WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

02.10.2014

Kontredans cz.2

Mojej błędnej wycieczki po Londynie, kolejny kawałek.
Oglądam sobie to i owo na mapie, żeby totalnie nie odbiegać od rzeczywistego planu miasta. Niech się chociaż nazwy dzielnic zgadzają. Jakkolwiek ich miejsce w mojej przestrzeni już pewnie nie koniecznie będzie się pokrywać z realem. Choć przyznaję, przemieściłam kilka strategicznych punktów w moim tekście w różnych kierunkach, żeby nie wyszła totalnie obciachowa kaszanka.
I w związku z tym, mam nadzieję, że wyjdzie tylko obciachowa ;)
Ponownie też przestrzegam, przed próbami porównywania MOJEGO Londynu, z tym znajdującym się od setek lat w wiadomym miejscu i z którego to dumni są Anglicy. Generalnie staram się skupić na pewnych aspektach tego tekstu, przy czym zgodność z planem miasta nie jest jednym z nich.
Tu głęboki ukłon w stronę Nikki, która topografię NY opanowała perfekcyjnie. Z jej opowiadaniami w kieszeni można się w NY obejść bez mapy ;). Kto nie wierzy, polecam MyStory.
Ze mnie niestety za duży leń żeby mi się chciało skrupulatnie przerzucić topografię i plan. Po łebkach lecę ;).


     Odzyskała przytomność w karetce, na noszach. Na twarzy miała maskę podłączoną do jakiejś butli. Pewnie tlen, albo inne, niezidentyfikowane medyczne świństwo. Młoda lekarka robiła właśnie zastrzyk i widząc, że pacjentka otwarła oczy, powiedziała kilka słów uśmiechając się ciepło.
     Karolka odsunęła maskę z twarzy:
     – Przepraszam, nie jestem Angielką, proszę mówić wolniej.
     Lekarka uprzejmie powtórzyła, tym razem powoli, że wypadek nie wygląda na groźny, ale zabierają ją do szpitala, bo konieczne będzie założenie kilku szwów i wykonie zdjęcia, celem wykluczenia ewentualnego złamania.
     – Szwy? Złamanie...? – wymamrotała z niedowierzaniem Karolina, mrugając powiekami.

     Drzwi karetki zatrzasnęły się i auto ruszyło. Rany boskie! Przecież jak założą jej szwy...!
     Podniosła do oczu lewą dłoń, na którą nałożono tymczasowy opatrunek i która bardziej przypominała w tej chwili kukłę z marnego, lalkowego teatrzyku niż dłoń wiolonczelistki. Spróbowała poruszyć palcami i syknęła. Lekarka znów coś powiedziała uspokajającym tonem. Mniejsza o szwy... pomyślała z rozpaczą Karolina. Z nimi, czy bez, było oczywiste, że nie może być mowy o zagraniu choćby najprostszej gamy, chyba że zatrudni sobie kogoś do przyciskania strun.
        
     Choć w zaistniałej sytuacji marne to pocieszenie, okazało się że palce nie są połamane. Za to chirurg, zapewniając o swoim profesjonalizmie, że blizny zostaną niewidoczne, przyozdobił je artystycznie dwunastoma szwami, po czym z hollywoodzkim uśmiechem na ustach zaprosił za tydzień na ich zdjęcie.

     Na szczęście Karolina miała ubezpieczenie, bo zapobiegliwa matka uparła się, że nigdzie córki nie puści, jeżeli ta nie wykupi turystycznej polisy. To były dodatkowe koszty w całej wyprawie i Karolina nie bardzo miała ochotę ich ponosić.
     – Mamo, daj spokój. I po co mi to? To tylko dwa tygodnie i mam grać, a nie uprawiać sporty ekstremalne. Nie mam na takie bzdury pieniędzy.
     Rzeczywiście, koszty podróży, zakwaterowanie w miarę przyzwoitym hotelu, wyżywienie, kieszonkowe i mnóstwo innych detali, pochłonęły właściwie wszystkie środki, jakimi Karla dysponowała. Matka jednak okazała się twarda jak granit i wyjazd zawisł na włosku właśnie z powodu uporu bezwzględnej rodzicielki.
     Ostatecznie polisa została wykupiona. Za pieniądze, które wyłożyła babcia Malwina, w trosce po bezpieczeństwo jedynej wnuczki.
     Gdy zatem zapytano Karolkę o jakieś standardowe dane i ubezpieczenie, podała wszystko, czego potrzebowano. Potem odesłano uprzejmie do domu.

     Teraz siedziała w swoim hotelowym pokoju i wpatrywała się tępo w opuchniętą, obandażowaną dłoń. I po co mi był cały ten cyrk z wyjazdem? Pomyślała ponuro. Nie dotarła nawet na tę rozmowę kwalifikacyjną. Karetka zabrała ją sprzed filharmonii. W dodatku, jakby mało było wszystkiego, szukając w torebce numeru polisy odkryła brak paszportu. Musiał wysunąć się, kiedy upadła, bo chyba nie zapięła torebki wysiadając z samochodu. Znalazła za to wizytówkę jakiegoś człowieka, którego nazwisko nic jej nie mówiło. Obracała ją bezmyślnie w palcach. Na odwrotnej stronie nakreślono odręcznie kilka cyfr. To też nic jej nie mówiło. Obojętnie wrzuciła wizytówkę z powrotem do torebki.

***
     Karetka odjechała. Telefon komórkowy zadzwonił w kieszeni. Podniósł go do ucha.
     – Gdzie ty się, do cholery, podziewasz?! – Usłyszał poirytowany głos swojego asystenta. – Czekam na ciebie od czterdziestu minut!
     – Przykro mi, miałem malutki wypadek.
     – Co?! Chryste! Nic ci nie jest?!
     – Bez obaw, wszystko w porządku.
     – Co się stało?!
     – Mniejsza o to. W każdym razie mnie nic nie jest. Ten agent, od nieruchomości może poczekać jeszcze trochę? Dajcie mi z pół godziny...
     – Niestety, nie da się zrobić. Za kwadrans ma spotkanie z następnego klienta i właśnie się zmył. Miałeś tu być prawie godzinę temu.
     – Trudno. W takim razie umów mnie na inny termin.
     – Rozumiem, że jedziesz prosto do teatru?
     – Taa... – mruknął Jason, zerkając przy okazji na zegarek. Jasny gwint! Jest już tak późno?! – Cholerna baba... – syknął.
     – Co?
     – A nic... Zadzwoń do teatru i przekaż, że mogę się spóźnić kilka minut.
     – Jason, co ty znów kombinujesz?
     – Do cholery! – Wrzasnął wściekły w telefon. – Zrób o co cię proszę i chociaż ty mnie dzisiaj nie wkurzaj!
     Rozłączył rozmowę i ze złością wcisnął aparat w kieszeń spodni. Co za parszywy dzień! A zapowiadał się tak uroczo... Nie obejrzał mieszkania, które chciał kupić, co oznacza, że nadal będzie mieszkał w hotelu. Jedyna korzyść z całego zamieszania, była taka, że nadal tkwił w centrum miasta, a skoro nie wybierał się już oglądać mieszkanie, taksówka do niczego nie była mu potrzeba. Na West End mógł bez problemów dostać się piechotą. Teatr był ledwie kilka przecznic dalej, a biorąc pod uwagę zatłoczone, wąskie uliczki jazda autem trwałaby pewnie znacznie dłużej niż spacer.
     Pod butem wyczuł jakąś nierówność. Schylił się i podniósł niewielką książeczkę w granatowej okładce. Zerknął zaciekawiony do środka. Z małej fotografii na pierwszej stronie patrzyły na niego zadumane, szare oczy. Pod zdjęciem drukowanymi literami wpisano imię, nazwisko i kraj: Poland. Hm... Coś mu się o uszy obiło. To tam gdzieś przed Uralem chyba, na wschodzie. U góry strony, perforowanym drukiem wybito numer seryjny. Paszport. Przeliterował imię: K a r o l i n a, i zabrał się za nazwisko: S z c z y... Jasny gwint, co to za język?! Narodowość: P o l i s h.
     Przerzucił kartki. Wypadł spomiędzy nich jakiś świstek. Przydeptał go błyskawicznie, by mu nie odfrunął. Podniósł i rzucił okiem. Na karteczce była nazwa i adres hotelu.
     Uśmiechnął w duchu. Już sobie wyobrażał panikę, kiedy ona odkryje brak paszportu.

     I dobrze jej tak. Oczywiście odda paszport, ale nie musi się z tym śpieszyć. Opatrunek w szpitalu trochę pewnie potrwa i miną przynajmniej ze dwie, trzy godziny nim ona wróci do swojego hotelu. Niech sobie trochę popanikuje, szukając paszportu to przynajmniej będzie zadośćuczynienie za jego niezałatwione sprawy i nerwy na jakie go naraziła. Bo to wszystko jej wina!
     Złośliwa Satysfakcja właśnie wdzięczyła się bezwstydnie do Ego, które pokazywało Poczuciu Winy wymowny gest z postawionym do pionu środkowym palcem

***
     Jeszcze w szpitalu Karolina podjęła decyzję. Do domu. Nie ma po co tkwić w Londynie. Marzenia o angażu prysły, ale jak wróci wcześniej niż planowała, to zaoszczędzi trochę na kosztach. Niestety i te plany puścił z dymem zagubiony dokument.
     Nie dało się ukryć, że z kontuzjowaną ręką, ale przede wszystkim bez paszportu ani w tę, ani we w tę. Tkwiła w Anglii, przykuta do miejsca, nie mając pojęcia, co począć.
     Powinna to chyba gdzieś zgłosić... Ambasada? Konsulat? Nie miała pojęcia gdzie w Londynie mieszczą się te szacowne instytucje i teraz uświadomiła sobie, że było wyjątkową beztroską nie zadbanie o tę wiedzę przed wyjazdem. No cóż, koniec języka za przewodnika, nawet jeśli go kaleczy.

     Zeszła na dół z nadzieją, że jakąś informację, otrzyma w hotelowej recepcji. Zeszła po schodach. Była wprawdzie winda, ale Karola nie cierpiała wind, ani żadnych tego rodzaju, klaustrofobicznie działających urządzeń, czy pomieszczeń. W recepcji dyżurował, jak poprzednio, właściciel hoteliku, ukryty za najświeższym numerem Times’a.
     Karola odchrząknęła cichutko. Sponad gazety spojrzały na nią uważnie, uzbrojone w okulary, oczy. Mr. Abbot rozpoznał Karolę i uśmiechnął się uprzejmie i rozpoczął ekstremalną gimnastykę językową:
     – W czym mogę pomóc, Miss Ssżżdźdż...
     – Szczygieł – dopomogła miłosiernie Karolka.
     – A, tak, właśnie. – Mężczyzna odetchnął z ulgą. – O, skoro pani już tu jest... zostawiono dla pani wiadomość.
     – Dla mnie? – zdziwiła się, bo przecież nie znała w Londynie żywej duszy.
     – Chwileczkę, zaraz znajdę...
     Starszy pan grzebał w stercie różnego rodzaju świstków, piętrzącej się na biurku.
     – Ten człowiek powiedział, żeby powiadomić panią, jak pani wróci. Nie wiedziałem, że już pani jest... Gdzie to, do licha...? O, jest. Proszę.

     Podał Karolinie karteczkę, na której zapisano starannym, równym pismem, że człowiek o nazwisku Lewis (chyba to samo nazwisko, co na tej wizytówce, przemknęło Karoli przez głowę), otóż ów tajemniczy Lewis informował, że znalazł paszport na nazwisko „Szczygieł Karolina” i że postara się podrzucić go do hotelu po południu, w wolnej chwili. Prosi o przekazanie wiadomości właścicielce, żeby nie niepokoiła się stratą.
     Westchnienie niewypowiedzianej ulgi wydobyło się z płuc Karli.
     – Wszystko w porządku? – zatroskał się Mr. Abbot, rzucając wymowne spojrzenie na imponujący opatrunek na dłoni gościa.
     – Oczywiście. – Dziewczyna uśmiechnęła się do niego promiennie, bo właśnie kamień spadł jej z serca.
     – Bardzo dziękuję, za tę wiadomość.
     Miała ochotę wyściskać i obcałować łysinę starszego pana, ale poprzestała jedynie na jeszcze jednym:
     – Bardzo dziękuję.
     I lekka jak motylek popędziła schodami na górę.

***
     Całe popołudnie spędził w teatrze. W przypływie litości zadzwonił tylko do tego hoteliku i zostawił wiadomość w recepcji.
     Próba generalna. Jutro premierowe przedstawienie.
     Dawno już nie wystawiano tej sztuki w Londynie. Klasyka, Lizystrata – Arystofanesa. Powrót do korzeni sztuki aktorskiej, bo miało być, jak w greckim teatrze. Minimalistyczna scenografia, maski, peruki i ani jednej kobiety na scenie. Wszystkie role i męskie, i żeńskie odtwarzali mężczyźni.
     Do swojego hotelowego apartamentu dotarł około szóstej wieczorem styrany jak przysłowiowy koń po westernie. Niedbale cisnął ciuchy na sofę pomaszerował pod prysznic. Wycierając się, pomyślał z ulgą, że na szczęście trafiła mu się w sztuce zdecydowanie męska rola. Przynajmniej ominęła go depilacja nóg. Zachichotał w duchu, zadowolony , że nie jest też zagrożony jego starannie wypielęgnowany, trzydniowy zarost. Lubił go. Przejechał dłonią po podbródku. Super. Miał grać przywódcę spartańskiego poselstwa, trzydniowy zarost jak najbardziej wskazany… Choć właściwie i tak wszyscy będą w maskach.
     No, ale na finał maski zostaną zdjęte i wtedy nie będzie musiał świecić gładzią, jak pupa niemowlaka. Zdecydowanie lubił siebie w stuprocentowo męskim wydaniu.

     Zerknął na zegarek. Dochodziło w pół do ósmej. Był lipiec, za oknem jeszcze całkiem jasno. Tak... Zdecydowanie pora odpowiednia na relaks. Umówili się z resztą ekipy na kilka piw, tak umiarkowanie. Jutro przecież musieli być sprawni i kac absolutnie nie wchodził w grę. Ale z pewnością będzie wesoło. Mieli się spotkać w klubie należącym do wspólnego znajomego. Pora więc się ubrać i ruszać w miasto...
     Wyciągnął z szafki czystą koszulę, dżinsy, bieliznę i skarpetki. Szybko wciągnął na siebie ubranie i sięgnął po portfel, telefon i kluczyki od samochodu. Wzrok zahaczył o małą granatową książeczkę, wraz innymi drobiazgami rzuconą niedbale na stoliku w salonie.
     – A niech to szlag... – zaklął na głos.
     Na śmierć zapomniał o cholernym paszporcie tej idiotki z taksówki. Obiecał przecież go odnieść. Przeczesał dłonią czuprynę. Trochę głupio, pomyślał zdegustowany. Sprawdził znów adres, zapisany na luźnej karteczce. No dobra, ten hotel nie jest dramatycznie daleko. I tak jedzie autem, więc po prostu zrobi malutkie kółeczko i będzie wolny.

następny fragment

Chciałabym do piątku ogarnąć się z Yave. W każdym razie, czy dam radę do piątku właśnie, czy też trochę dłużej to potrwa, będzie to już ostatnie spotkanie z bohaterami tamtej historyjki. Pozwoli mi to troszkę złapać oddech i przysiąść z innymi. Nadal nie wiem, za którego z łabędzi wezmę się w następnej kolejności... A tymczasem do następnego razu :)

11 komentarzy:

  1. Opowiastka pomału się rozkręca. Nie zaczęła Karolina zbyt szczęśliwie, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.Może jakiś romansik się wykroi? Kto wie, co autorka nam zaserwuje.Czekam niecierpliwie na kolejną odsłonę. Pozdrawiam, Patula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Romansik Wam się marzy? Hm... Zobaczymy, czy da się z tego coś wystrugać ;)

      Usuń
  2. Mnie to najbardziej zastanawia co Karolina będzie robić do czasu, aż odzyska sprawność ręki. Może będzie zwiedzać Londyn, bo na pewno nie będzie siedziała i marnowała czasu w pokoju hotelowym! Kto wie.. to znaczy Kasia wie co będzie dalej! Ja czekam cierpliwie... i przebieram nóżkami :P

    Lena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwiedzanie Londynu pod moje dyktando, nie wiem czy to dobry pomysł ;) Ale zobaczymy co da się zrobić...

      Usuń
  3. Jeszcze nie moge sie zdecydowac co z tym dalej robic Jak wiesz jestem wielbicielka fanasy i romansow historycznych teraźniejszosc mi nie leży ale tu zaczełam czytać i ta przygoda Karo mnie wciaga jestem bardzo ciekawa jak przebiegnie spotkanie ze sprawcą wypadku bo to pewno bedzie miało wplyw na dalszy rozwoj akcji dzieki Kati czeka niecierpliwie na Yave miłego dnia blanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blanko! Co Ty o tej godzinie robisz na kompie?!

      A tak poważnie, naprawdę ja też nie najlepiej czuję się pisząc tekst osadzony w realiach i "niefantastyczny", ale ponieważ mam go w notesikach, uznałam, że jednak zrobię z niego użytek i opublikuję tutaj, bo pewnie nigdzie indziej i tak się nie nada ;)

      Co do podobania... z reakcji widzę, że nie wszystkim się podoba, ale tak to już jest. Wszystkim nie da się dogodzić :). Zastanawiam się tylko po co ktoś, komu nie spodobał się początek, katuje się kolejnym kawałkiem...? Cóż, czasem za ludźmi nie nadążam...

      Yave się robi Blanko... Ale nie wyrobi się w tym tygodniu. W przyszłym na 100% będzie zakończenie i dam już w jednym kawałku, niezależnie ile tego wyjdzie :)

      Usuń
  4. Nawet te wpółczesne teksty Twoje czytam i podobają mi sie bo zawsze coś tam sie ciekawego dzieje Jak wierz jestem zwolennikiem dowcipnych dialogów a sądząc po osobowosciach ktore tworzysz i wczesniejszych utworach mam na to szanse jak sie spotkaja oczywiscie milośc byla by wisienką na torcie Chociaż nie zawsze komentuje bo nic nowego czy odkrywczego nie mam do powiedzenia a ze czytam przeważnie nad ranem bo taki mam internet wtedy dobrze otwierają mi sie strony życze spokojnej nocy blanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że wracasz do mnie :) Obiecuję wrócić i do fantasy :) Te osadzone z akcją w rzeczywistości zza okna to takie trochę eksperymenty. Czasem po prostu trzeba popróbować czegoś z innej beczki. Cieszę się, że też znajdujesz trochę przyjemności w ich czytaniu :)
      Też spokojnej nocki życzę :)

      Usuń
  5. Coś mu się o Polsce obiło o uszy? :D Świetne! Tak sobie właśnie wyobrażam pojęcie obcokrajowców, którzy nie są naszymi bezpośrednimi sąsiadami. Gdzieś w okolicach Uralu. Pingwiny, niedźwiedzie i iglo na środku :D
    Cacuszko chłopak z Jasona! Zadbany, czyściutki, a zarost ani milimetr dłuższy niż ten po trzech dniach :D Ach, ci artyści!
    Ciekawie się zapowiada. Czekam z niecierpliwością na ich kolejne starcie, znaczy spotkanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS. Z tym NY, to ja tak bardziej hobbystycznie palcem po mapie podróżuję, niż z potrzeb fabularnych, więc pewnie łatwiej mi się zapamiętuje, niż gdybym się go specjalnie "uczyła". Ale dziękuję za miłe słowa :)

      Usuń
    2. Bo on taki picuś jest ;)
      Ale o starciach nic nie powiem, nic... Co dalej będzie, to wszystko wyjdzie w praniu :)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.