gruchotać mi kości, może byś choć spróbował wytłumaczyć swoje zachowanie. W końcu jestem twoim przyjacielem i podobno nawet miewam przebłyski inteligencji. Może zrozumiałbym, gdybyś mi wyjaśnił, co?! – Podniósł głos, wypowiadając ostatnie słowa. 

     Odd posłał mu ponure spojrzenie spode łba i burknął zmęczonym głosem:
     – Zrób swoje, Morr. Dostarcz mi informacje, potem daj mi spokój, a ja dam spokój tobie.
     Jednak Morr nie dał się tak po prostu zbyć. Z zaciętym uporem, malującym się na twarzy, rozsiadł się w fotelu na wprost Odda.
     – Nie ma mowy – oznajmił stanowczo. – Nie spodobało ci się bezmyślnie rzucone określenie, skarciłeś mnie za nie. W porządku. Zakładam, że miałeś powód i należało mi się. Jednak mnie nie podoba się, że traktujesz mnie jak półgłówka, któremu mówi się część prawdy, w obawie, że nie pojąłby całości. No to posłuchaj – uniósł palec, nie pozwalając sobie przerwać – teraz powiesz wszystko, albo nie kiwnę już palcem w tej sprawie. Rozumiesz? Nikt nie kiwnie, dobrze o tym wiesz.

     Sherib westchnął ciężko. Podszedł do niewielkiej szafki na rzeźbionych nóżkach, wykonanej z ciemnego drewna. Podobno tutejszy antyk, który służył mu jako barek.
     Wyciągnął stamtąd dwie szklaneczki i butelkę bursztynowego alkoholu z etykietką w jakimś ludzkim języku. Napełnił obie szklaneczki, jedną postawił przed Morrem, z drugą wrócił na swoje miejsce.
     – Co chcesz wiedzieć?
     Morr teatralnie rozłoży swoje cztery ramiona i uniósł brwi.
     – Wszystko...
_____________________________________________

*yenni – rasa humanoidów, kosmicznych agresorów

*sherib – stopień w wojskowej hierarchii yennich, coś pomiędzy naszym majorem, a pułkownikiem
   
następny fragment 


Takie to trochę zahaczające nieśmiało o s-f. Ale bez względu na ilość s-f w tym tekście, jednego jestem pewna: nie wybieram się w kosmos. W każdym razie nie tym razem. To, zaczynamy i skończymy na twardym gruncie jednej planety ;).


Żeby się nam troszeczkę klimatycznie zrobiło... Space... nie koniecznie fiction :D


Świeczki... świeczka właściwie, niniejszym została zdmuchnięta, nic nie wybuchło, jest ok.
Do następnego wpisu, nie wiem kiedy, bo wyjeżdżam na jakiś czas i nie wiem, czy będę w stanie coś dodać przed powrotem do domu... Na czas oczekiwania można popróbować hibernacji, podobno dobrze działa na skrócenie dłużącego się czasu, w czasie kosmicznych podróży. Można też rozejrzeć się po blogach zaprzyjaźnionych i polecanych - pasek po prawej ;)

10 komentarzy:

  1. Cztery łapy powiadasz... od razu przypomniało mi się Mortal Kombat tam były takie postacie jak Goro i Sheeva (był jeszcze Kintaro, ale z opisów Twój yenni to Goro ;)

    A i bez przesładzania tym razem proszę ;)
    Karo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie tam Mortal Kombat znane jest jedynie jako tytuł. Nie widziałam, jeśli to film, nie grałam, jeśli gra. Taka mi wizja przyszła i wyszedł yenni ;)
      I nigdy nie mów nigdy, Karo, dlatego ja ciągle nie wiem nic w kwesti słodkowania. Ostatecznie to piszą pod kobitki, więc... :D

      Usuń
  2. Jak wpiszesz Mortal Kombat i ich imiona dasz na wyszukiwanie grafik to od razu zobaczysz całkiem sporo obrazków starszych z gry i nowszych grafik. O ile pamiętam film był(taki sobie ), ale bez bestii, sami ludzie :)
    Ale wiesz, że nadmiar słodyczy jest niezdrowy do cukrzycy prowadzi i …
    No nic, mam nadzieje, że wytrzymasz z lukrem do "na pod koniec „ :)
    Karo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karo wierzę Ci na słowo, bo jesteś bardziej oblatana w grach ode mnie ;). Obrazków nie będę oglądać, bo nie chcę, żeby mi cokolwiek zakłócało moją własną wizję, nawet jeśli są podobieństwa. Ewentualnie jak już skończę z tym tekstem :D A co do słodyczy... Po prostu, póki co tekst jest za bardzo "w trakcie" i dopiero okaże się w jakim kierunku się potoczy :). Aczkolwiek zakończenie, a w każdym razie plan na nie, już mam. I nie powiem jaki :P

      Usuń
  3. A ja powtórzę za Morrem - chcę wiedzieć WSZYSTKO! Czekam na dalszy ciąg, ot co!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A będzie, będzie... wróble ćwierkają że jeszcze w bieżącej pięciolatce ;)

      Usuń
  4. Jak co tej pory miałam niewielki kontakt z sf. Przeczytałem zaledwie jakieś dwie pozycje Lema, więc tym bardziej się cieszę, że nie ruszamy w kosmos :) Przynajmniej nie od razu. Bardzo mi się jak na razie podoba. Zaintrygowałaś i jestem bardzo ciekawa jaka to historia wiąże się z Anną. Jutro zasiądę do nowego rozdziału i mam nadzieję, że się dowiem. A tymczasem miłej nocki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś dużo czytałam s-f, ale pisać nie próbowałam nigdy, to taka pierwsza zabawa w około space-owych tematach. Sądzę, że to jednak nie wyjdzie typowe s-f. Elementem s-f są tu raczej jedynie moje humanoidy i ew ta kiepska wojenka i tyle. Takie tam sobie opowiadanko o relacjach nieludzko ludzkich tym razem ;)
      No i, Monika, Ty o takiej porze na kompie? Nawet ja już spałam o tej godzinie :P

      Usuń
    2. Taaa... Takie tam opowiadanko i kiepska wojenka. Cała Kajjka :D Znaczy, że ja lubię czytać takie tam opowiadanka o kiepskich wojenkach? Dzięki!
      Nie na kompie, bo pisałam z telefonu :P Usnąć do czwartej nie mogłam :/

      Usuń
    3. Monika, przecież właśnie za to Cię lubię, że Ty lubisz :D Naprawdę bardzo się cieszę, że Cię zainteresowałam. I tak naprawdę to się staram jak mogę, tylko tak sobie myślę, że jakiś spec od klimatów gwiezdnych wojen, a nawet i taki od zwykłych wojen, pewnie mieliby tu nad czym wywracać oczami ;). Ale na moje szczęście tacy tu nie bywają ;)
      Na drugi raz jak spanie nie będzie chciało z Tobą współpracować, to pisz :) No i dzisiaj się wyśpij porządnie ;)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.