WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty

1.05.2018

Ziemia (DŻ) cz.1






Piękny maj się nam zaczął, po wcale nie mniej pięknym kwietniu. Mam nadzieję, że u Was pogoda równie majówkowa jak u mnie za oknem, co jedncześnie oznacza, że niewielu jest takich jak ja, co uciekając od słońca i upału spędzają czas przy kompie. Ale to nic, kto ma tu trafić to trafi i w późniejszym terminie.
Na dzisiaj mam kawałeczek Ziemi, ale to oczywiście nie wszystko co mam przygotowane na maj. Zapraszam...


poprzedni fragment



CZĘŚĆ I ZIEMIA
Ziemia… najstarsza, najważniejsza…

1
Gdzieś w świecie zwanym Aravat...

     Alenę obudziło jasne słoneczne światło, padające prosto na twarz. Przeciągnęła się nieśpiesznie, nie otwierając oczu. To był pierwszy dzień dwutygodniowego urlopu i nie było potrzeby zrywać się z łóżka skoro świt. Że też musiała zapomnieć o spuszczeniu rolet! Nie pozwoliła sobie jednak na złość, zawsze pogodna i łagodnego usposobienia, uśmiechnęła się w duchu, pozwalając ciepłym promieniom pieścić policzki i wciąż zamknięte powieki. Tak czy owak, to będzie piękny dzień...

     Tymczasem odgłosy dochodzące z kuchni wyraźnie świadczyły, że i jej współlokatorka, Eva, była już na nogach, i chyba szykowała śniadanie.

     Cóż, skoro i tak już nie spała, najlepszym, co mogła zrobić, to dołączyć do przyjaciółki i pomóc jej, na przykład szykując kawę. Robiła najlepszą, wszystkie cztery były tego zdania. Dlatego Alena była pewna, że cokolwiek w tej chwili robi w kuchni Eva, przygotowanie naparu czeka na nią.

Pełna słońca i energii, wyskoczyła z łóżka. Za oknem promienie złociły dachy, muskały liście stojących w uporządkowanych szpalerach drzew i trącało pąki podbiałów, kwitnących na trawnikach, zachęcając je, by rozchyliły pozamykane na noc kwiatostany. Piękny dzień. Wiele pięknych dni.

9.04.2018

Ukryci cz.10

Na dzień dobry mówię, że DŻ też bedą, ale jutro. A dzisiaj Ukryci, bo jakoś tak się za nimi stęskniłam. Może ktoś jeszcze? Może tak, a może nie... W każdym razie, zapraszam :)


poprzedni fragment



     Koszulę zużyłem na zrobienie opatrunków, więc teraz skórzany kaftan musiałem nałożyć na nagie ciało. Nie było to wygodne, tym bardziej, że szorstka skóra ocierała skaleczone miejsca.
     Na moje szczęście ten sam kaftan osłonił mnie wcześniej przed pazurami Bruxas i zdołała mnie jedynie drasnąć. Niestety trucizna i tak dostała się do ran i chociaż za mało jej było by mnie zabić, to jednak mój organizm wyczerpywało jej neutralizowanie. Byłem obolały i czułem się zmęczony i słaby niczym wyżęta szmata. W innych okolicznościach po prostu bym się wyciągnął i poczekał aż, mój ogień w pełni zwalczy truciznę, jednak nie będąc sam nie mogłem okazać słabości. Nie przy śmiertelnej dziewczynie, bez względu na to jaka krew płynęła w jej żyłach.

     Nie zawracałem sobie głowy dopinaniem kaftana, luźny mniej mnie uwierał i irytował.
     Odwróciłem głowę i spojrzałem na nią. Obserwowała mnie, z lękiem i zaciekawieniem wypisanym na twarzy. To oczywiste, że się bała. Ludzkie życie jest takie... kruche. Trochę jednak dziwiło, że nie wpadła jednak w panikę, przynajmniej na razie, ale może po prostu jeszcze nie do końca się obudziła. Cały czas wyglądała jakby nie wierzyła, że to co się dzieje, dzieje się naprawdę i nawet się uszczypnęła, żeby samą siebie przekonać, że to sen. Cóż, będzie musiała przywyknąć.

2.04.2018

Dzieci Żywiołów - prolog

Witam świątecznie, choć w sumie to już o tej porze raczej po świątecznie, ale nie mniej serdecznie życzę wyszstkim moim gościom, wszystkiego dobrego nie tylko w święta. Poświętach, czy też międzyświętami to okres znacznie dłuższy i też obejmijmy go życzeniami :).

Dziś zapowiadany wcześniej "return" "Dzieci Żywiołów". Opowieść jest po lekkim liftingu, po poprawkach (mam nadzieję, że byków została tam minimalna i nie rzucająca się w oczy ilość). Dostaną też na blogu nową, nie prezentowaną tu wcześniej grafikę. I mam nadzieję, że w tej nieco poprawionej odsłonie znajdą swoich amatorów.
Zapraszam...


Start



PROLOG

   Jest pełnia lata.
     Ziemia pęcznieje dojrzewającym zbożem, Powietrze pełne jest radosnego świergotu ptaków. Woda łagodnie szemrze w korytach rzek i potoków. Wieczorami zaś, Ogień snuje opowieści, rozsypując wokół ognisk złote iskry, rozpala wyobraźnię młodych, rozgrzewa pamięć starych.
     Bo cień, który niegdyś spowijał krainę Taar, może wrócić. Dlatego nie wolno nam dopuścić, by pamięć pokrył kurz Ziemi, by zmyła ją Woda, rozwiał Wiatr lub spopielił Płomień...

     Tak naprawdę, historia ta zaczęła się daleko stąd, na niezwykłej, tajemniczej planecie o nazwie Aravat. Ona to była naszą Matką, Matką Siginów-Kapłanek.

     Aravat – wspaniały, wielobarwny świat, zasobny w wodę i minerały, w którym ludzie żyli i rozmnażali się. Z którego dóbr od zawsze czerpali zachłannie, a niegdyś piękna i dziewicza Aravat ubożała i stawała się jałowa. Właśnie wtedy pojawili się pierwsi z nas. My – dzieci Światów, dzieci ich Żywiołów. Aravat – nasz dom, który opuściłyśmy, by swoje miejsce i przeznaczenie odnaleźć daleko od niego.
     I na zawsze pozostanie w naszych sercach, choć życie na niej nie było dla nas łaskawe.

21.03.2018

Ukryci cz.9

No i mamy już trzecią dekadę marca, zdawałoby się wiosna na progu a  u mnie zaspy po kolana. Aż się boję co się będzie działo, jak przyjdzie ocieplenie, a jeśli brać pod uwagę, jak ostatnimi czasy pogoda jest kapryśna, to pewnie przyjdzie z dnia na dzień temperatura oscylująca w okolicach letniej. I jak teraz zaspy po kolana tak zrobi się po kolana błotko. Niezbyt kusząca perspektywa, ale cóż. Siła wyższa.
Tymczasem w oczekiwaniu na koniec zimy (taki naprawdę, a nie że nagle z powrotem wyskakuje zza węgła i szczerzy zęby) marcowa wrzuta...


poprzedni fragment





     Ocuciło mnie zimno. Leżałam na czymś wilgotnym, twardym, ale jednocześnie zbyt miękkim jak na skałę. Ostrożnie pomacałam palcami... Ziemia, zwykła, ubita, goła gleba. Nic dziwnego, zmarzłam.
     Ostrożnie uchyliłam powieki. Nie zalał ich słoneczny blask, jak się obawiałam, ale na pewno nie była to nocna ciemność. Po prostu, dookoła było ponuro i szaro.
     A gdzie się podziało słońce, które zapamiętałam? Jak długo leżałam nieprzytomna? Nagle poczułam, jak mrozi mnie chłód, nie taki jaki kąsał ciało. Taki skręcający wnętrzności, zaciskający gardło, lęk. Bo jeśli moja pamięć się nie myliła to zostałam porwana przez jakiegoś latającego potwora, który zranił mnie w dłoń i... I właściwie dalej to nie wiem co się zdarzyło.
     Może już byłam martwa? Ale czy po śmierci człowiek odczuwa takie rzeczy jak zimno i strach? Czy w ogóle coś odczuwa? Myśli? Podobno nikt tego nie wie, ale powiada się też, że śmierć jest końcem wszystkiego co bolesne, doczesne i trudne, więc jeśli byłam martwa nie powinnam czuć niczego co jest nieprzyjemne, a bez wątpienia ani strach, ani przenikliwe zimno nie są miłymi odczuciami. Czyli jednak żyłam. Nie zostałam zabita ani chyba, poza dłonią, poważniej zraniona, skoro nie czułam bólu. Może ten potwór zrobił co chciał i kiedy przestałam mu być potrzebna zwyczajnie mnie wyrzucił? Albo zostawił sobie na później? Jeśli tak, to zdecydowanie wolałabym tę pierwszą możliwość. Nie otwierałam jeszcze oczu, nawet starałam się nie poruszać.

24.02.2018

Ukryci cz.8

Szybkie info: będą dodawane na blogu "Dzieci Żywiołów". Być może bywają tu jeszcze osoby, które miały okazję poznać ten tytuł. A kto nie miał okazji wcześniej dostanie ją niebawem. Opowieść przeszła korektę, została odrobinę odświeżona i wystartuje w Wielkanoc. Czy będzie to niedziela czy poniedziałek świąteczny, jeszcze nie wiem, ale nastawiam się raczej na poniedziałek. W przypadku DŻ nie przewiduję raczej żadnych przesunięć i zawiasów, ponieważ jest to gotowiec i pozostaje go jedynie podzielić na odcinki.

I żeby już nie przedłużać wrzutka na miesiąc luty...


poprzedni fragment




     Szamani czekali zebrani na obszernym placu, na którym gromadzili się wodzowie i reszta w czasie ważnych narad. Kiedyś były to głównie narady dotyczące toczących się wojen, planowanych sojuszy. Właściwie wszystkie w jakiś sposób obracały się wokół walki i oręża. Aż one odeszły i nie mieliśmy już powodów do walki. Nagle przestały istnieć cele, nie było kogo chronić ani czego zdobywać. Życie przestało mieć sens, a żyliśmy, na przekór wszystkiemu i wbrew sobie.
     Usiadłem na centralnym miejscu, przy totemie, na kamieniu okrytym skórą bydlęcą skórą. Dwaj towarzysze zarzucili mi, jak płaszcz na ramiona skórę dzikiego bawoła. Jej futro było białe i wyprawiono ją wraz z częścią czaszki, którą teraz nałożyłem na głowę. Skóra była stara, bardzo stara, a duch dawnego dzikiego zwierzęcia nadal w niej mieszkał. Czułem jego moc wokół siebie.
     Polowaliśmy na dzikie bawoły, dla mięsa i skór. Ale one zniknęły wraz z kobietami. Niegdyś powracały każdej wiosny na nasze równiny ogromnymi stadami pasły się całe lato, by jesienią odejść ku znanym tylko im krainom. Nie widzieliśmy żadnego od setek lat.
     Teraz najczęściej używaliśmy skór bydlęcych. Tak, nauczyliśmy się hodować bydło. Nie mieliśmy wyjścia, bo skóry i mięso się zużywają, i potrzebowaliśmy ich stałych źródeł. Tak wiele się zmieniło, tak wiele. I tylko zmiana, której pragnęliśmy najbardziej wciąż nie chciała nadejść.

30.01.2018

Ukryci cz.7

Najwyższa pora na inaugurację Nowego Roku, albo raczej ostatni dzwonek, bo w sumie kończy się nam styczeń ;). Jakieś postanowienia noworoczne? Moje... A były, były, a jakże. Jedno, którego mimo wszystko mam nadzieję uda się dotrzymać: żeby na blogu nie było "pustych miesięcy" - w sensie takich, w których byłaby totalna posucha i nie pojawiłoby się żywcem nic konkretnego. Miniony rok nie był pod tym względem najtragiczniejszy, ale tylko wtedy jeślibym sobie liczyła średnią, w praktyce różnie to bywało. W tym, liczę że uda mi się uzyskać pozytywny wynik w praktyce a nie tylko w średniej. Trzymam w każdym razie za te plany kciuki, każde wsparcie z Waszej strony mile widziane :)
To tyle ględzenia na dziś a teraz do brzegu... Dziś danie z Rigela...


poprzedni fragment



     Co to, to nie! Mowy nie ma! Byłem tu pierwszy! A nawet jeśli nie byłem...
     I tak nie miałem zamiaru oddać pierwszeństwa Bruxas. Zapewne przez dłuższą chwilę, podobnie jak ja czaiła się w cieniu, obserwując Ofiarę. Miałem to gdzieś, dziewczyna, zwłaszcza z takimi talentami, nie mogła dostać się w ręce kogoś, kto ją po prostu ukatrupi. Byłoby to karygodne marnotrawstwo. Poza tym obudził się we mnie instynkt rywalizacji i nawet jeśli zwycięstwo ostatecznie nie mnie miało przynieść nagrodę, to i tak chciałem wygrać.

     Bruxas już przystąpiła do działania. Uwięziła spojrzenie Ofiary, przykuwając ją do ziemi, mrożąc w bezruchu. Jej ogon poruszał się miękkimi ruchami na boki. Wyczuwałem jednak w niej napięcie. W żyłach już krążyła adrenalina. Zapewne podniecała ją wizja tego, co za kilka chwil będzie mogła wyczyniać z Ofiarą. Była na niej całkowicie skupiona i tak pewna swego, że wciąż nie zauważyła mojej obecności. Zbliżała się do człowieka krok po kroku i już zdawało się, że wystarczy jej sięgnąć, gdy dziewczyna niespodziewanie uwolniła się od jej uroku. Cofnęła się, ku mojemu zaskoczeniu, bo raczej należało się spodziewać, że naturalną reakcją będzie zwrot na pięcie i jakaś desperacka próba ucieczki. A ona jedynie się cofała, nie spuszczając wzroku z zagrożenia. To było i odważne, i rozsądniejsze zachowanie niż odwrócenie się do Bruxas plecami i nie powiem, zaimponowała mi tym, nawet jeśli dalej pozostawała bez szans. Szczególnie, że właśnie zatrzymało ją drzewo, do którego przylgnęła plecami, jakby chciała w nie wrosnąć i zniknąć Bruxas z oczu. Z pewnością chciałaby, ale przecież żaden człowiek nie posiadł nigdy podobnych zdolności, nawet jeśli spoczywało na nim błogosławieństwo.

20.11.2017

Ukryci cz.6

Kochani czas zasuwa jak mała kometa, już półmetek listopada za nami. A dopiero niedawno był początek miesiąca. Tymczasem jeszcze moment i będzie koniec roku. Ktoś kiedyś mi tłumaczył, że postrzeganie upływu czasu zmienia się z wiekiem i jest to kwestia psychologiczna. Dla małego dziecka jeden rok to ogromna część calego jego dotychczasowego życia więc wydaje się długi. Ale jak się tych wiosen trochę na karku już ma, a rok staje się niewielkim ułamkiem z całości to wygląda to już supełnie inaczej. Zdecydowanie zmienia się prerspektywa a lata pędzą z prędkością światła i na wszystko zaczyna brakować czasu. Ot taka mała refleksja :).

A teraz już kolejne spotkanie, tym razem z Kay. Zapraszam...


poprzedni fragmnent



     Daleko nie musiałam iść, kiedy trafiłam na pierwsze jagodzisko, nie było duże, ale kawałek dalej było następne i następne... Koszyk zapełniał się i robił się ciężki. Czas szybko płynął, czułam na plecach ciepłe promienie południowego słońca. Spojrzałam w niebo, by stwierdzić, że stoi w zenicie. Kątem oka uchwyciłam jakiegoś przelatującego ptaka, nie przyjrzałam mu się, bo szybko znikł za koronami drzew, ale musiał być dość duży. Być może kruk albo jakiś drapieżnik. Ptak jak ptak, dla mnie nie mógł stanowić niebezpieczeństwa więc przestałam się nim interesować, tym bardziej że i tak już go nie było w zasięgu wzroku. Za to zaciekawiło mnie coś innego.
     Przeniosłam spojrzenie przed siebie i w oddali zamajaczyło coś, co nie pasowało do reszty widoku.
     W miejscu, w którym stałam, las właściwie się kończył. Polanka wcinała się jak zatoczka zielonego jeziora w jego linię. Ale w oddali zieleń nagle się urywała zastąpiona ponurą szarością. I nawet z daleka dało odróżnić poczerniałe kikuty starych drzew. Przyglądałam się temu dobrą chwilę, zanim zdałam sobie sprawę, gdzie tak naprawdę zawędrowałam.

31.10.2017

Ukryci cz.5

No i ostatni październikowy wpis.
Nadal na warsztacie mam "Ukrytych", jak widać, i nie rozpieszczam Was częstotliwiścią, wiem.
W tym tygodniu wyjazdowe święta, ja także wyjeżdżam, ale przerwa między postami nie powinna być dłuższa niż zwykle, bo na razie materiał jest i się kisi ;).
Wszystkich odwiedzających serdecznie pozdrawiam i wszystkim, a szczególnie tym, którzy wyjeżdżają, życzę nam dpowiedniej pogody. Wiecie, zimno nam nie straszne, bo od czego czapki i szaliki, ale życzę nam słońca a przynajmniej braku deszczu i błota :).

A teraz zapraszam na kolejną porcję "Ukrytych".





     Czekaliśmy w milczeniu, stojąc przed Wrotami, które lada chwila miały się otworzyć. Dziesięciu demonów z najstarszych, najpotężniejszych rodów. Właściwie dziesięcioro, gdyż była pośród nas jedna istota rodzaju żeńskiego. Przyglądałem się dyskretnie moim przeciwnikom, ważąc swoje szanse. Wszyscy to zresztą robili. Bruxas, piękna demonica uzbrojona w ogon skorpiona z żądłem pełnym zabójczego jadu, jak przystało na istotę, której domeną są trucizny, podchwyciła moje spojrzenie. Uniosła wargi i wysuwając rozdwojony na koniuszku język syknęła wrogo w moim kierunku.
     Bywaliśmy kochankami, ale pomijając fakt, że jako jedna z dwóch żeńskich demonów w Tartarox mogła mieć każdego kogo chciała i kiedy chciała, dziś byliśmy rywalami i jakakolwiek była zażyłość między nami nie znaczyła nic. Zresztą byłem pewien, że podobne relacje łączyły ją z większością obecnych, jeśli nie ze wszystkimi. Nie pozostałem jej zresztą dłużny, pozwalając zapłonąć pełnemu złości ogniowi w moich oczach.  Taka żałosna demonstracja. Bo tak, wyglądaliśmy żałośnie ludzko. Odarci z większości naszych  przyrodzonych mocy. I nawet po przekroczeniu wrót na czas wyścigu przywrócona nam będzie jedynie zdolność latania, oraz odrobina instynktów i wyczulonych zmysłów, tak byśmy byli w stanie wyczuć i zlokalizować Ofiarę.

21.10.2017

Ukryci cz.4

Moi drodzy, kolej na przedstawienie nowego bohatera. Jest troszkę... nieszablonowy. Ale nie będę tu się rozwodzić, wszystko jest w tekście.
Zaraszam :)


     Słońce zachodziło krwawą łuną nad stepem. Powietrze było czyste, chłodne i przejrzyste, dzięki temu wzrok sięgał daleko.
     W oddali ciemną linią majaczyły wzgórza a za nimi widać było stożki wulkanów i pióropusze dymów nad niektórymi z nich. Inne na szczytach miały białe czapy śniegów i lodu. Dolin pomiędzy nimi oczywiście nie było widać, ale wiedziałem, że pełne są zdradliwych szczelin wypełnionych wrzącym błotem lub bulgocącą lawą, a płożące się tam po gruncie gorące opary i cuchnące siarką dymy na każdym kroku skrywały śmiertelne pułapki.
     Ten teren należał do nich, do demonów i nikt przy zdrowych zmysłach, by się tam nie zapuścił. To było niepisane prawo, którego nikt nie naruszał. My, Minotaurowie trzymaliśmy się swoich stepów, demony swoich dziedzin. I nie wchodziliśmy sobie w drogę. No, może poza jednym incydentem, ale miał on miejsce dawno temu i nie miałem ochoty do niego wracać nawet we wspomnieniach.
     Przeniosłem spojrzenie w prawo, póki jeszcze światło słońca nie zgasło i ciemność nie pochłonęła widnokręgu. Tam, na północy czerniały Hryceńskie Bagna.
Za plecami miałem kamienny święty krąg. Ognie już pewnie rozpalono, ale z rytuałem czekano aż zapadnie głęboka noc. Spojrzałem na niebo na wschodzie, gdzie na ciemnogranatowym firmamencie migotały już pierwsze, najjaśniejsze gwiazdy.

10.10.2017

Ukryci cz.3

Dziś zostawimy na chwilę Tartarox. Poznamy kolejnego z moich trzech wiodących bohaterów, a właściwie bohaterkę - Kaysanę. Nim na dobre się wyniesiemy do T i zatrzaśniemy za sobą Wrota, to zrobimy szybką przebieżkę po jej świecie, widzianym jej oczami. 
Nie wiem, czy jednak nie powinnam oznaczać kolejnych perspektyw imionami, szczególnie że za chwilę wskoczy jeszcze trzecia osoba. Jeżeli brak oznaczeń przeszkadza Wam w czytaniu i jednak się gubicie, to zawsze możecie dać znać w komentarzu, a ja dodam wtedy jednak imiona. Choć sądzę, że jak poznam Was z trzecim z bohaterów, zorientujecie się szybko, dlaczego nie da się pomylić go z pozostałymi, czyli z Kaysaną i Rigelem ;).

I wybaczcie, że nie to jednak nie "Dioris" dzisiaj wpada, ale mam z tym tekstem problem i opornie mi on idzie. Będzie oczywiście, ale potrzebuję na D więcej czasu niż sądziłam.


poprzedni fragment


     Tak daleko jak zdołam sięgnąć pamięcią wstecz zawsze byliśmy dość osobliwą rodziną, a najważniejszą w niej osobą była babcia Diba, matka mojego ojca. Zawsze była dla mnie niedoścignionym wzorem. Podziwiałam jej niezwykły umysł wolny i nieuznający granic. Uwielbiałam słuchać niesamowitych opowieści, które się w nim rodziły. Najbardziej lubiłam te o uskrzydlonych aniołach, potężnych opiekunach i strażnikach świata. Ale fascynowały mnie także te bardziej mroczne.
     To właśnie babcia wprowadzała moją wyobraźnię na poziomy na które nie ważyła się wnosić nie tylko kobieta, przypisana do przyziemnej codzienności, ale na które rzadko w ogóle ważył się zapuszczać człowiek.
     Babcia nauczyła mnie marzyć. Marzyć odważnie, brawurowo. Marzyć o rzeczach niemożliwych. Nosiła imię Diba. Tajemnicze, niespotykane, którego jej niezmiennie zazdrościłam, w głębi ducha żywiąc odrobinę żalu do mamy, która uparła się na pospolitą Kaysanę dla mnie. Nie znosiłam swojego imienia, a szczególnie irytowało mnie, gdy ktoś zwracał się do mnie pełnym. Z dwojga złego wolałam zdrobnienie Kay, bo było krótkie jak Diba i mało popularne.

25.09.2017

Ukryci cz.2

Ufff... Najgorzej jak się człowiekowi zalęgnie coś w głowie, to nie ma bata musi to wywalić. A jak przetrzyma to potem jest jak z "Dioris", lezie, ale wolno. A tu mam już naklepane prawie setkę stron. Ale podawać będę na przemiennie z D, tak więc kolejna będzie z D i nie ma zmiłuj. A ponieważ każdego dnia staję przed lustrem i napominam się surowo, że przerwy są pfuj, to powinna być jeszcze we wrześniu. A dzisiaj "Ukryci", żeby znów w maraz nie wpaść ;).



     Labirynt lochów i korytarzy pod zamkiem nawet dla nas, którzy znaliśmy każdy kamień w tej budowli był wyzwaniem. Ojciec jednak wydawał się zmierzać prosto do celu. Mimo, że często zmienialiśmy kierunek marszu, skręcając to w lewo, to w prawo, czasem wręcz zawracając, nie miałem wrażenia, że błądzimy w poszukiwaniu właściwej drogi. Niemal w każdym korytarzu pokonywaliśmy wiodące w dół schody, aż w końcu osiągnęliśmy najniższy poziom.
     Szliśmy teraz wąskim pomostem z bazaltu a tuż pod nami bulgotała i syczała magma. Żar panował tu nie do zniesienia. Znaczy nie byłby w stanie znieść go nikt prócz demonów związanych z ogniem, jak my. Gorących, gryzących oparów nie odczuwaliśmy intensywniej niż człowiek czuje lekką letnią bryzę. Można by nawet rzec, że znajdowaliśmy swego rodzaju przyjemność we wdychaniu tej zabójczej dla innych istot mieszaniny wulkanicznych gazów.
     Na końcu pomostu znajdowała się okrągła platforma nieco wklęśnięta pośrodku, co sprawiało, że trochę przypominała wielką bazaltową misę. Po jej dnie wiły się smużki dymów przedostające się przez porowatą skałę, pod którą gotowała się lawa. Jednak to, co przykuło moją uwagę znajdowało się w samym centrum niecki.

21.09.2017

Dioris II cz.2

Przyznaję się bez bicia, że troszkę się zaciełam na "Ukrytych" i mam tam już nieco materiału naklepanego na zapas. Ale to wszystko przez tę ubiegłotygodniową grypę. Jak mi gorączka rozmiekczyła "musk" to mi się tak pięknie wyklarował jeden wąteczek, że prawdę mówiąc wolę nie myśleć, jakie to chore wyjdzie :D. Ale to będzie jednak później.
Dziś pora na Dioris, aczkolwiek wciąż pozostajemy przy zdarzeniach z przed ucieczki Dioris. I jeszcze chwilę przy nich zostaniemy, ale prosze się nie martwić na zaś, do Botty dotrzemy szybciej, niż by się mogło zdawać ;).


poprzedni fragment


***
     Zatrzymała się na skraju obozowiska, skryta pomiędzy namiotami, nie chciała by ktoś ją widział. Wstydziła się tego, co czuła, bo to był głupie. Nie powinna, ale nie umiała się przed tym obronić. Trwała przy nim wtedy, kiedy był najbardziej bezbronny. Zdany na jej troskliwe dłonie, nieprzytomny, rozgorączkowany. To ona zmieniała mu opatrunki, obmywała rozgorączkowane ciało, czuwała w nocy, poiła. Słuchała, gdy mamrotał nieprzytomnie wzywając matki, sióstr, ojca. Ocierała pot z jego czoła, gładziła z czułością jego dłoń i uśmiechała się, szepcząc uspokajające słowa. Zasypiał wtedy zapatrzony w ten uśmiech, spokojnie, jakby znajdywał w jej głosie ukojenie. Wyobrażała sobie, że tak właśnie jest. Że to jej obecność pozwala mu wracać do zdrowia. W jakimś sensie tak właśnie było, tyle że Anegord nie był w tym stanie świadomy jej obecności, a Mirith nie chciała myśleć, co będzie później. Teraz był jej.
     Od dziecka go podziwiała. Z daleka i nie robiąc sobie nadziei, bo jakież mogła by mieć chłopska córka względem pańskiego syna? Od zawsze wiedziała, że to jedynie marzenie. A jednak teraz kiedy kraj stanął w ogniu, na krótką chwilę stali się sobie równi i marzenie ożyło. I nie umiała go w sobie stłumić, choć wiedziała, że na dłuższą metę nic się nie zmieniło.

16.09.2017

Ukryci cz.1

Naprawdę chciałam, żeby dzisiaj wpadła "Dioris", niestety w tym tygodniu pokonała mnie grypa i nie dałam rady wyklepać działki. W związku z tym są "Ukryci". "Ukryci" na razie mają tytuł nieco od czapy, bo pierwotny pomysł trochę sobie poewoluował a tytuł póki co został i na razie jest, jaki jest. Z mojego punktu widzenia ma jakiś tam sens, aczkolwiek za wiele musiałabym wyjaśniać dlaczego tak, a nie inaczej. I chyba o wiele prościej będzie go kiedyś tam poprawić ;).

Tym razem sięgnęłam odrobinę do mitologii, a trochę do kilku dawnych kultur z różnych rejonów świata. Jak zwykle to raczej inspiracje, nie odtwórstwo wg źródeł, choć być może ktoś wyłapie jakieś analogie tu i ówdzie. Poza tym, znajdziecie tu to co zwykle: trochę humoru, trochę gniewu, trochę przygody, miłości, rywalizacji, tajemnic do wyjaśnienia, trudnych decyzji do podjęcia. I cóż, życzę Wam i sobie, żebyście znaleźli też trochę frajdy, podróżując z bohaterami przez nowy świat.


START


     Sanktuarium


     Trzej mężczyźni energicznym krokiem przemierzali kręte korytarze twierdzy. Odgłos kroków stawianych przez trzy pary stóp, obutych w ciężkie wojskowe obuwie, odbijał się głośnym echem od kamiennych zimnych murów. Ich twarze były ponure, usta zaciśnięte, a długie ciemne włosy ściągnięte czarnymi rzemieniami z tyłu odkrytych głów.
     Z ramion spływały długie, ciężkie płaszcze z wysokimi sztywnymi kołnierzami, spięte broszami z ciemnymi kamieniami oprawionymi w połyskliwy jasny metal, w którym migotały płomienie świec pozapalanych na kandelabrach. Nie nosili żadnej broni, co w jakiś sposób kłóciło się z ich posturą i elementami ubioru z czarnej skóry, jak pasy, kamizele, rękawice na rękach dwóch z nich i karwasze opinające przedramiona trzeciego. Ich postawa, pewny krok, uważne jastrzębie wejrzenia nadto wyraźnie sugerowały wojowników. Tym bardziej dziwił brak jakiejkolwiek broni. Nie mieli ani mieczy, ani nawet ozdobnych, paradnych sztyletów.
     Dotarli wreszcie do celu swej wędrówki i zatrzymali się przed wysokimi podwojami. Okucia drzwi przypominały fantazyjnie powyginane gałęzie drzewa, a w drewnie finezyjnie wyrzeźbiono listowie i nasączono ryty zieloną farbą. Oprócz tego oba skrzydła naznaczone były symbolami oznaczającymi święte miejsce, do którego nie mogła być wniesiona żadna broń ani trucizna.

12.09.2017

Dioris II cz.1

Wyczekana ;). Długo nie mogłam się za to zabrać, ale w końcu ruszyłam to z miejsca. Uprzedzam jednak, że możecie się poczuć nieco zaskoczeni. Mam jednak nadzieję, że mi zaufacie i nie zniechęcicie się do tego tekstu. Wszystko co się w nim dzieje jest integralną częścią całego cyklu. Ponieważ nigdy nie połączyłam wątków w jednolitą całość, niejednokrotnie musze wracać i nawiązywać do przeszłych zdarzeń, czasem też te zdarzenia mogą pojawiać się w różnych częściach, bo są istotne dla bohaterów nie tylko jednej ale też innej części. W przypadku tej części postanowiłam jednak połączyć w całość to co dodtyczy jednej rodziny, szczególnie, że to co będziecie (mam nadzieję) początkowo śledzić, ściśle wiąże się z losem tytułowej bohaterki.

Po zamknięciu "Dioris" postaram się ogarnąć także wątki pozostałych łabędzic, nawet jeśli są one mocno nieudolne i jako że pisane najwcześniej najsłabsze. Ale chciałabym tu na blogu w całość zamknąć cały cykl.

A teraz już zapraszam na inauguracyjny wpis z Dioris II.


START


Rok wcześniej…

    Palamare - stolica Barthii
     Potężne wrota uginały się z każdym uderzeniem tarana i trzeszczały złowieszczo. Było oczywiste, że długo już nie wytrzymają. Zresztą, nieliczni obrońcy na murach i tak nie byli w stanie powstrzymać nawały. Nieobyci z bronią mieszczanie, jeden po drugim, porzucali stanowiska i biegli ratować dobytek.
     Płonęły składy kupieckie. W ciasnej, miejskiej zabudowie ogień stanowił śmiertelne zagrożenie a opanowanie go graniczyło z cudem. Kłęby duszącego dymu ograniczały widoczność.
     Młody Anegord porzucił konia. Płochliwe zwierzę jedynie przeszkadzało. Przez prący w kierunku rynku tłum przedzierał się pod prąd w kierunku atakowanej bramy. Chciał dostać się do ojca i wesprzeć go w walce. Widział go już, ale wciąż jeszcze był daleko. Oczy piekły od dymów, łzy zacierały i rozmazywały obraz.

6.09.2017

15 godzin... cz.33

To już ostatnia wrzutka z "15 godzin...". Poszło szybciej niż sądziłam, że pójdzie. Ale chyba po prostu musiałam wreszcie pozbyć sie tej historii z głowy. A kiedy to się już stało nie widzę powodu, żeby i Was przetrzymywać w niepewności. Zapraszam zatem na mocno lukrowane pączki...


poprzedni fragment

***

     Gina i Morr usiłowali przytrzymać rozwścieczonego Odda, bo niewiele brakowało, by rzucił się ordynatorowi do gardła.
     – Nie ma pan prawa mi tego zabronić! – ryczał yenni, podczas gdy lekarz spoglądał na niego obojętnym wzrokiem.
     – To nie pan będzie decydował do czego mam prawo, a do czego nie. I proszę mi tu nie podnosić głosu. To nie targowisko tylko szpital. Jak się pan natychmiast nie opanuje, każę ochronie wyprowadzić pana poza teren.
     Odd spuścił nieco pary. Strząsnął z siebie dłonie Giny i przyjaciela.
     – W porządku – mruknął do Morra. – Nie uduszę tego gada, nawet go nie dotknę.
     Ordynator, który oczywiście słyszał te słowa, zacisnął z satysfakcją usta.
     – Proszę go zrozumieć – wtrąciła się Gina. – Szukał ich od zakończenia wojny. Bał się, że mogą nie żyć, a teraz...
     – I dobrze, że się bal, bo rzeczywiście niewiele brakowało – przerwał jej lekarz. – A teraz młoda damo, są pod moją opieką i to ja odpowiadam za ich zdrowie i życie, i póki co, uważam, że jakiekolwiek zakłócanie spokoju tej kobiecie może się katastrofalnie odbić na jej zdrowiu. Przeżyła potężny stres, jej serce wymaga wsparcia, a narażanie jej na kolejny szok jakim byłby widok... To byłoby nieodpowiedzialne i zapewniam panią, że żaden szanujący się lekarz...

4.09.2017

15 godzin... cz.32

No i tak to u mnie jest... Długi okres posuchy, a potem wpada jedna za drugą ;). Myślę, że to jest przedostatnia częśc tej historii. Chociaż nie wykluczam, że resztę końcówki trzeba będzie jednak podzielić jeszcze na dwie. Mam nadzieję, że mnie nikt na pal nie naciagnie za dzisiejszy kawałek. W końcu w zanadrzu mam jeszcze coś ;).


poprzedni fragment

***

     Oparzenia nie były na szczęście zbyt głębokie, choć bez wątpienia bolesne. Znacznie więcej problemów przysporzyło uwolnienie mężczyzny z więzów. Ręce i nogi skrępowano mu kolczastym drutem w brutalny sposób, tak by odczuwał jak najdotkliwszy ból. Ranny miał opuchniętą i poranioną twarz. Mamrotał coś niewyraźnie. Wydawał się przytomny, ale musiał być w szoku. Wstrząsały nim konwulsyjne dreszcze, co mogło sugerować, że oprócz widocznych miał też obrażenia wewnętrzne. Bez wątpienia został brutalnie pobity.
     Opatrzyli go najlepiej jak to było możliwe tych ekstremalnych warunkach i wsadzili na tylne siedzenie swojego pojazdu. Gina podała mu butelkę z wodą. Oblewając się wypił łapczywie kilka łyków i oparł głowę na zagłówku. Przymknął powieki i oddychał ciężko.
     – Dziękuję – wyszeptał w końcu w miarę wyraźnie.
     – Jak się nazywasz? – ostro rzucił Odd, którego najmniej interesowały podziękowania. Nie po nie tu przyjechał. – Ktoś jeszcze był w tym domu oprócz ciebie? – dopytywał się natarczywie.
     Mężczyzna otworzył oczy, podniósł głowę i spojrzał na yenniego.
     – To jej szukacie, prawda? Szukacie Anny.
     Zęby Odda zgrzytnęły złowrogo. Morr położył mu rękę na ramieniu i zacisnął ostrzegawczo palce.
     – Spokojnie – mruknął, świadomy, że jego przyjaciel lada chwila może stracić nad sobą kontrolę. – Nie jesteśmy wrogami – zwrócił się do rannego mężczyzny. – Potrzebujemy informacji. Szukaliśmy Mishy Jaszczykowa.

2.09.2017

15 godzin... cz.31

Kochani, próbuję się troszkę rozpędzić. Nie ośmielę się składać obietnic, bo zawsze jak to robię, to coś się dzieje takiego, że nie mogę ich dotrzymać. Więc, po prostu staram się robić swoje. Udało się wydłubać działkę, to jest :). Zapraszam...


poprzedni fragment


***
     Kolonia karna, obecnie przekształcona w kontrolowaną produkcyjną osadę o surowym rygorze, oddalona była od stolicy o jakieś trzy dni drogi. Było to oczywiście dość subiektywne wyliczenie czasu potrzebnego na dotarcie tam, bo przecież na ów czas miały wpływ najrozmaitsze czynniki, a ich parametry mogły być dość zmienne. Jednak mniej więcej tyle poświęcili Morr i Odd. Należy jednak doliczyć jeszcze dwa noclegi w przydrożnych hotelikach, na które się zdecydowali ze względu na obecność towarzyszącej im Giny.
     Od kiedy dowiedziała się od Morra, że yenni szukają Anny, prawie nie odstępowała go na krok. Z czego zresztą sam yenni wydawał się całkiem zadowolony. Poza tym, było jeszcze coś, co bezpośrednio wpłynęło na jego decyzję, by nie pozostawiać Giny bez „opieki”.

     Kilka dni temu ktoś włamał się do jej mieszkania i przewrócił je do góry nogami. Co gorsza, znalezione ślady wskazywały, że po tej akcji włamywacz czekał tam na nią, ale prawdopodobnie wypłoszyła go obecność yenniego, który akurat tego dnia odprowadzał ją i którego sama kobieta zaprosiła na filiżankę herbaty.

22.08.2017

15 godzin... cz.30

Tak sobie popatrzyłam na datę publikacji poprzedniego posta... O rany, najwyższy czas pozrywać pajęczyny, wykarczować mchy, paprocie i łopatą odgarnąć kurz...
Wiem, ja wiem Kochani, że wystawiam Waszą cierpliwość na ogromną próbę, nie chcę się tłumaczyć, bo i tak każde tłumaczenie wybrzmi banalnie i głupio. Po prostu jest jak jest. Wszystkim, którzy nie tracą we mnie wiary i wciąż tu zaglądają, serdecznie dziękuję. Mogę jedynie życzyć Wam i sobie samej, by było lepiej :)
Informacyjnie powiem tylko, że wreszcie uporałam się (z pomocą życzliwej osoby) z ogarnięciem korekty do "Dzieci Żywiołów". Nadchodzący kwartał zdecyduje jakie będą ich dalsze losy.

Dzisiaj zapraszam na kontynuację "15 godzin..."



***
     Odzwyczaiła się o miasta, jego wielojęzycznego harmideru i wszechobecnego tłoku. Czuła się tu obco, dusiła się, ale w takim miejscu najłatwiej było się „zgubić”. Ludzie mijali się nawzajem skupieni na swoich sprawach, nie interesowali się tym kto przechodzi obok. Co zaskoczyło ją najbardziej w tej wielobarwnej mieszaninie nie brakowało yennich. I na nich też mało kto zwracał uwagę, aczkolwiek nie dało się nie zauważyć, że wokół nich było znacznie więcej przestrzeni. Jakby ludzie ich omijali, starając się nie zbliżać bardziej niż było to konieczne, a niejednokrotnie rzucane ku nim ukradkowe spojrzenia były raczej niechętne, czasem wręcz wrogie. Jednak nikt jawnie nie okazywał agresji. Anna odruchowo w każdym obcym obliczu szukała rysów Odda. Nawet jeśli nie miało to większego sensu nie potrafiła się powstrzymać. Bardzo chciała wierzyć, że przeżył, niepewność wysysała z niej siły. Może powinna spróbować go znaleźć albo chociaż dowiedzieć się co się z nim stało? Tylko od czego miałaby zacząć?
     Mała Ania obudziła się, zaczęła wiercić w nosidełku na jej piersi i pomrukiwać. Pewnie była już głodna a przy tym nie lubiła, gdy Anna ubierając ją do wyjścia krępowała jej jedną parę rączek ubrankami. Niestety, to co można było nabyć w sklepach nie było szyte dla yennijskich dzieci. No i tak było bezpieczniej. Tak nikt nawet nie zatrzymywał spojrzenia na kobiecie z dzieciakiem, jednej z wielu.

10.03.2017

15 godzin... cz.29

Troszkę spóźnione, bo nie wyrobiłam się na 8 marca, ale jestem :). Na lato postanowiłam sobie z grubsza ułożyć harmonogram i kolejna część powinna pojawić się 20 marca. Zabrałam się też w końcu za drugą część "Dioris", choć jeszcze nie potrafię powiedzieć, kiedy zacznę ją publikować. Odkurzam też "Księżyc i miecz", który chciałabym wreszcie dokończyć. Podsumowując, nie mam pewności co pojawi się tego 20-tego, nie mniej coś będzie na pewno :). A dzisiaj zapraszam na spotkanie z bohaterami "15 godzin..." :)


poprzedni fragment


***
     – W porządku, przekażę jej – mówił spokojnym tonem, choć w środku gotował się ze złości. Zarówno ten przemądrzały palant jak i ona traktowali go jak chłopaka na posyłki. Owszem, podjął z nimi „współpracę”, bo potrzebował forsy a oni zaoferowali więcej niż ci dwaj yenni. Dokopanie Subik bez dwóch zdań sprawiłoby mu satysfakcję i Hudyc nie miałby nic przeciw temu, ale w przeciwieństwie do tej... modliszki, nie miał obsesji na punkcie tej lekareczki. Forsa, forsa zawsze była silną pokusą. A życie oferowało o wiele ciekawsze rozrywki niż ganianie króliczka, byle tylko człowieka było na nie stać. Ale nie tylko forsa trzymała go przy Nadii i Krossie. Bardziej świadomość, że ta para to psychopaci. Za nic w świecie nie chciałby mieć w nich wrogów, a tak właśnie by się stało, gdyby ich zostawił. Kupili jego czas i teraz wydawali polecenia jak podwładnemu. I nie było sposobu by się z tej transakcji wycofał, póki oni mu na to nie pozwolą. Ale nikt nie pomiata Hudycem. Nikt. Ani ta bezczelna lekarka, ani jakaś rąbnięta weteranka, której najwyraźniej kwas wyżarł nie tylko twarz, ale i mózg. Hudyc potrafił zdobyć się na cierpliwość i zawsze umiał wyczekać na właściwy moment. Teraz też da sobie radę.
     Stanął przed drzwiami mieszkania Nadii i zdecydowanym ruchem wcisnął dzwonek.

     Niezadowolona uchyliła powiekę. Co za gnida dobija się z samego rana?
     Uniosła się na łokciu i zerknęła na zegar wiszący na ścianie, by się przekonać, że wcale nie było już tak wcześnie.
     Wczoraj znów urządziła sobie rajd po cuchnących zaułkach. W nich można było znaleźć dobry materiał do wyładowania frustracji, która na skutek konieczności biernego czekania na wiadomość od Vlada, niemal ją rozsadzała.
     Owinęła się szlafrokiem i ziewając podeszła do drzwi, zerknęła w wyświetlacz monitoringu i skrzywiła się ze złością. A ten czego? Stęsknił się czy co? Ale kolejna, już nieco bardzie rozbudzona myśl podpowiedziała, że może ma jakieś istotne informacje od Vlada, który ostatnio wolał kontaktować się z nią właśnie przez pośrednika. Trochę ją to irytowało, ale wcześniejsza zażyłość stała się dla niej zbyt krępująca. Nie wykluczała jednak powrotu do niej, kiedy już przestanie ją dręczyć sprawa Anny. Wtedy odetchnie i pozwoli sobie na odrobinę szaleństwa.

23.02.2017

15 godzin... cz.28

Luty jeszcze trwa, a to oznacza że jakimś cudem udało mi się trzymać własnych planów i dotrzymać danej Wam obietnicy. Może więc, jest jeszcze dla mnie szansa ;).
Zapraszam...



***

     Ciężarówka, która służyła jako „autobus” nie wzbudzała zaufania wyglądem. Przede wszystkim, pasażerowie pozostawali zamknięci w naczepie, bez możliwości porozumienia się z kierowcą. Nie było więc mowy o zatrzymaniu się na żądania w razie nagłej potrzeby na przykład. Na szczęście kontener przynajmniej prowizorycznie przystosowano do transportu ludzi poprzez zamontowanie w środku twardych, niewygodnych krzesełek i wycięcie w bocznych ścianach kilku otworów, w których zamontowano uchylne okienka. To dawało przynajmniej pewność, że pozostającym w środku nie zabraknie powietrza. Przerobiono też zamek we wrotach tak by dało się je otwierać także od wewnątrz. Podróżujący mieli więc poczucie wolności i złudne wrażenie, że dzierżą swój los we własnych rękach.

     Misha upewnił się, że Anna nabyła właściwy bilet i znalazła właściwy „autobus”. Mieli jeszcze chwilę do odjazdu. Pomógł jej ulokować bagaż i teraz stali z boku naczepy. Misha palił papierosa i kątem oka obserwował Annę. Mała pomrukiwała i wierciła się w powijakach.
     – W Tukon masz przesiadkę, pamiętasz?
     – Tak.
     – Musisz tam przenocować. Koło dworca powinien być hotel.
     – Dam sobie radę. – Spojrzała na niego, zakładając z ucho kosmyk jasnych włosów, który wysunął się spod gumki. Usta miała spierzchnięte od zimnego wiatru.
     Uśmiechnął się. Rzucił niedopałek i zdusił czubkiem buta.
     – Nie wątpię. Ale lepiej uważaj na małą. Jak ją przebierasz staraj się robić to dyskretnie. Lepiej niepotrzebnie nie ryzykować. Żałuję, że sam nie mogę cię zawieźć, ale im szybciej się rozdzielimy tym lepiej.
     Zmrużyła oczy i spojrzała na niego uważniej.
     – Dlaczego? – Nie, żeby pragnęła jego towarzystwa, ale sposób w jaki to powiedział, nie patrząc na nią, lecz ponad jej ramieniem, jakby wypatrywał jakiegoś czającego się niebezpieczeństwa, zaniepokoił ją.