No i mamy już trzecią dekadę marca, zdawałoby się wiosna na progu a u mnie zaspy po kolana. Aż się boję co się będzie działo, jak przyjdzie ocieplenie, a jeśli brać pod uwagę, jak ostatnimi czasy pogoda jest kapryśna, to pewnie przyjdzie z dnia na dzień temperatura oscylująca w okolicach letniej. I jak teraz zaspy po kolana tak zrobi się po kolana błotko. Niezbyt kusząca perspektywa, ale cóż. Siła wyższa.
Tymczasem w oczekiwaniu na koniec zimy (taki naprawdę, a nie że nagle z powrotem wyskakuje zza węgła i szczerzy zęby) marcowa wrzuta...
poprzedni fragment
Ocuciło mnie zimno.
Leżałam na czymś wilgotnym, twardym, ale jednocześnie zbyt miękkim jak na
skałę. Ostrożnie pomacałam palcami... Ziemia, zwykła, ubita, goła gleba. Nic
dziwnego, zmarzłam.
Ostrożnie uchyliłam
powieki. Nie zalał ich słoneczny blask, jak się obawiałam, ale na pewno nie
była to nocna ciemność. Po prostu, dookoła było ponuro i szaro.
A gdzie się podziało
słońce, które zapamiętałam? Jak długo leżałam nieprzytomna? Nagle poczułam, jak
mrozi mnie chłód, nie taki jaki kąsał ciało. Taki skręcający wnętrzności,
zaciskający gardło, lęk. Bo jeśli moja pamięć się nie myliła to zostałam
porwana przez jakiegoś latającego potwora, który zranił mnie w dłoń i... I
właściwie dalej to nie wiem co się zdarzyło.
Może już byłam martwa?
Ale czy po śmierci człowiek odczuwa takie rzeczy jak zimno i strach? Czy w
ogóle coś odczuwa? Myśli? Podobno nikt tego nie wie, ale powiada się też, że
śmierć jest końcem wszystkiego co bolesne, doczesne i trudne, więc jeśli byłam
martwa nie powinnam czuć niczego co jest nieprzyjemne, a bez wątpienia ani
strach, ani przenikliwe zimno nie są miłymi odczuciami. Czyli jednak żyłam. Nie
zostałam zabita ani chyba, poza dłonią, poważniej zraniona, skoro nie czułam
bólu. Może ten potwór zrobił co chciał i kiedy przestałam mu być potrzebna
zwyczajnie mnie wyrzucił? Albo zostawił sobie na później? Jeśli tak, to
zdecydowanie wolałabym tę pierwszą możliwość. Nie otwierałam jeszcze oczu,
nawet starałam się nie poruszać.

