WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

09.10.2014

Yave cz.24 (18+) - zakończenie

Jak zapewne zauważyliście, zepsułam sobie obrazki na blogu. Coś tam już w tej sprawie podziałałam i być może łaskawie zechcą wrócić same. Gdyby jednak nie zechciały, przytargam je tu ręcznie i przemocą, ale zajmie to pewnie trochę czasu. To tak od strony techniczej...

A od strony merytorycznej, bo to wszak blog literacki (:D) Dziś żegnamy się z Yave. To znaczy, że dziś wpis ostatni z należącego do niej epizodu "Dzikich łabędzi". Choć znam takich, co by polemizowali, twierdząc, że tak po prawdzie "Yave" należy do Melty a nie do Yave. Ale to tylko takie tam dywagacje na temat... Tak czy siak, pora się z nimi rozstać. Zapraszam zatem na nieco może przydługie pożegnanie, ale uznałam, że dzielenie tego niczemu, by się nie przysłużyło. Ci, którzy są wrażliwi i łatwo się wzruszają niech zaopatrzą się w chusteczki ;).

poprzedni fragment

     Ubrała pośpiesznie najpierw siebie potem chłopca. Pozbierała rzucone niedbale w kącie rzeczy Melty. Poskładała je starannie i po chwili wahania wraz z butami po cichutku zaniosła wszystko do sąsiedniej izby. Ułożyła ubranie w nogach łóżka. Nie oparła się przy tym prześlizgnąć wzrokiem po ogromnej sylwetce niedbale przyrzuconej kołdrą.
     Nadal spał twardo. Muskularna pierś unosiła się i opadała jednostajnie, z każdym, głębokim oddechem. Sen wygładził rysy i na obliczu malował się błogi spokój, a nawet lekki uśmiech błąkał się na ustach.
     Odwróciła wzrok i wycofała się równie cicho, jak tu weszła. Prócz tego, że śpiący człowiek zawsze wygląda jakoś tak niewinnie i bezbronnie, nie ulegało wątpliwości, że jemu ta noc przyniosła mnóstwo zadowolenia. A ona?
     Przyjechał tu w środku nocy... Rozgniewany... I zażądał prawdy. Powiedziała mu, bo przyparł ją do muru, nie pozostawiając wyboru. Potem wziął ją, nie dopuszczając oporu i sprzeciwu. Tak, jak kiedyś... Lecz czy istotnie przyjechał tu dla niej? Czy raczej tylko dlatego, że chciał swego syna? Zna już prawdę, co zrobi teraz, kiedy się obudzi?
     Potrząsnęła głową, próbując odgonić niepewność i lęk. Ale choć ręce mogła zająć pracą, jakąkolwiek, to myśli i tak uparcie biegły swoimi ścieżkami, nie dopuszczając spokoju. Karmiąc chłopca, przyglądała mu się jakby chciała na zapas nasycić oczy jego widokiem. Nie potrafiła uwolnić się od lęku, że być może właśnie utraciła jedyny sens swego życia.
     Kiedyś, nagle zniknął z niego Melta, ale wtedy okazało się, że ma Ireda. Teraz znikną obaj... Ona zostanie sama... Sama... Nawet Ukera już nie ma, by mogła się ze swoją rozpaczą schronić w jego opiekuńczych ramionach. Jak wtedy da radę żyć?
     Nie da rady... Tego jednego była pewna. Jeśli Melta zabierze Ireda, nie da rady. Nawet nie będzie próbować, bo nie będzie po co.

     Szybko uporała się z porannymi obowiązkami. Nie miała licznego inwentarza, więc nie zajęło jej to wiele czasu.
     Kiedy wróciła z Iredem do domu, korzystając z chwili, że malec zajął się zabawkami, które wcześniej wysypał z koszyka usiadła i jak to miała w zwyczaju przed południem, zajęła się szyciem.

***
     W izbie panowała cisza, ale spoza lekko uchylonego okienka dobiegał świergot ptaków.  Nie otwierał jeszcze oczu. Uśmiechnął się do siebie, wracając myślami do chwil tuż przed snem. Wyciągnął ramię, by ją objąć, przytulić się do niej...
     Trafiło w pustkę.
     Usiadł i rozejrzał się. W izbie oprócz niego nie było nikogo.  Jego ubranie, starannie poskładane, leżało na pustym miejscu na łóżku, a obok łóżka równiutko, „na baczność” stały buty. Przez zamknięte drzwi, z drugiego pomieszczenia, dochodziły stłumione głosy, kobiety i dziecka.
     Odrzucił okrycie, przeciągnął się i ubrał, potem powoli uchylił drzwi i zajrzał do kuchni. Wstrzymał oddech i korzystając, że nie zauważywszy go jeszcze zachowywali się zupełnie swobodnie, obserwował oboje ze wstrzymanym oddechem.
     Yave siedziała koło okna, zajęta szyciem. Mały na podłodze, zajęty zabawkami, szczebiotał coś do niej, jednocześnie usiłując wcisnąć klocek przez niewielki otwór w górnej części koszyka. Niestety miał problemy z wpasowaniem go w światło, tak by przedmiot chciał przezeń przejść. Yave odłożyła robotę i z pobłażliwym uśmiechem przypatrywała się zmaganiom malca. Wreszcie dzieciak zezłościł się i zniechęcony cisnął klockiem. Kobieta pochyliła się i połaskotała go delikatnie. Złość natychmiast zastąpił radosny chichot.
     Chłopczyk stracił zainteresowanie zabawkami i usiłował teraz wdrapać się Yave na kolana. Podniosła go i usadziła wygodnie twarzą do siebie, zaczęła nucić jakąś prostą melodię. Chwyciła rączki dziecka i klaskała nimi do rytmu.
     Melta długą chwilę przyglądał się tej scence ze ściśniętym ze wzruszenia gardłem.
     Powinien być tutaj, gdy ona go urodziła. Patrzeć na nią, jak przystawiała niemowlę do piersi... Jego kobieta... Jego dziecko... Jego rodzina...

     Westchnął bezwiednie i przy tym wystarczająco głośno, by zakłócić oglądaną sielankę.
     Yave podniosła wzrok ponad dziecięcą główką i natychmiast napotkała spojrzenie czarnych oczu, wyzierających spod ściągniętych w skupieniu brwi. Moc i determinacja we wzroku Melty utwierdziła ją natychmiast w przekonaniu, że podjął decyzję, która zaważy na reszcie jej życia. Jaką?
     Żeby odpędzić panikę odetchnęła głęboko i podniosła się z ławy, chłopca stawiając na podłodze. Wykrzywiła usta w grymasie, który miał być uśmiechem.
     – Wstałeś... – odezwała się pierwsza. Nie udało się jej opanować drżenia głosu.
     Nie potrafiła też ukryć nieufności. Bo ciągle jeszcze mu nie ufała. Bała się, że ją skrzywdzi, a przecież... Z dezaprobatą nieznacznie pokręcił głową. Nie chciał widzieć tego strachu w jej oczach. Sprawiał mu ból.
     Przeniósł spojrzenie na dziecko.
     – Najwyższy czas – mruknął, wchodząc do kuchni. – Chyba już południe...
     – Do południa jeszcze daleko. Usiądź przy stole, pewnie jesteś głodny...

     Żebyś wiedziała, jak bardzo... Miał ochotę objąć ją i rozgnieść usta pocałunkami, wygnać z oczu i głosu lęk, nieufność. I pewnie by to zrobił, gdyby pomiędzy nimi nie było tego całego bałaganu na podłodze i dziecka z zapałem grzebiącego w zabawkach. Nim Melta zdążył obejść to dookoła ona już była przy piecu i szykowała dla niego jedzenie.
     Chcąc nie chcąc, usiadł i czekał cierpliwie. Podała mu miskę i łyżkę, sama usunęła się na swe wcześniejsze miejsce, pod oknem i znów poza zasięgiem jego rąk. Westchnął i skupił się na jedzeniu, obserwując ją jedynie kątem oka. Nie patrzyła na niego, z uporem dźgając igłą materiał.

     – Zostawiłem wczoraj konia na podwórku – powiedział, odsuwając od siebie puste naczynie. – Muszę go rozsiodłać i opatrzyć.
     Teraz wreszcie podniosła na niego wzrok, ze zdziwieniem.
     – Sądziłam...
     – Sądziłaś, że pojadę sobie? – Uśmiechnął się łobuzersko. – Nie, Yave, jeszcze nie... Zabiorę Ireda...
     Panika odebrała jej oddech, umknęła spłoszonym wzrokiem w bok, a Melta wywrócił oczyma
     – Na podwórko, żeby ci nie przeszkadzał. – Uspokoił ją, a potem dorzucił:
     – Rozumiesz, że są sprawy, o których musimy porozmawiać. – Przyklęknął przy małym. – Chcesz zobaczyć dużego konia?
     – Konik! – zawołało dziecko z entuzjazmem. – Konik!
     – No to chodźmy. – Podniósł dzieciaka i posadził sobie na barana. Mały zadowolony uniósł rączki w górę dotykając nimi powały.
     – Uwaga na głowę! – zawołał do niego Melta.
     Wychodząc na zewnątrz, musiał mocno ugiąć nogi w kolanach i pochylić się, żeby nie zahaczyli o nadproże.

     Została sama, ze ściśniętym ze strachu żołądkiem. Wzięła kilka głębszych oddechów i opanowała gwałtowną chęć płaczu. Była zdezorientowana, szczęśliwa i przerażona zarazem. Szczęśliwa, bo wszystko co się działo było takie naturalne, normalne, jakby nie było tego całego bólu, poczucia opuszczenia i potem bezpiecznej przystani u boku kogoś innego. Przerażona, bo jednak to wszystko się zdarzyło, a teraz Melta, którego w jakiś sposób wykreśliła z ich życia, wrócił.
     Wrócił i upomni się o swoje prawa. Już się o nie upomniał. I była pewna, że z nich nie zrezygnuje.
Żeby zająć się czymkolwiek, nim wrócili, wyszorowała wszystkie garnki i zmyła podłogę. Potem, w oczekiwaniu aż mokre deski wyschnął wyszła przed dom i chwilę obserwowała Meltę turlającego się z małym po trawie. Obaj zaśmiewali się głośno. Chłopiec dokazywał, spragniony tego rodzaju zabaw, których nie doświadczał odkąd zabrakło Ukera. Yave wycofała się do domu, nie zauważona i teraz zajęła się gotowaniem.
     Jakiś czas później wszedł Melta, niosąc na rękach śpiące dziecko.
     – Wykończyłem go – sapnął z satysfakcją. – Ale przez chwilę myślałem, że będzie na odwrót. Jak ty sobie dajesz radę z tym urwisem? Sama... – Pokręcił z niedowierzaniem głową.
     – Jakoś sobie radzę – mruknęła, odbierając Ireda od mężczyzny. – Położę go – dorzuciła, znikając w sypialni.

     Wróciła do kuchni, starannie zamykając za sobą drzwi. Melta siedział pod oknem i teraz nie spuszczał z niej przenikliwego spojrzenia. Wreszcie ona zdobyła się na odwagę i spytała, z trudem panując nad głosem:
     – Zabierzesz go?
     Przez chwilę jeszcze milczał, a jego twarz przyoblekła się w powagę.
     – To mój syn, Yave. Tak, zabiorę go. Muszę.
     Stanowczy, zdecydowany głos zabrzmiał w uszach kobiety jak wyrok. Odwróciła twarz, by ukryć łzy mimo woli cisnące się do oczu. Westchnął i wyciągnął u niej ramię.
     – Chodź tutaj – rzekł, tym razem miękko i łagodnie. – No, chodź...
     Podeszła posłusznie. Objął jej kibić i posadził sobie kobietę na kolanach. Wtulił twarz w zagłębienie szyi, szepcząc:
     – Gdybyś powiedziała, choć słowo...
     – Gdybym powiedziała zostałbyś z obowiązku, nie dla mnie, Melto. Pragnąłeś mnie Melto, nie kochałeś... Tak samo jak i teraz. Jesteś tutaj, bo chcesz swego syna, nie mnie.
     Podniósł głowę.
     – Naprawdę tak właśnie myślisz? Że jesteś mi obojętna? Że chcę jedynie odebrać ci dziecko?
     – A czyż nie jest właśnie tak?
     Objął dłońmi jej twarz i przyciągnął do swojej.
     – Yave... Jak myślisz, za kim tęskniłem przez te lata, z dala od ciebie? Przecież nic nie wiedziałem o nim, ale ty... Kochałem cię już wtedy, gdy stąd wyjeżdżałem. Stchórzyłem i uciekłem, moja wina. Wydawało mi się, że słusznie czynię, każąc ci zapomnieć o sobie. Myślałem, że tak będzie ci łatwiej, więc świadomie raniłem, nie wiedząc, że ty... Zapłaciłem za głupotę bólem i zgryzotą. Żywiłem się tęsknotą i nadzieją, że mimo wszystko mnie nie posłuchasz, że będziesz czekała... – Całował usta i twarz, drżącymi palcami rozwiązując troczki gorsetu, potem spódnicy. – Skrzywdziłem cię, porzucając, wiem... I siebie skrzywdziłem... I dziecko... – Zdarł z niej koszulę i z siebie też. – Najdroższa moja... Kochanie... Wybacz mi... – Wtulił twarz między rozkoszne, nagie półkule.
     – Melto... – jęknęła, zaciskając palce na jego ramionach, a chwilę później pieściła jego kark, tuląc ciemną głowę mężczyzny do swoich piersi.
     Nie potrafiła z nim walczyć i wiedziała, że nie będzie tego robić. Cokolwiek on postanowi, ona przyjmie tę decyzję, nawet jeśli będzie oznaczała dla niej koniec życia. Ale ani jego słowa, ani czyny nie zmierzały bynajmniej do końca. Gesty i dotyk rozpalały, a słowa koiły i próbowały budzić nadzieję, której ciągle bała się dać wiarę.
     – To ciebie chcę, ciebie... Jego też, ale tylko z tobą... Nie skrzywdzę cię po raz drugi, nigdy już nie skrzywdzę...
     Mocne, męskie dłonie błądziły pieszczotliwie po delikatnej, gładkiej skórze. Podniósł się, stawiając Yave na nogach, tak by reszta jej odzieży mogła swobodnie opaść na podłogę. Z pasją tulił ją w ramionach.
     – Powiedz, że mi przebaczasz, że będziesz moja... – Wcisnął twarz w jej włosy. – Zawsze już, tylko moja...
     Wzruszenie, radość i pragnienie i ciągle jeszcze nieufność zaciskały jej gardło, ale w końcu zdołała wyszeptać:
     – Ty mi wybacz... Kocham cię...
     Drżąc w jego objęciach, podniosła głowę i odważyła się spojrzeć mu w oczy. To co tam zobaczyła, sprawiło, że nogi się pod nią ugięły. Szeroki promienny uśmiech na jego twarzy, nie triumfalny czy zwycięski, ale radosny i pełen ulgi. I zniewalający żar pożądania w spojrzeniu, którego to żaru dowód, czuła wyraźnie na swoim ciele, gdy mężczyzna przyciskał ją do siebie, tuląc mocno.
     Ogromna radość dodała pędu krwi w żyłach obojga i uskrzydliła pragnienia. Nie zastanawiając się wiele, porwał kobietę w górę i poniósł w kierunku stojącego w kącie łóżka.
     – Melto... – szepnęła spłoszona – dziecko... Obudzi się i... – wymamrotała, próbując zachować resztki zdrowego rozsądku.
     – Śpi mocno – mruknął, ignorując jej obawy i układając troskliwie na skórach. – Zmarnowaliśmy trzy lata, moja śliczna – szelmowski uśmiech rozciągnął mu usta – a nasz syn nie ma się, z kim bawić... Przydałby mu się brat... albo siostrzyczka...

     Później... długo później leżeli wtuleni w siebie, oboje szczęśliwi i już spokojni.
     – Powinniśmy wreszcie się ubrać, mały zaraz wstanie. – Yave bawiła się ciemnymi włoskami porastającymi muskularną pierś Melty.
     – Mhmm... – zamruczał jak najedzony kocur, ale nie otworzył nawet oczu i tylko zacisnął mocniej ramiona na ciele Yave.
     – Zabieram was do domu mego ojca, natychmiast – oznajmił niespodziewanie.
     Zaskoczona podniosła głowę.
     – Nie możesz! Mam tu wszystko, są zwierzęta... Nie mogę tak po prostu sobie stąd iść. To mój dom...!
     Zdawało się, że w ogóle jej nie słucha, kalkulując coś w głowie.
     – Spakujesz rzeczy Ireda, jak wstanie. Odwiozę go i wrócę po ciebie. Zabierzemy stąd wszystko, co dla ciebie ważne i co będziesz chciała wziąć. O zwierzęta się nie martw, przyślemy po nie kogoś. Zresztą za dwa miesiące i tak wyjeżdżam.
    – Co?! – Teraz zaniemówiła i szarpnęła się gniewnie, ściągając brwi. Całe jej ciało zesztywniało i napięło się jak struna. Kłamca!
     Melta, wyczuwając reakcję wywrócił oczyma.
     – Powinienem był rzec, wyjeżdżamy. Osiądziemy na północy, w zamku Dartos. Król nadał mi tytuł lorda i ziemię. Wiesz, że jestem pierwszym w linii lordów Dartos? Ired będzie drugim, bo to mój dziedzic. Opuścisz Nammas ze mną, jako moja żona, skarbie. Nie patrz tak na mnie. – Melta uśmiechnął się szeroko.      – Nie sądziłaś chyba, że cię tu zostawię.
     – Nie pytałeś mnie, czy chcę stąd wyjeżdżać!
     Gniew Yave przerodził się w oburzenie, którym mężczyzna bynajmniej się nie przejął.
     – Kochanie, to oczywiste, że zabieram cię ze sobą. Miejsce żony jest przy mężu...
     – Ale nie jestem twoją żoną!
     – Będziesz... to czysta formalność – mruknął, nie pozwalając się jej ruszyć, choć cały czas próbowała teraz wykręcić się z jego objęć. – Należysz do mnie, czyż nie?
     Lecz rozgniewaną Yave, nie tak łatwo było uładzić słówkami. Tak po prostu ją sobie teraz zawłaszczył?! Spróbowała rzucić się na niego z pięściami.
     – Ty...!
     Cudownie, przemknęło mu przez głowę. Dokładnie, jak niegdyś. Czyż nie o to właśnie chodziło? Przewrócił ją na plecy, nakrywając sobą i przygwoździł jej ręce, trzymając za nadgarstki, do poduszki nad jej głową.
     – Jesteś moja – powtórzył, patrząc z rozbawieniem w płonące gniewem, zielone oczy. – Mam ci udowodnić? Jeszcze raz? A zresztą, co mi tam... – Mruczał zmysłowo, wodząc ustami po szyi i dekolcie. – Każdej nocy będę ci udowadniał... Przez całe nasze życie... Biorę cię do niewoli, moja ty najpiękniejsza buntowniczko...
     Jęknęła, wyginając ciało w łuk i wijąc się pod nim.
     – Mowy nie ma...

     Miłosne zapasy przerwało pojawienie się Ireda. Stał w drzwiach i przyglądał się im z zaciekawieniem. Melta spostrzegł go kątem oka.
     – Oho, mamy obserwatora... – mruknął.
     Yave, zaczerwieniona jak burak, szarpnęła się nerwowo.
     – Spokojnie, bo sobie pomyśli, że próbuję cię zamordować...
     Nachylił się i całował Yave gorąco, póki nie poczuł energicznych plaśnięć małej rączki na pewnej konkretnej części swojego nagiego ciała. Podniósł głowę i roześmiał się rozbawiony:
     – Ejże! Chodź na tutaj! – Podniósł malca i posadził go między nimi na łóżku.
     Mały objął rączkami szyję matki i przylgnął do niej mocno. Melta spoważniał i przyglądał się chwilę kobiecie i dziecku, po czym objął oboje i przycisnął do siebie.
     – Jesteście moi. I nigdy już was nie opuszczę. Nigdy, póki serce bije w piersi...

***
     Sakwy z rzeczami dziecka Melta przytroczył do siodła. Yave stała obok, trzymając na rękach  malca, odzianego w najlepsze ubranko. Melta podchwycił pełne obaw spojrzenie matki, biorąc z jej ramion synka.
     – Wciąż jeszcze mi nie ufasz?
     Nie odpowiedziała, uciekając w spojrzeniem w bok. Delikatnie ujął jej podbródek i zmusił, by popatrzyła mu w oczy.
     – Spójrz na mnie Yave – powiedział cicho. – Czy wiesz, że tamte łzy w twoich oczach były moją najgorszą karą? Męką nie do zniesienia. Mogłem wymazać z pamięci każdy inny obraz, ale tamto wspomnienie nigdy mnie nie opuszczało, ani na chwilę. Każda z tych łez była jak rozpalone żelazo w moim sercu, a twoje oczy wciąż płakały... Nigdy więcej nie pozwolę, byś patrzyła na mnie tak, jak tamtego dnia. Rozumiesz? Wrócę po ciebie.
     Posadził chłopca na koniu i sam dosiadł wierzchowca.
     – Przygotuj tu wszystko i czekaj na mnie. Niebawem wrócę.

     Nie miała wyboru, musiała mu zaufać, choć żołądek miała zawiązany w supeł, gdy odprowadzała wzrokiem sylwetkę jeźdźca uwożącego jej syna, jej cały świat.

     Poukładała na stole swoje dotychczasowe życie, wspomnienia, które stąd zabierze, bo przecież nie chciała i nie mogła zapomnieć tego, co w tym życiu było dobre ani tego, który to życie ocalił.
     Nie zebrała wiele, trochę sztuk prostej odzieży i to nie było cenne, ale tych kilka przedmiotów: srebrny lichtarz na świecę, dostali go z Ukerem w prezencie ślubnym od Aruta i Illith... i trzy malutkie łyżeczki z brzozowego drewna, które Uker zrobił dla Ireda... i kołyska... trzy drewniane talerze...
     Pogładziła palcami rzeźbiony misternie brzeg jednego z talerzy. Uker w wolnych chwilach lubił zdobić wykonane przez siebie rzeczy i robił to naprawdę dobrze. Przedmioty, które wychodziły spod jego rąk były piękne. Tak jak piękne było jego serce, które szczerze pokochało ją i jej dziecko. Nie chciała zgubić o nim pamięci.

     Westchnęła, wyrzucając z serca smutek, lecz nie żal i wyrzuty sumienia. Obiecywała przecież Ukerowi, że nigdy... że Ired zawsze będzie jego synem. Jeszcze wczoraj samą siebie przekonywała, że tak właśnie jest słusznie, a dzisiaj cała ta niezachwiana pewność się rozwiała. Melta wrócił i jej świat znów stanął na głowie. A przecież gdyby Uker żył...
     Bolesna była świadomość, że gdyby teraz mogła zapytać Ukera, gdyby mogła go zapytać, co ma czynić... Wiedziała, co usłyszałaby od niego. Powiedziałby: idź za nim Yave. Gdyby żył, z pewnością walczyłby o nią, ale teraz tego właśnie chciałby dla niej. Żeby była szczęśliwa.
     Wolno obracała w palcach zasuszony pierwiosnek.
     Przyniósł go jej wkrótce po narodzinach Ireda. Położyła kwiatek obok pozostałych rzeczy i poszła do obórki, by zamknąć kozy i podrzucić porcję siana im i mułowi. Zostawi też wodę w cebrzykach, bo pewnie dopiero jutro ktoś przyjedzie po zwierzęta. Potem pogrążona we wspomnieniach czekała w domu, nasłuchując odgłosów z drogi.

***
     Gedor szedł dzisiaj do siostry w wyjątkowo ponurym nastroju. Wieści jakie miał jej do przekazania sprawiały, że raz po raz zaciskał gniewnie pięści i zgrzytał zębami. Ten łajdak, ten drań...! Jak on miał czelność się o nią dopytywać?!
     Ubolewał, że ich rozdzielono na strażnicy i nie dane mu było powybijać Melcie zębów. W swoim zacietrzewieniu i gniewie kompletnie nie brał pod uwagę różnicy wieku, doświadczenia i fizycznej przewagi tego drugiego. Że najprawdopodobniej, sam straciłby kilka zębów i nieźle oberwał przy tej konfrontacji, gdyby towarzysze do niej dopuścili.
     Miał to gdzieś, dyszał gniewem i chciał przestrzec siostrę, żeby się przypadkiem nie pokazywała we wsi z małym. Gdy zamykał za sobą sfatygowaną furtkę zauważył, że wisi trochę krzywo na starych zardzewiałych zawiasach. Pomyślał, że trzeba będzie ją naprawić. Wtedy jego uwagę przykuł turkot kół. Zaciekawiony podniósł głowę i zerknął na drogę.

     Leśnym duktem do zagrody zbliżał się niewielki wóz zaprzężony w dwa muły. Gdy jednak Gedor rozpoznał, kto powozi zaprzęgiem krew gwałtownie uderzyła mu do głowy. Twarz zrobiła się purpurowa, wargi uniosły się odsłaniając zęby, jak u szykującego się do ataku drapieżnika.
     Tymczasem Melta zatrzymał wóz tuż przed bramą. Uśmiechnął się krzywo do Gedora, żeby rozładować wrogość i spróbował zagadać:
     – Otworzyłbyś bramę, chłopcze.
     Nie spodziewał się chyba jednak, że kipiący wściekłością chłopak wykona polecenie, bo sam zeskoczył z wozu i odczepiwszy hak zabezpieczający bramę, pchnął jedno z jej skrzydeł. Nim jednak otworzył drugie, młodzik zastąpił mu drogę.
     – Po co tu przyjechałeś? Zabieraj się stąd, nikt tu nie ma ochoty z tobą gadać, łajdaku!
     Niezrażony Melta uniósł tylko brwi.
     – A zdziwiłbyś się – rzucił zadziornie. – Już w nocy tu byłem i...
     I nie zdążył powiedzieć nic więcej, gdyż pięść porywczego Gedora wylądowała na jego szczęce.

     Choć Gedor nie dorównywał Melcie posturą, ani siłą, to jednak jego cios miał swoją moc. Zaskoczony Melta zachwiał się i cofnął kilka kroków.
     – Zwariowałeś! – Huknął, językiem zbierając kropelki krwi z rozciętej wargi.
     Gedor, nie bacząc na nic szarżował dalej.
     – Powiedziałem ci, nie zbliżaj się do niej, ty...!
     Wyprowadził kolejny cios, ale tym razem Melta uchylił się i jego pieść wylądowała na twarzy Gedora. Ów ryknął jak zwierzę i rzucił się w przód, nisko pochylony, z całej siły waląc przeciwnika bykiem w splot słoneczny. Meltę odrobinę zatkało, ale nie na tyle, żeby nie dał rady, kopnięciem pod kolano, podciąć nogi młodemu. Teraz ten się zachwiał, ale zdołał utrzymać w pionie, chwytając oponenta za koszulę na piersi i wykorzystując go jako podparcie z rozmachem uderzył głową w twarz.
     Melta wrzasnął i złapał się za nos, co natychmiast wykorzystał młodzik, przewracając go na ziemię i siadając mu na piersi.
     Teraz już, równie jak Gedor wściekły, Melta przestał się hamować. Wystarczyła chwila by zrzucił z siebie młodego, przydusił jedną ręką do ziemi, trzymając go za gardło, drugą zaciśniętą w pięść wzniósł w górę i waśnie miał ją opuścić na twarz Gedora, gdy zaalarmowana ich wrzaskami, z domu wybiegła Yave. Nie zastanawiając się wiele chwyciła cebrzyk z wodą, stojący przy studni i chlusnęła na tarzających się po ziemi mężczyzn. Obaj zastygli w bezruchu i spojrzeli na nią z rządzą mordu w oczach. Ale jeśli któryś z nich sądził, że dziewczyna się wystraszy, mylili się srodze. Jej oczy ciskały gromy, gdy przenosiła spojrzenie z jednego na drugiego.
     – Do domu! – Kategorycznie wskazała za siebie ręką. W drugiej ściskała kabłąk pustego już cebrzyka, z miną mówiącą dobitnie, że każdy, kto ośmieli się okazać nieposłuszeństwo na własnej głowie sprawdzi twardość sprzętu.
     – Do domu, powiedziałam! Ale już! Obaj! – Potrząsnęła groźnie swoją bronią.

     Pierwszy drgnął Gedor.
     – Złaź ze mnie bydlaku – syknął, próbując strząsnąć wciąż siedzącego na nim Meltę.
     Ten spojrzał na chłopaka ze złością.
     – A co? Masz już dość, gówniarzu? – warknął.
     – Milczeć! Nie chcę słyszeć ani słowa! – wrzasnęła Yave na obu, przerywając zawiązującą się konwersację. – Jazda do domu!
     Chcąc nie chcąc, poczłapali niechętnie za nią, łypiąc na siebie wrogo. Gedor trochę utykał na jedną nogę, Melta językiem sprawdzał stan zębów i rozcierał ręką poobijane żebra.
     Gdy tylko znaleźli się w izbie Yave zakomenderowała:
     – Tam siadaj! – Wskazała bratu ławę pod oknem. – A ty tam! – Melcie wskazała stołek koło pieca, pod drugą ścianą.
     – Yave... – spróbował się odezwać Gedor, ale natychmiast zmroziła go spojrzeniem.
     Melta próbował się kpiąco uśmiechnąć, natychmiast jednak przypomniała o sobie pęknięta warga i skończyło się jedynie na skrzywieniu ust i bolesnym syknięciu. Yave dotknęła jego twarzy, badając obrażenia.
     – Kompletni idioci – burknęła i podeszła do Gedora, by teraz obejrzeć jego.
     – To nie ja zacząłem – rzucił oskarżycielsko Melta.
     – Powiedziałem ci, żebyś się trzymał od niej z daleka – odpyskował natychmiast Gedor.
     – A ja powiedziałam, żebyście się obaj zamknęli! – Stanęła pomiędzy nimi. – Co wy sobie myślicie?! Jesteś moim jedynym bratem, Gedorze – spojrzała na niego czerwona z gniewu – a ty jesteś... – spojrzała na Meltę i zawahała się.
     – Jestem twoim mężem i...
     Wywróciła oczyma i przerwała mu:
     – Chcesz być moim mężem... Będziesz. Ale ja nie będę pomiędzy wami wybierać! Zrozumieliście?!
     Gedor poderwał się ze swojego miejsca.
     – Chcesz za niego wyjść?! Spałaś z nim?!
     – Ma ze mną dziecko, dzieciaku – prychnął Melta – pewnie, że ze mną spała.
     – Ty draniu! Znów jej chcesz namieszać w głowie i...! Zatłukę cię!
     Rzucił się w kierunku starszego od siebie mężczyzny z zaciśniętymi pięściami, ale nie sięgnął go, bo wpadł na Yave, która nagle znalazła się pomiędzy nimi. Pchnięta przez rozpędzonego brata wylądowała na kolanach Melty. Gedor zatrzymał się, a dziewczyna zerwała się na równe nogi. Melta też, odsunął Yave na bok i dysząc z gniewu wysapał:
     – Mało ci mojej obitej gęby, szczeniaku?! Siostrę też chcesz bić?!
     – Od mojej siostry ci wara!
     Cierpliwość Yave się wyczerpała, Nie miała najmniejszej ochoty stać się buforem pomiędzy dwoma rozjuszonymi przeciwnikami.
     – Dosyć! – Tupnęła ze złością. – Mam dosyć was obu! I niech żaden się do mnie nie zbliża!
     Trzasnęła za sobą drzwiami i tyle ją widzieli.

     W kuchni zapadła niezręczna cisza. Mierzyli się nawzajem wściekłymi spojrzeniami, pięści obaj wciąż mieli zaciśnięte, ale wyglądało na to, że chęć pourywania sobie łbów chwilowo się ulotniła.
     – I co braciszku? Zadowolony jesteś? – syknął zjadliwie Melta.
     – Lepiej się zamknij. – Gedor wrócił na ławę pod oknem i zajął się obmacywaniem opuchniętego oka .
     Melta wziął w rękę lniany ręcznik rozdarł go na dwie części, obie zmoczył, wyżął i jedną rzucił Gedorowi.
     – Trzymaj. Przyłóż do tego oka.
     – Wypchaj się... – odwarknął młodzik, ale zrobił co poradził Melta.
     Ów zaś ostrożnie ocierał z zaschniętej krwi rozciętą wargę. Starszy i bardziej doświadczony przez życie niż Gedor, szybciej niż on zapanował nad wzburzeniem i gniewem.
     – Tak nie można, Gedorze. To nie ma sensu... – zaczął pojednawczym tonem.
     – Pewnie, że nie – prychnął młody. – Czego znów od niej chcesz? Zostawić ją z kolejnym dzieciakiem?
     – Bogowie... – westchnął ciężko Melta. – Czy do ciebie nie dociera, że kocham twoją siostrę? I ona mnie też, ty durniu. I nie zostawię jej tylko dlatego, że ty mnie nie cierpisz. Zresztą, mniejsza o mnie. Skoro ty sam ją kochasz i tak bardzo leży ci na sercu jej szczęście, to może nie próbuj jej unieszczęśliwić, pozbywając się mnie.
     – Jakby mnie nie powstrzymali na strażnicy, to bym ci złoił tam skórę i...
     Zamknął się pod drwiącym spojrzeniem Melty.
     – Dałbyś spokój. Dobrze wiesz, wziąłbyś takie baty, że do końca życia byś pamiętał.
     – Może, ale ty też byś zapamiętał.
     – Może, ale za kilka dni Yave będzie moją żoną. Naprawdę chcesz, żeby musiała między nami wybierać? Ona chyba tego nie chce.

     Gedor nie od razu odpowiedział. Odwrócił głowę i wbił wzrok w okno. Opanowanie silnych emocji zajęło mu chwilę i dopiero po jakimś czasie się odezwał:
     – Kiedy powiedziała, że chciała się zabić... z twojego powodu... – Potrząsnął lekko głową i ściągnął brwi. – Gdybyś wtedy był w Nammas Melto, już byś nie żył. Mimo, że jesteś ode mnie starszy i silniejszy, nie żyłbyś.
     Melta westchnął po raz kolejny.
     – Gdyby ona mi powiedziała, od trzech lat byłaby moją żoną. Nawet bym się nie zastanawiał.
     – Bolało co? – Gedor uśmiechnął się z ponurą satysfakcją. – Jak ona wyszła za innego...
     – A żebyś wiedział. Jak jasna cholera...
     – Co teraz zrobisz?
     – Jak to co? – Wzruszył ramionami. – Ożenię się. Potem zabieram ją na północ.
     – Północ? – Gedorowi zaświeciły się oczy.
     – Przenosimy się tam, ja i moi ludzie. Wróciliśmy do Nammas po rodziny. Pokaż to oko. – Podszedł i przytrzymał twarz Gedora obracając ją do światła, by przyjrzeć się dokładniej. – Nie jest źle, ale obawiam się, że tym razem do wesela się nie zagoi – zakpił półżartem.
     – Obawiam się, że ciebie też to dotyczy – odciął się Gedor.
     – Taa... – Melta przyłożył chłodny, mokry kawałek ręcznika do obolałej twarzy. – Kto by się tym przejmował...
     – A na tej północy – Gedor nie potrafił powstrzymać ciekawości – to co?
     – Dostałem włości i ludzi... – Zmrużył oczy i skupił wzrok na młodziku. – Ludzi wciąż mam mało... – mruknął, jakby do siebie.
     – Melto... – Gedor, chciał wyraźnie coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedział, w jakie słowa rzecz ubrać. – Bo...
     Melta uniósł brwi, ale nie przerywał mu, pozwalając skupić myśli i szukać właściwych słów.
     – Tak mi przyszło do głowy... Pomyślałem sobie, że...

***
     Wparowała do obórki i trzęsąc się ze złości usiadła na snopkach słomy złożonych pod ścianą. Jak oni mogą być tacy bezmyślni? Mężczyźni! Pomyślała z sarkazmem. Niby dorośli, poważni, a zachowują się jak małe dzieci! Wytężyła słuch... Z domu nie dochodziły żadne odgłosy. Ani łomoty, ani wrzaski. To mógł być dobry znak, ale jednocześnie jeśli po jej wyjściu wzięli się za łby, to nie wykluczone, że są tam w tej chwili jedynie zwłoki do uprzątnięcia. Trudno, zacisnęła zęby, oni muszą to załatwić między sobą sami. Albo się przy tym pozabijają, albo dojdą do jakiegoś porozumienia. Innego wyjścia nie ma.

     Słońce już prawie skryło się za lasem, kiedy usłyszała odgłos zbliżających się kroków. Napięta jak struna, utkwiła wzrok wejściu. Ktokolwiek się zbliżał, zżerał ją niepokój o tego, który został w domu.
     W drzwiach stanął Melta. Padające z tyłu światło nie pozwalało dojrzeć rysów twarzy, ale rozpoznała jego wysoką, potężną sylwetkę. Podniosła się ze swego miejsca i niepewnie przełknęła ślinę, czekając na słowa, bo jakieś musiały przecież paść.
     Uśmiechnął się, widząc jej minę.
     – Chodź do domu, skarbie, późno już.
     – Gedor? – zapytała słabym głosem.
     – Robi coś do jedzenia, bo zgłodnieliśmy. Też pewnie jesteś głodna.
     Przymknęła powieki i odetchnęła z ulgą. Melta roześmiał się i przygarnął ją do piersi. A ona, dając ujście napięciu, rozpłakała się.
     – No coś ty? – Ocierał kciukiem łzy płynące po policzkach. – Nie biliśmy się już, jak poszłaś, naprawdę. Tylko pogadaliśmy sobie. No już nie płacz... Przysięgam, że nigdy już nie będziemy się bić i Gedor też przysięgnie, bo jak nie, to złoję mu skórę.
     Musiała się uśmiechnąć.

***
     Popłynęło wiele łez, kiedy kilka tygodni później, całkiem spora karawana jeźdźców, piechurów i jucznych zwierząt opuszczała Nammas wraz z niewielkim oddziałem Melty. Płakali ci, którzy zostawali, żegnając przyjaciół i ci, którzy opuszczali starą osadę, by rozpocząć nowe życie w odległym Dartos.
     W sercach nadzieje mieszały się z obawami, bo nie było przecież tajemnicą, że pogranicze pełne jest niebezpieczeństw i życie na nim trudno nazwać sielanką. Ale ci, którzy wyjeżdżali zabierali ze sobą wiarę, że dadzą sobie radę z wszelkimi przeciwnościami. Planowali jeszcze dwu, trzytygodniowy postój w Dioridzie, skąd mieli zabrać zapasy i wszelkiego rodzaju sprzęt, czy to rolniczy, czy rzemieślniczy, wszystko co komu będzie potrzebne, a znajdzie czas i środki by rzeczy nabyć. Dalsza podróż na północ miała już być wygodniejsza, bo z Dioridy wyruszą wozami.

     W orszaku panował harmider czyniony głównie przez, podekscytowane perspektywą dalekiej drogi, dzieci. Ponieważ ta dopiero się zaczęła, nie zdążyła ich jeszcze znużyć i matki z trudem panowały nad dziatwą. I co rusz, ojcowie co niesforniejszych smyków musieli je wspierać swoim autorytetem.
     Yave siedziała na jednym koniu z Meltą, za nim, a on, przed sobą na siodle, trzymał Ireda. Nie czuła się najlepiej, ale z uporem utrzymywała, że nic jej właściwie nie dolega. Tymczasem Melta, tym razem uważał na wszystko co jej dotyczyło i choć nie dopytywał się o nic, wiedział swoje. W każdym razie pewien był, że wie i chodził dumny jak paw. Jego żona zresztą pozostawała pod troskliwą opieką swojej matki. Tak się bowiem złożyło, że Melta przyjął Gedora do swojej drużyny. Wprawdzie ku wielkiemu niezadowoleniu Aruta, ale kiedy w końcu obaj przestali sobie skakać do oczu, zawiązali spisek i postawili na swoim. Skoro więc z Meltą mieli wyjechać Yave i Gedor, wyjazd Tillemi także stał się oczywisty. Miała tylko ich i niepodobnym było, by samotna pozostała w Nammas z dala od swojej jedynej rodziny.

     Na przełęczy Melta zatrzymał konia i zwrócił stronę doliny, by mogli ostatni raz na nią spojrzeć.
     – Będziesz tęsknić? – spytał, splatając palce z palcami jej dłoni.
     – Będę – odparła z westchnieniem. – Ale bardziej tęskniłabym za tobą, gdybyś był daleko.
     – A pamiętasz, co mi obiecałaś?
     – Co? – spytała podejrzliwie.
     – Żadnych tajemnic. Pamiętasz?
     Westchnęła znów i zarumieniła się, zadowolona, że on tego nie widzi.
     – Tak. Żadnych – potwierdziła potulnie.
     – Więc?
     – Tak – szepnęła i przytuliła się do niego mocniej.
     – Żadnych noclegów pod gołym niebem – oznajmił kategorycznie, lecz z uśmiechem tak szerokim, że szerszym już nie dało rady.
     – Melto! – oburzyła się.
     – I żadnego forsowania się. Będziemy często robić popasy.
     – Melto! – Uderzyła go w ramię.
     – I we wszystkim słuchasz matki i mnie. Zrozumiano?! – Uśmiech przylepił mu się do twarzy na stałe.
     – Jesteś okropny!
     Zawrócił konia, trącił ostro piętą i natychmiast wstrzymał, zwalniając do stępa.
     – I żadnych galopad, ani jazdy kłusem – mruknął do siebie.
     – Wariat – podsumowała Yave, ale nie złościła się już.

     W nowe życie ruszyli spokojnie, ale i radośnie... I z pełną powagą... Jadąc stępem...


KONIEC

I tym sposobem pomachaliśmy im chusteczką, stojąc na przełęczy. Mam nadzieję, że wpis nie był jednak zbyt długi, ale naprawdę nie chciałam już tego dzielić na krótsze części.
Tak na marginesie powiem tylko, że jeszcze na tę przełęcz wrócimy i generalnie do Nammas wrócimy, choć nie w towarzystwie Yave i Melty ;). Ale to za jakiś czas. Teraz chciałabym się skupić na "Kontredansie" i "15 godzinach", które wstępnie są szykowane na urodziny bloga. Choć niewykluczone, że w urodziny ukaże się co najwyżej wpis-zapowiedź. Ale nie uprzedzajmy faktów... 

18 komentarzy:

  1. O Boże... Wyszło S U P E R!!! Niesamowicie to opisałąś, mam świeczki w oczach, przez całe tekst zagryzałąm wargi i wogóle i wszystko i... Po prostu idealnie. Naprawdę jestem pod wrażeniem.
    Idealne zakończenie. Najlepsze jakie mogło by być.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli Wam się podoba to nie mam prawa narzekać ;) Dziękuję :)

      Usuń
  2. Szkoda, że w prawdziwym życiu tak nie kończą się historie. Dobre, nostalgiczne i słodkie zakończenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, Ado kiedyś spotkałam się z taką myślą: wszystkie romase, czy to książki, czy filmy kończą się właśnie w takim momencie, podczas gdy naprawdę to w tym momencie dopiero zaczyna się historia... Coś w tym jest... Życie, to prawdziwe po prostu trwa dalej. Chyba dlatego sielankowe i nostalgiczne zakończenia się w nim nie zdarzają. I pewnie dlatego, tacy jak ja bujacze w obłokach, piszą sobie bajki :)

      Usuń
  3. Az nieprawdopodobne caly czas oczekiwalam jakiegos dramatu a tu takie słodkie zakońcenie Takie wlasnie lubie najbardziej Smutno mi bedzie bez Melty bo jego postac z kazdym rozdzialem nabierala kolorow z lekkomyślnego młodzila zmienil sie w stanowczego mężczyzne ale z kochajacym sercem dzieki blanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blanko, żebyś wiedziała jaki ja miałam piękny plan... Niestety lud zażądał happy endu :P
      Melta miał po prostu szczęście. Pierwotnie zaplanowany był jako zimny drań, bez skrupułów, który używa, a o poranku już nie pamięta imienia. Ale miał szczęście, bo w trakcie go polubiłam i tym sposobem dostał szansę na ewolucję ;)

      Usuń
  4. To się chłopaki starli w pojedynku :D Śmieszne to było, oj śmieszne! Na miejscu Yave zrobiłabym dokładnie to samo. Wyszłabym, niech się tłukom! Uśmiałam się, ale z drugiej strony szacun dla Gedora. Dobry brat z niego i tyle. Nie wiem co mnie bardziej rozbawiło. Gedor z pazurami rzucający się na Meltę, czy Ired zdzielający go po tyłku. W każdym razie Melta nie miał łatwo w tym ostatnim rozdziale!

    Kajjko, ja się w ochach i achach rozpływam. Nie było za długie i nie było zbyt słodkie. Twoja równoważnia zadziałała i tym razem. Musiało się dobrze skończyć. Chociaż oczywiście Autorka mogła przytupnąć butem, ale owa Autorka sama gdzieś napisała, że po wielu przejściach i nieszczęściach trzeba odpuścić bohaterom i dać im trochę pożyć :) Będę tęskniła za Yave i za Meltą, bo piszesz w taki sposób, że przywiązujesz do bohaterów. Dziękuję uprzejmie za przyjemność przeczytania kolejnej Twojej pracy.

    PS. Twój rozdział mi wczoraj życie uratował. Miałam totalnie tragiczny dzień i zassałam go jak kroplówkę. Więc dziękuję podwójnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ired jako jedyny "mężczyzna" w domu czuł się w obowiązku zrobić porządek. Co mu będzie jakiś obcy chłop matkę dusił :P.
      Gedora początkowo w ogóle nie było w tym rozdziale, ale potem uznałam, że niechęć do Melty, jaką w sobie przez te trzy lata pielęgnował, musi znaleźć jakieś ujście, wyprawiłam go więc na przełęcz. A skoro się tam znalazł uznałam, że po prostu jest niemożliwe, żeby wiedząc o obecności Melty w Nammas w żaden sposób nie zareagował. No i wyprawiłam go do Yave. Mieli pogadać szczerze i w cztery oczy, ale wtedy mi się Melta wpakował z tym wozem ;). No i poszło ;)

      Każdy kto twierdzi, że autor w swojej opowieści dzierży władzę absolutną, nie ma pojęcia o czym mówi, ot co :)
      Bardzo się cieszę, że poprawiłam nastrój przy kiepskim dniu :).
      Za oknami piękna jesień, ja wczoraj spędziłam całe popołudnie poza domem. Poszłyśmy z koleżanką na jej działkę i skopałyśmy aż... 3 metry kwadratowe ogródka :D. Uznałyśmy, że nie należy się zbytnio forsować, a do listopada jeszcze daleko, robota nie zając nie ucieknie :D. poza tym było super, bo cieplutko, a komarusów nie ma :)

      Polecam weekend z rodzinką na świeżym powietrzu, korzystajcie z pogody, naprawdę warto :)

      Usuń
    2. Ha! Kasiu zapraszam, bo jutro browar w moim mieście organizuje Oktoberfest :D Akurat niedaleko miejsc imprezy są ogrody działkowe i rzeka ładna płynie, więc będzie się można cieszyć naturą, kiedy nogi odmówią posłuszeństwa ;)

      Usuń
  5. Kami, cholernie lubię Twój styl pisania:) Masz niesamowitą wyobraźnie i tworzysz niezwykłe światy oraz bohaterów, którzy sprawiają, że ciężko się oderwać od czytania. Słodka, naiwna Yave i Melta, który musiał przejść dłuuugą drogę zanim zrozumiał co tak naprawdę jest w życiu ważne. Głupota Melty i duma Yave sprawiła, że niewiele brakowało, a zdarzyłoby się nieszczęście. Dobrze, że pojawił się Uker:) Świetnie łączysz elementy śmieszne (chłopcy podglądający praczki, bójka brata Yave i Melty) i wzruszające (ponowne spotkanie w Nammas). Chwilami chichrałam się jak dzika, chwilami miałam łzy w oczach. Dziękuję za wspaniała lekturę. Pozdrawiam, Monika:)

    OdpowiedzUsuń
  6. „Yave” to pierwsza książka którą przeczytałam na tym blogu i na pewno nie będzie ostatnia. Książka jest bardzo dobra. Historia Yave i Melty bardzo mi się podobała i dziękuję, że mogłam ją przeczytać. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, cieszy mnie, że się podobało :)

      Usuń
  7. Pojawił mi się tekst: "Twój kod HTML nie może zostać zaakceptowany: Wartość musi mieć co najwyżej 4 096 znaków" - nie ogarniam takich informacji - przecież za krótki to mój komentarz na pewno nie jest! No nic, tak na odwyrtkę spróbuję opublikować w częściach.


    Ech, piękna opowieść, Kajjko. Nie zliczę, ile razy zasiadałam przy laptopie mając zamiar napisać komentarz, ale za każdym razem zaczynałam czytać na chybił trafił i... znikałam w świecie Yave zapominając, że miałam nie czytać, tylko komentować:)
    Mam nadzieję, że tak całkiem nie porzuciłaś planu wielowątkowej powieści, bo historie Yave, Melty, Dioris, Botty, Aruta tworzą cudny, interesujący kolaż. Tworzą opowieść z gatunku tych, które chce się czytać, przy których człowiek śmieje się i płacze, które osiadają w głowie i sprawiają, że się ciepło na sercu robi. Lubię sobie "pożyć" w fikcyjnym świecie, a nieczęsto zdarza się książka/tekst tworzące Matrix w głowie i emocjach - "Dzikie Łabędzie" pozwalają mi "odlecieć" na cudne manowce:)
    Co do samej opowieści i jej bohaterów:
    1. Historia świetnie poprowadzona: interesująco, nie po najprostszej linii oporu, z różnych punktów widzenia, z pomysłem.
    2. Yave - bardzo ją lubię i doskonale rozumiem. Na jej miejscu też bym nie powiedziała Melcie o ciąży - gdyby facet rzucił mi tekstem, że byłam jedynie urlopową rozrywką i z premedytacją mnie okłamywał, to informowanie go, że zostanie ojcem mego dziecka byłoby ostatnią rzeczą na liście. Oj, poryczałam sobie przy tej scence zdrowo:( Przy paru innych również:)
    3. Melta... hmmmm... sama nie wiem... nie pałam do niego wielkim uczuciem i nie raz i nie dwa przychylałam się do opinii innych Czytelniczek w kwestii zużytkowania pala:) Może nie tyle, żeby Meltę na pal nabić, ale tak po grzbiecie parę razy przełomotać to by nie zaszkodziło. A gdy czytałam o jego udrękach i tęsknocie za Yave, to myślałam sobie, że dobrze mu tak. Jak dla mnie, to jego ból nijak się ma do złamanego serca i zniszczonych nadziei niewinnej, ufnej Yave. Dobrze mu tak, drrrraniowi...niech się pomęczy:) Wiem, wiem, Melta honorowy jest, ale nie potrafię nie myśleć o tym, że gdyby się nie zakochał, gdyby Yave nie zaszła w ciążę, to szybko zapomniałby o niewinnym, wiejskim dziewczęciu, któremu zerwał wianek - ot, miło było. Nieładnie, Melto, nieładnie. Argumenty, typu, że jesteś tylko mężczyzną wcale na mnie nie działają. Wiem, że teraz nieba być Yave przychylił, więc odkładam pal w ciemny zakamarek piwnicy:)
    4. Uważam, że niedoinformowanie Melty w temacie poczęcia bardzo się przydało: Po pierwsze: Uker - przekonany, że zawsze będzie sam, a tymczasem taka niespodzianka: został mężem, kochankiem, ojcem i mimo, że duch Melty krążył nad nimi, to myślę, że Uker był szczęśliwy. Z drugiej strony, to pojąć nie mogę, że nie chciał się żenić, bo nie mógł mieć dzieci - wiem, inne czasy, inne priorytety - w dzisiejszych czasach bez większego problemu znalazłby kobietę, która nie chce mieć dzieci i mogliby żyć długo i szczęśliwie. Po drugie: Melta zrozumiał, że kocha Yave i że był idiotą, życie dało mu w d... - dojrzał chłopczyna i nabrał nieco pokory. Kto wie, jakby się potoczyły ich losy, gdyby nie te 3 lata rozłąki, tęsknoty, bólu, a i innej miłości (w przypadku Yave). Zawsze staram się wierzyć, że wszystko jest po coś... gdyby nie ta wiara, to nic, tylko urwiska poszukać:( :)

    OdpowiedzUsuń
  8. A! Jednak komentarz za długi był, a nie za krótki - jakaż złośliwa bestia z tej sztucznej inteligencji.
    Cd następuje...

    5. Bardzo podoba mi się motyw, że to mężczyzna okrywa się hańbą, jeśli zmusi kobietę do zbliżenia, ale jedna rzecz nie daje mi spokoju: gdyby (hipotetycznie) Melta nie kochał Yave i chciał/musiał uznać dziecko, to miałby prawo zabrać je matce?!
    6. Wstawka z Bottą i dzieciakami - smaczniusia:) He, he..."świeżo upieczony protoplasta rodu", "...poidło, które nie doczekawszy się awansu na wannę, awansowało przynajmniej na umywalnię":)
    7. "Zignorował "puszczaj" i "wielokrotnie" skupiając się na "zaraz", "Najlepiej wychodzi im stanie bez ruchu" - takich perełek jest w tekście sporo: dowcipnych, trafionych w punkt, oszczędnych w słowie, ale bogatych w treści.
    8. Wizja Ireda wymierzającego klapsy Melcie - bezcenna:)
    9. Potyczka (cielesna i słowna) Melty i Gedora nader udana - bardzo lubię motyw męskiej przyjaźni, a w tym przypadku jest sporo szans, że ci dwaj zostaną prawdziwymi przyjaciółmi.
    Mam nadzieję, że jeszcze o Yave usłyszę...gdzieś, kiedyś... przy następnej części Dioris:)
    Bardzo mi się podobało - świat przedstawiony w "Yave" to zdecydowanie moje klimaty.
    Ps. Czy można gdzieś przeczytać/zakupić "Dzieci Żywiołów"?

    Przecież to chyba normalne, że takiej opowieści nie da się skomentować w dwóch słowach, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, pięknie dziękuję za te ciepłe słowa. Sama zazwyczaj nie potrafię niczego głębszego w swoich tekstach się doszukać, po prostu je piszę, nie robiąc sobie założeń. Przynajmniej do niedawna tak było, bo teraz jednak czasem eksperymentuję, więc i założenia jakieś tam się pojawiają.
      Czytelniczka, która pozostawia mi tak obszerny komentarz… bezcenna :).

      W „Dzikich łabędziach” jest jeszcze ten drugi kraj, Barthia, to on powstał pierwszy, a dopiero potem kraj Aurów jako swego rodzaju kontrast do „cywilizacji”. Tylko ja się za publikację zabrałam od końca. Może dlatego, że historie z Barthii wydają mi się jakieś takie zbyt ckliwie, infantylne i naciągane. Nie wiem, czy jestem w stanie to wszystko posklejać i zrobić z tego coś większego, co trzymałby się kupy, ale pojedynczo na pewno nadałyby się na bloga, nawet jeśli są trochę grafomańskie :D.

      I tak, Melta, uznając dziecko zyskałby do niego prawo i mógłby je odebrać Yave. Nawet Arut mógłby to zrobić, kiedy Yave została sama z małym, jeśli tylko potrafiłby udowodnić, że chłopczyk jest jego wnukiem. To że tego nie zrobił to inna rzecz, bo Arut jest jaki jest. Bo wbrew temu co mi zarzucano moi Aurowie nie są tak kryształowi, jak się może wydawać. Nie bez powodu w "Dioris" wcisnęłam incydent z łucznikiem Rokką, który przed użyciem odrobiny siły wobec Dioris, by się nie zawahał.

      Aurowie są kompilacją kilku różnych znanych z historii plemion + moja fantazja na temat jacy mają być. Aurowie nie są ani Hunami, ani Wikingami, ani Wandalami, ani Sarmatami. Po prostu uszczknęłam sobie z każdego z tych ludów to co mi pasowało do mojej wizji. Mają też trochę cech Celtów, ale Celtami oczywiście także nie są. Aurowie, to Aurowie. Nie sądzę, żeby to był jakiś problem, bo opowieść nie jest historyczna a jedynie stylizowana na, powiedzmy, dawne czasy.
      Mam też gdzieś we fragmentach historię Illith i Aruta, jak uporam się z Dioris to być może do nich się dobiorę, bo to krótkie, więc powinno szybko pójść ogarnięcie.

      „Dzieci Żywiołów” to zupełnie inne uniwersum i inna historia, nie wiąże się w żaden sposób z „Dzikimi łabędziami”. W tej chwili nie jest nigdzie dostępna, ponieważ chcę spróbować ją komuś „sprzedać”. Jeśli to się nie uda myślę, że w przyszłym roku zacznę ją ponownie dodawać na bloga. Albo rozważę opcję wydania kolejnego ebooka. Zobaczymy. W każdym razie nie będę tego trzymać w szufladzie.

      Sama Yave pojawiła się jako „statystka” w jednej z część DŁ, ale w której to niech zostanie na razie niewiadomą ;).

      Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam :).

      Usuń
  9. Tak właściwie, to raczej trudno postanowić, że napisze się tekst głęboki, pełen refleksji i drugiego dna - gdy natchnienie pcha, to się pisze, a nie myśli:) Poza tym, nawet mając jakieś założenia nie ma się pewności czy czytelnik nie odbierze tego zupełnie inaczej - czasem można się bardzo zdziwić. Każdy filtruje opowieść przez własną wrażliwość, różne są potrzeby emocjonalne i upodobania, więc i różnie tekst jest postrzegany i może wzbudzać skrajnie odmienne emocje.
    Na początku pisałaś, że kraj Aurów jakoś ostał się bez nazwy, a jak dla mnie, to bardzo trafioną nazwą jest właśnie Kraj Aurów. Można powiedzieć, że to takie symboliczne wspomnienie po wielowiekowej włóczędze - skoro już się osiedlili, to jest to ich kraj i nie ma potrzeby wymyślania jakiejś nazwy.
    Cieszę się, że nie umiesz "krótko i zwięźle" i nie uważam tego za wadę, tym bardziej, że to pojęcia względne i jakoś nie widzę sceny/motywu/dialogu, który można by usunąć jako zbędny z punktu widzenia sensowności opowieści. "Yave" jest w sam raz - nic dodać, nic ująć.
    Barthia przedstawiona w "Dioris" ckliwa i infantylna nie była - tyle, że tam nie opisujesz codziennego, normalnego życia jej mieszkańców, więc trudno mi się wypowiedzieć w tym temacie.
    Dlaczego ojciec ma większe prawo do dziecka niż matka?! On miał z tego tylko przyjemność, a kobieta jeszcze musiała "odwalić" całą mało przyjemną robotę - ciążę i poród. Oj, nie podoba mi się to.
    Kryształowi? He, he... napadali, grabili, palili, pozbawiali ludzi całego dobytku i czynili z nich niewolników. Postrzeganie innego kraju jako "ludzkiego spichlerza" raczej się z kryształowością kłóci, a dobre traktowanie niewolników wynikało głównie z dobrze pojętego interesu własnego. Przecież Aurom zależało na tych ludziach, na ich umiejętnościach, talentach, a i na relacjach damsko-męskich - przemieszanie krwi dobrze robi:) Nie zmienia to faktu, że Aurowie nie byli mordercami, zabijanie dla przyjemności nie leżało w ich naturze, a po tych wszystkich napadach, grabieżach chcieli sobie spokojnie pożyć, z małżonką w łożu zalegnąć, pobawić się z dziećmi, a nie palić i plądrować i to tylko po to, że image dzikich zdobywców podtrzymywać. Jak dla mnie, to oni po prostu myśleli ekonomicznie:)Skoro po iluś tam wiekach bycia w drodze, zachciało im się posiedzenia w jednym miejscu już na wciąż, to znaczy, że naród potrzebował stabilizacji, stałości miejsca, zbudowania czegoś trwałego. A przynajmniej ja to tak odbieram, czuję i rozumiem - możesz mieć, Kajjko, zupełnie odmienne zdanie w tym temacie:)
    Osadzając opowieść w świecie fikcji historycznej i geograficznej możesz sobie pozwolić na bardzo wiele i nikt Ci z realiami epoki nie wyjedzie:) To Ty tworzysz te realia - tak jak Ci pasuje i jak Ci się podoba.
    Gdy się komentuje całą opowieść, to sporo rzeczy może umknąć i mnie właśnie umknęła jedna ważna rzecz, mimo że robiłam sobie notatki podczas lektury:) Pewnie myślałam, że o czym, jak o czym, ale o erotyce nie zapomnę:) Bardzo podobają mi się Twoje hot-scenki: delikatne, ale zarazem pełne namiętności, zmysłowe, pobudzające wyobraźnię przez niedopowiedzenia.

    A to sobie spokojnie poczekam - najważniejsze, że "Dzieci Żywiołów" ujrzą światło dzienne - trzymam kciuki, żeby się chętny na kupienie znalazł.

    Myślę, że Melta zdecydowanie się z Yave nie nudził i fajnie by było jakieś migawki o ich pożyciu poczytać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, Barthia z "Dioris" sielankowa nie jest. Generalnie sama Barthia z "Dzikich łabędzi" daleka jest od sielanki, miałam raczej na myśli że te historie bohaterów trochę są... No, nie do końca jestem z nich zadowolona. Na pewno wymagają zmian i poprawek. Na razie bardziej przypominają brudnopisy :).
      Cieszy mnie, że moje postrzeganie erotyki w tekście nie budzi niechęci i niesmaku, bo to taki temat, że łatwo przedobrzyć czy to w jedną, czy w drugą stronę. I do takich tekstów jak zwykle piszę, wydaje mi się, że takie nie nazbyt ostre pasują lepiej :).
      Dziękuję za kolejne ciepłe słowa :)

      O migawkach nawet nie myślałam, za dużo mam rzeczy do pokończenia i ogarnięcia ;).

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.