WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

15.09.2014

Kontredans cz.1

Lojalnie uprzedzam, że wszystkie fakty, lokacje, akcje i sytuacje są mocno naciągane dla mojej koncepcji tego tekstu, dlatego może on wywołać ostrą niestrawność u poszukiwaczy zgodności z realiami i ogólnie dziury w całym... Najprawdopodobniej nie będzie się tu zgadzać nic, z niczym.

Traktuję ten wpis jako rodzaj zapowiedzi, "okładka" do niego już od jakiegoś czasu "wisi" w "Galerii", ale jakoś tak nie mogłam się pozbierać żeby zacząć go ogarniać.
Dla wyjaśnienia dodam tylko, że zasadniczo cała historyjka powstała pod te pojawiające się w tekście wstaweczki kursywą. Mam nadzieję, że moje wisielcze poczucie humoru przypadnie do gustu, choć części z Was :)




     Dzień pierwszy – niedzielne popołudnie

     Londyn, wielkie miasto... metropolia... Big Ben, pałac Windsor i takie tam... Wiadomo...
     Cóż, z perspektywy lotniska nie rzucił Karoliny na kolana, ba z perspektywy niewielkiego hoteliku, w którym miała rezerwację, musiała przyznać, że też nie rzucił. Jednakże pewnym pocieszeniem był fakt, że po pierwsze znajdował się niedaleko centrum, po drugie zlokalizowany był w zacisznym zaułku, gdzie nie było zbyt wielkiego ruchu, a miejski zgiełk docierał w dość ograniczonym zakresie. Należało właściwie uznać za cud, że w tak przystępnej cenie udało się dokonać rezerwacji w tak dobrym punkcie. Miała stąd rzut beretem do starszej, zabytkowej części miasta, zakwaterowanie było więc idealne dla popołudniowych spacerów poznawczych.

     Pierwszy raz w zagranicznej podróży, w dodatku sama jak przysłowiowy palec, czuła się obco i nieswojo. Do hotelu dotarła jednak bez większych przeszkód, bo z lotniska wzięła taksówkę.
     Nie cierpiała taksówek, ale to było znacznie prostsze niż rozwikłanie zawiłości planów miejskiej komunikacji. Przekonała się przy okazji, że jej angielski nie jest tak doskonały, jak to się wydawało w Polsce. Rozumiała bez problemów, o ile tylko nie mówiono do niej zbyt szybko, za to Brytyjczykom jej angielszczyzna musiała zdawać się toporna.
     Niepoprawna optymistka ani myślała się tym przejmować. Grunt, że była w stanie w miarę płynnie się porozumieć. Akcent? Phi, drobiazg, jeśli jej plany się powiodą i zostanie tu na dłużej, będzie dość czasu, by popracować nad akcentem. Ostatecznie nie przyjechała tu deklamować monologów tylko grać.

     Uprzejmie podziękowała za pomoc przy wydobywaniu walizy z bagażnika, ale resztą, podobnie jak przy pakowaniu, wolała zająć się sama. O walizę nie dbała, ale wielki czarny futerał... Ten skrywał największą miłość Karoliny – wiolonczelę. W jej kwestii nie ufała nikomu. Podczas lotu aż trzęsła się z niepokoju, czy aby niefrasobliwa obsługa lotniska i bezduszne automaty na taśmach transportowych nie potraktowały jej skarbu z nieodpowiednim i niedopuszczalnym brakiem ostrożności. Oczywiście futerał z instrumentem otrzymał wszystkie odpowiednie nalepki, informacje i dokumentację, by obchodzono się z nim należycie. Ale czyż nieumuzykalnionym, co to im nierzadko słoń na ucho, można ufać w tak delikatnej materii jak wiolonczela? Karolina była pewna, że spokój i równowagę ducha odzyska dopiero, gdy otworzy pudło i na własne oczy i uszy przekona się, że jej pieszczoszce nic się nie stało. Tak więc, taszcząc wielki futerał i wlokąc za sobą niewiele mniejszą walizę, niezdarnie popchnęła wahadłowe drzwi wejściowe i wtarabaniła się w końcu do niewielkiego holu, w którym znajdowała się recepcja.

     Hotelik, prowadzony przez rodzinę Abbotów, mieścił się w niewysokiej, trzykondygnacyjnej kamieniczce. Z zewnątrz nic szczególnego, trochę odrapany tynk, mocno nadgryziony zębem czasu i atmosferycznymi warunkami szyld. Wewnątrz w sumie też niczym się nie wyróżniał spośród setek podobnych, tego typu obiektów na całym świecie. Podłoga wyłożona ciemną, bordową wykładziną, po prawej stronie dwuosobowa sofa z obiciem z brązowej skóry, nad sofą panorama Londynu nocą w antyramie. Na wprost schody wiodące na wyższe kondygnacje, obok nich winda.
     Po lewej podniszczony kontuar recepcji, a za nim, z nosem wetkniętym w codzienną gazetę, starszy pan w okularach zsuniętych na czubek nosa. Za nim gablotka na klucze. Większość wisiała na swoich miejscach. Najwyraźniej, raczej nie narzekano tu na zbyt intensywny ruch. Na kontuarze staromodny aparat telefoniczny, niemal jak wyciągnięty z muzeum. Obok niego palma w drewnianej donicy okazała, ale z odrobinę wyliniałym pióropuszem, pewnie równie posunięta w latach, jak sam hotelik.

     I tak, Karolina, znalazłszy się późnym niedzielnym popołudniem w hotelowym pokoiku niemal w samym centrum Londynu, spoglądała w okno, myśląc z nadzieją o nadchodzącym tygodniu. Wieczorem, tego samego dnia w skupieniu przegrała jeszcze raz wszystkie wymagane utwory, pasaże, gamy itd., metodycznie przy tym ignorując jakiegoś znerwicowany sąsiada z sąsiedniego pokoju, raz po raz łomoczącego pięścią w ścianę i domagającego się ciszy. Na szczęście jego frustracja nie okazała się dość wielka, by chciało mu się schodzić, czy dzwonić do recepcji w celu złożenia skargi na uduchowioną sąsiadkę z instrumentem.

     W nocy długo nie mogła zasnąć. Jutro miała odbyć rozmowę wstępną w filharmonii. O swoją grę raczej się nie obawiała. Wiedziała, że w tym jest świetna. Denerwowała się okropnie tym, że jej angielski mógłby się okazać niewystarczająco dobry, ale cóż. Raz kozie śmierć, zaryzykuje i przynajmniej w przyszłości nie będzie sobie pluć w brodę, że przepuściła okazję koło nosa, nawet nie próbując stanąć do walki.
    

     Dzień drugi - poniedziałek

     Karolina poprosiła kierowcę o powtórzenie wymienionej kwoty, tylko trochę wolniej. Wywrócił oczyma i ostentacyjnie wskazał na licznik. Drzwi z drugiej strony otwarły się i jakiś mężczyzna wsunął głowę do środka. Rzucił w pośpiechu kilka słów. Mówił szybko, więc zrozumiała jedynie "hurry" i "taxi". Wydedukowała zatem, że ów śpieszy się, szuka taksówki i pewnie pyta, czy ta będzie wolna. Dedukcję potwierdził fakt, iż mężczyzna bezceremonialnie władował się na siedzenie obok Karoli, zanim ona jeszcze skończyła cedzić przez zęby swoją standardową formułkę "yes, of course" w odpowiedzi. Wyjęła banknot, przebiegło jej przez głowę, że to ten kraj, gdzie pozostawianie napiwków np. taksówkarzom, jest mile widziane, ale nie stać jej było na ekstrawagancję i ze stoickim spokojem poczekała, aż skwaszony kierowca wyda resztę po czym zaczęła seplenić podziękowanie z wyraźnym, obcym akcentem i rozbrajającym uśmiechem. Pasażer obok, wbił w nią tymczasem poirytowany wzrok, który bezapelacyjnie, w każdym języku świata, mógł znaczyć tylko jedno: no i co tu jeszcze robisz, babo?!

     Zignorowała śpieszącego się natręta i dokończyła swoich grzeczności. Dopiero wtedy otworzyła drzwi po swojej stronie i z wdziękiem wydobyła swą osobę na zewnątrz. Pasek lekkiego sandałka, na niewysokim obcasie, znów się zsunął. Zatrzymała się więc i wspierając jedną ręką o auto uniosła zgiętą w kolanie nogę, by go poprawić. Klient w samochodzie, zdążył już podać kurs taksówkarzowi i teraz zniecierpliwiony opieszałością Karoliny przechylił się, chwycił klamkę i pociągnął drzwi, by je zatrzasnąć...

     To było jak uderzenie pioruna. W pierwszej chwili nie bardzo zdawała sobie sprawę, co właściwie się stało. Zaskoczona wpatrywała się szeroko otwartymi oczyma w palce lewej dłoni, z których na chodnik wolno kapały wielkie, ciężkie krople krwi. Dopiero po chwili do mózgu dotarł sygnał a dłonią szarpnął potężny ból.

     Wściekły gość, któremu oczywiście nie udało się zamknąć drzwi, wychylił głowę z taksówki.
     – Co pani, do cholery wyprawia?! Zwariowała pani?!
     Karola powoli, jak na filmie w zwolnionym tempie, przeniosła na niego zszokowany wzrok. Jego twarz wykrzywiła się dziwacznie i zaczęła falować, niczym odbicie w wodzie, której nieruchomą taflę ktoś poruszył, po czym zgrabnie rozmyła się w wielką, białą plamę i nie było już nic...

* * *
     Cholera jasna! Spóźni się! Jak nic spóźni się! O, taksówka! A jednak ma szczęście. Jason Lewis uśmiechnął się w duchu. Złapać taksówkę w centrum Londynu, w samo niemal południe, graniczyło z cudem. W środku siedziała jakaś kobieta i właśnie miała płacić za kurs, więc ona pewnie wysiada. Na wszelki wypadek, by ktoś nie sprzątnął mu okazji sprzed nosa, obszedł auto i otworzył drzwi z drugiej strony.
     – Przepraszam, ale bardzo się śpieszę, a pani zdaje się zwalnia tę taksówkę – rzucił, pakując się zapobiegliwie do środka. Pasażerka zwróciła ku niemu głowę i przez moment patrzyła na niego jakby zastanawiała się, co do niej powiedział. Zerknął na nią z niesmakiem. Niedorozwinięta jakaś, czy co?
     – Tak, oczywiście – wycedziła po chwili, wolno i starannie wymawiając głoski, w sposób niepozostawiający wątpliwości, że angielski jest dla niej językiem obcym. Aha, cudzoziemka, pomyślał pobłażliwie.

     Jasonowi śpieszyło się cholernie, ale jej najwyraźniej wcale. Bez cienia pośpiechu podała kierowcy banknot, poczekała, aż wyda jej resztę i podziękowała za kurs. Może byś się tak pośpieszyła kobieto i zabrała stąd wreszcie swój tyłek?! Irytował się, obrzucając ją teraz taksującym spojrzeniem. No, hmm... powiedzmy, tyłeczek... Zarechotał w duchu, ale zaraz znów się wkurzył. Wprawdzie zabrała już „tyłek”, czy tam „tyłeczek”, jak kto woli, z samochodu, ale zamiast zatrzasnąć za sobą drzwi, jak bozia przykazała, zostawiła je otwarte i ze stoickim spokojem poprawiała pasek buta. Z przekleństwem cisnącym się na usta chwycił za klamkę i z impetem trzasnął drzwiami.
     Te jednak zamiast się zamknąć odbiły się tylko od czegoś elastycznego. Spojrzał uważniej i na framudze dostrzegł trzy jasne, szczupłe, ludzkie palce. Otworzył drzwi natychmiast i wystawił głowę na zewnątrz.
     – Co pani, do cholery, wyprawia?! – Wrzasnął rozeźlony nie na żarty. – Zwariowała, pani?!

     Kobieta tymczasem stała nieruchomo obok auta, jak zaczarowana wpatrując się w krwawiącą dłoń, blada jak przysłowiowa ściana kredowa. Na dźwięk podniesionego głosu Jasona, przeniosła na niego wzrok... po czym z gracją osunęła się na chodnik.

     Zaklął szpetnie. No, dzisiaj chyba wszystkie moce sprzysięgły się przeciw niemu. Teraz to już na pewno się spóźni! I nie pomoże nawet cudem złapana taksówka!
     Wściekły, wysiadł z samochodu i machnął ręką, zwalniając taksówkarza. Mógł zrobić tylko jedno, z niepokojem zerkając na leżącą u jego stóp kobietę, wyciągnął telefon i wezwał karetkę. Wokół nich, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, niemal natychmiast zgromadziło się kilkoro gapiów. Jason pochylił się nad leżącą, ale wolał jej nie ruszać, licho wie co ją dopadło, że aż straciła przytomność. Miał jedynie nadzieję, że jej nie zabił, bo wtedy problemów będzie jeszcze więcej.

     – Proszę się stąd odsunąć i nie robić zbiegowiska! – Tubalnym głosem polecił stróż prawa, który nagle wyrósł, jak spod ziemi. – Co tu się stało? – Zagrzmiał groźnie. – Ktoś potrącił tę kobietę?
     – Zemdlała tylko. Na szczęście to jedynie przytrzaśnięte drzwiami palce – odezwał się pochylony na Karoliną, permanentnie już spóźniony Jason. – Mam nadzieję, że nie połamane – mruknął sceptycznie.
     – Mimo wszystko – ocenił na oko policjant, ze skupioną miną oglądając zakrwawioną rękę ofiary – należy wezwać ambulans. – Sięgnął do radia.
     – Już wezwałem. Powinien zaraz tu... – Zza zakrętu wyłoniła się karetka. – O, jest...
     Policjant sprawnie rozgonił gapiów, by zrobić miejsce dla pojazdu. Młoda lekarka po wstępnych oględzinach rzuciła kilka słów do sanitariuszy. Wyciągnięto nosze i dwaj ratownicy sprawnie położyli na nich wciąż nieprzytomną kobietę. Zabrano ją do karetki.

     Spóźnialski, a podstępnie skradało się już ku niemu Poczucie Winy, czekając tylko na okazję żeby się wprowadzić do Sumienia i zaprowadzić tam własne porządki, odruchowo podążał za noszami. Jeden z sanitariuszy zbliżył się do niego z jakimś formularzem.
     – To pan wzywał karetkę?
     – Tak, ja.
     – Może mi podać dane ofiary wypadku?
     – Nie znam jej! – Obruszył się. – To jakaś cudzoziemka. Pewnie dokumenty ma w torebce.
     – A, to przepraszam. – Sanitariusz odwrócił się, by odejść, bo torebka razem z ofiarą, Losu, znajdowała się już w karetce.
     – Chwileczkę – zatrzymał go Jason, Poczucie Winy nieśmiało poskrobało w drzwi Sumienia – nie wiem, czy ona ma polisę. Na wszelki wypadek – w pośpiechu notował coś na wizytówce. – gdyby były jakieś problemy proszę pokryć koszty z mojej polisy. Tu jest numer mojego ubezpieczenia, proszę jej to dać, jak się obudzi.

      Sanitariusz wziął świstek podał go koledze, a ten wsunął go do torebki kobiety. Zatrzaśnięto drzwi i ambulans odjechał.


W ramach wizualizacji Londyn nocą:


Dla ścisłości... W życiu nie byłam w Londynie i nie widziałam go "na żywo". Na fotkach wygląda tak samo "ładnie", jak Warszawa. Ciekawa jestem, czy rzeczywistość jest równie szara, betonowa i paskudna, jak ta nasza warszawska. Cóż, nic nie poradzę, że Warszawa mi się nie podoba, ale pozdrawiam wszystkich Warszawiaków. Wiem, że kochacie swoje miasto i doskonale Was rozumiem. Też kocham swoje, chociaż jest małe, zapyziałe, nudne i życie zamiera w nim po godzinie siedemnastej :). Czasem aż dziwne że straż miejska nie pokrzykuje tu, o każdej pełnej godzinie: "Już dziewiąta na zegarze! Gaście światła gospodarze!"
Gdyby ktoś chciał podrzucić jakąś uwagę na temat Londynu, zapraszam. Na temat Warszawy, czy innego polskiego miasta tym bardziej :)

15 komentarzy:

  1. Londyn to najpiekniejsze miasto w jakim zdarzylo mi sie byc. Mimo stereotypow, nie pada tam przez 360 dni w roku, nie jest szary, wrecz przeciwnie. Miasto kolorowe, ludzie usmiechnieci. Zyc, nie umierac ;) Kaśka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz... Właśnie uświadomiłam sobie, że w moim Londynie, przez całą tę opowieść jest piękna słoneczna pogoda :) I dobrze, chociaż ten szczegół będzie zgodny z rzeczywistością ;)

      Usuń
  2. Hej, witam! Świetne opowiadanie i zupełnie nie wiem czemu nazywasz swój humor "wisielczym" ;) Jest pomysł, jest zgrabne wykonanie - lekko się czyta. Jak na razie ten rozdział odbieram, że został napisany z subtelnym, lekko ironizującym dowcipem :) Napięcie wbrew pozorom na mój gust rośnie bardzo powoli ;) Niepoprawna optymistka popada w tarapaty?... bywa :) Pewnie jej trochę po takich przejściach, z upływem czasu przejdzie, czyż nie? Chociaż... niektórzy chyba nie są wyleczalni ze swoich chorób...xd
    A Londynu nie znam, więc wszystko mi jedno, co o nim napiszesz... ;d Też tak kiedyś przytszasnęłam mamie palce... okropne uczucie, poczucie winy itd. I ogromny żal, że nie da się cofnąć czasu :( Jedynym pocieszeniem było to, że to był stary model samochodu ze szparami jak dla kota xd i obeszło się bez krwi i lekarza... ale ból z pewnością był niesamowity... echh... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Urąbałam drzwiami palce wiolonczelistce... to jest wisielczy humor ;) Więcej będzie go w dalszych częściach... Niepoprawny optymizm to choroba nieuleczalna, coś o tym wiem ;). Cieszę się, że się spodobało i dziękuję :)
      Ból był niesamowity, jak jej to zrobiłam to aż mnie samą ciary przeszły. Nie utożsamiam się ze swoimi bohaterkami, ale empatia robi swoje ;)

      Usuń
  3. Haha! Złośnico Ty! Chociaż znam Twój humor z bardziej wisielczych wydań, tutaj też się nieźle popisałaś. Biedna Karolina będzie miała trochę ciężki start, chyba nie tak sobie to wyobrażała, ale ponieważ Jason zauważył, że ma tyłeczek, nie tyłek, jestem dobrej myśli ;)
    Też nigdy nie byłam w Londynie, ale drodzy Londyńczycy i Warszawiacy, mnie się podobają Wasze miasta! Nie słuchajcie Kajjki, bo ją trza na łąkę wygnać, albo do lasu, albo po górach pogonić, żeby piękno zobaczyła. Taka już ta nasza Kajjka jest :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Złośnico? No, po Twoim wczorajszym występie, w tej kwestii dyplomatycznie nabiorę wody w usta. No dobra, kawy :P.
    Góry odpadają, starość nie radość ciśnienie mam za wysokie, ale morze biorę w ciemno ;)

    Znów mam problem w jaką to profesję wyposażyć bohatera... I nie ma znaczenia, że to odgrzewana historia. Jak dotąd jemu profesja zmienia się mniej więcej co pół roku ;).
    A w fantastyce wszystko jest proste, zrobiłoby się takiego na kowala, albo na młynarza i gotowe...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za wysokie ciśnienie i kawę pijesz? No no...
      Zależy w jaki portfel chcesz go wyposażyć. Bo ja ostatnio prowadziłam sobie przemyślenia, że nie miałam jeszcze (w opowiadaniach oczywiście) żadnego sprzedawcy, nauczyciela, sportowca, hydraulika (tu można by jakiś ciekawy wątek włażenia pod zlew wprowadzić). Ot zwyczajnych chłopów nie miałam :D A to może być ciekawe wyzwanie. Takie zmierzenie się z normalnością.

      Usuń
    2. Albo np. ciekawy wątek podczas udrażniania zatkanego odpływu wanny, w trakcie kąpieli ;).
      Co do tego portfela, tym razem wystarczy mi umiarkowany. Ale o swoich dylematach napiszę Ci w mailu... Kolejnym, bo właśnie wysłałam jeden ;) Zwyczajnych chłopów mamy na co dzień. Oczywiście wyjątkowe wyjątki stanowią mężowie, bo oni zwyczajni nie są, są NASI.
      Wspominałam już, że w piątek Warsztacik serwuje Yave?
      A z tą kawą... Jakiś nałóg trzeba mieć, a za alkoholem zbytnio nie przepadam ;)

      Usuń
    3. Ja w ogóle dzisiaj nie pracuję, tylko z Tobą gadam...
      Zawsze mam problem z nazwaniem bohatera, bo nagle mi się wszystkie imiona obciachowe wydają, a później właśnie z zatrudnieniem go gdzieś. Bo jak już sobie obmyślę jakieś mądre zajęcie, to się później okazuje, że nie mam na jego tematy zbyt wielkiego pojęcia (architektura!!). Majka jest z zawodu pisarką, więc będzie mi o tyle łatwiej, że co tam już wiem o siedzeniu i pisaniu :)
      O tak. Nasi mężowie są wyjątkowi, bo nasi :)
      Czekam niecierpliwie na piątek! Melta wezwany po raz ostatni przed oblicze ojca... Nie mogę się doczekać!

      Usuń
    4. Jeszcze chwilkę jestem, bo jednym okiem usiłuję łapać błędy w rozdziale na piątek (pewnie i tak zostaną, te od drugiego oka ;)) Maila z dylematami do konsultacji wyślę wieczorkiem, bo zaraz trzeba mi do garów...
      Wygląda na to, że ostatni rozdział Y rozwlecze się na kilka fragmentów, ale ciągle mam nadzieję, że zmieszczę się we wrześniu :D

      Usuń
    5. Ja mam jeszcze godzinę dla siebie (na pracę), bo później zmykam po małą do szkoły. Jak dla mnie to możesz wlec Yave nawet przez cały październik :) Chociaż nie! Bo jak się znudzisz, to ją jakiś stwór pożre, albo tężcem się zarazi i tyle będzie z happy endu...

      Usuń
  5. No, no. Ładnie się zaczyna :-) Na dzień dobry bohaterkę zabiera karetka. Coś czuję, że sobie Karolinka nie pogra. Tylko na zmywak jej nie wysyłaj, chociaż żadna praca nie hańbi. Ciekawe, co dla niej za przygody zaplanowałaś? Mam nadzieję, że Jason będzie w nich uwzględniony :) Czego byś nie wymyśliła, już nie mogę się doczekać, by to przeczytać. Buziaki, Patula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ktoś na pewno sobie pogra, a kto i na czym, to się dopiero w praniu okaże ;)

      Usuń
  6. Zapowiada się bardzo ciekawie już na samym początku jest miazga... Aż mnie też się słabo zrobiło ponieważ, minionej zimy o mały włos nie odrąbałam obie kciuka, to teraz jestem przewrażliwiona na tym punkcie! No ciekawe jak to dalej się teraz rozwinie?! Co zrobi Karolina? Czy będzie mogła grać? Co zrobi dalej? Co z przesłuchaniem? I czy sumienie tak mocno ugryzie, że... Tyle pytań... I tylko Kasia zna odpowiedź ;-) Pewnie rąbek tajemnici zostanie uchylony w następnym rozdziale!
    Ja też nie byłam jeszcze w Londynie. Może kiedyś ;-) A taki jak Ty Kasiu opisujesz zachęca do odwiedzenia takiego w wyobraźni i w rzeczywistości. Ja u ważam, że trzeba wszystko zobaczyć i samemu się przekonać!
    Lena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie byłyście w Londynie? Moje szczęście, moje szczęście i moje szczęście, że zasadniczo Londyńczycy polskiego nie znają, to jest szansa że moja nie-znajomość lokacji nikogo nie przyprawi o szok ;)

      Leno, uważaj na ostre narzędzia, kciuki jednak się przydają, bez kciuka lipa... I jak już będziesz w tym Londynie żebyś broń boże, mojej wyssanej z palca wizji nie traktowała jako przewodnika, bo zginiesz marnie :D

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.