Było ich czworo na pokładzie niewielkiego jachtu. Dwoje
świetnie radziło sobie z żaglami. Pozostali pomagali doświadczonym żeglarzom,
stosując się ściśle do ich poleceń.
Sztorm zerwał się nagle. Uderzył nie wiadomo skąd, uchwycił
w szpony i porwał niewielką jednostkę jak drapieżny ptak.


Pierwsze uderzenie zmyło z pokładu Adama. Znikł, w ogromnych
jak góry falach. Nie zobaczyli go więcej. Próbowali walczyć, ale byli niczym
marne plewy wobec rozszalałego żywiołu, zdani na jego łaskę.
Dno sponiewieranego, przez tropikalną burzę, jachtu
rozprysło się o przybrzeżne skały niczym szklana bańka. Mogli próbować ratować
jedynie własne życie.
Lisa ocknęła się z twarzą wciśniętą w ziemię.



