Obiecanki, macanki... I tak, obiecanki... Z obiecanek należy się wywiązać. Obiecałam dać kawałek w tym tygodniu, i proszę, oto jest :) A co się tyczy macanek... O tym rzeknę słówko na końcu ;) A teraz zapraszam :)
Na zewnątrz było już ciemno, jedynie ciepły blask oliwnych
lamp i świec wylewający się przez okienka z jasno rozświetlonych wnętrz
nieznacznie łamał mrok w pobliżu domu. Było cicho i nikt się tu nie kręcił.
Ludzie radowali się wewnątrz i jedynie z zagrody dobiegały parsknięcia
pozostawionych tam zwierząt. Dioris przemknęła przez podwórze i przysiadła na
wysokim progu jakiejś komory. Skuliła się, jakby bolał ją brzuch. Bo tak po
prawdzie czuła ból, choć nie był on fizyczny. Palił jednak i dręczył nie mniej
dokuczliwie, a może nawet bardziej, ponieważ ten fizyczny zawsze w końcu
ustępuje albo sam z siebie, albo zagłuszony i uśmierzony właściwym zielem. Na cierpienie,
które Dioris nosiła w sobie nie było lekarstw ani środków. Musiała z nim żyć.
Oparła głowę o futrynę drzwi i przymknęła oczy. Z oddali,
stłumiona ścianami dobiegała muzyka i radosne głosy. Słyszała śpiewy i śmiech.
Myśli pobiegły ku wspomnieniom, gdy na palamarskim zamku beztroska młodzież
ochoczo płatała figle nauczycielom, wieczorami w świetlicy umilali sobie czas
muzykowaniem i śpiewem. Dziewczęta szeptem powierzały sobie nawzajem głęboko
skrywane tajemnice. Byli wtedy szczęśliwi. Tak jak ci ludzie tutaj. Westchnęła
ciężko, wsłuchując się w odgłosy zabawy, by zagłuszyły przeszłość, za którą nie
było sensu tęsknić.
Choć zarówno w jej rodzinnym domu jak i na dworze także nie
stroniono od rozrywek to Aurowie wyraźnie różnili się od Barthów. Ci pierwsi
byli spontaniczni, otwarci, życzliwi. Chwilami gwałtowni, nawet porywczy, ale
równocześnie szczerzy i dumni. Najbardziej zdumiewał szacunek jaki mieli dla
siebie nawzajem. Człowieka określało tu nie urodzenie, lecz czyny. Król, czy
książę, mimo iż owa najwyższa władza była dziedziczna, musiał pośród nich
zdobyć szacunek, by zaskarbić sobie posłuch. Wydawało się zresztą, i owa
dziedziczność władzy była wśród Aurów raczej nowym obyczajem, być może
zaczerpniętym właśnie od południowego sąsiada. Wiele stamtąd czerpano zarówno
wiedzy jaki i przenoszono na własny grunt barthyjskich tradycji. Nie powinno to
dziwić jeśli zważyć fakt, że niemały odsetek tutejszej społeczności miał
barthyjskiem korzenie, gdyż Aurowie łatwo asymilowali swych niewolników.
Pozycję w społeczności jednak w znacznie mniejszym stopniu wyznaczało urodzenie.
I choć nie pozostawało bez znaczenia, bo
z każdym pokoleniem coraz wyraźniejsze były podziały pomiędzy z wolna
kształtującymi się klasami, to jednak wciąż jeszcze doświadczenie, wiedza,
uczciwość i honor przede wszystkim decydowały o tym kim był konkretny człowiek.
