WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

12.12.2015

Dioris cz.14

Kochani wpierw trochę wieści, dobrych czy złych zależy od punktu widzenia. Z mojego, dobrych, mam nadzieję, że i Wam zdadzą się miłe. Do rzeczy... 
"Słony wiatr" ukaże się jako ebook. Jest już po korekcie wydawniczej i ponieważ to nie jest druk, liczę, że cały proces nie potrwa już długo. Niestety, póki co dokładnych terminów nie znam. Nie mniej z zapisu w umowie w przybliżeniu mogę powiedzieć, że należy się spodziewać premiery w nowym roku, być może na przełomie stycznia i lutego, na pewno nie później. Ogromnie się cieszę, bo mam wielki sentyment do tego tekstu, ktory będzie nie tylko moim wydawniczy debiutem ale jest pierwszą napisaną przeze mnie powiescią w ogóle i pierwszą, która została ostatecznie dopięta od początku do końca. Oczywiście, jak tylko książka będzie dostępna w sprzedaży pojawi się na blogu stosowna informacja :).
A teraz zapraszam na kolejny fragment Dioris...



     Zawzięła się. Nie chce jej uczyć? Trudno, zwróci się o pomoc gdzie indziej. Z zasady unikała obcych mężczyzn, ale skoro upór wymagał ofiary to była gotowa ją ponieść. Niełatwo było uchwycić chwilę, w której nikt by się nie kręcił wokół tamtego człowieka. Ale Dioris była cierpliwa i wreszcie udało się zamienić z nim kilka słów. Wysłuchał jej z tym swoim drwiącym uśmieszkiem na twarzy i taksując sylwetkę dziewczyny śmiałym spojrzeniem, od stóp do głów, w sposób, który budził w niej sprzeciw. Czuła się oceniana i skrępowana. W dodatku była przekonana, że on dostrzega jej niepewność i nawet go ta sytuacja bawi. Stłumiła lęk i niechęć dla dobra sprawy. Zacisnęła zęby i umówiła się z nim na pierwszą lekcję za kilka dni. Mieli zacząć naukę od strzelania z łuku. I tak owych kilka dni później nie mówiąc nikomu gdzie idzie oddaliła się z domu w sobie tylko znanym kierunku.
     Na jej nieszczęście, nieobecność prędko została zauważona. Botta, którzy starał się nie wchodzić w drogę nieustannie bowiem miał na nią oko. Zdawał sobie sprawę, że uparta dziewczyna nie zrezygnowała ze swoich planów.
     Także i tego dnia, krótko po jej wyjściu udał się na plac, gdzie spodziewał się ją zastać. Nie zastał, za to dość szybko zorientował się, kto jeszcze zrezygnował dziś z ćwiczeń, a że kilka dni temu przyuważył jak rozmawia z Rokką, teraz dodawszy jedno do drugiego, klnąc pod nosem, natychmiast zaczął poszukiwać oboje.

02.12.2015

Dioris cz.13

Mam tu w sumie dwa rozpoczęte teksty, ten i "15 godzin..." oraz jeden zasadniczo zawieszony, "Kontredans". Zawieszony, bo jakoś nie mogę się do niego zabrać. Może kiedyś. Na razie skupiam się na tamtych dwóch i mam nadzieję, że na żadnym z nich się nie zawieszę i doprowadzę oba do końca :).
I to dobre wieści, a złe... Złych nie ma :D. A niebawem spodziewajcie jeszcze lepszych ;) A teraz zapraszam na chwilkę z Dioris i Bottą...


     Wiosna wybuchła nagle. Niemal z dnia na dzień w dolinie zazieleniły się łąki i zakwitły wczesnowiosenne kwiaty. Na gałęziach pojawiły się pączki a listki rozwijały się niemal w oczach. Poletka na łagodnych wschodnich zboczach szumiały oziminami.
     Dioris pozostawiono niemal całkowita swobodę. Mogła chodzić gdzie chciała i rozmawiać, z kim chciała. Gdyby oczywiście ona sama miała ochotę rozmawiać. Zastanawiała się nawet czy próbowano by ja zatrzymywać, gdyby postanowiła opuścić dolinę, ale tego nie zamierzała sprawdzać. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie czuła się gotowa wracać. Niemal każdego dnia spędzała godzinę lub dwie uważnie obserwując ćwiczących chłopaków. Potem w tajemnicy próbował naśladować ich ruchy i kroki z użyciem kija, ale zdawała sobie sprawę, że to żadna nauka. Potrzebowała czynnych lekcji z dobrym szermierzem. Z kobiecych zajęć lubiła prząść wełnę. Popołudniami i wieczorami zaszywała się w kącie z kołowrotkiem i, rozumiejąc wiele z auryjskiej mowy, przysłuchiwała się rozmowom kobiet. W ten sposób dowiadywała się wiele o swoich gospodarzach, oraz o zwyczajach i kultywowanych tradycjach. Osłuchawszy się z językiem sama coraz częściej zaczynała go używać, odpowiadając na pytania, gdy się do niej zwracano.
     Przy wiosennych porządkach wynalazła belę delikatnego płótna. Zapewne była to część jakiegoś łupu. Poprosiła o kawałek materiału Diye, ochmistrzynię w domu Botty. Ślęczała kilka wieczorów aż uszyła z niego trzy małe koszulki i ozdobiła je delikatnym haftem. Wybrała się z nimi do domu Aruta...

     Pomimo zapewnień Botty nie czuła się dobrze, że w żaden sposób nie dołożyła się do podarunku jaki złożył w imieniu ich obojga. Chciała podarować coś od siebie, a płótno z którego uszyła kaftaniki, było przecież zdobyczne, więc też nie do końca stanowiło własność Botty.

18.11.2015

MDS wydana!

Właśnie tak, Kochani :)
Mam ogromną przyjemność zakomunikować Wam, że właśnie ukazał się ebook:

 "MDS antologia tematyczna grupy La Noir"

Trochę to trwało, ale udało się i oto jesteśmy już w sprzedaży...


Opis: Co może łączyć niewierną małżonkę, anioła, seryjnego mordercę, kobietę po przejściach i niedoszłego samobójcę? By poznać odpowiedź na to pytanie, wyrusz z nami podróż po meandrach erotyki w opowiadaniach zawartych w niniejszej antologii. Wspólnym mianownikiem dla wszystkich tekstów niech będzie skrót MDS, którego rozwinięcie pozostanie tymczasowo naszą słodką tajemnicą. Jesteście ciekawi czym jest ów sekret? Cóż, przekonajcie się sami, smakując przy okazji mieszanki: słodyczy pierwszych uniesień, pikanterii zakazanych uczuć, goryczy utraconej miłości.

Można nabyć tutaj: ebookowo

Cały dochód ze sprzedaży przekazywany jest na konto fundacji PAJACYK, dlatego gorąco zachęcam do nabycia egzemplarza :).


Antologia zawiera 19 tekstów różnych autorów. Podejście do tematu (MDS - ciekawa jestem, czy ktoś z Was rozszyfruje skrót ;)) jest tak zróżnicowane, jak różni są członkowie grupy La Noir, a dodam że pisali z nami także goście. Mój udział w niej to jedno opowiadanie, które cześć osób bywających u mnie (mimo owego zastoju ostatnimi czasy), miała okazję poznać, gdy było na blogu - "Nie-boskie stworzenie".

To jeszcze nie koniec niespodzianek... Będzie kolejna niebawem ;).
Dla wydanych pozycji powstanie na blogu podstrona z linkami, bo wiadomo, sam post informacyjny z czasem zepchną z głównej kolejne wpisy. Tymczasem niech moje obwieszczenie sobie wisi i mam nadzieję będzie zachętą do wsparcia Pajacyka, gdyż jak wspomniałam, autorzy tekstów z tego wydania nie czerpią żadnych korzyści finansowych.
Pozdrawiam wszystkich moich stałych Czytelników i Gości, i do poczytania w kolejnym wpisie :).

06.11.2015

Dioris cz.12

Siedzę ostatnimi czasy jak na szpilkach, przez co czuję się jak fakir jakiś. I jeszcze jakiś czas to niestety potrwa. Ale jak tylko poznam dzień i godzinę nie omieszkam zarzucić konkretem tutaj. Wtedy dowiecie się o co chodzi. Na razie zaryzykuję jedynie info, że coś jest na rzeczy, coś co mnie ogromnie cieszy. Ale sza... żeby nie zapeszyć ;)




     – Czego miała dotyczyć ta wróżba? Ta z dzieckiem. – Pytanie to dręczyło Dioris od chwili, gdy opuścili biesiadę i dom Aruta.
     Miała nieoparte wrażenie, że za tym, pozornie nic nie znaczącym, gestem kryło się jednak niemałe znaczenie. Bała się odpowiedzi i dlatego zwlekała póki nie znaleźli się sami w rodzinnej świetlicy, na piętrze.
     Uśmiechnięty Botta powoli ściągnął aksamitną narzutę i niedbale cisnął ją na ławę. Przetarł dłońmi twarz i westchnął.
     – Botto? – Dioris ponagliła. Skoro już zdobyła się na odwagę, by spytać, nie miała zamiaru ustąpić nie zaspokoiwszy ciekawości.
     Mężczyzna usiadł na wyściełanej ławie pod oknem i zachęcająco poklepał miejsce obok, jakby szykował się na dłuższą pogawędkę. Dziewczyna nie skorzystała z zaproszenia. Zmarszczyła jedynie brwi w oczekiwaniu na wyjaśnienie i wietrząc podstęp.

     – Jest u nas taki zwyczaj – odezwał się wreszcie, kiedy zrozumiał, że nie usiądzie obok niego – ojciec podaje nowo narodzone dziecko wolnemu mężczyźnie. Nie wybiera go pochopnie. Musi to być mąż dojrzały i świadomy swych pragnień. Ów mąż z kolei podaje dziecko kobiecie, z którą sam w przyszłości, w szczęściu chciałby doczekać potomstwa. Wybranka nie musi podzielać jego pragnień, ale tradycja mówi, że jeśli weźmie od niego dziecko...
     Usta Dioris zacisnęły się w wąską linię. Nozdrza zafalowały, gdy z gniewem wciągnęła powietrze. Zarumieniła się. Równie dobrze mógł być to jednak rumieniec zażenowania jak i gniewu. Dłonie splecionych na piersi ramion zacisnęły się w pięści. Nie przerywała mu jednak i w milczeniu wysłuchała opowieści do końca.
     – Małe dziecko jest niewinne i czyste. Jeśli uczucia obojga są równie czyste, to maleństwo nie zapłacze i wróżba jest pomyślna dla nich obojga.

     Doskonale zdawał sobie sprawę z wagi swych słów. Nie uśmiechał się, bo nie chciał, by odebrano je jak żart. Mówił spokojnie, z powag i z mocą, bez mrugnięcia patrzył dziewczynie w oczy. Widział jak zapala się w nich gniew, ale dostrzegał też niepewność i lęk. Z gniewem by sobie poradził, nie obawiał się go. Z niepokojem także. Lecz ów lęk sprawiał, że coś ściskało go w żołądku. Sprawiał, że czuł się bezradny, bo przerażała świadomość, że jako mężczyzna, sam był uosobieniem wszystkiego czego ona się bała. Umilkł i czekał. Nie wykonał żadnego gestu. Nie podszedł do niej, nie próbował nawet wziąć za rękę. Po prostu czekał na to, co powie, jak zareaguje. Nie zdziwiłby się, gdyby wybiegła bez słowa. Dziewczyna jednak nie uciekła, co mimo wszystko uznał za dobry znak. Odwróciła twarz.

28.10.2015

Dioris cz.11

Obiecanki, macanki... I tak, obiecanki...  Z obiecanek należy się wywiązać. Obiecałam dać kawałek w tym tygodniu, i proszę, oto jest :) A co się tyczy macanek... O tym rzeknę słówko na końcu ;) A teraz zapraszam :)



     Na zewnątrz było już ciemno, jedynie ciepły blask oliwnych lamp i świec wylewający się przez okienka z jasno rozświetlonych wnętrz nieznacznie łamał mrok w pobliżu domu. Było cicho i nikt się tu nie kręcił. Ludzie radowali się wewnątrz i jedynie z zagrody dobiegały parsknięcia pozostawionych tam zwierząt. Dioris przemknęła przez podwórze i przysiadła na wysokim progu jakiejś komory. Skuliła się, jakby bolał ją brzuch. Bo tak po prawdzie czuła ból, choć nie był on fizyczny. Palił jednak i dręczył nie mniej dokuczliwie, a może nawet bardziej, ponieważ ten fizyczny zawsze w końcu ustępuje albo sam z siebie, albo zagłuszony i uśmierzony właściwym zielem. Na cierpienie, które Dioris nosiła w sobie nie było lekarstw ani środków. Musiała z nim żyć.
     Oparła głowę o futrynę drzwi i przymknęła oczy. Z oddali, stłumiona ścianami dobiegała muzyka i radosne głosy. Słyszała śpiewy i śmiech. Myśli pobiegły ku wspomnieniom, gdy na palamarskim zamku beztroska młodzież ochoczo płatała figle nauczycielom, wieczorami w świetlicy umilali sobie czas muzykowaniem i śpiewem. Dziewczęta szeptem powierzały sobie nawzajem głęboko skrywane tajemnice. Byli wtedy szczęśliwi. Tak jak ci ludzie tutaj. Westchnęła ciężko, wsłuchując się w odgłosy zabawy, by zagłuszyły przeszłość, za którą nie było sensu tęsknić.

     Choć zarówno w jej rodzinnym domu jak i na dworze także nie stroniono od rozrywek to Aurowie wyraźnie różnili się od Barthów. Ci pierwsi byli spontaniczni, otwarci, życzliwi. Chwilami gwałtowni, nawet porywczy, ale równocześnie szczerzy i dumni. Najbardziej zdumiewał szacunek jaki mieli dla siebie nawzajem. Człowieka określało tu nie urodzenie, lecz czyny. Król, czy książę, mimo iż owa najwyższa władza była dziedziczna, musiał pośród nich zdobyć szacunek, by zaskarbić sobie posłuch. Wydawało się zresztą, i owa dziedziczność władzy była wśród Aurów raczej nowym obyczajem, być może zaczerpniętym właśnie od południowego sąsiada. Wiele stamtąd czerpano zarówno wiedzy jaki i przenoszono na własny grunt barthyjskich tradycji. Nie powinno to dziwić jeśli zważyć fakt, że niemały odsetek tutejszej społeczności miał barthyjskiem korzenie, gdyż Aurowie łatwo asymilowali swych niewolników. Pozycję w społeczności jednak w znacznie mniejszym stopniu wyznaczało urodzenie. I choć  nie pozostawało bez znaczenia, bo z każdym pokoleniem coraz wyraźniejsze były podziały pomiędzy z wolna kształtującymi się klasami, to jednak wciąż jeszcze doświadczenie, wiedza, uczciwość i honor przede wszystkim decydowały o tym kim był konkretny człowiek.

22.10.2015

Dioris cz.10

Helo :) Ktoś się stęsknił? Nikt? No, trudno, jakoś przeżyję ;). A tymczasem na pociechę (głównie dla mnie, bo ja się za tym miejscem trochę jednak stęskniłam) ogarnęłam kolejny fragment "Dioris". Zapraszam zatem...


     Minęło ledwie kilka dni, od ich przyjazdu do Nammas, gdy z domu Aruta przysłano radosne nowiny. Jego małżonka powiła córeczkę.
     Teraz zadowolony ojciec spraszał wszystkich na uroczystość przyjęcia nowej, świeżo urodzonej osóbki do społeczności. Biesiada połączona z tańcami miała odbyć się dzisiejszego wieczora w domu Aruta. Rzecz jasna Botta był zaproszony i to zarówno jako druh gospodarza jak i gość honorowy, bez którego nie mogła się przecież obyć żadna ważna uroczystość w Nammas. Oczywiście, nie było tak, by ciągano następcę na każdą hulankę do każdej chałupy, lecz Aruta łączyła z nim szczególna więź. Starszy od Botty, Arut, był nie tylko kompanem w czasie wypraw ale serdecznym przyjacielem i często też doradcą w różnych sprawach. Choć bywały takie, w których młody książę słuchał wyłącznie własnej intuicji, jak w przypadku owej niespodziewanej branki, z którą wrócili do domu.

 ***
     Dioris, zadumana, mięła w palcach delikatny jedwab. Suknia miała piękny, błękitny odcień. Szerokie mankiety i obszycie dekoltu ozdobiono misternym wzorem wyszywanym srebrną nicią i perełkami. Na wierzch przychodziła narzuta zapinana z przodu na cztery pary srebrnych guzów, połączonych ze sobą srebrnymi, plecionymi ozdobnie sznurkami. Narzutę uszyto z grubego, granatowego aksamitu. Jej dół i rękawy obszyto futerkiem barwionym na ten sam odcień błękitu, jaki miała suknia. I podobnie jak spodnia szatka tak i wierzchnia sięgała ziemi. Głos, który nagle zabrzmiał za plecami wyrwał dziewczynę z zamyślenia.
     – Podoba ci się?
     Drgnęła gwałtownie i obejrzała się. Za nią stał uśmiechnięty od ucha do ucha Botta. Pogrążona w zadumie nie słyszała, jak tu wszedł. Nie okazała tego, ale w duchu cała się spięła. Czujność. Nie powinna sobie pozwalać na jej uśpienie. Nigdy i nigdzie. Nawet jeśli całej jestestwo pragnęło czuć się w tym domu bezpiecznie, musi być czujna. Pogładziła dłonią aksamit.

06.10.2015

Dioris cz.9

Udało mi się skrobnąć kawałek, więc zapraszam na kolejne spotkanie z Dioris...


poprzedni fragment


     Dziewczyna zamarła i dłuższą chwilę jedynie wpatrywała się budowlę. W głowie gonitwa myśli i uświadomienie sobie, z kim tak naprawdę ma do czynienia... Konsternacja i zakłopotanie... Oto jej samozwańczy opiekun okazał się być nie zwyczajnym lokalnym wodzem. Za plecami Dioris stał nie kto inny, jak władca Aurów we własnej osobie. No, może nie do końca władca, nie koronowano go jeszcze i Botta wciąż pozostawał następcą. Nie mniej nie ulegało wątpliwości, że z jakichś sobie znanych powodów zdecydował się wziąć uciekinierkę pod swoje skrzydła, dać jej ochronę i dom.
     Przymknęła powieki i przełknęła ślinę. Jakże przewrotne i pokręcone bywają ścieżki losu. Dioris zyskała potężnego protektora, owszem. Tylko czy tego chciała? Czy potrzebowała właśnie kogoś takiego? Jej celem było przetrwanie i przygotowanie się, by mogła dokonać zemsty, odpłacić za krzywdy bliskich i swoje własne. Reszta się nie liczyła, dalej nie było życia, a przynajmniej nie było go dla Dioris. Więc jaki to wszystko miało sens?
     Mężczyzna stał blisko niej, czuła siłę i spokój bijący od niego. Czuła ciepło promieniujące z dłoni, wciąż opiekuńczo ułożonych na jej ramionach. Kilka dni wspólnej podróży pozwoliło, w pewnym stopniu, ocenić jakim Botta jest człowiekiem. I ta świadomość sprawiła, że wszystko, boleśnie się w niej ścisnęło.
     Bo jakże ktoś taki jak ona, mógł czegokolwiek oczekiwać od kogoś, kogo cechowała pogoda, szlachetność serca, a przede wszystkim wiara, że ludziom można ufać? Ona, Dioris, utraciła wszystko, dom, bliskich, wiarę, szlachetne urodzenie, wszak uczyniono z niej niewolnicę. Zbrukano, zniszczono, wielokrotnie i z premedytacją udowodniono, że jest nikim, że ona sama zupełnie się nie liczy. Jest zabawką w rękach oprawcy, służy jedynie zaspokajaniu jego chuci i zwierzęcych instynktów. Jest niczym i nigdy już nie znajdzie radości w zabawie, w śmiechu, żyje wyłącznie by zabić. Tego jedynie pragnie się nauczyć i po tę naukę przybyła do kraju Aurów. W duszy ma tylko chłód, mróz, nie jest zdolna do uczuć, nawet do przyjaźni, bo przyjacielowi się ufa, a ona nie zaufa już nikomu. Nie umie... Tymczasem człowiek, który stał za nią nie zasługiwał ani na obojętność, ani na nieufność, która stała się jej drugą naturą. Gorzej, Dioris ze swoją przeszłością, która tkwiła w niej, jak cierń w ropiejącej ranie, była niegodna by mieszkać z nim pod jednym dachem, choćby miała być tam jedynie najmarniejszą sługą. Byłaby jak trucizna... Nie mogła się zgodzić.

29.09.2015

Ahoj!

Ha, ogromną i fantastyczną niespodziankę sprawiła Monika :D.

Otóż, dostałam od niej książkę (przyszła wczoraj) na urodziny ;). Trafiła z terminem niemal idealnie, Poczta Polska stanęła na wysokości zadania i tym bardziej mnie uradował prezent.

A sama książka... Miodzio...


O, tak właśnie wczoraj to wyglądało, chociaż użyłam nożyczek, nie nożyka. Fotkę zwinęłam w sieci, po prostu. Uwielbiam książki dostawać, kupować, a przede wszystkim czytać, więc na jesienne ciemne i zimne wieczory... Hm... Rum sobie chyba kupię. Oczywiście do herbatki :).

Moniko, ślicznie dziękuję, nawet nie wiesz ile mi sprawiłaś radochy :).

28.09.2015

Dioris cz.8

Daję dzisiaj, bo wiem, że później nie będę miała kiedy tego wrzucić. Dowlokłam towarzycho do celu, jakimś cudem nikomu nie robiąc po drodze krzywdy... Żeby nie przedłużać zapraszam na dzisiejszy fragment. W karcie "Dioris" :)




     Osiągnęli wreszcie przełęcz. Mimo iż był środek dnia, tu wysoko, osiadły chmury. Zakryły słońce, tworząc gęstą mgłę i znacząco ograniczyły widoczność, szczególnie skrywając dolinę u podnóża. W dół prowadziła ścieżka, równie wąska i niebezpieczną, jak ta wiodąca w górę. U ich stóp musiał rozciągać się piękny widok, ale lepka, biała mgła skrzętnie ukrywała wszystko nie dając żadnej uciechy oczom. Wilgoć, zresztą okazała się dość dokuczliwa. Osiadała na odzieży i włosach, a kąśliwy ziąb przenikał ciało do kości. Mokre kosmyki przylepiły się do czoła Dioris. Zaczęła szczękać zębami, więc Botta odruchowo przytulił ją mocniej do siebie.
     – Zimno tu, wiem. Już niedaleko. Niebawem zejdziemy z gór, a w dolinie jest znacznie cieplej, Naimah.
     – Dlaczego nazywasz mnie w ten sposób?
     – A wiesz, co to znaczy? – uśmiechnął się.
     – Wiem i...
     – Bo właśnie taka jesteś. Mała. I zagubiona, jak dziecko.
     – Wcale taka nie jestem.
     – Ależ jesteś... – przekomarzał się. Zbliżył usta do ucha Dioris tak, że poczuła jego ciepły oddech na zziębniętym policzku. – Mały, bezbronny ptaszek... I wierz mi, gdybym dostał w swoje ręce tego łajdaka, który... Obdarłbym go żywcem ze skóry, za to, co ci zrobił, maleńka moja... – Jego usta dotykały teraz jej skroni i wyczuł, jak znów napina mięśnie w obronnym odruchu. Podniósł głowę z westchnieniem i rozluźnił uchwyt, którym ją obejmował. – Mówiłaś, że byłaś dworką królowej, a twój ojciec służył królowi Miltornowi – zaczął, by rozładować napięcie, jakie się między nimi wytworzyło. – Jak się stało, że trafiłaś tutaj? Uciekasz aż stamtąd? Z Palamare?
     – Nie, nie stamtąd. Uwięziono nas tam, ale później wywieziono ze stolicy.
     – Was? Czy twój ojciec nadal jest w niewoli?
     – Mój ojciec... Ojciec poległ, wierny prawowitemu królowi. W Palamare uwięziono żony i dzieci szlachetnych rodów, które schroniły się na dworze na czas rebelii. A później... Ceną ich wolności miała być lojalność mężów i ojców, względem uzurpatora. Kto wyrzekł się buntu i zdeklarował posłuszeństwo ten mógł odzyskać rodzinę, czy krewnych. Byliśmy zakładnikami.

24.09.2015

Dioris cz.7

Powiem tak, poprawianie starych zapisków potrafi być sto razy gorsze niż napisanie kawałka od zera. Tym razem moim bohaterowie mnie zabili prawie na śmierć... gadulstwem. W planie miałam doprowadzenie ich w tym kawałku do samego Nammas, na próg chałupy, ale nie dałam rady. Góra była wysoka, ścieżka wąska, jechali wolno i nawijali, jakby nie mogli się skupić na podziwianiu widoków. Dobrnęłam wreszcie na tę cholerną przełęcz i w duchu mi zagrało "Alleluja!". Radość przedwczesna, no bo przecież teraz trzeba w dolinę z tej góry zejść. Poległam... Wybaczcie, ale złazić z tej cholernej przełęczy będziemy w następnej odsłonie. Gdybym podjęła to wyzwanie teraz niechybnie zepchnęłabym oboje w najbliższą przepaść razem z bogu ducha winnym koniem, kończąc tym samym całą historię.
A teraz, po tym "zachęcającym" wstępie zapraszam tych, którym starczy odwagi ;)



     – Jutro będziemy w domu! – zawołał pogodnie Botta. Szeroki, szczery uśmiech gościł na jego twarzy. Odgarnął z czoła niesforne włosy i usiadł przy ognisku, krzyżując długie nogi. Właściwie słowa były skierowane do Dioris, bo mówił w języku Barthów. Nie zareagowała jednak jakimś szczególnym entuzjazmem. Rzuciła tylko krótkie spojrzenie w jego kierunku, ale nie odwzajemniła uśmiechu. Zupełnie jakby mięśnie jej twarzy były niezdolne do takiego grymasu. Nie umknęło to uwadze mężczyzny. Nieznacznie zmarszczył brwi, ale poza tym nie dał nic po sobie poznać. Z niegasnącym uśmiechem, klepnął w łopatkę siedzącego po prawej stronie Aruta, który żuł w skupieniu kawałek suszonego, solonego mięsa.

     – No co? – zapytał druha. – Nie cieszysz się? Ty szczególnie powinieneś być zadowolony.
     – Przecież się cieszę... – mruknął ów i przełknąwszy wpierw przeżuwany kęs.
     W uszach Botty zabrzmiało to chyba jednak niezbyt przekonująco, bo uniósł brwi i skwitował:
     – Jakoś tak... słabo, na mój gust.
     Arut tylko westchnął.
     – Będę się cieszył głośno i mocno, jak już będę w domu i wszystko będę wiedział.
     – Uhm... rozumiem – odparł młody Aura i też sięgnął po kawałek mięsa. Wsunął do ust i niemal nie gryząc przełknął. – A kiedy to miało być? – spytał, odrywając mocnymi zębami kolejny kęs.
     Dioris objęła ramionami nogi, przyciągnęła do piersi i oparła brodę na kolanach. Udając drzemkę, spod przymrużonych powiek dyskretnie obserwowała Bottę. Nie dał się nabrać i bezczelnie puścił do niej oko. Zacisnęła usta i odwróciła głowę, a on wywrócił oczyma. Arut tymczasem zagapił się w pełgające płomyki
     – Jak wyjeżdżaliśmy, lada dzień. Może już... – westchnął ciężko.
     – Jeśli tak, urządzisz święto po powrocie. – Ucieszył się Botta. – Jak mnie zaprosisz, obdaruję sowicie twojego nowego potomka i małżonkę też.

21.09.2015

15 godzin... cz.7

Tak, tak, wiem... Czekacie na "Dioris", ale tym razem jeszcze padło na to. Na pocieszenie dodam, że "Dioris" mam zamiar dodać, i dodam, jeszcze w tym tygodniu. Może w okolicach środy? Może być? W sumie to musi ;)
To cóż, zapraszam...


poprzedni fragment


     Anna ciężko usiadła na obdrapanym, rozchwianym krzesełku, jakich kilka stało w pokoiku socjalnym. Westchnęła i zaczęła ściągać cienkie, lateksowe rękawiczki. Była zmęczona i szczęśliwa, że dyżur dobiegł końca bez większych niespodzianek i nagłych wypadków.
     Podobno w okolicy był jakaś strzelanina, ale na szczęście tym razem do nich nie przywieziono nikogo. Obok, przy szafkach, stała Sonia, tak samo znużona jak koleżanka i powolnymi ruchami, niczym na zwolnionym filmie, ściągała lekarski kitel.
     – Jestem wykończona – mruknęła.
     Anna uśmiechnęła się krzywo. I sięgnęła po kubek z zimną herbatą. Zrobiła ją sobie w połowie dyżuru, ale nie zdążyła wypić. Wszyscy zatrudnieni tu lekarze i pielęgniarze, nieustanie pracowali na pełnych obrotach. Wypoczynek, relaks, urlop – to były pojęcia z zamierzchłych czasów, tak odległe i nieznane, że prawie abstrakcyjne. Po zakończonym dyżurze, każdy z nich marzył jedynie o tym, by przyłożyć głowę, nie koniecznie do poduszki, gdziekolwiek, gdzie będzie mógł zasnąć. Sen, to była nie tylko chwila na regenerację sił, ale jedyna chwila kiedy można było oderwać się od monotonnej i brutalnej rzeczywistości, o ile tylko nie dopadały śpiącego koszmary. Na swoje szczęście, najczęściej byli tak wykończeni, że żadne sny nie były w stanie przebić się przez zmęczenie.
     Uważniej przyjrzała się Soni. Blada, szczupła, niemal chuda, choć z żywnością raczej nie mieli problemów. Tyle, że była to raczej masa wypełniająca żołądek, dla zlikwidowania uczucia głodu, a nie wartościowe pożywienie. Pod oczyma wielkie sińce, rysy wyostrzone w wychudzonej twarzy, cera szara... Czy ja wyglądam tak samo marnie? Zastanawiała się przez chwilę. Był tu nawet gdzieś kawałek lustra, ale wcale nie miała ochoty sprawdzać, jak faktycznie wygląda. Jakie to mogło mieć znaczenie?
Przemogła słabość zmęczonych mięśni i podniosła się. Odstawiła kubek z herbatą na parapet. Podeszła do umywalki, wrzuciła rękawiczki do pojemnika i odkręciła wodę.

16.09.2015

15 godzin... cz.6

Niespodzianka... Dzisiaj zmiana klimatu ;). Ostatnio zrobiliśmy sobie wyzwanie i w ramach tego założyłam, że zrobię kawałek do 15 godzin... właśnie. Kawałek nie jest może imponująco długi, ale jest i będzie, mam nadzieję, kopniakiem do kolejnych. To było takie miejsce w tekście, na którym się zablokowałam normalnie, ale mam je za sobą, na szczęście. Jest jeszcze co najmniej jedno, z którym też będę mieć problem, ale do niego jeszcze trochę i może nim tam dotrę to jakoś sobie to zdążę poukładać ;). Zapraszam... A pod tekstem jest kawałek, który sobie można... hmmm... odpalić.


poprzedni fragment




     Noc... Ciemność... Cisza, rozpraszana jedynie jednostajnym mruczeniem generatorów.

     Magazyny były dobrze strzeżone, a jakże. Ale i tak reflektory osadzone na wieżyczkach wartowniczych nie ogarniały każdego kąta. Strażnik zresztą też nie wysilał się na nudnej, nocnej warcie. Oparty leniwie, w niedbałej pozie, o słupek podtrzymujący daszek na gnieździe wieżyczki, żuł gumę i rytmicznie potrząsał głową. Od ucha biegł cieniutki kabel i znikał w kieszeni mundurowej bluzy, na piersi. Zasadniczo nie powinien, ale... Tu na tyłach panował spokój. Tutaj były jedynie magazyny ze szmatami. A w końcu gacie nie są jakimś tam strategicznym sprzętem w armii. Owszem, bez gaci trochę głupio na froncie, ale w razie bum, da się. Poza tym, od czasu do czasu, przebiegał przecież wzrokiem teren, wraz ze smugą reflektora. Od czasu do czasu, podnosząc rękę, dawał też znak kolegom na sąsiednich wieżyczkach, że wciąż jest na posterunku. Odpowiadali podobnie, zapewne, podobnie jak on skupieni na własnych sprawach. Warta pro forma...
     Chciało mu się lać. Cholera, że też dał się namówić na tę wycieczkę do pobliskiego baru tuż przed swoją zmianą. Nie dość, że potem musiał się nieźle gimnastykować, żeby żaden z przełożonych nie wyczuł od niego odoru piwa, to teraz znów miał wrażenie, że za chwilę pęknie mu pęcherz. Miał szczęście, że nie byli regularnym wojskiem a jedynie paramilitarną formacją zabezpieczającą różne obiekty na zapleczu. W takich grupach panował o wiele lżejszy, od wojskowego, rygor. Na wiele rzeczy patrzono przez palce. A teraz potrzebował sobie użyć i to bardzo, bo jeśli tego nie zrobi, to za chwilę zleje się spodnie.
Boki czworokątnego gniazda były niestety dość wysokie. Zbyt wysokie by mógł się swobodnie odlać. Będzie musiał zejść na dół. Dopiero co sygnalizował obecność na posterunku. Ile czasu może mu zająć zejście po drabince i wykonanie prostej fizjologicznej czynności? Nikt nie zauważy, że przez krótką chwilę go nie było. Wypluł gumę i odłożył karabin. Tylko by mu przeszkadzał. Objął stopami drabinkę i zsunął się błyskawicznie w dół.

10.09.2015

Dioris cz.6

Ten fragment jest w sumie "świeży". Jak zabrałam się za poprawki to praktycznie w ich ramach po prostu dopisałam całkiem spory kawałek. Musiałam, bo to co było, bardziej przypominało mi szkic niż powieść. Było zbyt suche i po prostu nijakie. Pisałam "Dioris" dość dawno. Wtedy mialam tendencję do parcia z akcją na przód, bez troski o szczegóły i "opakowanie" informacji. Ważne było tylko to, co wydarzy się w następnej kolejności. Teraz uzupełniam pozostawione luki, staram się troszkę o poprawę ładunku emocjonalnego, wiem, że teraz jest lepiej i liczę, że Wam się też spodoba. Wiem, nie macie porównania, bo nie znacie wersji pierwotnej, ale raczej nie ma czego żałować ;). Plus takiej weryfikacji własnego tekstu jest, że zaczynam wreszcie wpadać w ciąg... znaczy piszę, piszę, piszę. I trzymajcie kciuki, by mi tak zostało. Wtedy skrócą się nam przerwy pomiędzy wpisami.
Tymczasem zapraszam :) 



     Śmiech... Szyderczy rechot... Nienawidzi tego... Nie widzi jego twarzy, ale czuje dotyk dłoni na ciele... Te dłonie… Nienawidzi ich... Chciwe, lepkie, spocone... Obrzydliwe... Strach... Przed bólem, przed upokorzeniem... Znów… Nienawidzi tego… Jeszcze chwila i zedrze z niej ubranie... Jego palce się na karku... Ból... to zaboli... Potem zmusi ją... Błagam, nie... Napina mięśnie w oczekiwaniu na ból. Czuje, jak żołądek podjeżdża jej do gardła. Oddech przyspiesza... Nie chcę! Śmiech... jego oczy, płonące, mętne od alkoholu i pobudzenia. Nie chcę! Świat przed oczyma traci kontury, zlewa się w czerwoną plamę... Wszystko płonie... Ogień... Ona płonie... Nie chcę! Nie dotykaj...! Nie dotykaj...! Chce uciekać, ale za plecami jest tylko ściana, czuje jej szorstką, chropawą powierzchnię. Nie ma dokąd uciec. Kuli się na podłodze w oczekiwaniu na razy... Niczego już w niej nie ma... Ani wiary, ani nadziei... Niczego, prócz wstrętu i strachu... Nie bij... proszę...
     Cisza... Chłód... Samotność... Kiedyś ucieknie... Zemsta... Hańba... Rozpacz... Śmierć... Imeni nie żyje. Oni ją zabili... Nie ochroniła jej... Wina... Kara... Krew... Czerwień... Wszystko płonie... Ona też spłonie... Popiół... Pustka... Śmierć...
     Ktoś podnosi ją z ziemi, tuli w ramionach. Dotyk... ale inny. Ciepły, troskliwy... Głos... Tato... Imeni... Chce wyciągnąć ręce, poczuć ich dłonie w swoich, ale dookoła jest tylko czerwień... I głos, życzliwy, łagodny. I jego dłonie... Nie... Nie jego... Te jej nie krzywdzą, nie ranią... Te dłonie koją, ramiona chronią... Ojciec... Dom... Szept... Spokój... Spokój...
     – Jak ci na imię, maleńka?
     Kim jestem? Kim jestem? Ty nie wiesz? Czy ja to wiem?
     – Powiedz...
     Posłuszeństwo... Kim jesteś?
     – Jestem Dioris, córka Anegorda...
     Czy to ja? Kim jestem? Cisza... Ciepło... Spokój... Morze... Fale łagodnie liżące brzeg... Czerwień zbladła... Krew wsiąkła w piasek... Cisza... Światło gaśnie powoli... Świat się zamyka, kurczy się i znika w czerni... Pustka... Cisza... Wszechobecna cisza... Sen...

03.09.2015

Dioris cz.5

Wrzesień rozpoczynam  kolejnym fragmentem "Dioris" :). I to dobra nowina. Mniej radosną jest ta, że zdejmuję z bloga dwa kolejne teksty. Tym razem są to teksty z antologii Deszczowe sny: Sen o deszczu i W strugach deszczu. Powód ten sam, co w przypadku Nie-boskiego stworzenia z MDS. Mamy spore szanse na wydanie obydwu antologii, co za tym idzie, teksty nie mogą sobie fruwać po sieci. Szczególnie w sytuacji, gdy mi się tu złodzieje wszelkiej maści wygrażają, że sobie mogą co chcą i gdzie chcą, robić z moimi tekstami bez mojej zgody. Tak, że proszę o zrozumienie. Na blogu jest zresztą chyba tylko jeszcze jeden tekst stanowiący element składowy kolejnej antologii. Na razie jednak skupiamy się na dwu wymienionych, więc tamten jeszcze chwilkę tu sobie powisi :). Te które zostały zdjęte nadal są w indeksie z odpowiednią informacją. Jeśli ich status się zmieni i będą dostępne, oczywiście pojawi się stosowana informacja o tym, gdzie można się z nimi zapoznać :). A teraz już zapraszam na "Dioris", dzisiejszy fragment wyszedł całkiem słuszny, co spodziewam się, ucieszy tych, którzy czytają :).



     Sen był twardy, leczniczy, bez marzeń i męczących koszmarów. Wybudziło ją z niego równomierne kołysanie i powiew chłodnego wiatru na twarzy. Głowa bolała, ciałem nadal wstrząsały gorączkowe dreszcze. Teraz jednak była przytomna, choć nie mogła pojąć dlaczego w ogóle jeszcze żyje, dlaczego opatrzono ją i okazano troskę, wioząc w głąb kraju Aurów, zamiast porzucić jak zbędny balast w lesie, na żer dzikiej zwierzynie. Doskonale wiedziała, że jakikolwiek kontakt z ludźmi w tym kraju stanowi ryzyko. Ale pozostając wolną, mogłaby próbować przedstawić swoją sytuację, poprosić o pomoc, schronienie. Tymczasem została schwytana na obcym terenie, na który wtargnęła bezprawnie. Znów jest niewolnicą. Gardło ścisnęły gorycz i lęk. Nie przed śmiercią, lecz przed kolejnym piekłem, do którego może trafić. Zdecydowanie wolałaby śmierć, jednak nie dano jej umrzeć, choć przecież nic nie była warta. Zdeptana, zniszczona ludzka skorupa. Pusta i wypalona, bez nadziei na lepszy los, którą dotąd przy życiu utrzymywała jedynie myśl o pomście. Doprawdy, lepiej byłoby, gdyby pozwolono jej umrzeć.

     Aura jadący konno tuż obok, zauważył, że odzyskała przytomność i krzyknął coś do tyłu, do Botty. Nakazano wstrzymać marsz. Postój był krótki, ale nakarmiono chorą dziewczynę, podano leki i zatroszczono się o jej wszelkie potrzeby.

23.08.2015

Dioris cz.4

Halo, halo...! Ogłaszam oficjalnie koniec dłuuuugich wakacji, a powakacyjnie na Warsztacik wrzucam kolejny fragment "Dioris". Pourlopowałam się bowiem troszeczkę i chyba było mi to potrzebne, bo nawet wen się odnalazł i zaczęłam sobie pisać coś. W sensie, że coś nowego. Ale to tak na marginesie. Na bloga nie zacznę dodawać żadnej nowości, póki nie dokończę tego, co leci na bieżąco, więc tamto sobie jeszcze poczeka. Na wyjeździe przerzuciłam pobieżnie materiał z "Dioris" i doszłam do mało budujących wniosków, że jest tak skopana, że gorzej już być nie mogła. Tak to niestety jest, jak się odkopuje teksty sprzed lat. Ale bez obaw, powoli z pewnością dam radę z niej coś wykrzesać. Nie mniej, jak to zawsze u mnie, jest tam cała masa dziur do zakopania. Mnie się jednak nigdzie nie spieszy i mam nadzieję, że Wam również starczy do mnie cierpliwości.



     Dziewczyna leżała nieruchomo na posłaniu. Oczy miała zamknięte i pomyślał, że jeśli śpi, to nie będzie jej budził. Przysiadł na skórach, na brzegu posłania. Wziął w dłonie jej rękę. Otworzyła oczy.
     – Nie śpisz... – Uśmiechnął się. – To dobrze, bo chcę z tobą rozmawiać. Lepiej się teraz czujesz?
     Milczała, spoglądając tylko wrogo, spod lekko przymrużonych powiek.
     – Rozumiesz naszą mowę? – Zapytał, nie uzyskawszy odpowiedzi na wcześniejsze pytanie. Ale on nawet nie drgnęła. – Hmm... nie szkodzi. Na szczęście, ja znam waszą. Kim jesteś? I dlaczego weszłaś na ziemię Aurów? – spytał znów, tym razem w języku Barthów. I znów odpowiedziało mu jedynie uparte milczenie. Rozzłościł się.
     – Do licha! Wyrwano ci język, czy jesteś głucha, dziewczyno?! – podniósł głos poirytowany niepowodzeniem.
     Nadal milczała, zupełnie nie reagując na jego gniew. Przetarł dłonią twarz, dla opanowania wzburzenia. Może rzeczywiście coś z nią jest nie tak? Może faktycznie jest głucha, albo niema. Albo i jedno, i drugie…

     – Mam język, umiem mówić i nie jestem głucha. – Z posłania dobiegła niespodziewanie całkiem spokojna odpowiedź.
     Spojrzał na nią nie kryjąc irytacji.
     – To, dlaczego milczysz i nie odpowiadasz na pytania?! – Podniósł głos.
     – A dlaczego miałabym potulnie odpowiadać? Napadłeś na mnie i poturbowałeś, a teraz wrzeszczysz, choć nie dałam ci żadnego powodu.
     – Nie wrzeszczę...
     – Wrzeszczysz.
     Machnął ręką. Nie będzie się z nią spierał o bzdury. Chce informacji.
     – Przekroczyłaś graniczną Rzekę. To wystarczający powód by cię pojmać – oświadczył z powagą. – I kto tu, kogo poturbował? – zapytał z drwiną, wskazując równocześnie na zapuchnięte oko i podrapany policzek. – To moja gęba wygląda jakbym się zderzył z galopującym koniem, a nie twoja – dodał oskarżycielsko.

05.08.2015

O warsztatach o... Indianach...











Najsamprzód o warsztatach...
     Jest pomysł i projekt do realizacji… Autorką jednego i drugiego jest Karina. Bierze udział w konkursie. Wygrana pozwoliłaby zrealizować i rozwinąć pomysł w prężnie funkcjonujący portal. Gorąco zachęcam do wsparcia Kariny. Wystarczy oddać głos poprzez kliknięcie na TEJ STRONIE. Można tam znaleźć informacje o szczegółach pomysłu. Można też doczytać o nim tutaj. W imieniu pomysłodawczyni dziękuję za każdy oddany głos.


     No, dobra, a teraz trochę prywaty… No, niestety przed nami kolejny przestój, bowiem wyjeżdżam za dwa dni na trochę, a przenośny sprzęt wysiadł. W związku z tym nie będę miała na czym pisać (chociaż to może jakoś obejdę i powracając do korzeni zaopatrzę się w kajecik oraz pióro) ani z czego się zalogować do sieci. Tak że jeśli nawet coś naskrobię, to i tak po powrocie będę musiała wpierw przenieść rzecz na dysk.

03.08.2015

Dioris cz.3

Za oknem afrykańskie upały a tu trochę zimy i lodu, ale i tak będzie gorąco ;). Zapraszam na kolejny fragment Dioris. Na razie jeszcze poprawiam to co kiedyś tam zostało spisane. Schody zaczną się, gdy dotrę do moich luk, których zwykle pełno mam w starych opowiastkach, w tej też ich nie brakuje. Tu dochodzi jeszcze ten problem, że choć każda część "Dzikich" stanowi osobną opowieść to zasadniczo są całością. Zdarzenia zazębiają się, często toczą się równolegle w jednej i innych częściach. Zdarza się też że poszczególni bohaterowie uczestniczą w tych samych akcjach. Myślę jednak że w pełni to ogarnę dopiero wtedy, kiedy wreszcie wszystkie części zostaną pouzupełniane i napisane do końca. Ale to kiedyś tam ;)



     Wciąż jeszcze zima trzymała świat w okowach, choć już nie tak twardą ręką. Zwłaszcza tu, w dolinach, gdzie wiosna zawsze przychodziła nieco szybciej. Wprawdzie Graniczna Rzeka nadal była skuta lodem, ale ów zrobił się już kruchy i niepewna byłaby po nim przeprawa.

     Samotny jeździec zatrzymał konia na brzegu i długą chwilę obserwował rzekę. Zamarznięta, tylko środkiem rwała wąska struga, wolna od lodu. Człowiek obejrzał się za siebie, jak ktoś ścigany, kto wie, że pościg lada moment pojawi się w zasięgu wzroku. Wahanie trwało tylko chwilę. Odpiął sakwy od siodła i przerzucił sobie przez ramię. Zmusił konia do zejścia na lód.
     Zaniepokojone zwierzę, które z własnej woli z pewnością nigdy nie wlazłoby na niebezpiecznie cienką taflę, z nisko pochyloną głową węszyło rozdętymi chrapami. Parskało głośno, ostrzegawczo i ostrożnie stawiało rozsunięte szeroko nogi na niepewnym, śliskim podłożu. W okolicy płynącej środkiem, wąskiej strugi lód pod kopytami konia zaczął złowrogo trzeszczeć. Wtedy jeździec błyskawicznie zsunął się z siodła i lekkim krokiem pobiegł co sił, ku strużce. W pędzie odbił się od jej jednego brzegu i jakimś cudem udało mu się wylądować po drugiej stronie, nie wpadając przy tym do wody. W biegu odwrócił tylko głowę i kątem oka dostrzegł jak lód, pod porzuconym wierzchowcem, załamuje się z trzaskiem i zwierzę z rozpaczliwym kwikiem pogrąża się w lodowatej wodzie. Człowiek biegiem dopadł drugiego brzegu Rzeki i skrył się w zaroślach. W chwili, gdy znikał na przeciwległym brzegu pojawili się trzej jeźdźcy.
     Tonący koń wciąż jeszcze walczył o życie, rżąc i desperacko bijąc kopytami wodę. Trzej przybysze patrzyli na tę walkę z daleka. Żaden nie odważył się wjechać na lód. Wreszcie tonące zwierzę poddało się i znikło pod lodem. Ludzie po drugiej stronie stali jeszcze chwilę, gestykulując i wskazując to na lód, to na  wyrwę po środku rzeki, wreszcie zawrócili konie i odjechali.

31.07.2015

Otwieramy szampana...

Ktoś zauważył, a może i nie, jak nie to oficjalnie ogłaszam, iż wyautowałam stąd "Nie-boskie stworzenie". Stało się tak, ponieważ weszło w skład oficjalnego wydania, które się ukaże nakładem... Więcej szczegółów w temacie będzie w swoim czasie. Na razie dmucham, a właściwie dmuchamy, bo jest nas... legion :P, na zimne.

Nie wykluczone, że siłą rozpędu w przyszłości wyleci stąd jeszcze to i owo, więc... czytajcie, póki możecie, za free, żeby potem nie było płaczu ;).

Ponieważ domknięcie bieżącego projektu spuściło ze mnie sporo ciśnienia i pary, mam wreszcie chęć wrócić do moich tekstów. Za tydzień jadę na urlop, zabieram ze sobą lapka i pliki z tekstami i biorę się ostro do roboty. Szczególnie, że za progiem czeka kolejny projekt :).

Do następnego, tym razem już konkretnego, opowiadaniowego wpisu ;)

12.06.2015

Dioris cz.2

Uporałam się z tym i z owym, pora na kolejny wpis z Dzikusów. Jeśli ktoś czeka na "15 godzin..." to proces mi się klaruje i troszkę jeszcze to pewnie potrwa nim polecimy z tym dalej. Tymczasem "Dioris" jako zapchaj dziura. No, i jeszcze słówka dwa na temat mojej sondy, ale to na końcu.

poprzedni fragment


     Dioris zabrano. Kalgas rozejrzał się po opustoszałej komnacie. Stoły i ławy poodsuwano pod ściany, na podłodze porozkładane były sienniki, derki, trochę zwierzęcych skór. Służyło to wszystko przetrzymywanym tu dworkom za posłania i okrycia, gdy było ich tu wiele. Teraz na jednym z nich, skulona, siedziała tylko jedna, struchlała Imeni. Na chwilę zatrzymał na niej wzrok i prychnął pogardliwie.
     – Rozpalić tu ogień. – Polecił. – I dajcie jej coś jeść.

     Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Imeni została sama w gęstniejącym mroku. Nie płakała już. Nie poruszyła się, gdy wszedł pachołek, by rozpalić ogień, ani gdy w chwilę później inny przyniósł miskę z jakąś strawą i świeżą wodę. O siedzenia w bezruchu zdrętwiały ręce i nogi, ale zupełnie nie zwracała na to uwagi. Strach skutecznie tłumił wszelkie inne odczucia.
     Drgnęła dopiero późną nocą, gdy znów otwarły się drzwi, a sługa wprowadził, czy raczej wepchnął do środka Dioris.
     Imeni poderwała się ze swego miejsca. W świetle pełgających, po polanach w palenisku, płomieni siostra wyglądała okropnie. Twarz miała bladą i ślady uderzeń na niej. Ubranie w nieładzie.  Na zaciśniętych ustach zaschniętą krew. Tępy, niewidzący wzrok wbiła w nieokreślony punkt przed sobą. Imeni podeszła do niej powolutku.
     – Dioris... moja kochana. – Głos się jej łamał. – Tak się bałam, że już nigdy cię nie zobaczę.
     Wyciągnęła ramiona, chciała ją objąć, przytulić się do niej, ale tamta odsunęła się w milczeniu.
     – Dioris... – wymamrotała zdezorientowana szesnastolatka.
     Poturbowana dziewczyna wyminęła ją bez słowa i zwinęła w kłębek na posłaniu w najdalszym, najciemniejszym kącie. Odwróciła się plecami do sali i zasłoniła się naciągając wełnianą derkę pod samą brodę. Imeni zbliżyła się ostrożnie i lekko pogładziła potargane włosy Dioris. Wtedy ta wreszcie odezwała się matowym głosem:

19.05.2015

Sondny czas

     Jak zapewne zauważyliście pojawiła się po lewej stronie sonda.

     W poprzednim poście napisałam, co napisałam i zdania nie zmieniłam bynajmniej. Kradzież, to kradzież jakkolwiek złodziej zechce ją sobie nazwać. Nie mniej pod wpisem pojawił się głos od Czytelniczki, że blokada czasem może stanowić problem i Czytelniczka podała argumenty, z którymi trudno się nie zgodzić. Ja z internetu na telefonie korzystam sporadycznie, a już na pewno nie czytam na nim własnego bloga, ani niestety Waszych też nie, dlatego nie mam porównania i muszę polegać na tym, co Wy mi sygnalizujecie. I o ile nadal uważam, że istnienie blokady nie przeszkadza w napisaniu prostego komentarza, jeśli ktoś ma ochotę go napisać, a jej brak nikogo do komentowania nie zachęci, to chciałabym się dowiedzieć co faktycznie myślą o niej moi Czytelnicy. Czytelnicy zaznaczam, nie jakaś tam wyrwana nie wiadomo skąd osoba, która póki co nie próbowała tu nigdy zostawić żadnego komentarza, za to próbowała sobie coś skopiować. Mimo, że ma jak byk napisane, że na kopiowanie tekstów autorka bloga nie wyraża zgody. No, ale kto by się tam ałtorem przejmował i jego fanaberiami. Przecież grunt to dowartościować własne ego.

     Co zaś się tyczy blokady... To czy faktycznie i jak wielu osobom utrudnia życie? Żeby się tego dowiedzieć włączyłam sondę. Ona sobie tu na blogu powisi jakiś czas, bliżej nie określony. I mam nadzieję, że pozwoli mi się zorientować w skali problemu. Jeśli faktycznie okazałby się WIELKI, zastanowię się jak go rozwiązać.
     Proszę, klikajcie w opcję bliższą swemu sercu. Sonda jest anonimowa, ktokolwiek i cokolwiek sobie kliknie, złośliwa małpa na pewno nie będzie go ścigać po internetach. Nie należę bowiem do osób, które swoje żale, czy też ból dupy, jak to niektórzy lubią obrazowo określać, wywalają w cudzym ogródku. Wyłącznie we własnym się pienię i zrzędzę. I tak pozostanie.

     Miał być normalny czytelniczy wpis, ale niestety... Remonty odcięły mnie od mojego osobistego kompa. Korzystam ze sprzętu awaryjno-wyjazdowego, a tu niestety nie mam tego, co potrzebne. Tak że niestety, jakiś normalny wpis ukaże się pewnie dopiero po niedzieli.

     A obrazek dzisiaj tematyczny. Tak mniej więcej wygląda moja chałupa, już drugi tydzień ;(...

     Jak coś, to przyjmuję kondolencje ;)

14.05.2015

Złośliwa małpa...

Przykro mi (a może i nie), ale złośliwa małpa mi się włączyła… Mam jakieś wyjątkowe szczęście do idiotów, a wczoraj trafiła mi się idiotdziewoja na fb. Zgłosiła się z fochem odnośnie blokady kopiowania treści bloga.
Informuję więc wszystkich, którzy mają z tym problem: blokada jest i będzie. Dlaczego?

A dlatego…
Pod nagłówkiem wisi sobie na czerwono, prosty i jasny komunikat: wszystkie teksty opublikowane na blogu są moją własnością i NA ICH KOPIOWANIE I WYKORZYSTYWANIE MUSISZ, CZŁOWIEKU, UZYSKAĆ MOJĄ ZGODĘ. Jeśli jej nie masz, to kradniesz, bez względu na to jakich wymówek na swoje usprawiedliwienie zechcesz użyć. Proste jak drut, choć jak widać dla niektórych to drut kolczasty. Blokada jest żeby ci, złodzieju, przypomnieć o tym, co zignorowałeś, lub czego nie doczytałeś.

13.05.2015

Dioris cz.1 (pilot)

     Moi drodzy, postanowiłam zarzucić dawno obiecywanym sucharem, którego uporządkowanie zaplanowałam sobie na ten rok. Grafika do tego wisi już od jakiegoś czasu w "Galerii" i żeby tak po próżnicy tam nie tkwiła... wrzucam pilota. Pilota, bo po prawdzie to wpierw chciałabym dokończyć "15 godzin..." i "Kontredans", a dopiero potem skupić się na tym. "Dioris" jest jedną z  części cyklu "Dzikie łabędzie", które kiedyś były planowane jako całość, wspominałam już chyba o tym, ale jakoś nie po drodze mi z tym porządkowaniem okazało i ostatecznie zostały każda osobno. Niestety z tego powodu w poszczególnych częściach czasem nakładają się na siebie wydarzenia. Tak że, o ile w "Dioris" większość zdarzeń i bohaterów będzie świeżyzną, to w kolejnych częściach będziemy do różnych rzeczy wracać. Piszę większość, bo ze względu na to, że jako pierwszą z tego universum wrzuciłam na bloga "Yave", to osoby które czytały miały już okazję spotkać głównych bohaterów tej historii, czyli tytułową Dioris i Aurów, Bottę i Aruta.
     Akcja "Dioris" dzieje się jednak kilkanaście lat przed akcją "Yave" i samą "Yave" traktuję raczej jak produkt uboczny cyklu, a nie jego część. Wyjaśniam, bo obawiam się, że ponieważ nie uporządkowałam tego tak, by zlepić z tego jedną powieść, zrobi się siłą rzeczy bałagan w chronologii. I żeby był ów bałagan możliwie najmniejszy i najbardziej czytelny stąd wyjaśnienia. Zapraszam do czytania zatem :)

DIORIS

Start


     W obszernej, zamkowej świetlicy panował nieprzyjemny chłód. Ogień w wielkim, świetlicowym kominku wygasł jeszcze nocą. Opał skończył się wieczorem, do rana nawet żar i popiół w palenisku zdążyły wystygnąć.
     Wcześniej, gdy było ich tu wiele, przestronną komnatę prócz ognia ogrzewało ciepło ludzkich ciał i oddechów, lecz teraz zostało kilkoro, ledwie cztery kobiety i jedno dziecko. Kamienne ściany szybko wysysały ciepło z pomieszczenia, a w jego postępującym wyziębianiu niemały udział miał też hulający za oknem lodowaty, późnojesienny wiatr. Wciskał się przez nieszczelności okiennych ram, z których zdarto aksamitne, miękkie kotary, by uczynić z nich okrycia choć trochę chroniące przed chłodem.
     – Co będzie z nami? Tylko my zostałyśmy. Co z nami uczynią? – Drżącym głosem pytała młodziutka, jasnowłosa Imeni. Stara Nakari objęła ją i przytuliła jej głowę do swej piersi.
     – Nic się nie martw się, moje dziecko. Skoro żyjemy do tej pory, to raczej nie grozi nam już śmierć. Pewnie wkrótce wypuszczą nas stąd i pozwolą wrócić do domów.
     Starsza z sióstr stała przy oknie, obserwując co dzieje się na dziedzińcu. Pojawił się tam właśnie rycerz w szarym płaszczu i czekał aż stajenni podprowadzą mu konia. Rozmawiał z kimś i obaj mężczyźni gestykulowali żywo. Dioris, nie bacząc na zimny wiatr, uchyliła okno ciekawa, by usłyszeć o czym mówią. Oczywiście rozpoznała tego w szarym płaszczu, to Hengod z Ibilma. Ten, który tu nad nimi trzymał pieczę i władzę.
     Niewiele zdołała dosłyszeć, ale i tak to, co usłyszała, wzbudziło niepokój.

08.05.2015

Lot Ikara

     Myśl lotna, niczym sokół poszybowała, w swym zadufaniu zapominając wszakże, iż sokołem nie jest, a marnym wróblem jeno. Tak więc impet wytraciwszy na wysokości, w dół runęła niczym szary kamyk i prasnąwszy o ziemię smutną, mokrą plamką się stała. A w powietrzu jednie kilka żałosnych piórek, jeszcze tylko parę chwil, wirowało ku pamięci, nim wiatr zapomnienia rozniósł je bez śladu po szerokim świecie...

    Ot, taki przerywniczek dziś tylko...

     Kochani jestem zasypana i zakurzona po uszy i pewnie jeszcze przez co najmniej następny tydzień tak będę. Za to jak już się skończy remoncik, to wreszcie będę mieć spokój. Oczywiście, po uprzednim odgruzowaniu chałupy z obrzydliwego pyłu, kurzu i ogólnego bałaganu. Jak sobie pomyślę, jak to będzie potem pięknie, to nawet mnie chrzęszczący w zębach pył już tak okropnie nie nie wnerwia.

30.04.2015

15 godzin... cz.5

Dzisiaj w biegu sprawdzimy co, w czasie kiedy Odd przeżywa swoje rozterki, robi Anna. Nie, nie przewiduję jeszcze ich spotkania, ale powoli się zbliżamy.
Nie wiem czy tylko u mnie tak jest, ale od czasu do czasu, coś mi się buntuje blogger i nie widać wtedy części postów, ani wpisów z boxa. W boksie są wtedy tylko same emotki. Naprawia się samo, więc jestem skłonna przypuszczać, że jest to jakiś błąd techniczny serwera, chociaż w tym czasie podobnych błędów innych blogach tego nie zaobserwowałam. Ale trudno, raczej nie przeprowadzę się z bloggera na inną platformę, ponieważ tylko tę w miarę ogarniam. Poza tym, z tego co patrzyłam, to tylko ta ma w wersji free wszystkie opcje, których potrzebuję i lubię używać.




***
     Przeszła przez piekło kontroli, weryfikacji lojalności, testy na prawdomówność, inwigilację, obserwację. Winą było to, że przeżyła, czy raczej, że darowano jej życie. Były chwile, kiedy zastanawiała się, czy nie byłoby lepiej dla niej, gdyby jednak tamten yenni okazał się służbistą. Ale nie. Musiała akurat trafić na jakiegoś durnia ze śladowymi ilościami sumienia.
     Przez kolejne miesiące wydeptywała ścieżki we wszystkich garnizonach do jakich udało się jej dotrzeć, starając się o jakikolwiek przydział. Potrzebowała pracy nie tylko żeby się utrzymać, ale żeby nie zwariować. Brakowało lekarzy, w kolejnych miejscach, do których aplikowała rekrutanci witali ją entuzjastycznie, bo przecież w wojennej zawierusze każdy lekarz był na wagę złota. A jednak nie każdy. Wstępny entuzjazm gasł, gdy kładła na biurku potencjalnego przełożonego swoje papiery. Przecież nie miała prawa żyć.
     Dobiegał końca kolejny beznadziejny dzień. Do obskurnego pokoiku, w którym pomieszkiwała z przypadkowo poznaną dziewczyną, wróciła jak zwykle z kwitkiem. Bezsilność ją zabijała skuteczniej mógł to zrobić yenni z bronią w garści.
     – I jak? – Gina energicznie mieszała w mocno sfatygowanym garnku postawionym na elektrycznej płytce. – Znów nic?
     Anna nie odpowiedziała, pokręciła tylko głową i ciężko opadła na posłanie w swoim kącie.
     – Nie martw się, w końcu coś dostaniesz. Nie uwierzysz co znalazłam. – Triumfalnym gestem potrząsnęła malutką puszeczką. – Pewnie solidnie przeterminowany, ale co tam. Dzisiaj będziemy mieć pomidorówkę. – Szeroki uśmiech ozdobił twarz współlokatorki.

20.04.2015

15 godzin... cz.4

Świeżyzna bez wstępów, pogadankę zostawiam tym razem na koniec...



     Ogarniająca go ciemność była nieprzenikniona, gęsta, dusząca i tylko jeden punkt w niej jaśniał osobliwym blaskiem. Właściwie dwa... Dwoje oczu, bardzo, bardzo błękitnych oczu. Nie istniało nic więcej, tylko ciemność i one. Nie chciał ich widzieć, nie chciał o nich pamiętać, ale zawsze tam były, ilekroć obejrzał się za siebie. I patrzyły na niego z wyrzutem. Próbował przepłoszyć je wrzaskiem. Nie reagowały w żaden sposób. Patrzyły na niego niczym nieme oskarżenie. Rozczarowane, zawiedzione, smutne...
     Sen powtarzał się po każdej akcji i choć, w porównaniu z tym, z czym mieli do czynienia wykonując obowiązki, nie było w nim niczego przerażającego, działał jak koszmar. Zdarzało się, że zbudził kogoś ze współtowarzyszy, bo jak w gorączce rzucał się po łóżku, czasem nawet krzyczał przez sen. Teraz też z tej cholernej ciemności wyrwał go ostry kuksaniec.
     – Kurwa, Odd, zamknij się, bo wszystkich pobudzisz. – Ściszony szept Geena dotarł do niego zanim na dobre otworzył oczy i dostrzegł zarys sylwetki kolegi, który przykucnął przy jego pryczy.
     – Dzięki... – mruknął.
     – Nie ma za co. Wszyscy miewamy koszmary. Uroki wojny.
     Geen owinął się kocem i odwrócił plecami na swoim łóżku.
     – Śpij i daj spać innym.
     Tak, dokładnie tak. Nie do końca chodziło tu o przyjaźń, czy bodaj jej namiastkę. Potrzebowali odpoczynku, wszyscy.

04.02.2015

Blog Roku 2014 - głosowanie

Jak w ubiegłym, tak i w tym zapisałam bloga do konkursu... Bo czemu nie. Głosowanie trwa od wczoraj, przez tydzień, czyli do 10 lutego do godziny 12.00. Każda osoba może oddać jeden głos poprzez wysłanie smsa o treści J11216 na nr 7122. Koszt smsa:1,23 zł.

Nie proszę, nie domagam się, ale nie ukrywam, że gdyby kilka głosów "z zewnątrz" zostało oddanych, byłaby to dla mnie jakaś motywacja. A brak tej ostatniej szczególnie mi doskwiera.


Niezależnie, liczę na kolejny rok dobrej zabawy z pisaniem, blogiem i Wami...
Do następnego wpisu zatem :)





22.01.2015

Zieleń cz.2

Druga i ostatnia część tego tekstu... Bo takie krótkie cóś jest. I oczywiście czekam teraz grzecznie na obiecany pater noster od Małpka. Nie powiem, sama jestem ciekawa, co spaprałam tym razem i za co oberwę. Oczywiście, nie licząc bzdetów w postaci literówek, ani nawet zbrodni, za którą pewnie z piekła nie wylezę, czyli źle postawionych przecinków :D


     4
     Tłoczyły się wokół coraz bardzie wysuszonych i poskręcanych zwłok. Poszturchiwały się, warczały na siebie nawzajem i popiskiwały żałośnie. Szczątki  w kilkanaście sekund zamieniły się w kruchy chrust, kupkę śmieci którą porzuciły niezadowolone, że tak prędko musiały zakończyć ucztę. Najodważniejsza z nich wyprostowała się i podniosła wzrok ku Przywódczyni, stojącej obok, z krwistym spojrzeniem, utkwionym w nieokreślonym punkcie gdzieś nad ich głowami.
     − Jesteśmy głodne – syknęła. – Obiecałaś nam ucztę, a dostałyśmy ledwie przekąskę.
     Pogardliwie trąciła stopą kupkę kości. Któraś z nich pękła z suchym trzaskiem. Czerwonooka uniosła wargi, w drapieżnym grymasie odsłaniając zęby i warknęła ostrzegawczo, przywołując do porządku niesforną towarzyszkę. Ta zacisnęła usta i cofnęła się do reszty stada.
     − Dotrzymuję obietnic. Zawsze. Chodźcie, pora zaprosić resztę gości.

     Przejście przez gęsty las zajęło im ledwie kilka sekund. Gąszcz nie mógł ich przecież powstrzymać, nie ograniczał ich, był częścią ich magii.
     Znów zebrały się na krawędzi klifu, wygłodniałym wzrokiem pożerając statek. Czuły zapach ludzkiego życia, słyszały delikatny szum krwi krążącej w żyłach i słyszały bicie serc. Wielu serc. Załoga była wyczerpana, ale wciąż jeszcze dość silna i żywa, by mieć im wiele do zaoferowania.
     Stojąc w cieniu drzew, kryte w ich gąszczu wygłodniałym wzrokiem wpatrywały się w statek kołyszący się swobodnie na gładkiej ciemno-szmaragdowej toni. Powierzchnia wody ledwie się marszczyła, tworząc drobne fale, które leniwie rozlewały się na brzegu wąskiej plaży.
     Drapieżny uśmiech znów zagościł na twarzy Przywódczyni. Uniesione, karminowe wargi ponownie odsłoniły białe zęby, czerwone oczy zalśniły złowrogo. Uniosła smukłą dłoń, jakby chciała wskazać jednostkę zakotwiczoną w zatoczce. Usta poruszały się, gdy bezgłośnie wypowiadała tylko sobie znane słowa.

16.01.2015

Zieleń cz.1

Kochani, połowa stycznia za nami, czas ucieka nie ma na co czekać. Pora zainaugurować rok konkretnie a nie tylko marudzeniem. I tak, na pierwszy ogień w tym roku poleci "Zieleń", opowiadanie, które miało wylądować gdzie indziej, ale z pewnych przyczyn trafi tu, na bloga i w jeszcze jedno miejsce w niedalekiej przyszłości i o tym będzie innym razem. Tymczasem teraźniejszość jawi się konkursem na bloga roku, w którym biorę udział, o czym informuje banerek na pasku bocznym. Po lewej stronie.

A teraz już przechodzimy do konkretów i do pierwszej części opowiadania "Zieleń". Dla uspokojenia dodam tylko, że to opowiadanie jest po pierwsze krótkie, zawiśnie tu w dwóch częściach, po drugie absolutnie ukończone, więc część następna zostanie opublikowana po niedzieli bez żadnych terminowych obsuwów tym razem.

Start
  
     1
     – Ziemia! Ziemia na dziesiątej!
     Krzyk dobiegający z bocianiego gniazda sprawił, że bezruch panujący na statku, bezwładnie dryfującym z morskim prądem wreszcie został złamany. Z kątów wypełzli wycieńczeni, zrezygnowani i apatyczni załoganci. Zawiśli na bakburcie, wbijając spojrzenia w horyzont, choć z perspektywy pokładu nie mogli widzieć tego, co z góry dostrzegał obserwator.
     Stężałe w napięciu twarze, przekrwione białka pustych od beznadziei oczu, spękane od pragnienia usta, a w nich krwawiące od szkorbutu dziąsła i chwiejące się zęby. Zesztywniałe języki utrudniały mowę, zamieniając ją w trudny do zrozumienia bełkot, więc nie gadali po próżnicy. Twarde, marynarskie dłonie zaciskały się kurczowo na relingu, a na nich, na napiętej skórze pokrytej siateczką zastrupiałych pęknięć, obok starych tworzyły się nowe, krwawiące ranki.
     Wszyscy pogodzili się już z nieuchronnym losem. Najpierw nagła burza, która uszkodziła ster, zniszczyła część żagli i pozbawiła statek przedniego masztu. Złamany też został bukszpryt, a wściekłe fale uszkodziły płetwę sterową. A gdy rozszalałe morze wreszcie się uspokoiło nastała cisza.
     I w końcu ten dziwny, nieznany prąd, który pochwycił statek i niósł go w nieznane. Dosłownie, bo jedynie w przybliżeniu, obserwując słońce i gwiazdy nocami byli w stanie określić kurs. Kompas zwariował i kręcił się w kółko, nie wskazując niczego. Jedyne, czego byli pewni to, że prąd niesie ich coraz dalej uczęszczanych szlaków i znanych, żeglownych akwenów. W nieznane, które pragnęliby jednak poznawać na własnych warunkach.
     A teraz wód, na których się znaleźli nie opisano w żadnej locji, ich bezmiar zdawał się nieskończony i nie spodziewali się, by na ich drodze stanęła bodaj marna skała, o którą mógłby się roztrzaskać kadłub, a oni znaleźliby godną, marynarską śmierć. A tu nagle... Ziemia? Nadzieja?

13.01.2015

Na gorąco...

     Kochani, ja żyję w przekonaniu, że mój blog do nazbyt popularnych nie należy, a ponieważ ja nie należę do osób z parciem na popularność, zupełnie mi ten stan chwilowej stagnacji nie przeszkadzał. Ze wstydem znajduję korespondencję, z której wynika, że jednak są osoby, które zaglądają i których cierpliwość wystawiam tym swoim przekonaniem i niefrasobliwością na próbę. W związku z tym winna jestem Wam wszystkim, zarówno cichym jak i aktywniejszym czytelnikom, słowo wyjaśnienia. Otóż nic gorszego nie ma jak się, człowiek zabierze za ciąganie kilku srok za ogon na raz. I tak ja zaangażowałam się w kilka projektów, a teraz gonię w piętkę. Z jednego już się wycofałam. Pozostałe na tę chwilę stoją pod znakiem zapytania i są zawieszone. Co dalej się wydarzy zobaczymy.

     Niestety ponieważ jestem osobą dość emocjonalnie podchodzącą do wydarzeń, które dotyczą mnie i moich przyjaciół, sporo energii i czasu wyciągnęła ze mnie nieprzyjemna i żenująca sprawa rozkręcona przez pewną histeryczkę, której imienia nie wymienię, ani nie wskażę namiarów na nią, żeby nie dawać jej narzędzi, do rozkręcania kolejnej draki, tym razem na blogach. Ta żałosna sprawa nadal pozostaje otwarta, mimo iż doprowadzono do poblokowania nam profili, ale mamy nadzieję, że ostateczne jej wyjaśnienie i zamknięcie jest kwestią krótkiego czasu.

     W tej chwili jestem też trochę zajęta wysyłką tekstu. Jest to moje pierwsze podejście i mam trochę tremy. Z drugiej strony mam świadomość, że czas oczekiwania na odpowiedź należy liczyć w miesiącach, do pół roku nawet, więc zanim ktokolwiek się odezwie zdążę się pozbierać. Biorę też oczywiście pod uwagę, że nie odezwie się nikt. Ale wtedy zawsze mam zanadrzu powrót z tekstem tutaj ;).

     Wszystko to i sprawy osobiste, złożyło się na to, że tu był zastój. I mam nadzieję, że tym razem słowo "był" będzie miało moc sprawczą. Dziś dostałam komentarz, z zapytaniem o kontynuację "Kontredansa". Odpowiadam więc, tak to opowiadanie będzie kontynuowane i nie jest zawieszone. Podobnie jak nie jest zawieszone "15 godzin...", ani żaden inny tekst, z którym do tej chwili weszłam na bloga. Potrzebuję jedynie jeszcze trochę czasu żeby się ogarnąć. I nie mogę obiecać, że pierwsza kontynuacja jaka się pojawi (prawdopodobnie nastąpi to w przyszłym tygodniu) będzie kontynuacją "Kontredansa". "Kontredans" jest, bądź co bądź, komedią, a ja, biorąc pod uwagę wszystkie ostatnie zdarzenia, raczej jestem w morderczym nastroju. Dlatego ze swojej strony stawiam raczej na "15 godzin...", albo jakiś inny tekst, w którym będę mogła bezkarnie kogoś zamordować, najchętniej zbiorowo, dając w ten sposób upust emocjom i frustracji.

     Obrazek załączam adekwatny. Tak właśnie ostatnio wyglądam i tak się czuję... Ot co. I tylko proszę mi nie współczuć, ja się tu bynajmniej nie skarżę. Jestem z tych wyznających zasadę: co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Dlatego, choć pewnie moich wrogów to zmartwi, powrót do opowiadań nastąpi niebawem. Na dniach powinno się pojawić opowiadanie, które wycofałam z projektu wydawniczego. I mam nadzieję, że to będzie takie przełamanie marazmu. Potem już powinno być tylko lepiej.