WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 15 godzin.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 15 godzin.... Pokaż wszystkie posty

6.09.2017

15 godzin... cz.33

To już ostatnia wrzutka z "15 godzin...". Poszło szybciej niż sądziłam, że pójdzie. Ale chyba po prostu musiałam wreszcie pozbyć sie tej historii z głowy. A kiedy to się już stało nie widzę powodu, żeby i Was przetrzymywać w niepewności. Zapraszam zatem na mocno lukrowane pączki...


poprzedni fragment

***

     Gina i Morr usiłowali przytrzymać rozwścieczonego Odda, bo niewiele brakowało, by rzucił się ordynatorowi do gardła.
     – Nie ma pan prawa mi tego zabronić! – ryczał yenni, podczas gdy lekarz spoglądał na niego obojętnym wzrokiem.
     – To nie pan będzie decydował do czego mam prawo, a do czego nie. I proszę mi tu nie podnosić głosu. To nie targowisko tylko szpital. Jak się pan natychmiast nie opanuje, każę ochronie wyprowadzić pana poza teren.
     Odd spuścił nieco pary. Strząsnął z siebie dłonie Giny i przyjaciela.
     – W porządku – mruknął do Morra. – Nie uduszę tego gada, nawet go nie dotknę.
     Ordynator, który oczywiście słyszał te słowa, zacisnął z satysfakcją usta.
     – Proszę go zrozumieć – wtrąciła się Gina. – Szukał ich od zakończenia wojny. Bał się, że mogą nie żyć, a teraz...
     – I dobrze, że się bal, bo rzeczywiście niewiele brakowało – przerwał jej lekarz. – A teraz młoda damo, są pod moją opieką i to ja odpowiadam za ich zdrowie i życie, i póki co, uważam, że jakiekolwiek zakłócanie spokoju tej kobiecie może się katastrofalnie odbić na jej zdrowiu. Przeżyła potężny stres, jej serce wymaga wsparcia, a narażanie jej na kolejny szok jakim byłby widok... To byłoby nieodpowiedzialne i zapewniam panią, że żaden szanujący się lekarz...

4.09.2017

15 godzin... cz.32

No i tak to u mnie jest... Długi okres posuchy, a potem wpada jedna za drugą ;). Myślę, że to jest przedostatnia częśc tej historii. Chociaż nie wykluczam, że resztę końcówki trzeba będzie jednak podzielić jeszcze na dwie. Mam nadzieję, że mnie nikt na pal nie naciagnie za dzisiejszy kawałek. W końcu w zanadrzu mam jeszcze coś ;).


poprzedni fragment

***

     Oparzenia nie były na szczęście zbyt głębokie, choć bez wątpienia bolesne. Znacznie więcej problemów przysporzyło uwolnienie mężczyzny z więzów. Ręce i nogi skrępowano mu kolczastym drutem w brutalny sposób, tak by odczuwał jak najdotkliwszy ból. Ranny miał opuchniętą i poranioną twarz. Mamrotał coś niewyraźnie. Wydawał się przytomny, ale musiał być w szoku. Wstrząsały nim konwulsyjne dreszcze, co mogło sugerować, że oprócz widocznych miał też obrażenia wewnętrzne. Bez wątpienia został brutalnie pobity.
     Opatrzyli go najlepiej jak to było możliwe tych ekstremalnych warunkach i wsadzili na tylne siedzenie swojego pojazdu. Gina podała mu butelkę z wodą. Oblewając się wypił łapczywie kilka łyków i oparł głowę na zagłówku. Przymknął powieki i oddychał ciężko.
     – Dziękuję – wyszeptał w końcu w miarę wyraźnie.
     – Jak się nazywasz? – ostro rzucił Odd, którego najmniej interesowały podziękowania. Nie po nie tu przyjechał. – Ktoś jeszcze był w tym domu oprócz ciebie? – dopytywał się natarczywie.
     Mężczyzna otworzył oczy, podniósł głowę i spojrzał na yenniego.
     – To jej szukacie, prawda? Szukacie Anny.
     Zęby Odda zgrzytnęły złowrogo. Morr położył mu rękę na ramieniu i zacisnął ostrzegawczo palce.
     – Spokojnie – mruknął, świadomy, że jego przyjaciel lada chwila może stracić nad sobą kontrolę. – Nie jesteśmy wrogami – zwrócił się do rannego mężczyzny. – Potrzebujemy informacji. Szukaliśmy Mishy Jaszczykowa.

2.09.2017

15 godzin... cz.31

Kochani, próbuję się troszkę rozpędzić. Nie ośmielę się składać obietnic, bo zawsze jak to robię, to coś się dzieje takiego, że nie mogę ich dotrzymać. Więc, po prostu staram się robić swoje. Udało się wydłubać działkę, to jest :). Zapraszam...


poprzedni fragment


***
     Kolonia karna, obecnie przekształcona w kontrolowaną produkcyjną osadę o surowym rygorze, oddalona była od stolicy o jakieś trzy dni drogi. Było to oczywiście dość subiektywne wyliczenie czasu potrzebnego na dotarcie tam, bo przecież na ów czas miały wpływ najrozmaitsze czynniki, a ich parametry mogły być dość zmienne. Jednak mniej więcej tyle poświęcili Morr i Odd. Należy jednak doliczyć jeszcze dwa noclegi w przydrożnych hotelikach, na które się zdecydowali ze względu na obecność towarzyszącej im Giny.
     Od kiedy dowiedziała się od Morra, że yenni szukają Anny, prawie nie odstępowała go na krok. Z czego zresztą sam yenni wydawał się całkiem zadowolony. Poza tym, było jeszcze coś, co bezpośrednio wpłynęło na jego decyzję, by nie pozostawiać Giny bez „opieki”.

     Kilka dni temu ktoś włamał się do jej mieszkania i przewrócił je do góry nogami. Co gorsza, znalezione ślady wskazywały, że po tej akcji włamywacz czekał tam na nią, ale prawdopodobnie wypłoszyła go obecność yenniego, który akurat tego dnia odprowadzał ją i którego sama kobieta zaprosiła na filiżankę herbaty.

22.08.2017

15 godzin... cz.30

Tak sobie popatrzyłam na datę publikacji poprzedniego posta... O rany, najwyższy czas pozrywać pajęczyny, wykarczować mchy, paprocie i łopatą odgarnąć kurz...
Wiem, ja wiem Kochani, że wystawiam Waszą cierpliwość na ogromną próbę, nie chcę się tłumaczyć, bo i tak każde tłumaczenie wybrzmi banalnie i głupio. Po prostu jest jak jest. Wszystkim, którzy nie tracą we mnie wiary i wciąż tu zaglądają, serdecznie dziękuję. Mogę jedynie życzyć Wam i sobie samej, by było lepiej :)
Informacyjnie powiem tylko, że wreszcie uporałam się (z pomocą życzliwej osoby) z ogarnięciem korekty do "Dzieci Żywiołów". Nadchodzący kwartał zdecyduje jakie będą ich dalsze losy.

Dzisiaj zapraszam na kontynuację "15 godzin..."



***
     Odzwyczaiła się o miasta, jego wielojęzycznego harmideru i wszechobecnego tłoku. Czuła się tu obco, dusiła się, ale w takim miejscu najłatwiej było się „zgubić”. Ludzie mijali się nawzajem skupieni na swoich sprawach, nie interesowali się tym kto przechodzi obok. Co zaskoczyło ją najbardziej w tej wielobarwnej mieszaninie nie brakowało yennich. I na nich też mało kto zwracał uwagę, aczkolwiek nie dało się nie zauważyć, że wokół nich było znacznie więcej przestrzeni. Jakby ludzie ich omijali, starając się nie zbliżać bardziej niż było to konieczne, a niejednokrotnie rzucane ku nim ukradkowe spojrzenia były raczej niechętne, czasem wręcz wrogie. Jednak nikt jawnie nie okazywał agresji. Anna odruchowo w każdym obcym obliczu szukała rysów Odda. Nawet jeśli nie miało to większego sensu nie potrafiła się powstrzymać. Bardzo chciała wierzyć, że przeżył, niepewność wysysała z niej siły. Może powinna spróbować go znaleźć albo chociaż dowiedzieć się co się z nim stało? Tylko od czego miałaby zacząć?
     Mała Ania obudziła się, zaczęła wiercić w nosidełku na jej piersi i pomrukiwać. Pewnie była już głodna a przy tym nie lubiła, gdy Anna ubierając ją do wyjścia krępowała jej jedną parę rączek ubrankami. Niestety, to co można było nabyć w sklepach nie było szyte dla yennijskich dzieci. No i tak było bezpieczniej. Tak nikt nawet nie zatrzymywał spojrzenia na kobiecie z dzieciakiem, jednej z wielu.

10.03.2017

15 godzin... cz.29

Troszkę spóźnione, bo nie wyrobiłam się na 8 marca, ale jestem :). Na lato postanowiłam sobie z grubsza ułożyć harmonogram i kolejna część powinna pojawić się 20 marca. Zabrałam się też w końcu za drugą część "Dioris", choć jeszcze nie potrafię powiedzieć, kiedy zacznę ją publikować. Odkurzam też "Księżyc i miecz", który chciałabym wreszcie dokończyć. Podsumowując, nie mam pewności co pojawi się tego 20-tego, nie mniej coś będzie na pewno :). A dzisiaj zapraszam na spotkanie z bohaterami "15 godzin..." :)


poprzedni fragment


***
     – W porządku, przekażę jej – mówił spokojnym tonem, choć w środku gotował się ze złości. Zarówno ten przemądrzały palant jak i ona traktowali go jak chłopaka na posyłki. Owszem, podjął z nimi „współpracę”, bo potrzebował forsy a oni zaoferowali więcej niż ci dwaj yenni. Dokopanie Subik bez dwóch zdań sprawiłoby mu satysfakcję i Hudyc nie miałby nic przeciw temu, ale w przeciwieństwie do tej... modliszki, nie miał obsesji na punkcie tej lekareczki. Forsa, forsa zawsze była silną pokusą. A życie oferowało o wiele ciekawsze rozrywki niż ganianie króliczka, byle tylko człowieka było na nie stać. Ale nie tylko forsa trzymała go przy Nadii i Krossie. Bardziej świadomość, że ta para to psychopaci. Za nic w świecie nie chciałby mieć w nich wrogów, a tak właśnie by się stało, gdyby ich zostawił. Kupili jego czas i teraz wydawali polecenia jak podwładnemu. I nie było sposobu by się z tej transakcji wycofał, póki oni mu na to nie pozwolą. Ale nikt nie pomiata Hudycem. Nikt. Ani ta bezczelna lekarka, ani jakaś rąbnięta weteranka, której najwyraźniej kwas wyżarł nie tylko twarz, ale i mózg. Hudyc potrafił zdobyć się na cierpliwość i zawsze umiał wyczekać na właściwy moment. Teraz też da sobie radę.
     Stanął przed drzwiami mieszkania Nadii i zdecydowanym ruchem wcisnął dzwonek.

     Niezadowolona uchyliła powiekę. Co za gnida dobija się z samego rana?
     Uniosła się na łokciu i zerknęła na zegar wiszący na ścianie, by się przekonać, że wcale nie było już tak wcześnie.
     Wczoraj znów urządziła sobie rajd po cuchnących zaułkach. W nich można było znaleźć dobry materiał do wyładowania frustracji, która na skutek konieczności biernego czekania na wiadomość od Vlada, niemal ją rozsadzała.
     Owinęła się szlafrokiem i ziewając podeszła do drzwi, zerknęła w wyświetlacz monitoringu i skrzywiła się ze złością. A ten czego? Stęsknił się czy co? Ale kolejna, już nieco bardzie rozbudzona myśl podpowiedziała, że może ma jakieś istotne informacje od Vlada, który ostatnio wolał kontaktować się z nią właśnie przez pośrednika. Trochę ją to irytowało, ale wcześniejsza zażyłość stała się dla niej zbyt krępująca. Nie wykluczała jednak powrotu do niej, kiedy już przestanie ją dręczyć sprawa Anny. Wtedy odetchnie i pozwoli sobie na odrobinę szaleństwa.

23.02.2017

15 godzin... cz.28

Luty jeszcze trwa, a to oznacza że jakimś cudem udało mi się trzymać własnych planów i dotrzymać danej Wam obietnicy. Może więc, jest jeszcze dla mnie szansa ;).
Zapraszam...



***

     Ciężarówka, która służyła jako „autobus” nie wzbudzała zaufania wyglądem. Przede wszystkim, pasażerowie pozostawali zamknięci w naczepie, bez możliwości porozumienia się z kierowcą. Nie było więc mowy o zatrzymaniu się na żądania w razie nagłej potrzeby na przykład. Na szczęście kontener przynajmniej prowizorycznie przystosowano do transportu ludzi poprzez zamontowanie w środku twardych, niewygodnych krzesełek i wycięcie w bocznych ścianach kilku otworów, w których zamontowano uchylne okienka. To dawało przynajmniej pewność, że pozostającym w środku nie zabraknie powietrza. Przerobiono też zamek we wrotach tak by dało się je otwierać także od wewnątrz. Podróżujący mieli więc poczucie wolności i złudne wrażenie, że dzierżą swój los we własnych rękach.

     Misha upewnił się, że Anna nabyła właściwy bilet i znalazła właściwy „autobus”. Mieli jeszcze chwilę do odjazdu. Pomógł jej ulokować bagaż i teraz stali z boku naczepy. Misha palił papierosa i kątem oka obserwował Annę. Mała pomrukiwała i wierciła się w powijakach.
     – W Tukon masz przesiadkę, pamiętasz?
     – Tak.
     – Musisz tam przenocować. Koło dworca powinien być hotel.
     – Dam sobie radę. – Spojrzała na niego, zakładając z ucho kosmyk jasnych włosów, który wysunął się spod gumki. Usta miała spierzchnięte od zimnego wiatru.
     Uśmiechnął się. Rzucił niedopałek i zdusił czubkiem buta.
     – Nie wątpię. Ale lepiej uważaj na małą. Jak ją przebierasz staraj się robić to dyskretnie. Lepiej niepotrzebnie nie ryzykować. Żałuję, że sam nie mogę cię zawieźć, ale im szybciej się rozdzielimy tym lepiej.
     Zmrużyła oczy i spojrzała na niego uważniej.
     – Dlaczego? – Nie, żeby pragnęła jego towarzystwa, ale sposób w jaki to powiedział, nie patrząc na nią, lecz ponad jej ramieniem, jakby wypatrywał jakiegoś czającego się niebezpieczeństwa, zaniepokoił ją.

9.02.2017

15 godzin... cz.27

Moi drodzy, pokonałam grypę, pogrypowe przeziębienie i prawie już pokonałam wydzierający wnętrzności kaszelek. Przeżyłam, więc będę nadal molestować internety swoją grafomanią :D.
Dziś daję co mam zrobione i jeśli wszystko pójdzie mi zgodnie z planami, to w lutym wpadnie jeszcze jeden "rozdział". Miłego czytania i do następnego oczywiście :)


poprzedni fragment

***
     Anna zamarła. Teraz myśli przelatywały przez głowę jak szalone. Niezależnie od tego, czy mówił prawdę, czy sobie z nie kpił... Jaki mógł mieć cel w podawaniu jej informacji, o której najprawdopodobniej nikt poza nim nie wiedział? A teraz wiedziała także ona.
     Wojna dobiegła końca, ale uprzedzenia, niechęć, nawet wrogość, wciąż były głęboko zakorzenione w ludzkiej psychice. Ludzkość zawsze odrzucała to, co odmienne. Człowiek może sobie stawiać siebie ponad innymi stworzeniami, cokolwiek by jednak nie zrobił nie jest w stanie zmienić faktu, że jest jedynie jednym z bardziej inteligentnych zwierząt z naturalnymi, atawistycznymi instynktami, które nakazują mu odrzucać to, co naturze się nie udało. Organizacje wspierające wszelką niepełnosprawność... to takie szlachetne, ale w praktyce i tak ci „niedoskonali” pozostają wyrzuceni poza nawias społeczności. Nawet jeśli ta głośno wrzeszczy o akceptacji i tolerancji, bo zasada gwarantująca gatunkowi przetrwanie nie zna ani jednego, ani drugiego. I to nie człowiek, to natura stworzenia ustaliła tę brutalną, pozbawioną skrupułów normę, a odstępstwa od niej, w długiej perspektywie, nieuchronnie prowadzą do degeneracji. Zasada ta, wynikająca z naszych zwierzęcych, ludzkich instynktów, mniej lub bardziej świadomie była i jest stosowana przez każdą ludzką społeczność i dotyczy ludzi, a cóż dopiero kogoś, kto nie do końca jest człowiekiem?
     Mogłoby się wydawać, że w świetle zawartych i podpisanych ostatnio przez obie strony traktatów i umów, reguła pełna frazesów o zrozumieniu odmienności i życzliwym wsparciu dla każdej jednostki powinna się przenieść teraz także na yennich i zgodnie z literą prawa tak właśnie było.
     Ale prawo to jedno, a realne życie to drugie. Ujawnienie szczegółu, dotyczącego pochodzenia Jaszczykova, skrzętnie dotąd skrywanego, z pewnością niczego by mu nie ułatwiło, a wiele spraw i planów skomplikowało. Po co więc podzielił się tą wiedzą z Anną? Czy mogło to być jedynie poczucie gatunkowej więzi, jaka zaistniała pomiędzy mężczyzną a córką Anny?

24.01.2017

15 godzin... cz. 26

Kochani, nie wiem ile mi jeszcze wyjdzie tekstu, ale na pewno jest bliżej niż dalej finału. Tak czy siak, z opowiadanka planowanego na 25 stron rozrosło mi się troszkę ;). Dzisiejszy fragment trochę spokojniejszy, jako że trzeba złapać trochę oddechu po poprzednich wydarzeniach. I mała uwaga, wprowadziłam drobną zmianę w historii ale jeszcze nie naniosłam dotyczących jej poprawek we wcześniejszych postach. Gdyby więc komuś coś się nie zgadzało, to zapewne będzie to. A w ogóle to zmiana jest naprawdę drobna i liczę po cichu, że nikt nie zwróci na szczególik uwagi. Zapraszam :).


poprzedni fragment


     Dopijał drugiego drinka i rozważał przygotowanie kolejnego, ale tutejsze trunki były wyjątkowo mocne. Alkohol szybko uderzał do głowy i długo krążył we krwi, utrzymując stan błogiego tumiwisizmu. Ostatecznie więc odstawił pustą szklankę i zatrzasnął barek, nie chcąc doprowadzić się do stanu, w którym każda, nawet najbardziej elektryzująca nowina, spłynęłaby po nim niczym deszcz. Spojrzał na zegar. Jeszcze kwadrans do siódmej. Baih zaraz tu będzie.
     Odd czuł nerwowe mrowienie pod skórą. Nie mógł usiedzieć na miejscu i krążył po pokoju, od okna, wyglądając czy pomiędzy przechodniami, których coraz więcej pojawiało się na ulicy z budzącym się dniem, nie rzuci się w oczy wysoka sylwetka yenniego. To zatrzymywał się przy drzwiach nasłuchując, czy nie zbliża się ku nim odgłos długich równych kroków. Wreszcie klnąc cicho pod nosem usiadł przy biurku i tylko bębnił nerwowo palcami jednej dłoni po jego blacie.
     Zegar stojący na półce na regale z tyłu zaterkotał metalicznie, sygnalizując pełną godzinę. Odd wbił zniecierpliwione spojrzenie w drzwi i zgrzytnął zębami. Kolejnych kilka minut wlokło się niemiłosiernie i niemal podskoczył na krześle, gdy wreszcie rozległo się energiczne stukanie. Zdążył jedynie nabrać powietrza, gdy drzwi otwarły się z impetem i do pokoju, nie czekając na zaproszenie wszedł Morr Baih w swoim nieodłącznym długim płaszczu. Nie zatrzymał się by go ściągnąć, od razu zajął miejsce po drugiej stronie biurka, na wprost Odda.
     Ten tylko patrzył na niego wyczekująco. Od razu zauważył błysk zadowolenia w oczach przyjaciela i w głębi ducha odetchnął z ulgą. Wieści musiały być pomyślne, cokolwiek Morr miał do powiedzenia.
     Ale on zamiast wreszcie się odezwać położył jedynie na biurku jakąś fotografię i przesunął ją po blacie w kierunku Odda.
     Widniała na niej metalowa brama z wieżyczkami strażniczymi po bokach. Brama była otwarta i w głębi, za nią, widać było jakieś zabudowania. Nietrudno było się domyślić co przedstawia. Mimo to Odd zadał pytanie:

14.01.2017

15 godzin... cz.25 (+18)

Pozostajemy na razie przy tym tekście, ponieważ cisnę to już do końca. Znaczy, nie wiem ile mi wyjdzie "rozdziałów", ale z mojego punktu widzenia jestem z tą historią już na finiszu. I jak to zwykle u mnie przy końcówkach, zaczynam go mieć coraz bardziej dość :P. Im szybciej się go pozbędę z głowy, tym szybciej wkręcę się w coś innego. Dlatego lecimy z tym koksem.

Dzisiejszy rozdział jak zauważyliście ma dodatkowe oznaczenie, ponieważ zawiera dość brutalną scenę. Wiem, że otagowałam go "dla dorosłych" ale ostrzeżeń nigdy dosyć. A tutaj dodatkowo oznaczenie 18+ może niektórym sugerować coś na co mogliby się skusić mimo że do 18+ mają daleko. Dlatego ostrzegam, to nie to. Tu nie będzie ładnie, będzie brzydko.




     Ze spania nic nie wyszło. Odd był zbyt niespokojny, żeby bodaj na chwilę wyciągnąć się na łóżku, o zaśnięciu nie wspominając. Krążył po ciemnym pokoju jak zwierzę w klatce, co chwila spoglądając na wyświetlacz zegara. Wreszcie około trzeciej nie wytrzymał. Narzucił kurtkę i zszedł do garażu. Kilka minut później był już w drodze do miasta.
     Nie śpieszył się, wiedząc, że w biurze i tak będzie długo przed umówionym spotkaniem. Ba, długo przed godziną, o której zwykle się tam pojawiał. Ale prowadzenie auta nocą po praktycznie nieoświetlonej drodze zmuszało go do koncentracji i dzięki temu łatwiej mu było panować nad nerwami.

     Było jeszcze ciemno, kiedy wchodził do budynku. Przyjaznym gestem pozdrowił zaskoczonych strażników. Rozpoznali go, ale pojawił się o tak niezwykłej porze, że musiał okazać dokumenty. Później, w swoim biurze, uspokajał skołatane nerwy szklaneczką trunku z lodem.

***
     Odgłos ciężkich, wolnych kroków po jej prawej stronie skłonił Dankę do oderwania wzroku od przygotowanych „instrumentów”. Jedna z osób stojących w cieniu stanęła teraz w świetle.
     Danka podniosła obolałą głowę i wytrzymała pełne nienawiści spojrzenie Celine. Jej usta wykrzywił ironiczny uśmieszek, gdy zwróciła się do komendanta:
     – Komendancie, Jaszczykov, mogę?
     – Chwileczkę, moja droga. Nie śpieszy nam się przecież nigdzie.
     Komendant zacisnął palce na pałce, głową skinął na jednego z ludzi stojących za nim. Brodą wskazał na ofiarę.
     Mężczyzna podszedł wyciągając z kieszeni rolkę szerokiej szarej taśmy. Oderwał kawałek i sprawnie zakleił uwięzionej kobiecie usta, po czym wrócił na swoje miejsce.
     – No, dobrze. Tak jest dobrze – mruknął komendant znudzonym głosem. – Nie chcemy tu przecież zbiegowiska. To przecież prywatne przedstawienie. – Gestem ręki zachęcił Celine do działania. – Teraz czyń honory.

1.01.2017

15 godzin... cz.24





Wszystkiego dobrego w Nowym Roku 2017 :D.

Podsumowania starego roku nie będzie, a to z tej prostej przyczyny, że blog ma archiwum, w które w miarę czasu i chęci każdy może zerknąć. Uznałam więc, że nie ma sensu. Byłoby to powielanie informacji i tak ogólnie dostępnych.

W zamian odrobina planów... Priorytet to oczywiście dokończenie tego co zaczęte i kontynuacja kolejnych części „Dzikich łabędzi”. Przy czym w pierwszej kolejności oczywiście pojawi się druga część „Dioris”. Kolejna rzecz, którą mam w planie to ogarnięcie w całość trzeciej z moich powieści „Księżyca i miecza”. Prawdopodobnie będę to ogarnianie wrzucać na bloga, więc będziecie mogli podglądać, jak mi idzie. Mam też plany związane z powieścią, którą tutaj mieliście okazję poznać pod roboczym tytułem „Dzieci Żywiołów”. Jeśli nie znajdzie nikt kto dałby jej szansę na papier, być może wydam kolejnego ebooka, zobaczymy. Tyle większych planów. Więcej nie robię, niechby udało się zrealizować te trzy punkty to już byłby dla mnie powód do satysfakcji. Mam też nadzieję, że pomiędzy tymi większymi, dam radę czasem sklecić coś mniejszego i tym Was ucieszyć.

Nowy rok należy dobrze zacząć, a dla bloga, którego istotą są opowiadania najlepszym początkiem będzie oczywiście nowy wpis na Nowy Rok :). Nie, nie witamy się z nowym tekstem. Jeszcze nie. Choć ma nadzieję, że w trakcie jakieś nowości też się tu pojawią. Tymczasem pozostajemy przy tekście rozpoczętym. Wiem, że obiecałam go na piątek, ale to była nieprzemyślana obietnica. Mogłam usiąść do komputera dopiero wieczorową porą, a w Sylwestra i tak pewnie nikt by tu nie zajrzał, bo wszyscy byli skupieni na przygotowaniach do imprezowego szaleństwa. Uznałam więc, że publikacja w Nowy Rok ma więcej sensu.

Zapraszam na kontynuację „15 godzin…” :).





***
     Minęły już dwa dni od chwili, gdy Danka przekazała dyskietki z kompromitującymi materiałami. Dwa cholernie długie dni i nic się nie wydarzyło. Ironiczny uśmieszek błąkający się po twarzy komendanta w chwili, gdy odbierał od niej brudną zmiętą kopertę był niczym drzazga wwiercająca się pod paznokieć. Postawiła wszystko na jedną kartę, być może przypieczętowała los i Anny i swój.
     Nie powiedziała towarzyszce o rozmowie w jej sprawie. Nie chciała rozbudzać w niej nadziei na cokolwiek. Czekała. Z każdym dniem coraz bardziej czując zaciskającą się na gardle łapę lęku.
Po porodzie Anna dostała tydzień wolnego i na razie pozostawała w domu. Nie wychodziła, nie pokazywała się nikomu. W niewielkiej społeczności, nawet bez nadgorliwości Celine nie udałby się długo utrzymać tajemnicy, szczególnie, że Anna była tu jedyną ciężarną. Ale o ile wcześniej zdarzały się przyjazne gesty ze strony ludzi, to teraz nie pojawił nikt, kto zapytałby, jak się czuje, czy pogratulował zdrowego dzieciaka. Trzymali się z daleka, a ona wolała nie myśleć co będzie, gdy w końcu wyjdzie na zewnątrz. Bo przecież nie mogła się tu ukryć na wieczność. W głębi ducha liczyła, że w najgorszym razie będą od niej stronić i będzie zmuszona we wszystkim liczyć wyłącznie na siebie. Mimo wszystko była jedną z nich. Gdyby jednak miało być inaczej...
     Może to jednak był błąd, że nie starała się o umożliwienie wyjazdu? Choć z drugiej strony, dokąd mogłaby pójść? Gdziekolwiek by się znalazła będzie otoczona ludźmi pełnymi uprzedzeń i gniewu. Tu przynajmniej znała część i wiedziała czego się po nich spodziewać, do czego są zdolni. W nowym miejscu otaczaliby ją nieprzewidywalni obcy. Dlatego została.

26.12.2016

15 godzin... cz.23

Obiecanki, obiecanki... Słowo się rzekło, jest post :). Zapraszam...


poprzedni fragment


     Ze zmarszczonym czołem obserwował Kiiri. Pod plecy podłożyła sobie poduszkę, długie nogi wyciągnęła i położyła na pufie, którą jej przysunął nim wyszedł do kuchni. Jedną parę ramion zaplotła na mocno już zaokrąglonym brzuchu. W jednej z wolnych rąk trzymała pilot i przeglądała kanały tutejszej telewizji. Pracując na orbicie, a ludzkimi kobietami miała okazję dość dobrze opanować ludzki język, a od jakiegoś czasu, gdy zrobiła się ociężała i wzięła urlop od zawodowych obowiązków, ta marna rozrywkowo ziemska telewizja była jej jedyną rozrywką. Wolałaby pracować, ale mocno opuchnięte kostki i bóle kręgosłupa dawały się jej we znaki.
     Odd nalegał, żeby zrobiła sobie przerwę przynajmniej do czasu, póki nie urodzi. To, że nie łączyło ich głębsze uczucie, nie znaczyło, że miałby się nie interesować i nie troszczyć o matkę swego dziecka. Ta sama troska i palący niepokój o inną matkę innego dziecka zżerała go od środka dzień za dniem. Nawet jeśli nie miał pewności, że ciąża Anny była jego dziełem, to sam fakt, że było to prawdopodobne odbierał mu spokojny sen.
     Był zmęczony, przyłapywał się nieustannym zerkaniu na wyświetlacz osobistego komunikatora, w oczekiwaniu na wiadomości od Morra. Adres, który podał im Hudyc okazał się trefny. Anna nigdy nie dotarła do tego obozu. Co więcej, z tego co udało się ustalić prawnikowi, nigdy jej tam nie oczekiwano. Znaleźli się w punkcie wyjścia i znów musieli szukać po omacku, metodycznie weryfikując listy osadzonych w kolejnym obozie i kolejnym… Placówek było kilkadziesiąt, a gwarancji na szczęście nie mógł dać im nikt. Nie mógł na razie porzucić swoich obowiązków i dołączyć do Morra. No i była jeszcze Kiiri, względem której czuł się zobowiązany.

     Westchnął i przetarł dłonią zmęczone oczy. Kobieta siedząca na kanapie obejrzała się przez ramię.      Zmrużyła oczy.
     Bynajmniej nie umknęły jej uwadze ani poszarzała cera, ani ściągnięte skrywanym niepokojem rysy towarzyszącego jej mężczyzny. Odd już jakiś czas temu powiedział jej o Annie. Wiedziała, że jej szuka i domyślała się, że właśnie te poszukiwania są źródłem jego trosk.
     Zachęcająco poklepała kanapę obok siebie.
     Postawił herbatę na stoliku i ciężko opadł na siedzenie.
     – Martwisz się – stwierdziła, nie zapytała. – Szkoda, że nie o mnie.
     Odchylił głowę, opierając ją o zagłówek i przymknął powieki. Nie miał najmniejszej ochoty ani na kłótnię, ani na zazdrość.

14.12.2016

15 godzin... cz.22

Zapraszam na kolejny rozdzialik, fragment, jak zwał tak zwał. Mnie nie najlepiej wychodzi podział tekstu na rozdziały, ale publikowanie na blogu jakiegoś podziału wymaga. Zatem zapraszam na rozdzialik :).


poprzedni fragment


     Kobieta, stojąc przed drzwiami biura otarła spocone dłonie o drelichowe spodnie. Miała w ręku atutową kartę od ponad roku. Zapewniała jej święty spokój, pracę, która jej odpowiadała i nietykalność jej drobnym nielegalnym interesom. To jej w zupełności wystarczało.
     Nie mogła liczyć na skrócenie wyroku, ani na objęcie amnestią, ale dzięki owym dowodom na defraudację przez komendanta dość poważnych państwowych sum, mogła zapewnić sobie życie wygodne na tyle na ile było to możliwe w tutejszych warunkach. I to jej wystarczało. Dotychczas.
     Wszystko się zmieniło z chwilą przyjścia na świat małego mieszańca.
     Nie mogła przejść obojętnie. To byłoby jak policzek, jak zdrada, kolejna zdrada. Wystarczająco zabijało ją poczucie winy z powodu tamtego pierwszego dziecka i siostry, bo nie umiała im zapewnić bezpieczeństwa.

     Zemsta smakuje jak krew i jak krew wywołuje euforię, ale ten efekt jest tak krótki, a potem zostaje jedynie, żal, że nie można tego powtórzyć. Tak, nie żałowała tego co zrobiła ani wtedy, ani teraz. I gdyby dzisiaj ten łajdak zmartwychwstał i ponownie stanął na jej drodze, bez wahania zrobiłaby to samo. Minęło już tyle lat, a jej gniew ani trochę nie wygasł.
     Ale ludzka świadomość przez minione lata ewoluowała. Dzisiaj próbowano się integrować, yenni mieszkali między ludźmi i na odwrót. Dla dzieci takich jak córka Anny stworzono nawet kilka ośrodków wychowawczych. Nawet jeśli ludzie je odrzucali, yenni chętnie podejmowali się nad nimi opieki. Tam na zewnątrz matka i dziecko miały szansę, jakiej nie dadzą im skostniali w swoich przekonaniach osadzeni.

24.11.2016

15 godzin... cz.21

Troszkę udało mi się podgonić z "15 godzinami..." i zapraszam na kolejny fragment.




     – Ależ tam błoto! I zimno – odezwała się od progu Celine. – W tej szerokości, wiosna to najpaskudniejsza pora roku. – Stała w otwartych drzwiach i usiłowała zostawić przyklejone do podeszw błoto na wycieraczce.
     Dopiero bolesny przeciągły jęk skłonił ją do podniesienia głowy i wzroku, który padł na leżącą na łóżku Annę i Dankę, która stała przy niej, bezceremonialnie zaglądając jej między rozkraczone nogi.
     – C- co wy wyprawiacie? – zająknęła się wybałuszając oczy na ten niecodzienny widok.
     – Zamknij te cholerne drzwi, bo ciągnie – warknęła przez ramię w jej stronę Danka. – Czego się gapisz?! Zagrzej wodę i poszukaj czyste prześcieradło, ale już! – wrzasnęła w końcu na osłupiałą kobietę. Ta drgnęła wreszcie i zatrzasnęła drzwi. W pośpiechu zzuła brudne buty i chwyciwszy pierwszy z brzegu garnek, napełniła go wodą i postawiła na kuchence.
     – Umyj ręce. Porządnie, do łokci – poleciła Danka, nie odwracając wzroku od jęczącej Anny. – Jeszcze trochę mała, dasz radę. Główkę już widać. Jak poczujesz skurcz przyj, rozumiesz?
     Rodząca kobieta skinęła głową, nie mając siły na nic więcej. Danka wyciągnęła rękę i opiekuńczym gestem odgarnęła jej z czoła zlepione potem włosy.
     – Dasz sobie radę. Dobrze nam idzie. – Uśmiechnęła się półgębkiem.

     Anna nie miała odwagi spojrzeć jej w twarz. Strach wysysał z niej resztki sił skuteczniej niż następujące po sobie skurcze.
     Obok Celine darła prześcieradło, przygotowując z niego prowizoryczne powijaki.
     Anna oczywiście przygotowała sobie skromną wyprawkę dla maleństwa, na tyle na ile było to możliwe w warunkach w jakich się znalazła. W osadzie nie było przecież sklepu z rzeczami dla niemowląt, ale w ciągu kilkumiesięcznego pobytu tutaj, z różnych nieużywanych rzeczy wysztukowała kilka par śpioszków i koszulek. Kropla w morzu, ale zawsze coś na początek. Była tu w tej chwili jedyną ciężarną i ze dwa razy zdarzyło się, że w ludzkim odruchu ktoś podarował jej jakieś niepotrzebne rzeczy, które mogła przerobić. To było wszystko. Poza tym wiedziała, że będzie zdana na siebie.

19.11.2016

15 godzin... cz.20

Zapraszam na kontynuację "15 godzin..." :)

Oczywiście pogubiłam się i wkleiłam partię tekstu z wcześniejszego odcinka... Jeśli ktoś przypadkiem załapał się na błędny fragment to  już poprawione i jest jak trzeba... :)




***
     Wiosna... Tego roku niosła ze sobą więcej nadziei niż przez ostatnich kilka dekad. Nawet jeśli świat wciąż jeszcze pokrywał wojenny kurz i gruzy, zielone pąki wbrew wszystkiemu jak zawsze pojawiały się na gałązkach. I tym razem ta zieleń naprawdę miała być zwiastunem nowego.
     Pierwszy szok po tym, gdy oficjalnie obie skonfliktowane strony opuściły broń już minął. Teraz trwało trudne dla wszystkich przechodzenie na normalność.
     Ale nie da się z dnia na dzień wyrzucić z głowy poczucia zagrożenia, czujności i nieufności. Nawet jeśli politycy i różnego rodzaju instytucje podejmowały desperackie próby normalizowana codzienności.
     Yenni zyskali prawo do swobodnego osiedlania się na większości zajętych w czasie wojny terytoriów a także wśród ludzi. Na razie jednak niewielu z niego korzystało. Woleli trzymać się razem w kilku enklawach. Ale byli pośród nich i tacy, którzy nie obawiali się wmieszać w ludzki tłum w wielkich miastach. Zasada ta działała także w drugą stronę, więc i ludziom wolno było się swobodnie osiedlać w enklawach, choć tak odważnych i otwartych na nowe ludzi było jeszcze mniej niż yennich.

     Ci ostatni bez trudu znajdowali zatrudnienie, szczególnie w laboratoriach naukowych i na uniwersytetach. Ich technologie, w znaczący sposób przewyższające ludzkie, były łakomym kąskiem dla naukowców. I nawet jeśli nie byli skłonni hojnie dzielić się nimi z ludźmi, to i tak ludzkość liczyła na choćby okruchy tej wiedzy.
     Nie dało się niestety uniknąć przykrych incydentów. Okrucieństwa niedawnych wrogów niełatwo puścić ot tak, w niepamięć.
     W ludzkich umysłach, lęk przed obcymi wciąż był zbyt głęboko zakorzeniony choć łaknęli spokoju i było oczywiste, że pełna normalizacja i integracja to kwestia wielu lat, a nawet dziesięcioleci. Uczyniono jednak pierwsze kroki i to sprawiało, że wiosna w miejskim parku pachniała inaczej.
     Nie towarzyszył jej smród dymu i rozkładających się zwłok. I nawet ktoś zadał sobie trud by wygrabić błotniste alejki.

24.08.2016

15 godzin... cz.19

"Słony wiatr" dostał recenzję :). Poczytać można tutaj KLIK. Ślicznie dziękuję za nią pani Ani M.

Edit 25.08: dzisiaj wpadła kolejna recenzja, za którą serdecznie dziękuję pani Krystynie M. Recenzja dostępna tutaj KLIK.

Jeśli i Ty prowadzisz bloga z recenzjami napisz do mnie na adres podany w zakładce "Kontakt". Udostępnię ebooka do recenzji. W wiadomości proszę podać adres bloga, na którym docelowo miałaby znaleźć się recenzja. Nie autoryzuję Waszych opinii, niczego Wam nie sugeruję, w żaden sposób nie naciskam. Ocenicie jak Wam podyktuje serce. Osoby, które się zdecydują proszę jedynie o poinformowanie mnie, gdy recenzja będzie już gotowa  i zawiśnie u nich na blogu. Posiadane konto na lubimyczytać.pl i możliwość umieszczenia opinii także tam, będzie dodatkowym argumentem dla mnie, by wysłać ebooka właśnie do Ciebie. Zachęcam do kontaktu :).

To tyle ze spraw bieżących, a teraz pora na kawałek "15 godzin...".




***
     W porównaniu z liczbą mężczyzn kobiet było rozpaczliwie mało a to oznaczało mocne zawężenie puli genów. Żeby odbudować i poszerzyć tę pulę kobiety nie powinny pozostawać z jednym partnerem, a najbardziej wyczekiwanym potomstwem były w tej chwili córki.

     Nie wypytywał jej, czekając aż sama zechce wyjaśnić to miała na myśli, mówiąc że nie Odd nie wie wszystkiego. Szczęki zaciskały mu się nerwowo, bo cokolwiek to miało być musiało oznaczać jedno – jego misja wciąż trwała.

     Kiiri obserwowała go kątem oka. Zwlekała do ostatniej chwili, ale nie powodowała nią niedbałość czy niefrasobliwość. Ten projekt czy raczej eksperyment był najtajniejszym przedsięwzięciem, a jeśli dotychczasowe wyniki się potwierdzą będzie miał przełomowe znaczenie dla całej populacji.
     Widziała, że Odd jest zirytowany, ale tym nie przejmowała się w najmniejszym stopniu. Bardziej niepokoiła ją możliwość, że główny koordynator nie zaakceptuje tego czego udało im się dokonać i użyje swoich wpływów by zablokować kontynuację projektu, pomimo wyraźnie obiecujących wyników. Miała świadomość, że część społeczeństwa nie od razu zaakceptuje to co ma im do przekazania. Tu potrzeba było otwartych umysłów, odwagi i determinacji i oderwania się od tradycji, do których yenni byli przywiązani.

     Podróż po pustych już ciągach komunikacyjnych nie trwała długo. Ich pojazd był jedynym przemieszczającym się w tej chwili w kierunku opróżnionych ładowni. Odd zarejestrował, że zjechali kilka poziomów niżej i teraz musieli być przy ładowniach położonych najniżej. Co takiego mogło się tu znajdować? Te pomieszczenia powinny przecież stać puste od lat.
Kiiri lekko zacisnęła palce na jego ręce. Wyczuwał że pragnie jego aprobaty dla swoich działań, ale w tej kwestii będzie mógł dać jej jakiekolwiek sygnały dopiero jak zapozna się z problemem.

29.07.2016

15 godzin... cz. 18

Działeczka może wydać się nieco krótka, ale postanowiłam zsynchronizować to opowiadanie z postami na wattpadzie, a tam nie wstawiam długich działek. 
Czasem tak jest, że koncepcja, mimo że jakaś tam zawsze jest na całość, to w szczegółach potrzebuje czasu żeby się wyklarować. Tekst niby siedzi w głowie, ale ciągle coś mi w nim nie pasuje i zanim znajdę właściwy dla niego szlak, bywa że trochę to trwa. Dużo prościej jest kiedy dodaję teksty już ukończone. Niestety na chwilę obecną takich nie mam. Wszystkie są w różnych fazach, ale żaden nie jest gotowy od a do z. A ja się błąkam pomiędzy nimi jak błędny rycerz, bo nie potrafię się skupić na jednym. Tak wiem, rządzi mną chaos. Ale pocieszam się myślą (choć może to jedynie złudzenie), że nad tym moim chaosem panuję.
W każdym razie mam taką cichą nadzieję, że z krótszymi wstawkami ten tekst pójdzie mi troszkę szybciej. A i blog zyskałby wtedy nieco więcej życia.
Zapraszam :)



     Stojąc na oszklonej galerii nad polem startowym, obserwował jak przygotowywano do lotu wahadłowiec i dwa transportowce. Ten i jeszcze dwa kolejne transporty i wszyscy znajdą się bezpiecznie na powierzchni planety. Ich nowego domu. Wreszcie po tylu długich latach, wielu latach, zbyt wielu.
     Tymczasem tu, na pokładzie statku-bazy, przez ostatnie trzy miesiące trwała gorączka przygotowań. Kiedy wszyscy już bezpiecznie go opuszczą, pozostaną do przeniesienia jedynie laboratoria. Ich wyposażenie było zbyt cenne, by pozostawić je pustej skorupie jaką stanie się statek.
     Zawsze wiedzieli, że nie ma odwrotu, od chwili gdy dawno temu opuścili przeludniony rodzinny glob. Regularnie, co kilkadziesiąt lat macierzystą Yennai opuszczała grupa osadników, by szukać nowego domu. Statki-matki wypełnione hibernacyjnymi kapsułami przemierzały kosmiczną przestrzeń z pogrążoną w letargu załogą i grupą osadniczą. Zaprogramowany urządzenia skanowały napotykane układy, przeprowadzały wstępne analizy i określały przydatność krążących w nich planet do potencjalnej kolonizacji. Obecność innego życia, nawet inteligentnego nigdy nie była przeszkodą. Ewolucja rządzi się własnym, okrutnym prawem także w kosmosie. Prawo do życia trzeba sobie wywalczyć, zdobywa je silniejszy i lepiej przystosowany.
     Ziemia była pierwszym przypadkiem, gdzie kosmiczni konkwistadorzy zostali zmuszenia do uznania tego co zastali za równe sobie.

4.07.2016

15 godzin... cz.17


Wiadomości są dwie... Pierwsza taka, że komputer wrócił z naprawy, ale pochodził kilka dni i znów padł, jestem więc skazana przez czas nieokreślony na sprzęt zastępczy. Druga jest pomyślniejsza, bo dzięki temu, że złomiaka udało się na te kilka dni ożywić odzyskałam plik z "15 godzin...". Dzięki temu mamy dzisiaj działeczkę :).


poprzedni fragment

***

     Kantem okaleczonej dłoni Nadia ze złością uderzyła w blat podniszczonego biurka. Stał na nim otwarty laptop.

     Wstała, tak gwałtownie odsuwając krzesło, że przewróciło się z rumorem.

     – Robisz sobie ze mnie jaja! – syknęła w stronę monitora, na którym widniała obojętna twarz Vlada Krossa. Gniew zleceniodawczyni nie robił na nim żadnego wrażenia, grymas na jego twarzy był czymś pomiędzy pobłażliwą wyrozumiałością a jawną kpiną, co jeszcze bardziej pobudzało wściekłość Nadii. Gdyby miała go pod ręką z rozkoszą wydłubałaby mu oczy za to bezczelne spojrzenie.
     – Kpisz sobie ze mnie, draniu! – wrzasnęła w stronę laptopa, nie troszcząc się o to, czy znajduje się w kadrze kamerki. Chodziła od ściany do ściany niewielkiego pokoiku bez okien, jak ranne zwierzę w klatce.

     Vlad wywrócił oczyma.

     – Histeryzujesz, piękna. Nigdy nie kipę sobie z klientki. To się po prostu nazywa nieprzewidziane okoliczności. Zawsze istnieje ryzyko. Nie mogliśmy przewidzieć, że zniknie akurat teraz, skoro tkwiła tam od miesięcy i miała stałe zatrudnienie. Ale prędzej czy później ją znajdziemy. Mój człowiek zdobył wstępne informacje, więc usiądź i daj sobie powiedzieć, co już mamy.

     Nadia prychnęła ze złością, ale podniosła krzesło i postawiła je z trzaskiem, po czym usiadła na nim. Zaplotła ramiona przed sobą i założyła nogę na nogę. Stopa podrygiwała nerwowo.
     – Mów, kurwa, zanim stracę cierpliwość – warknęła.

     Mężczyzna na ekranie potarł brodę palcami.

13.06.2016

15 godzin... cz.16

Postanowiłam, że dodawane części będą odrobinę krótsze, ale dla zrekompensowania bedę się starała dodawać je w miarę regularnie. Ideałem byłoby raz w tygodniu i możecie trzymać kciuki, żebym dała radę :).


poprzedni fragment

***
     Oczywiście nikt  nie poinformował Anny, że coś się zmieniło, a zmieniło się. Niepokój, że coś się dzieje ogarnął ją już rankiem.
     Apatia oczekiwania na wykonanie wyroku, zmieniła się w przeczucie oczekiwania na coś nowego, manifestując się nerwowym mrowieniem pod skórą. Było zbyt cicho, zbyt spokojnie, jakby o niej zapomniano.
     Bez względu na to, jak bardzo człowiek godzi się ze swoim losem, nikt nie oczekuje na śmierć ze stoickim spokojem. Ale też nikt nie chce odchodzić niegodnie. Czy jednak w ogóle może być cokolwiek godnego w śmierci?
     Była niespokojna, bo nie podano jej środków uspokajających, co było standardową procedurą w przypadku skazańców. Bała się swoich reakcji i był to naturalny strach. Bała się, że nie zapanuje nad paniką, że zdradzi ją ciało i umysł.
     Śmierć jest tylko procesem, na który tak naprawdę nic nie ma wpływu. Staje się i już. I tak naprawdę nikt nie wie, co jest poza nią. A kiedy już nastąpi... Jakie może mieć znaczenie nieestetycznie ubabrane wydzielinami ciało? Żadnego. A mimo to patrzymy na porzucone przez świadomość niczym  śmieć, czyjeś zwłoki i myślimy o tym, że sami nie chcielibyśmy tak wyglądać po śmierci. Czujemy więc zażenowanie i obawę.
     Życie jest najwyższą z wartości i nikt nie chce wieńczyć go ekskrementami. Dlatego nie była w stanie tłumić narastającego od dłuższego czasu strachu. Atawistycznego uczucia, które niegdyś było warunkiem przetrwania, dziś zaś budziło niesmak, pogardę, dlatego tak często głuszono je środkami farmakologicznymi.
     Z jakiegoś powodu nie chciano jej dać tego komfortu, a jej apatia najwyraźniej nie była dość głęboka, by się poddała i nie czuła niczego.

7.06.2016

15 godzin... cz.15

Witajcie w piękny czerwcowy dzionek :)
Lato za oknem, mój pies nie chce siedzieć w domu i domaga się długich spacerów. Trudno mu odmówić jak siądzie obok i wymownie się gapi. A jeśli samo gapienie się nie przynosi efektu wstaje i łapą albo zębami usiłuje ściągnąć moją rękę z klawiatury. Wczoraj w akcie cichego protestu zeżarł kwiatka. Właściwie to nie zeżarł tylko przerobił go na sieczkę. Bromelia to była. Oczywiście bardzo był po tym niecnym czynie skruszony i żaden przemądrzały behawiorysta nie wmówi mi, że pies jak narozrabia to nie zdaje sobie sobie sprawy, że narozrabiał. Zdaje sobie jak jasna cholera, aczkolwiek w chwili, gdy broi pokusa jest po prostu silniejsza od niego. Na jego szczęście nie umiem się na niego gniewać. Jego mina w chwili kiedy dostaje ochrzan zawsze mnie rozkłada i z trudem powstrzymuję się wtedy od śmiechu. Wczoraj również. Jak go zawołałam na "miejsce zbrodni" to szedł z podwiniętym ogonei i na paluszkach. Dosłownie, bo nawet pazurki nie stukały w panele, jak zawsze kiedy biega po domu.

Na blogu w okresie wakacyjnym planuję zrobić trochę porządków, pewnie jakieś przemeblowanie, nowy look pewnie też. Ot tak, żeby troszkę powiało świeżością. W poprzednim poście podawałam link do mojego konta na wattpadzie, w ramach porządków pewnie umieszczę go gdzieś w takim miejscu żeby nie trzeba było za nim przekopywać wpisów. Poza tym wycofałam się już praktycznie ze wszystkich stron, portali, serwisów itp., na których cokolwiek publikowałam. Nie da się po prostu ogarnąć takiej ilości miejsc, dlatego zostaję zostaję tylko w dwóch, tutaj i na wattpadzie. I tylko w tych miejscach będę publikowała moje teksty. Zostaje jeszcze strona na fejsbuku, tam jednak będą się pojawiać jedynie informacje, aktualności, ciekawostki.

Tyle informacji na dziś, a teraz zapraszam na właściwy wpis :).


poprzedni fragment 



     Zmian jakie nastąpiły w ciągu kilku zaledwie tygodni nie spodziewał się nikt. A może się spodziewał, lecz chyba nikt nie oczekiwał, że nastąpią tak nieoczekiwanie i tak szybko.
Świat stanął w miejscu i zawrócił o sto osiemdziesiąt stopni. Decyzje powzięte na samym szczycie władzy wprawiły w szok równie wielki, co wywołały radosną euforię.
     Negocjacje w sprawie rozejmu prowadzono bezskutecznie od wielu miesięcy i nic nie zwiastowało porozumienia. Aż niespodziewanie wszystko rozegrało się w ciągu kilkunastu godzin… Zapadły decyzje, których dotąd nie potrafiono wypracować. Bulgoczące w tyglu nastoje obydwu nacji osiągnęły punkt, z którego nie można było już ani się cofnąć ani karmić dalej wojennej propagandy. Dalsze przeciąganie groziło kompletnym chaosem, bowiem organizacje lobbujące za porozumieniem zyskały już tak wielkie poparcie społeczne po obydwu stronach, że nie było odwrotu. Wystarczyłaby iskra a wojna pomiędzy ludźmi i yennimi przerodziłaby się w totalną wojnę wszystkich ze wszystkimi paradoksalnie niosąc nie pokój a zagładę. Granice wytrzymałości społecznej osiągnęły punkt krytyczny a iskrą mogło stać się cokolwiek.
I yenni i ludzie na najwyższych stanowiskach musieli się ugiąć.
     Nie takie to jednak proste dokumentem, rezolucją, demonstracją „dobrej woli” na pokaz uciszyć niepokój, niecierpliwość i adrenalinę, którymi obie społeczności nabrzmiały niczym ropnie. Rozejm był zastrzykiem politycznego antybiotyku, ale potrzeba było czasu by lek zaczął działać. Teraz, po obu stronach wciąż jednak dochodziło do łamania postanowień, przez co nieustannie wracano do punktu wyjściowego a właściwe zawieszenie broni wciąż było jedynie fikcją zapisaną na nośniku.

29.05.2016

15 godzin... cz.14

Od jakiegoś czasu publikuję także na wattpadzie. Nie ma tam na razie wszystkich tekstów, które są na blogu, ale dodaję tam w tej chwili "Dzieci Żywiołów", które jakiś czas temu zdjęłam z bloga, i które w miarę publikacji poprawiam. Są tam już części "Ziemia" i "Ogień", wkrótce zostaną dodane dwie kolejne. Pozostaną tam póki nie przerobię całości, więc jest okazja żeby poczytać póki są.
Tamto konto powstało ponieważ, wydaje mi się, że tamten serwis jest nieco lepiej przystosowany do urządzeń mobilnych, jak czytniki i fony wszelkiej maści. Tak więc publikuję tam dla Waszej wygody :). Blog pozostaje dla tych, którzy wolą blogi i nadal będę go prowadzić i dodawać tutaj teksty. Na dłuższą metę zakładam, że oba konta, to i na wattpadzie, będą funkcjonowały równolegle. W każdym razie, "15 godzin..." już wyrównało i na dzień dzisiejszy jego status tutaj i na wattpadzie jest identyczny. Kolejne fragmenty tego tekstu będą dodawane równocześnie i tu, i tam, i tylko od Was będzie zależało, gdzie wygodniej będzie Wam czytać.
A teraz już właściwy wpis...




     Szczekanie przemieniło się w głuchy warkot i światło wylotu „uliczki” przesłonił wielki cień.

     Zwierzę było naprawdę potężne. Pozbawione sierści, jedynie na głowie pokrytej charakterystycznymi guzami po wszczepach jej kępki tworzyły osobliwe antenki. Uniesione wargi odsłaniały dziąsła i cały garnitur białych, ostrych zębów. Oczy były pokryte bielmem. Pies był ślepy. To jednak w żadnym razie nie czyniło go słabszym ani mniej niebezpiecznym. Jego węch i słuch skoordynowane ze sobą były skuteczniejsze niż wzrok. Dodatkowo pojedyncze szczeciniaste włosy znajdujące się na jego pysku były wrażliwe na najlżejsze zmiany temperatury i ruch powietrza. Z kącików potężnych szczęk kapała pienista ślina, jakby pies był wściekły. Odd wiedział jednak, że to skutek stymulacji.
     Drapieżnik namierzył swoją ofiarę perfekcyjnie. Cały czas warcząc, przesunął się w jej kierunku o kilka kroków i przypadł do ziemi, spinając mięśnie do skoku. Odd napiął swoje, przygotowując się na przyjęcie ataku.
     Ten nastąpił błyskawicznie, niemal bez ostrzeżenia.

     Yenni odruchowo osłonił gardło ramieniem. Długie kły przebiły skórę, mięśnie i sięgnęły kości. Jedna fala bólu nałożyła się na drugą, gdy sztywne, zaostrzone pazury jednej z przednich łap przeorały ledwie zabliźniony kikut. Oddowi pociemniało w oczach, ale utrzymał się na nogach. Jeżeli upadnie będzie po nim. Choć szanse na przeżycie były niewielkie, nie był ich pozbawiony. Był potężnym, silnym yennim, nie słabym człowiekiem. Poza ramieniem, na którym zacisnął szczęki pies, miał jeszcze dwa wolne, w tym jedno uzbrojone. Jedną z wolnych dłoni chwycił teraz dolną szczękę psa i pociągnął w dół, zmuszając go do zwolnienia uścisku, nożem dźgnął na oślep między żebra. Pies szarpnął głową, rozdzierając kłami mięśnie przedramienia Odda i skórę dłoni trzymającej jego szczękę. Próbował się uwolnić z uchwytu, ale w żaden sposób nie zareagował na uderzenie nożem. Najwyraźniej nie czuł bólu. Każda mijająca sekunda działa na niekorzyść yenniego, przechylając szalę potencjalnego zwycięstwa na korzyść bestii.