Zgodnie z obietnicą...
Dzisiaj wybierzemy się do Dioridy i przedstawię Wam Bottę, króla Aurów. W tej akurat części "Dzikich łabędzi" Botta niewielki ma wpływ na wydarzenia, nie mniej jest wodzem, któremu podlega Melta i przyjacielem jego ojca, dlatego sądzę, że odrobinę możemy się tej postaci przyjrzeć. Będzie okazja poznać go lepiej, gdy skończymy z Yave, ponieważ Botta ma swój własny epizod w DŁ.
Diorida, choć w porównaniu z wielkimi starymi miastami Barthii była maleńkim grodem, przybywającej do niej z pomniejszych miejscowości młodzieży, zdawała się ogromną metropolią.
Nammas i tego roku posłało w doliny niewielki oddzialik
rekrutów. Większość członków tej grupki nigdy dotąd nie opuszczała Nammas i
teraz z dreszczykiem zaciekawienia oglądali pierwszy raz w życiu miasto. Jak
sięgała ich młoda pamięć, wielkim zdawał im się królewski dwór w rodzinnej wsi.
Teraz w zdumieniu rozdziawiali gęby, podziwiając ogrom dioridzkiego zamku, w
całości budowanego z kamienia, z wieżycami i zwodzonym mostem przerzuconym nad
głęboką fosą.
Tylko cześć grodu otoczona była murami. Diorida była nowym
miastem i murów wciąż jeszcze nie ukończono. Tu na południu kraj był spokojny i
bezpieczny, nie było więc pośpiechu.
Na zamkowym dziedzińcu Botta, władca kraju Aurów lustrował
nowo przybyłych kandydatów na królewskich Gwardzistów.
– Arut dzieciaków mi tu przysłał. Mężczyzn widać do innej
niż wojaczka roboty w domach zatrzymał – roześmiał się Botta, wodząc
spojrzeniem po prężących się na baczność młodzikach.
– Pół roku i wyjdą na ludzi.
– Ba, pod twoją ręką Rokko, na pewno. Bierz ich i nie
rozczulaj się. Potrzeba nam ludzi sprawnych i dobrze...







