WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

26.12.2016

15 godzin... cz.23

Obiecanki, obiecanki... Słowo się rzekło, jest post :). Zapraszam...


poprzedni fragment


     Ze zmarszczonym czołem obserwował Kiiri. Pod plecy podłożyła sobie poduszkę, długie nogi wyciągnęła i położyła na pufie, którą jej przysunął nim wyszedł do kuchni. Jedną parę ramion zaplotła na mocno już zaokrąglonym brzuchu. W jednej z wolnych rąk trzymała pilot i przeglądała kanały tutejszej telewizji. Pracując na orbicie, a ludzkimi kobietami miała okazję dość dobrze opanować ludzki język, a od jakiegoś czasu, gdy zrobiła się ociężała i wzięła urlop od zawodowych obowiązków, ta marna rozrywkowo ziemska telewizja była jej jedyną rozrywką. Wolałaby pracować, ale mocno opuchnięte kostki i bóle kręgosłupa dawały się jej we znaki.
     Odd nalegał, żeby zrobiła sobie przerwę przynajmniej do czasu, póki nie urodzi. To, że nie łączyło ich głębsze uczucie, nie znaczyło, że miałby się nie interesować i nie troszczyć o matkę swego dziecka. Ta sama troska i palący niepokój o inną matkę innego dziecka zżerała go od środka dzień za dniem. Nawet jeśli nie miał pewności, że ciąża Anny była jego dziełem, to sam fakt, że było to prawdopodobne odbierał mu spokojny sen.
     Był zmęczony, przyłapywał się nieustannym zerkaniu na wyświetlacz osobistego komunikatora, w oczekiwaniu na wiadomości od Morra. Adres, który podał im Hudyc okazał się trefny. Anna nigdy nie dotarła do tego obozu. Co więcej, z tego co udało się ustalić prawnikowi, nigdy jej tam nie oczekiwano. Znaleźli się w punkcie wyjścia i znów musieli szukać po omacku, metodycznie weryfikując listy osadzonych w kolejnym obozie i kolejnym… Placówek było kilkadziesiąt, a gwarancji na szczęście nie mógł dać im nikt. Nie mógł na razie porzucić swoich obowiązków i dołączyć do Morra. No i była jeszcze Kiiri, względem której czuł się zobowiązany.

     Westchnął i przetarł dłonią zmęczone oczy. Kobieta siedząca na kanapie obejrzała się przez ramię.      Zmrużyła oczy.
     Bynajmniej nie umknęły jej uwadze ani poszarzała cera, ani ściągnięte skrywanym niepokojem rysy towarzyszącego jej mężczyzny. Odd już jakiś czas temu powiedział jej o Annie. Wiedziała, że jej szuka i domyślała się, że właśnie te poszukiwania są źródłem jego trosk.
     Zachęcająco poklepała kanapę obok siebie.
     Postawił herbatę na stoliku i ciężko opadł na siedzenie.
     – Martwisz się – stwierdziła, nie zapytała. – Szkoda, że nie o mnie.
     Odchylił głowę, opierając ją o zagłówek i przymknął powieki. Nie miał najmniejszej ochoty ani na kłótnię, ani na zazdrość.

21.12.2016

Coraz bliżej święta...






     Kochani moi Czytelnicy :)

     Świąteczny czas za pasem, Wigilia już za kilka dni i chciałabym wszystkim, którzy odwiedzają mnie regularnie i tym zaglądającym od czasu do czasu oraz tym, którzy zabłądzą przypadkiem życzyć szczęśliwych i radosnych Świat. W okolicznościach jakie mamy ostatnimi czasy życzę też nam wszystkim spokojnych Świąt, refleksyjnych.


     Wiem oczywiście, że zaglądając tutaj oczekujecie kolejnego rozdziału. Mam to na uwadze i chcę poinformować, że przynajmniej dwa rozdziały "15 godzin" ukażą się, jeden w święta (pierwszy lub drugi dzień świąt) i następny w Sylwestra lub Nowy Rok. Po Nowym Roku, tak jak obiecałam zacznę porządkować drugą część Dioris. Myślę też, że przed samym Nowym Rokiem skuszę się jeszcze na jakiś wpis podsumowujący 2016 i wtedy pewnie też zdradzę niektóre z planów na 2017.
Do poczytania niebawem :).


14.12.2016

15 godzin... cz.22

Zapraszam na kolejny rozdzialik, fragment, jak zwał tak zwał. Mnie nie najlepiej wychodzi podział tekstu na rozdziały, ale publikowanie na blogu jakiegoś podziału wymaga. Zatem zapraszam na rozdzialik :).


poprzedni fragment


     Kobieta, stojąc przed drzwiami biura otarła spocone dłonie o drelichowe spodnie. Miała w ręku atutową kartę od ponad roku. Zapewniała jej święty spokój, pracę, która jej odpowiadała i nietykalność jej drobnym nielegalnym interesom. To jej w zupełności wystarczało.
     Nie mogła liczyć na skrócenie wyroku, ani na objęcie amnestią, ale dzięki owym dowodom na defraudację przez komendanta dość poważnych państwowych sum, mogła zapewnić sobie życie wygodne na tyle na ile było to możliwe w tutejszych warunkach. I to jej wystarczało. Dotychczas.
     Wszystko się zmieniło z chwilą przyjścia na świat małego mieszańca.
     Nie mogła przejść obojętnie. To byłoby jak policzek, jak zdrada, kolejna zdrada. Wystarczająco zabijało ją poczucie winy z powodu tamtego pierwszego dziecka i siostry, bo nie umiała im zapewnić bezpieczeństwa.

     Zemsta smakuje jak krew i jak krew wywołuje euforię, ale ten efekt jest tak krótki, a potem zostaje jedynie, żal, że nie można tego powtórzyć. Tak, nie żałowała tego co zrobiła ani wtedy, ani teraz. I gdyby dzisiaj ten łajdak zmartwychwstał i ponownie stanął na jej drodze, bez wahania zrobiłaby to samo. Minęło już tyle lat, a jej gniew ani trochę nie wygasł.
     Ale ludzka świadomość przez minione lata ewoluowała. Dzisiaj próbowano się integrować, yenni mieszkali między ludźmi i na odwrót. Dla dzieci takich jak córka Anny stworzono nawet kilka ośrodków wychowawczych. Nawet jeśli ludzie je odrzucali, yenni chętnie podejmowali się nad nimi opieki. Tam na zewnątrz matka i dziecko miały szansę, jakiej nie dadzą im skostniali w swoich przekonaniach osadzeni.

24.11.2016

15 godzin... cz.21

Troszkę udało mi się podgonić z "15 godzinami..." i zapraszam na kolejny fragment.




     – Ależ tam błoto! I zimno – odezwała się od progu Celine. – W tej szerokości, wiosna to najpaskudniejsza pora roku. – Stała w otwartych drzwiach i usiłowała zostawić przyklejone do podeszw błoto na wycieraczce.
     Dopiero bolesny przeciągły jęk skłonił ją do podniesienia głowy i wzroku, który padł na leżącą na łóżku Annę i Dankę, która stała przy niej, bezceremonialnie zaglądając jej między rozkraczone nogi.
     – C- co wy wyprawiacie? – zająknęła się wybałuszając oczy na ten niecodzienny widok.
     – Zamknij te cholerne drzwi, bo ciągnie – warknęła przez ramię w jej stronę Danka. – Czego się gapisz?! Zagrzej wodę i poszukaj czyste prześcieradło, ale już! – wrzasnęła w końcu na osłupiałą kobietę. Ta drgnęła wreszcie i zatrzasnęła drzwi. W pośpiechu zzuła brudne buty i chwyciwszy pierwszy z brzegu garnek, napełniła go wodą i postawiła na kuchence.
     – Umyj ręce. Porządnie, do łokci – poleciła Danka, nie odwracając wzroku od jęczącej Anny. – Jeszcze trochę mała, dasz radę. Główkę już widać. Jak poczujesz skurcz przyj, rozumiesz?
     Rodząca kobieta skinęła głową, nie mając siły na nic więcej. Danka wyciągnęła rękę i opiekuńczym gestem odgarnęła jej z czoła zlepione potem włosy.
     – Dasz sobie radę. Dobrze nam idzie. – Uśmiechnęła się półgębkiem.

     Anna nie miała odwagi spojrzeć jej w twarz. Strach wysysał z niej resztki sił skuteczniej niż następujące po sobie skurcze.
     Obok Celine darła prześcieradło, przygotowując z niego prowizoryczne powijaki.
     Anna oczywiście przygotowała sobie skromną wyprawkę dla maleństwa, na tyle na ile było to możliwe w warunkach w jakich się znalazła. W osadzie nie było przecież sklepu z rzeczami dla niemowląt, ale w ciągu kilkumiesięcznego pobytu tutaj, z różnych nieużywanych rzeczy wysztukowała kilka par śpioszków i koszulek. Kropla w morzu, ale zawsze coś na początek. Była tu w tej chwili jedyną ciężarną i ze dwa razy zdarzyło się, że w ludzkim odruchu ktoś podarował jej jakieś niepotrzebne rzeczy, które mogła przerobić. To było wszystko. Poza tym wiedziała, że będzie zdana na siebie.

19.11.2016

15 godzin... cz.20

Zapraszam na kontynuację "15 godzin..." :)

Oczywiście pogubiłam się i wkleiłam partię tekstu z wcześniejszego odcinka... Jeśli ktoś przypadkiem załapał się na błędny fragment to  już poprawione i jest jak trzeba... :)




***
     Wiosna... Tego roku niosła ze sobą więcej nadziei niż przez ostatnich kilka dekad. Nawet jeśli świat wciąż jeszcze pokrywał wojenny kurz i gruzy, zielone pąki wbrew wszystkiemu jak zawsze pojawiały się na gałązkach. I tym razem ta zieleń naprawdę miała być zwiastunem nowego.
     Pierwszy szok po tym, gdy oficjalnie obie skonfliktowane strony opuściły broń już minął. Teraz trwało trudne dla wszystkich przechodzenie na normalność.
     Ale nie da się z dnia na dzień wyrzucić z głowy poczucia zagrożenia, czujności i nieufności. Nawet jeśli politycy i różnego rodzaju instytucje podejmowały desperackie próby normalizowana codzienności.
     Yenni zyskali prawo do swobodnego osiedlania się na większości zajętych w czasie wojny terytoriów a także wśród ludzi. Na razie jednak niewielu z niego korzystało. Woleli trzymać się razem w kilku enklawach. Ale byli pośród nich i tacy, którzy nie obawiali się wmieszać w ludzki tłum w wielkich miastach. Zasada ta działała także w drugą stronę, więc i ludziom wolno było się swobodnie osiedlać w enklawach, choć tak odważnych i otwartych na nowe ludzi było jeszcze mniej niż yennich.

     Ci ostatni bez trudu znajdowali zatrudnienie, szczególnie w laboratoriach naukowych i na uniwersytetach. Ich technologie, w znaczący sposób przewyższające ludzkie, były łakomym kąskiem dla naukowców. I nawet jeśli nie byli skłonni hojnie dzielić się nimi z ludźmi, to i tak ludzkość liczyła na choćby okruchy tej wiedzy.
     Nie dało się niestety uniknąć przykrych incydentów. Okrucieństwa niedawnych wrogów niełatwo puścić ot tak, w niepamięć.
     W ludzkich umysłach, lęk przed obcymi wciąż był zbyt głęboko zakorzeniony choć łaknęli spokoju i było oczywiste, że pełna normalizacja i integracja to kwestia wielu lat, a nawet dziesięcioleci. Uczyniono jednak pierwsze kroki i to sprawiało, że wiosna w miejskim parku pachniała inaczej.
     Nie towarzyszył jej smród dymu i rozkładających się zwłok. I nawet ktoś zadał sobie trud by wygrabić błotniste alejki.

21.10.2016

Sen o deszczu cz.2

Na dzisiaj druga i ostatnia część "Snu o deszczu" :)
Na wattpadzie można w tej chwili czytać niemal całe już "Dzieci Żywiołów" (wszystkie cztery części). Ostatnie rozdziały dodam tam po niedzieli. Tekst pozostanie tam około dziesięć dni licząc od dodania ostatniego rozdziału potem zostanie usunięty. Jeżeli ktoś jest chętny sobie poczytać link do wattpada jest u góry po prawej stronie. Zapraszam :)


poprzedni fragment


     Ojciec nie patrzy na mnie, jego czoło jest zmarszczone, oblicze poważne. Matka milczy i ociera ukradkiem zaczerwienione oczy. Moi bracia są poważni, jak ojciec. Siostry pochlipują po kątach, choć matka gani je za łzy.

     Oto ja, Nuba, córka tej ziemi, córka mego plemienia... Moje oczy są bystre i patrzą daleko, moje nogi są szybkie, ręce zwinne, a czarna skóra lśni w promieniach słońca...
     Mam na sobie odświętny strój. Najlepsza suknia okrywa mi biodra. Ramiona i kostki stóp zdobią błyszczące bransolety z czerwonawej miedzi. Jędrne piersi, które nie karmiły jeszcze dzieci, przesłaniają sznury kolorowych paciorków i drobnych muszelek.
     Bransolety pobrzękują cichutko, muszelki i paciorki grzechoczą, gdy idę poprzez wieś, podążając za szamanem. Idę, wysoko unosząc głowę. Przed sobą widzę zgarbione plecy Mduy, okryte lamparcią skórą. On nie ogląda się za siebie, ja także nie, choć trudno mi powstrzymać się od zerkania ukradkiem na ludzi, których mijam.

     Czy się boję?
     Nie wiem... Pragnę z całego serca wypełnić zadanie, jakie mi wyznaczono. Chcę, tego. To musi się stać i wiem, że tylko moja wola może poprowadzić mnie ku przeznaczeniu. Jeśli w sercu będzie bunt, nie spełnię pokładanej we mnie nadziei. Nie ma we mnie buntu.

     Czy to znaczy, że nie wolno mi się bać?
     Nie. Czuję więc lęk, jak każdy by czuł. Bo przecież każdy boi się nieznanego, a ja po równo wiem i nie wiem, co mnie czeka. Tak, boję się. Lecz nie spoglądam za siebie, nie zatrzymam się, póki Mdua i ja nie dojdziemy do celu.
     Oto ja, Nuba, córka tej ziemi...

19.10.2016

Sen o deszczu cz.1

To będzie krótki tekst, który wrzucę w dwóch częściach. Do kontynuacji "15 godzin..." wrócę kiedy uporam się z "Dziećmi Żywiołów", które teraz ogarniam po całości. Są w tej chwili dostępne na moim koncie na wattpad (link po prawej u góry), jeżeli ktoś miałby ochotę zerknąć. Dodaję tam w tej chwili ostatnią część. A dzisiaj zapraszam na "Sen o deszczu" :).

Start



     Jestem Nuba, a to ziemia, na której żyję. Piękna i droga naszym sercom, choć potrafi też być okrutna i surowa.
     Są dni, gdy niebo płacze ze szczęścia, a wtedy ziemia stroi się w zieleń i rodzi obficie wszelkie dobra. Są też takie, gdy jest błękitne i odległe, a słońce gorące jak ogień. Wtedy ziemia umiera, zwierzęta odchodzą, a woda w rzece przestaje płynąć.

     To jest nasz dom.
     Kochamy go, należymy do tego miejsca, a ono należy do nas. Dlatego trwamy tu na dobre i na złe, tak w porach deszczów, jak i podczas suszy.
Teraz jest susza, ale my wiemy, że wkrótce od gór przypłyną chmury, a z nimi życiodajne ulewy. Tak jest od zarania dziejów i zawsze będzie. Deszcze i susze przeplatają się nawzajem tak, jak życie i śmierć tworzą nieskończony łańcuch, którego ogniwami jesteśmy.

***
     Spoglądam na czerwoną tarczę wiszącą nisko nad horyzontem. Prawie dotyka suchych, rzadkich kęp twardej trawy. Powietrze drży od gorąca i sawanna wygląda jak żywa. Obok pasie się niewielkie stadko chudych krów.
 
     Ich pyski poruszają się powoli, gdy żują niesmaczne, bezwartościowe źdźbła. Spoglądam na niebo, szukam chmur nad horyzontem, zwiastujących nadejście pory deszczów.
     Lecz niebo jest gładkie, wysokie i błękitne. Tylko od zachodu zaczerwienione schodzącym z niego słońcem. Powietrze drży, a ono rozżarzone i bezlitosne wygląda jak kula ognia zawieszona nad rudo-żółtą równiną.

24.08.2016

15 godzin... cz.19

"Słony wiatr" dostał recenzję :). Poczytać można tutaj KLIK. Ślicznie dziękuję za nią pani Ani M.

Edit 25.08: dzisiaj wpadła kolejna recenzja, za którą serdecznie dziękuję pani Krystynie M. Recenzja dostępna tutaj KLIK.

Jeśli i Ty prowadzisz bloga z recenzjami napisz do mnie na adres podany w zakładce "Kontakt". Udostępnię ebooka do recenzji. W wiadomości proszę podać adres bloga, na którym docelowo miałaby znaleźć się recenzja. Nie autoryzuję Waszych opinii, niczego Wam nie sugeruję, w żaden sposób nie naciskam. Ocenicie jak Wam podyktuje serce. Osoby, które się zdecydują proszę jedynie o poinformowanie mnie, gdy recenzja będzie już gotowa  i zawiśnie u nich na blogu. Posiadane konto na lubimyczytać.pl i możliwość umieszczenia opinii także tam, będzie dodatkowym argumentem dla mnie, by wysłać ebooka właśnie do Ciebie. Zachęcam do kontaktu :).

To tyle ze spraw bieżących, a teraz pora na kawałek "15 godzin...".




***
     W porównaniu z liczbą mężczyzn kobiet było rozpaczliwie mało a to oznaczało mocne zawężenie puli genów. Żeby odbudować i poszerzyć tę pulę kobiety nie powinny pozostawać z jednym partnerem, a najbardziej wyczekiwanym potomstwem były w tej chwili córki.

     Nie wypytywał jej, czekając aż sama zechce wyjaśnić to miała na myśli, mówiąc że nie Odd nie wie wszystkiego. Szczęki zaciskały mu się nerwowo, bo cokolwiek to miało być musiało oznaczać jedno – jego misja wciąż trwała.

     Kiiri obserwowała go kątem oka. Zwlekała do ostatniej chwili, ale nie powodowała nią niedbałość czy niefrasobliwość. Ten projekt czy raczej eksperyment był najtajniejszym przedsięwzięciem, a jeśli dotychczasowe wyniki się potwierdzą będzie miał przełomowe znaczenie dla całej populacji.
     Widziała, że Odd jest zirytowany, ale tym nie przejmowała się w najmniejszym stopniu. Bardziej niepokoiła ją możliwość, że główny koordynator nie zaakceptuje tego czego udało im się dokonać i użyje swoich wpływów by zablokować kontynuację projektu, pomimo wyraźnie obiecujących wyników. Miała świadomość, że część społeczeństwa nie od razu zaakceptuje to co ma im do przekazania. Tu potrzeba było otwartych umysłów, odwagi i determinacji i oderwania się od tradycji, do których yenni byli przywiązani.

     Podróż po pustych już ciągach komunikacyjnych nie trwała długo. Ich pojazd był jedynym przemieszczającym się w tej chwili w kierunku opróżnionych ładowni. Odd zarejestrował, że zjechali kilka poziomów niżej i teraz musieli być przy ładowniach położonych najniżej. Co takiego mogło się tu znajdować? Te pomieszczenia powinny przecież stać puste od lat.
Kiiri lekko zacisnęła palce na jego ręce. Wyczuwał że pragnie jego aprobaty dla swoich działań, ale w tej kwestii będzie mógł dać jej jakiekolwiek sygnały dopiero jak zapozna się z problemem.

29.07.2016

15 godzin... cz. 18

Działeczka może wydać się nieco krótka, ale postanowiłam zsynchronizować to opowiadanie z postami na wattpadzie, a tam nie wstawiam długich działek. 
Czasem tak jest, że koncepcja, mimo że jakaś tam zawsze jest na całość, to w szczegółach potrzebuje czasu żeby się wyklarować. Tekst niby siedzi w głowie, ale ciągle coś mi w nim nie pasuje i zanim znajdę właściwy dla niego szlak, bywa że trochę to trwa. Dużo prościej jest kiedy dodaję teksty już ukończone. Niestety na chwilę obecną takich nie mam. Wszystkie są w różnych fazach, ale żaden nie jest gotowy od a do z. A ja się błąkam pomiędzy nimi jak błędny rycerz, bo nie potrafię się skupić na jednym. Tak wiem, rządzi mną chaos. Ale pocieszam się myślą (choć może to jedynie złudzenie), że nad tym moim chaosem panuję.
W każdym razie mam taką cichą nadzieję, że z krótszymi wstawkami ten tekst pójdzie mi troszkę szybciej. A i blog zyskałby wtedy nieco więcej życia.
Zapraszam :)



     Stojąc na oszklonej galerii nad polem startowym, obserwował jak przygotowywano do lotu wahadłowiec i dwa transportowce. Ten i jeszcze dwa kolejne transporty i wszyscy znajdą się bezpiecznie na powierzchni planety. Ich nowego domu. Wreszcie po tylu długich latach, wielu latach, zbyt wielu.
     Tymczasem tu, na pokładzie statku-bazy, przez ostatnie trzy miesiące trwała gorączka przygotowań. Kiedy wszyscy już bezpiecznie go opuszczą, pozostaną do przeniesienia jedynie laboratoria. Ich wyposażenie było zbyt cenne, by pozostawić je pustej skorupie jaką stanie się statek.
     Zawsze wiedzieli, że nie ma odwrotu, od chwili gdy dawno temu opuścili przeludniony rodzinny glob. Regularnie, co kilkadziesiąt lat macierzystą Yennai opuszczała grupa osadników, by szukać nowego domu. Statki-matki wypełnione hibernacyjnymi kapsułami przemierzały kosmiczną przestrzeń z pogrążoną w letargu załogą i grupą osadniczą. Zaprogramowany urządzenia skanowały napotykane układy, przeprowadzały wstępne analizy i określały przydatność krążących w nich planet do potencjalnej kolonizacji. Obecność innego życia, nawet inteligentnego nigdy nie była przeszkodą. Ewolucja rządzi się własnym, okrutnym prawem także w kosmosie. Prawo do życia trzeba sobie wywalczyć, zdobywa je silniejszy i lepiej przystosowany.
     Ziemia była pierwszym przypadkiem, gdzie kosmiczni konkwistadorzy zostali zmuszenia do uznania tego co zastali za równe sobie.

13.07.2016

W strugach deszczu cz.2




Zrzędzenie będzie na końcu, bo raczej nie na nie czekacie ;).


poprzedni fragment


     Kobieta ostrożnie układała w kartonach zarówno ubrania, jak i bibeloty. W osobnym poskładała zabawki z pokoju, chyba chłopca, na to wskazywałyby rzeczy i wystrój pomieszczenia. Osobne pudło przeznaczyła na rzeczy z pokoju dziewczynki.      Chwilę spędziła przeglądając pamiętnik, który znalazła na biurku. Uśmiechała się do siebie, przerzucając kolejne kartki. Typowe problemy i rozterki nastolatki. Agnieszka sama kiedyś prowadziła taki dzienniczek. Pamiętała swoje w nim wpisy: rodzice mnie nie rozumieją, szkoła jest nudna, koleżanki wredne, a koledzy nieznośni i tak dalej...
     Zamknęła zeszycik i ułożyła w kartonie wraz z innymi rzeczami, porcelanową lalką w balowej sukni, ozdobną poduszeczką w kształcie serca...

     Za oknem zaczął w końcu siąpić deszcz. Zaburczało jej w brzuchu i przypomniała sobie o tabletkach, zostawiła więc wypakowane pudła na korytarzu i zeszła na dół, by odgrzać sobie wczorajszą zapiekankę. Nie należy przyjmować lekarstw na pusty żołądek.

     Zerknęła na zegar, dochodziła piętnasta, a na zewnątrz zrobiło się całkiem szaro i ciemno, i to nie tylko z powodu szybko zapadającego o tej porze roku zmierzchu. Zimna mżawka przerodziła się w jednostajny deszcz. Krople bębniły monotonnie po parapetach i spływały smętnymi strużkami po szybach. Podkręciła ogrzewanie, bo w całym domu panował nieprzyjemny, wilgotny chłód.
     Nagle wszystko dookoła wydało się jej jakieś ponure i przesiąknięte starością. Światło nie rozjaśniało niczego, to znaczy nie zrobiło się nagle ciemno, ale blask, sączący się z żarówek przestał być kojący i wesoły. Jakby coś go przytłumiło, zrobił się żółtawy, mdły i jakiś taki nierzeczywisty, a przez pogrążony w półmroku przedpokój przesunął się jakiś cień.
     Ciarki przebiegły Agnieszce po grzbiecie. Poczuła, jak wszystkie włosy i włoski na ciele stają dęba. Zacisnęła palce na krawędzi kuchennego stołu. Zamrugała powiekami i... dziwaczne wrażenie przytłumionego światła i cieni szwendających się po domu znikło.

04.07.2016

15 godzin... cz.17


Wiadomości są dwie... Pierwsza taka, że komputer wrócił z naprawy, ale pochodził kilka dni i znów padł, jestem więc skazana przez czas nieokreślony na sprzęt zastępczy. Druga jest pomyślniejsza, bo dzięki temu, że złomiaka udało się na te kilka dni ożywić odzyskałam plik z "15 godzin...". Dzięki temu mamy dzisiaj działeczkę :).


poprzedni fragment

***

     Kantem okaleczonej dłoni Nadia ze złością uderzyła w blat podniszczonego biurka. Stał na nim otwarty laptop.

     Wstała, tak gwałtownie odsuwając krzesło, że przewróciło się z rumorem.

     – Robisz sobie ze mnie jaja! – syknęła w stronę monitora, na którym widniała obojętna twarz Vlada Krossa. Gniew zleceniodawczyni nie robił na nim żadnego wrażenia, grymas na jego twarzy był czymś pomiędzy pobłażliwą wyrozumiałością a jawną kpiną, co jeszcze bardziej pobudzało wściekłość Nadii. Gdyby miała go pod ręką z rozkoszą wydłubałaby mu oczy za to bezczelne spojrzenie.
     – Kpisz sobie ze mnie, draniu! – wrzasnęła w stronę laptopa, nie troszcząc się o to, czy znajduje się w kadrze kamerki. Chodziła od ściany do ściany niewielkiego pokoiku bez okien, jak ranne zwierzę w klatce.

     Vlad wywrócił oczyma.

     – Histeryzujesz, piękna. Nigdy nie kipę sobie z klientki. To się po prostu nazywa nieprzewidziane okoliczności. Zawsze istnieje ryzyko. Nie mogliśmy przewidzieć, że zniknie akurat teraz, skoro tkwiła tam od miesięcy i miała stałe zatrudnienie. Ale prędzej czy później ją znajdziemy. Mój człowiek zdobył wstępne informacje, więc usiądź i daj sobie powiedzieć, co już mamy.

     Nadia prychnęła ze złością, ale podniosła krzesło i postawiła je z trzaskiem, po czym usiadła na nim. Zaplotła ramiona przed sobą i założyła nogę na nogę. Stopa podrygiwała nerwowo.
     – Mów, kurwa, zanim stracę cierpliwość – warknęła.

     Mężczyzna na ekranie potarł brodę palcami.

29.06.2016

W strugach deszczu cz.1

Słowo się rzekło, post w eter... Bez zbędnych pogaduch, dziś część pierwsza a reszta...

Start

     To sen... Bardzo dziwny sen...
     Stoję na ulicy przed drzwiami swojego domu. Pada deszcz.
     Właściwie to leje jak z cebra. Wiatr z wściekłością szarpie nagimi gałęziami drzew rosnących wzdłuż krawężnika. Chodnik zamienił się w rwący strumień, a ja tkwię tam i gapię się bezmyślnie na zamknięte drzwi.
     Czuję, jak z włosów spływają strużki deszczówki i wsiąkają w szary gruby sweter, który mam na sobie. Odruchowo otulam się nim szczelniej jakby ciężki, nasiąknięty wodą ciuch, mógł ochronić mnie przed wilgocią i wiatrem.
     Przyglądam się drzewom, nie mają liści... Jest jesień, a ja stoję w deszczową noc na ulicy przed własnym domem, w letniej sukience, bosa... I za całe okrycie mam jedynie przemoczony blezer.
     Dziwny sen...

     Ciemno... więc trwa noc. Okna domu są ciemne. Okna wszystkich domów w zasięgu mojego wzroku są ciemne. Choć dla ścisłości muszę dodać, że wzrok nie sięga daleko. Wszędzie panuje mrok...
Po drugiej stronie ulicy pali się jedna, jedyna latarnia. Jarzy się mdłym, żółtawym światłem, które rozmywa się w strugach lejącej się z firmamentu wody. Niebo jest czarne, ale to przecież oczywiste, skoro przykrywają je ciężkie, deszczowe chmury.
A ja wciąż stoję jak głupia na ulicy zamiast wejść do domu i schronić się przed deszczem. Nogi są jakieś takie... nie moje. Jak wrośnięte w ziemię. Wzdrygam się, strząsając z siebie krople, które natychmiast zastępują kolejne. Skupiam się na tym, by ruszyć z miejsca. Odrywam w końcu od podłoża ociężałe kończyny i krok za krokiem, powoli zbliżam się do domu. Wspinam się po schodkach na ganek. Zadaszenie wcale nie chroni przed ulewą. Niesiony wiatrem deszcz zacina i dosięga mnie także tutaj.
     Nie mam klucza...
     Naciskam jednak klamkę i ku memu zdumieniu drzwi ustępują miękko, jakby wcale nie były zamknięte. Ale przecież, to sen...

28.06.2016

Od strony technicznej...


     A więc od strony technicznej...


     Tak, wiem nie zaczyna się zdania od "a więc", "tak, więc", ani od "więc" w ogóle... No i co z tego? Nic. Dlatego... a więc, od strony technicznej dół, głęboki jak Rów Mariański.

     Kochani, sprzęt zdechł. Jeszcze nie wiem czy definitywnie bo właśnie zabrało go "pogotowie" i dowiem się za kilka godzin, czy reanimacja rokuje nadzieję.
     Oczywiście w dzisiejszej dobie nie jest tak, że padnięcie jednego starego, zdezelowanego kompa odcina nas od świata. Teraz telefony, smartfony, tablety i Bóg jeden wie co tam jeszcze. Tak że oczywiście nadal mam dostęp do sieci i do komputera (innego, a nawet dwóch innych), ale... Bo zawsze jakieś ale się znajdzie. Ale...  nie pisałam, nie piszę i nigdy w życiu nie będę pisała na telefonie. Taka zabawa jest dobra dla dzieci, ja swoje pisanie traktuję jednak odrobinę poważniej, nawet jeśli jest to tylko hobby. Na tablecie to może i bym pisała, ale nie posiadam. A najpoważniejszym problemem jest to, że dwa pliki, na których pracowałam ostatnio, w tym plik z opowiadankiem "15 godzin..." pozostały na dysku trupka. Nie wiem kiedy uda się odzyskać dane i czy w ogóle będzie to możliwe.
     Mimo to powodu do totalnej paniki nie ma. Zdechły komp to nie apokalipsa, a ja pliki przechowuję nie tylko w jednym miejscu. Ma oczywiście zapasowe kopie, niestety nie ma w nich wszystkiego co ostatnio sobie doklepałam. Duże tego nie było, ale jednak, a odtwarzanie tego, co już gdzieś z głowy przeniosłam na nośnik, to niestety nie jest to, co tygryski lubią najbardziej.

     Nie najlepiej się czuję ze świadomością, że oczekiwanie na kolejny fragment "15 godzin..." przeciągnie się nieco w czasie, szczególnie po ciepłym i bardzo życzliwym komentarzu jaki ostatnio dostałam. Niestety, siła wyższa. Z tego co mam pochowane, niczym wiewiór, w różnych dziuplach wydobyłam na razie jedno krótkie opowiadanko, które kiedyś już było na blogu, a które zostało zdjęte, bo był plan. Plan zdechł śmiercią naturalną, więc opowiadanie tu wróci. Wiem, że to jedynie zapchajdziura, ale chcę żeby mimo technicznych kłopotów przejściowych, blog nie był martwy. Szczególnie, że przeszłam tu w tryb "spacerowy" i wpisy i tak nie pojawiają się zbyt często.

W każdym razie opowiadanko "z odzysku" wpadnie tu w dwóch częściach i pierwsza z tych dwu zostanie dodana jutro. Do jutra zatem, kto wie, może wieści na które czekam okażą się pomyślne :).

13.06.2016

15 godzin... cz.16

Postanowiłam, że dodawane części będą odrobinę krótsze, ale dla zrekompensowania bedę się starała dodawać je w miarę regularnie. Ideałem byłoby raz w tygodniu i możecie trzymać kciuki, żebym dała radę :).


poprzedni fragment

***
     Oczywiście nikt  nie poinformował Anny, że coś się zmieniło, a zmieniło się. Niepokój, że coś się dzieje ogarnął ją już rankiem.
     Apatia oczekiwania na wykonanie wyroku, zmieniła się w przeczucie oczekiwania na coś nowego, manifestując się nerwowym mrowieniem pod skórą. Było zbyt cicho, zbyt spokojnie, jakby o niej zapomniano.
     Bez względu na to, jak bardzo człowiek godzi się ze swoim losem, nikt nie oczekuje na śmierć ze stoickim spokojem. Ale też nikt nie chce odchodzić niegodnie. Czy jednak w ogóle może być cokolwiek godnego w śmierci?
     Była niespokojna, bo nie podano jej środków uspokajających, co było standardową procedurą w przypadku skazańców. Bała się swoich reakcji i był to naturalny strach. Bała się, że nie zapanuje nad paniką, że zdradzi ją ciało i umysł.
     Śmierć jest tylko procesem, na który tak naprawdę nic nie ma wpływu. Staje się i już. I tak naprawdę nikt nie wie, co jest poza nią. A kiedy już nastąpi... Jakie może mieć znaczenie nieestetycznie ubabrane wydzielinami ciało? Żadnego. A mimo to patrzymy na porzucone przez świadomość niczym  śmieć, czyjeś zwłoki i myślimy o tym, że sami nie chcielibyśmy tak wyglądać po śmierci. Czujemy więc zażenowanie i obawę.
     Życie jest najwyższą z wartości i nikt nie chce wieńczyć go ekskrementami. Dlatego nie była w stanie tłumić narastającego od dłuższego czasu strachu. Atawistycznego uczucia, które niegdyś było warunkiem przetrwania, dziś zaś budziło niesmak, pogardę, dlatego tak często głuszono je środkami farmakologicznymi.
     Z jakiegoś powodu nie chciano jej dać tego komfortu, a jej apatia najwyraźniej nie była dość głęboka, by się poddała i nie czuła niczego.

07.06.2016

15 godzin... cz.15

Witajcie w piękny czerwcowy dzionek :)
Lato za oknem, mój pies nie chce siedzieć w domu i domaga się długich spacerów. Trudno mu odmówić jak siądzie obok i wymownie się gapi. A jeśli samo gapienie się nie przynosi efektu wstaje i łapą albo zębami usiłuje ściągnąć moją rękę z klawiatury. Wczoraj w akcie cichego protestu zeżarł kwiatka. Właściwie to nie zeżarł tylko przerobił go na sieczkę. Bromelia to była. Oczywiście bardzo był po tym niecnym czynie skruszony i żaden przemądrzały behawiorysta nie wmówi mi, że pies jak narozrabia to nie zdaje sobie sobie sprawy, że narozrabiał. Zdaje sobie jak jasna cholera, aczkolwiek w chwili, gdy broi pokusa jest po prostu silniejsza od niego. Na jego szczęście nie umiem się na niego gniewać. Jego mina w chwili kiedy dostaje ochrzan zawsze mnie rozkłada i z trudem powstrzymuję się wtedy od śmiechu. Wczoraj również. Jak go zawołałam na "miejsce zbrodni" to szedł z podwiniętym ogonei i na paluszkach. Dosłownie, bo nawet pazurki nie stukały w panele, jak zawsze kiedy biega po domu.

Na blogu w okresie wakacyjnym planuję zrobić trochę porządków, pewnie jakieś przemeblowanie, nowy look pewnie też. Ot tak, żeby troszkę powiało świeżością. W poprzednim poście podawałam link do mojego konta na wattpadzie, w ramach porządków pewnie umieszczę go gdzieś w takim miejscu żeby nie trzeba było za nim przekopywać wpisów. Poza tym wycofałam się już praktycznie ze wszystkich stron, portali, serwisów itp., na których cokolwiek publikowałam. Nie da się po prostu ogarnąć takiej ilości miejsc, dlatego zostaję zostaję tylko w dwóch, tutaj i na wattpadzie. I tylko w tych miejscach będę publikowała moje teksty. Zostaje jeszcze strona na fejsbuku, tam jednak będą się pojawiać jedynie informacje, aktualności, ciekawostki.

Tyle informacji na dziś, a teraz zapraszam na właściwy wpis :).


poprzedni fragment 



     Zmian jakie nastąpiły w ciągu kilku zaledwie tygodni nie spodziewał się nikt. A może się spodziewał, lecz chyba nikt nie oczekiwał, że nastąpią tak nieoczekiwanie i tak szybko.
Świat stanął w miejscu i zawrócił o sto osiemdziesiąt stopni. Decyzje powzięte na samym szczycie władzy wprawiły w szok równie wielki, co wywołały radosną euforię.
     Negocjacje w sprawie rozejmu prowadzono bezskutecznie od wielu miesięcy i nic nie zwiastowało porozumienia. Aż niespodziewanie wszystko rozegrało się w ciągu kilkunastu godzin… Zapadły decyzje, których dotąd nie potrafiono wypracować. Bulgoczące w tyglu nastoje obydwu nacji osiągnęły punkt, z którego nie można było już ani się cofnąć ani karmić dalej wojennej propagandy. Dalsze przeciąganie groziło kompletnym chaosem, bowiem organizacje lobbujące za porozumieniem zyskały już tak wielkie poparcie społeczne po obydwu stronach, że nie było odwrotu. Wystarczyłaby iskra a wojna pomiędzy ludźmi i yennimi przerodziłaby się w totalną wojnę wszystkich ze wszystkimi paradoksalnie niosąc nie pokój a zagładę. Granice wytrzymałości społecznej osiągnęły punkt krytyczny a iskrą mogło stać się cokolwiek.
I yenni i ludzie na najwyższych stanowiskach musieli się ugiąć.
     Nie takie to jednak proste dokumentem, rezolucją, demonstracją „dobrej woli” na pokaz uciszyć niepokój, niecierpliwość i adrenalinę, którymi obie społeczności nabrzmiały niczym ropnie. Rozejm był zastrzykiem politycznego antybiotyku, ale potrzeba było czasu by lek zaczął działać. Teraz, po obu stronach wciąż jednak dochodziło do łamania postanowień, przez co nieustannie wracano do punktu wyjściowego a właściwe zawieszenie broni wciąż było jedynie fikcją zapisaną na nośniku.

29.05.2016

15 godzin... cz.14

Od jakiegoś czasu publikuję także na wattpadzie. Nie ma tam na razie wszystkich tekstów, które są na blogu, ale dodaję tam w tej chwili "Dzieci Żywiołów", które jakiś czas temu zdjęłam z bloga, i które w miarę publikacji poprawiam. Są tam już części "Ziemia" i "Ogień", wkrótce zostaną dodane dwie kolejne. Pozostaną tam póki nie przerobię całości, więc jest okazja żeby poczytać póki są.
Tamto konto powstało ponieważ, wydaje mi się, że tamten serwis jest nieco lepiej przystosowany do urządzeń mobilnych, jak czytniki i fony wszelkiej maści. Tak więc publikuję tam dla Waszej wygody :). Blog pozostaje dla tych, którzy wolą blogi i nadal będę go prowadzić i dodawać tutaj teksty. Na dłuższą metę zakładam, że oba konta, to i na wattpadzie, będą funkcjonowały równolegle. W każdym razie, "15 godzin..." już wyrównało i na dzień dzisiejszy jego status tutaj i na wattpadzie jest identyczny. Kolejne fragmenty tego tekstu będą dodawane równocześnie i tu, i tam, i tylko od Was będzie zależało, gdzie wygodniej będzie Wam czytać.
A teraz już właściwy wpis...




     Szczekanie przemieniło się w głuchy warkot i światło wylotu „uliczki” przesłonił wielki cień.

     Zwierzę było naprawdę potężne. Pozbawione sierści, jedynie na głowie pokrytej charakterystycznymi guzami po wszczepach jej kępki tworzyły osobliwe antenki. Uniesione wargi odsłaniały dziąsła i cały garnitur białych, ostrych zębów. Oczy były pokryte bielmem. Pies był ślepy. To jednak w żadnym razie nie czyniło go słabszym ani mniej niebezpiecznym. Jego węch i słuch skoordynowane ze sobą były skuteczniejsze niż wzrok. Dodatkowo pojedyncze szczeciniaste włosy znajdujące się na jego pysku były wrażliwe na najlżejsze zmiany temperatury i ruch powietrza. Z kącików potężnych szczęk kapała pienista ślina, jakby pies był wściekły. Odd wiedział jednak, że to skutek stymulacji.
     Drapieżnik namierzył swoją ofiarę perfekcyjnie. Cały czas warcząc, przesunął się w jej kierunku o kilka kroków i przypadł do ziemi, spinając mięśnie do skoku. Odd napiął swoje, przygotowując się na przyjęcie ataku.
     Ten nastąpił błyskawicznie, niemal bez ostrzeżenia.

     Yenni odruchowo osłonił gardło ramieniem. Długie kły przebiły skórę, mięśnie i sięgnęły kości. Jedna fala bólu nałożyła się na drugą, gdy sztywne, zaostrzone pazury jednej z przednich łap przeorały ledwie zabliźniony kikut. Oddowi pociemniało w oczach, ale utrzymał się na nogach. Jeżeli upadnie będzie po nim. Choć szanse na przeżycie były niewielkie, nie był ich pozbawiony. Był potężnym, silnym yennim, nie słabym człowiekiem. Poza ramieniem, na którym zacisnął szczęki pies, miał jeszcze dwa wolne, w tym jedno uzbrojone. Jedną z wolnych dłoni chwycił teraz dolną szczękę psa i pociągnął w dół, zmuszając go do zwolnienia uścisku, nożem dźgnął na oślep między żebra. Pies szarpnął głową, rozdzierając kłami mięśnie przedramienia Odda i skórę dłoni trzymającej jego szczękę. Próbował się uwolnić z uchwytu, ale w żaden sposób nie zareagował na uderzenie nożem. Najwyraźniej nie czuł bólu. Każda mijająca sekunda działa na niekorzyść yenniego, przechylając szalę potencjalnego zwycięstwa na korzyść bestii.

19.05.2016

15 godzin... cz. 13

Kochani, maj za oknem ciepły i słoneczny, jak dla mnie doskonały do spacerów z psem. I żeby tylko jeszcze kleszcze nie woziły się na nim tak ochoczo byłaby pełnia szczęścia. Zabezpieczyłam, co prawda zwierza specjalistyczną obrożą, ale niestety przed wsiadaniem ten gadżet nie chroni. Jedyne pocieszenie w tym, że jak wsiądą to nie pożyją i potem tylko truchełka się zmiata z podłogi.
Poza tym... dobre błotko nie jest złe. Tam gdzie chodzę wybiegać psa są zazwyczaj kałuże, ogromne jak jeziora i miejscami głębokie po kolana. Woda w nich zwykle stoi nawet jak od od jakiegoś czasu nie ma deszczu. To ulubiony wybieg mojego czworonoga. Spuszczony ze smyczy lata po nich tam i z powrotem po tych podłużnych i w kółko po tych okrągłych jak stawki ;). Najzabawniejszcze jest to, że mokre błoto absolutnie w niczym mu nie przeszkadza, jest wręcz atrakcyjne, za to kąpiel w domu po takiej zabawie już atrakcyjna nie jest, chociaż też mokra. I zrozum tu psa, człowieku.

A teraz już dość psich dygresji i zapraszam na kawałek "15 godzin..." :)

poprzedni fragment

***
     W tunelu nadal było duszno i ciemno ale Odd odniósł wrażenie jakby jego światło nieco się zwiększyło. Nie musiał się już garbić, w każdym razie nie aż tak jak dotąd. Przy kolejnej studzience zastał już noc. Przez kratkę ściekową nie wpadała nawet odrobina światło jaką mogłaby emitować żarówka ulicznej latarni. Czy mogło to oznaczać, że wreszcie znalazł się na peryferiach? Niezamieszkanych, niepatrolowanych, gdzie miałby szanse by niezauważonym przemknąć się do rzeki?
     Nie ocierając łzawiących oczu, podniósł twarz i wytężając w ciemnościach wzrok usiłował ocenić solidność zamontowanej na górze ażurowej pokrywy. Szarpnął metalową drabinką. Zachybotała się, a obluzowane kotwy zgrzytnęły. Trochę pokruszonego tynku i zaprawy posypało się w dół. Odruchowo zacisnął powieki, żeby pył nie dostał się do i tak podrażnionych oczu. Miał do pokonania jakieś trzy może cztery metry w górę i tam przeszkodę w postaci kratki ściekowej.
     Silnym chwytem złapał szczebel nad głową i postawił stopę na najniższym, potem dźwignął zmęczone ciało i zaczął się wspinać.
     Niewielki wysiłek, na szczęście odległość nie była duża, za komin w którym się znalazł, był wąski i z trudem się w nim mieścił. Jakiś metr przed szczytem zastygł w bezruchu i długą chwilę nasłuchiwał.
     Dookoła panowały egipskie ciemności i tylko wylot kanału nad głową Odda odcinał się nieco mniejszą głębią czerni od reszty otoczenia. Było cicho, jeśli nie liczyć odgłosów pojedynczych kropel uderzających w powierzchnię jakiejś kałuży. Poza tym absolutnie nic. Żadnych szmerów, żadnego postukiwania, czy popiskiwań szczurów, które pozostawił w dole. Podjął decyzję, podciągnął się jeszcze trochę i naparł prawym barkiem na kratę.
     Błąd. Ostry ból natychmiast przypomniał mu o odniesionej ranie. Została wstępnie zaleczona, ale gojenie nadal trwało a echa urazu będzie na pewno jeszcze odczuwał przez długi czas.
     Klnąc pod nosem własną nieuwagę, w ciasnym kominie zmienił nieco pozycję i ponownie naparł na kratkę tym razem lewym barkiem.

16.05.2016

Nie-boskie stworzenie cz.4

Kończymy z "Nie-boskim...", zapraszam na ostatni już fragment tego opowiadania.


poprzedni fragment

***
     Nigdy dotąd, w całej swojej niebiańskiej egzystencji nie przeżyłam czegoś podobnego, ani nie doświadczyłam podobnych uczuć i rozkosznych wrażeń. Jeżeli tak wygląda miłość, o której nauczano nas w Akademii...
     Cóż, wykładowca najwyraźniej był mocno niedoinformowany.

     Lucjusz i ja, zjednoczeni w jedno... Jego dłonie na moim ciele, jego pocałunki, oddech na skórze, jego palce badające delikatnie i z czułością moją intymność i moje palce w jego włosach, kiedy rozpalona przyciskałam jego głowę do piersi. Nie umiałam się temu oprzeć i nie chciałam. To było piękne, a w takim razie nie mogło być złe. Poza tym, skoro to jeden z aspektów miłości... Miłość jest dobrem ponad wszystko, więc i to, czego doświadczamy teraz, razem, nie może być złe...
     Kochaliśmy się... ja jego, a on mnie i ja czułam tę płynącą od niego miłość, żar, pożądanie, czułość i troskę jednocześnie... Chciałam powiedzieć mu, wykrzyczeć tę radość i rozkosz, których właśnie doświadczałam, ale odebrano mi mowę, więc wszystkie uczucia starałam się wlać w gesty, pieszczoty, by własne pozytywne emocje przelać na mojego kochanka. Otulałam go swoją wypełnioną szczerym, gorącym uczuciem aurą i widziałam w jego oczach, że on tak właśnie czuje, nawet jeśli nie rozumie jeszcze czym jest to, czego właśnie doświadcza...
     Lucjusz nie pozostawał obojętny, nie było tak, że jedynie brał zachłannie, niczego nie ofiarowując w zamian. W jego czułym dotyku, głosie szepczącym mi w ucho żarliwe słowa, było tak samo wiele namiętności, co troski. Byłam dla niego ważna, wiedziałam i uskrzydlała mnie ta świadomość. Mogłabym tak trwać, złączona z nim w jedno, przez całą wieczność, chroniąc go od wszelkiego zła, od trosk i bólu doczesnego życia... I ciesząc się tą jednością.

09.05.2016

15 godzin... cz.12



***
     Nadia zatrzymała się przy wejściu, czy raczej zejściu do jednego z licznych lokalików. Znajdował się w piwnicach, bo reszta budynku nadawała się tylko do wyburzenia. Właściwie była tu jedynie wyrwa pomiędzy dwoma zniszczonymi kamienicami. Jednak sąsiadki wciąż jakoś się trzymały podczas gdy ze środkowej został jedynie sufit drugiej kondygnacji dramatycznie rozpięty pomiędzy ścianami sąsiadujących domów.

     Spojrzała w dół ku ciemnemu zejściu. Nic tu nie sugerowało obecności lokalu, może poza starą magazynową lampą w metalowej klatce, przyczepioną nad drzwiami i kawałkiem dykty przybitym na tych drzwiach, na którym jasną farbą wymalowano godziny otwarcia i numer budynku, po którym pozostały te piwnice. Całość wyglądała tak, że chyba nikt przy zdrowych zmysłach bez konkretnego powodu nie zagłębiłby się w kazamaty, mając do wyboru całe mnóstwo spelunek usytuowanych na poziomie ulicy, nie pod.Kobieta najwyraźniej była jednak zdecydowana i pewna,że trafiła we właściwe miejsce.
     Ostrożnie zeszła po śliskich schodach i pchnęła drzwi. Tak jak jej powiedziano nie były zamknięte i ustąpiły bez oporu. Nie wydały przy tym nawet dźwięku, co świadczyło o dobrze zakonserwowanych zawiasach.
     Znalazła się teraz w dosyć długim i wąskim korytarzu i po obu jego stronach miała rzędy kolejnych drzwi. Interesowały ją ostatnie, te na wprost i ruszyła ku nim wolnym krokiem, strząsając z siebie po drodze deszczówkę. Nie ściągnęła jednak kaptura. Wręcz przeciwnie, nasunęła go głębiej.

     Spoza kolejnych mijanych drzwi dobiegały stłumione odgłosy, jęki, warczenie, postękiwanie, nawet szloch albo coś co przypominało stłumione okrzyki bólu. Nie zastanawiała się jednak co dzieje się w mijanych pomieszczeniach. Mogły być zarówno izbami tortur jak i pokojami płatnych schadzek, zupełnie jej to nie interesowało. Na uwadze miała jedynie własne sprawy, które tu właśnie planowała załatwić. Spoza ostatnich drzwi, tych na końcu korytarza dobiegła muzyka, stylowa niezbyt hałaśliwa.

     Nacisnęła klamkę i pchnęła lekko jedno z dwóch skrzydeł. Muzyka natychmiast popłynęła głośniej a zza uchylonych drzwi, pełzając po ziemi niczym wąż, wydostała się smużka sztucznej mgły.
Nadia weszła do środka i zanurzyła się mglistym półmroku. Przyciemnione światła o ciepłej barwie i płożące się, wszechobecne kłęby sztucznego dymu mocno ograniczały widoczność. Zresztą kąty były ciemne i pewnie nawet bez mgły niewiele szczegółów dałoby się w nich dostrzec.

08.05.2016

Nie-boskie stworzenie cz.3

Na niedzielne popołudnie kolejny fragment "Nie-boskiego...", przedostatni.
I jeszcze mały bonusik, który mi zafundowało wydawnictwo. Nic wielkiego, ot, kilka pytań kilka odpowiedzi. Zainteresowanych zapraszam TUTAJ :) 


***
     Przez cały tydzień nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Noce spędzałem oczywiście z Marisą. Było jak zawsze, szaleńczo, gorąco i namiętnie. Jednak coś się zmieniło... Nie umiałem sprecyzować co, lecz nie było jak dawniej.
     Amelii nie widziałem od tamtego ranka. Nie zaglądałem do jej komnaty. W sumie, to gdyby mnie spytano, nie wiedziałbym nawet, czy w niej sypiała. Tęskniłem za jej widokiem, ale równocześnie bałem się go. Ona działa na mężczyznę jak narkotyk. Uzależniała. Mnie uzależniała. Może jednak powinienem posłuchać rad Marisy i odesłać Amelię do wszystkich diabłów? Najlepiej wsadzić ją na powrót w tę kałużę, z której ją wyciągnąłem, albo w niej utopić?
     Boże, o czym ja myślę?! Utopić?! Przecież chcę zobaczyć ogień w jej oczach... Taki jak wtedy, kiedy była na mnie wściekła. Ale ona chyba mnie unika. Może się boi? Marisa śmiała się ze mnie i twierdziła, że Amelia jest po prostu beznadziejną, nudną cnotką, która w życiu nie miała do czynienia z prawdziwym mężczyzną. I kochać się z nią, byłoby jak kochać się z drewnianą kłodą. Doprawdy? Jak to się miało do faktu, że starczało bym jej dotknął, a zapalała się jak trzaska?
     Marisa, nie zdając sobie sprawy, rozbudziła moją ciekawość, co do tego, chyba bardziej niż sama Amelia. Naprawdę była cnotliwa?
     Postanowiłem sobie rzecz spokojnie przemyśleć i podjąć decyzję. A do tego, nie ma jak polowanie. Tylko las, zwierzyna, ja i mnóstwo świętego spokoju na dumanie.

***
     Wredna diablica stawała na rogach, żeby mnie trzymać od Lucjusza z dala. Na jej polecenie wyrywano mnie z łóżka o nieprzyzwoicie wczesnej porze, a potem gary, podłogi, gary, pranie, gary i tak do wieczora.
     Kostki na dłoniach miałam poocierane, paznokcie połamane, kolana poobijane, wiecznie byłam głodna, bo nie miałam czasu się najeść. Bywało, że nawet ze znalezieniem czasu na wysikanie się miałam problem. Wieczorami padałam na twarz w swojej komnatce, zasypiałam jak kamień i nawet orgiastyczne wrzaski zza ściany nie były w stanie mnie ruszyć.

01.05.2016

Nie-boskie stworzenie cz.2

Przy niedzieli coś lekkiego, więc padło na "Nie-boskie..." :) Zapraszam...


***

     Patrzyłem na nią. Teraz, kiedy znikła warstwa brudu mogłem w pełni ocenić z czym mam do czynienia. Była... Nie potrafiłem znaleźć właściwych słów... Była śliczna. Marisa była piękną kobietą, a ta była po prostu śliczna. Zupełnie inna niż moja faworyta. Delikatna, dziewczęca, nie dostrzegałem w niej ani śladu tej zachłannej drapieżności, którą emanowała tamta. Ta tutaj sprawiała wrażenie uosobienia łagodności i uległości. Drobna i krucha, a przy tym idealnie zbudowana, krągłe biodra, długie nogi i te cudne, nie za duże, piersi. Jędrne, sterczące. Poczułem mrowienie w opuszkach palców i miałem ochotę jej dotknąć.
     Zapatrzyłem się na usta, nie tak pełne jak Marisy, ale ładnie ukształtowane, rozchylone w lekkim uśmiechu. Kuszące obietnicą słodyczy...
     Kąpiel rozleniwiła ją rozkosznie. Ułożyła się na stopniach. Miała zamknięte oczy, ramiona rozłożone szeroko, co znakomicie wyeksponowało te doskonałe, kuszące piersi. Piersi Marisy były obfite, wylewały się z moich dłoni. Ciekawe, jak te by się w nie wpasowały? Właściwie nic nie stało na przeszkodzie to sprawdzić. Jej głowa przechyliła się lekko. Zasypiała.
     – Nie zasypiaj w kąpieli, bo się utopisz – odezwałem się głośno.
     Spojrzała na mnie trochę nieprzytomnie, a w następnej sekundzie skuliła się, zasłaniając mi fantastyczny widok, czym wprawiła mnie w niezadowolenie. Obszedłem basen, zgarniając po drodze ręcznik.
     Wyciągnąłem do niej rękę.
     – Wyjdź, skoro już jesteś czysta – poleciłem, ale ona nawet nie drgnęła.
     Uroczo zarumieniona siedziała skulona na schodkach, do pasa zanurzona w wodzie. Zirytowało mnie nieposłuszeństwo.

25.04.2016

15 godzin... cz.11

Ostatnio przeglądałam blogi na chybił trafił. Na jednym z nich znalazłam wpis dotyczący tekstów porzucanych w pół zdania... Autorka wpisu wyraziła swoje mocno niepochlebne zdanie na temat Autorów tak niefrasobliwie podchodzących do tego czego się podjęli rozpoczynając publikację tekstu.
Rozumiem, że różne przypadki losowe wpływają na zmianę planów to trudno nie przyznać jej sporej dozy racji. Jeżeli ktoś nie potrafi zaczętej pracy doprowadzić do końca (i nie chodzi tu o tempo tej pracy) nie powinien jej podejmować. A już na pewno nie powinien zabiegać o publiczność na wstępie, by potem bez cienia szacunku dla czytelnika, tę publiczność olać.
I ponieważ w znacznym stopniu podzielam ową niepochlebną opinię o takich niefrasobliwych poszukiwaczach poklasku dla połechtania własnego ego, dlatego śpieszę zapewnić, że niczego nie zamierzam porzucać. Każdy z rozpoczętych tu na blogu tekstów zostanie ukończony. Potrzebuję jedynie robić to własnym tempem. Chciałabym żebyście, moi drodzy Czytelnicy wiedzieli, że nawet dłuższa chwilami stagnacja tutaj nie oznacza bynajmniej porzucenia bloga przeze mnie. Nigdy nie zamierzałam i nie zamierzam go porzucać, ani zawieszać. Gdyby jednak z jakichś przyczyn stało się to konieczne, z pewnością o tym tutaj poinformuję. Na razie zaś informuję, że "15 godzin..." powoli, bo powoli, ale na pewno zostanie ukończone. Mam także w planie kontynuację "Księżyca i miecza" i kolejne, nazwijmy to tomy, "Dzikich łabędzi", z drugą częścią "Dioris" na czele.
Muszę jednak robić to po kolei i tak chwilowo cisnę "15...", reszta zaś musi czekać na swoją kolej :).

A teraz już zapraszam na właściwy wpis :)


poprzedni fragment


***

     Opleciona licznymi kończynami kochanka, wtulona w jego wielkie ciało twarde i miękkie zarazem, czuła błogie rozleniwienie i z niechęcią myślała o powrocie do rzeczywistości. Jego długie, mocne place zdolne z żelazną siłą zacisnąć się na jej ramionach teraz delikatnie i z czułością gładziły skórę.
     Pod zamkniętymi powiekami przywołała obraz słonecznej łąki, spokojnej łagodnej, cichej. Oderwanej od świata, zawieszonej w izolowanej bańce w czasoprzestrzeni. Wolnej od wojny, ideologii, cierpień...      Czy taki świat gdziekolwiek istniał? Czy miał jeszcze szanse zaistnieć w przyszłości? Miejsce, w którym ludzie i yenni nie będą na siebie strzelać, z nienawiścią patrząc w celownik?
     Męska pierś uniosła się, gdy głębiej odetchnął.
     – Śpisz, Naan? Nie masz mi za złe? Skrzywdziłem cię? Powiedz coś.
     Poruszyła się leniwie i zamruczała jak kotka.
     – Nie śpię. Wszystko dobrze. Nic mi nie jest. Nigdy bym nie przypuszczała... – Boże, te wszystkie głupie słowa, które cisną się na usta w podobnych sytuacjach.
     Ich sielanka trwała ledwie chwilę i dobiegła końca. Brutalne realia znów przejęły władzę. Nawet cisza i ciemność panujące dookoła naigrywały się teraz z tych dwojga. W tu i teraz nie było miejsca na ckliwość, czułość i sentymenty.
     Anni i Oddowi udało się pochwycić jedną piękną chwilę, to wszystko. Na więcej takich nie mają szans. Rzeczywistość jest pozbawiona sentymentów. I jest zimna, tak zimna, że Annę przeszył dreszcz.
     Spróbowała się wyplątać z objęć yenniego, ale nie chciał jej puścić, jedynie szczelniej otulił oboje pledem.

24.04.2016

Słony wiatr - Tryton cz.3

I obiecana trzecia część Trytona, pierwszego rozdziału "Słonego wiatru".
Zapraszam...

część II - KLIK


VII
     Przed świtem Marike już krzątała się po izbie, cichutko, starając się nie robić hałasu. Było bardzo wcześnie, jeszcze noc prawie i jej tajemniczy gość spał. Ona szykowała się do wyjścia. Dziś był dzień targowy.
     Wpierw jednak musiała zadbać o nieznajomego. Spoglądała na niego, pogrążonego we śnie, zastanawiała się, kim może być. Martwiła się trochę, że nie może się z nim porozumieć. Nie znała języka, którym się posługiwał, a on nie rozumiał jej mowy. Dziwiło ją też trochę, że tkwił tu, w tej ubogiej chacie, w ogóle nie próbował się stąd oddalić. Jak gdyby, poza tym niewielkim, obskurnym obejściem i jego mieszkanką nic więcej go nie interesowało. Nawet na migi nie próbował pytać o innych ludzi. Tylko Marike obserwował z niezrozumiałą dla niej uwagą, jakby była jakąś osobliwością, której postanowił sobie dokładnie obejrzeć. Pozostając rozbitkiem, któremu morze odebrało wszystko, wyrzucając go nagiego na plażę, dziwiło, że nie próbował wracać na brzeg, w poszukiwaniu towarzyszy, którzy przecież też mogli się uratować. Nie próbował szukać niczego, co mogłoby ocaleć z ładunku. Był... Był dziwny. Tajemniczy i... piękny.
     Przygotowała dla niego posiłek. Nie mogła przecież dopuścić, by siedział tu głodny, kiedy już się obudzi.  Nie miała też pewności, czy nie będzie się niepokoił nie znajdując jej w pobliżu, ale brała pod uwagę jego dotychczasowy spokój i generalnie całkowity brak zainteresowania światem, poza jej maleńkim gospodarstwem. Postanowiła też nie brać dziś ze sobą psa. Liczyła, że ten drobny gest zostanie odebrany jako zapewnienie o tym, że jej nieobecność w domu jest jedynie chwilowa, wróci najszybciej jak będzie to możliwe.

23.04.2016

Nie-boskie stworzenie cz.1

Jakiś czas temu obiecałam, że Nie-boskie wróci na bloga, czas dotrzymać obietnicy. Dziś część pierwsza...
Zapraszam po odrobinę uśmiechu na weekend :)

Start


     Ogromne, złocone podwoje... Stałam przed nimi pełna obaw i ciekawości pomieszanej z ekscytacją. Wezwano mnie, a to oznaczało misję. Otrzymam przydział. Pierwszy... Nareszcie...
     Czułam podniecające mrowienie na całym ciele i nijak nie byłam w stanie utrzymać skrzydeł w bezruchu, na baczność. Całkiem serio obawiałam się, że nie uda mi się normalnie wkroczyć do środka i wysłuchać spokojnie tego, co Szef ma do powiedzenia. Wpłynę tam po prostu, unosząc się nad podłożem, podrygując i podfruwając z podniecenia, i zrobię z siebie kompletną idiotkę.
     Och, dość...! Zrugałam się w myślach za tę dziecinadę. Wzięłam głęboki oddech, zdyscyplinowałam niesforne skrzydła, strzepnęłam z ramienia jakiś niewidoczny pyłek, wyprostowałam się i pchnęłam delikatnie wielkie podwoje. Uchyliły się natychmiast, oczywiście bezszelestnie, a ja wsunęłam się do gabinetu, stąpając pewnie po posadzce.

     Szef siedział za biurkiem, z nosem zanurzonym w stercie papierów. Postąpiłam do przodu ze dwa kroki, chrząknęłam lekko dla zaznaczenia swojej obecności. Przełożony podniósł wzrok znad okularów, po czym podsunął je z czubka nosa w górę i odchylił się w fotelu.
     – O, Amelio, dobrze, że jesteś – zagaił.
     Uśmiechnęłam się skromnie, splotłam dłonie, jak do modlitwy i dygnęłam zgodnie z protokołem.
     – Siadaj, dziecko. – Wskazał mi krzesło naprzeciw biurka. – Jak się zapewne domyślasz, mamy dla ciebie przydział.

31.03.2016

Vardoger


Kochani śpieszę donieść o sukcesie mojej znajomej, która podobnie jak ja wydała swoją powieść. Powieść, która jest mi znana i którą gorąco polecam miłośnikom mrocznych tajemnic i niesamowitych splotów okoliczności.

Oto "Vardoger" - niestety nie umiem zrobić takiego przekreślonego "o", dlatego moja pisowania tytułu nie jest poprawna, ale mam nadzieję, że Maja mi to wybaczy :).

Książkę-ebook można nabyć na stronie wydawnictwa e-bookowo: VARDOGER (kliknij tytuł)

Szczerze polecam i uprzedzam: nie zaczynajcie czytać wieczorem, bo zagwarantujecie sobie bezsenną nockę. Po przeczytaniu pierwszego zdania lekturka wciąga i nie odpuszcza do samego końca ;).

19.03.2016

15 godzin... cz.10

Obiecałam działkę z 15... w tym tygodniu i prawie bym się nie wyrobiła przed niedzielą ;). Na szczęście jest.
Powoli idzie mi pisanie tego tekstu. Wyewoluował mi pewien pomysł i krok po kroku staram się go ogarnąć a jednocześnie nie narobić przy tym ogarnianiu bałaganu.
Zapraszam :)



***
     Boże! Co ja robię?! To przecież czyste szaleństwo! Od samego początku to było szaleństwo!
     Panika narastała wraz z zacieśniającym się na jej ciele uchwytem. Nie mogła się bronić, bo unieruchomiono jej ramiona, nie mogła krzyczeć, choć paniczny wrzask wyrywał się z gardła, bo zatkano usta. Próbowała się uwolnić, szarpiąc całym ciałem, ale nogi w panice ślizgały się po podłożu. Zaczynało jej brakować powietrza, palce bezsilnie drapały ramię oplatające jej klatkę piersiową. To i drugie, owinięte wokół jej talii było niczym żelazna obręcz. Miała ważenie, że jeszcze chwila a pogruchocze jej kości. Zabije ją... I jego głos:
     – Spokojnie, to tylko ja...
     Przerażona znieruchomiała, poddała się. Ale on jej nie puścił, poluzował jedynie odrobinę chwyt, mogła więc głębiej odetchnąć. Zanurzył nos w jej włosach. Co on wyprawia?! Oszalał?! Znów przygarnął ją mocniej, ale tym razem z większym wyczuciem. Wyraźnie starał się nie zrobić jej krzywdy, napięcie mięśni sugerowało teraz zupełnie inny nastrój. Jednak wydało się jej to tak absurdalne, że odrzuciła natychmiast te myśli.
     – Oszalałeś? – warknęła gniewnie, gdy odsunął dłoń od jej twarzy. – Chcesz mnie zabić?
     Odwrócił ją przodem do siebie bez większego wysiłku, jakby była zabawką w jego rękach. Wzrok mu płonął w ciemności, a rysy twarzy miał napięte.
     – To adrenalina – wyjaśnił. – Wybacz, nic ci nie zrobię, ale...
     Przywarł ustami do jej szyi tuż poniżej ucha i lekko ją ukąsił. Potem tym swoim schrypniętym głosem wyszeptał jej do ucha.
     – Mówili nam że ludzkie kobiety są brzydkie, ale ty nie jesteś...

11.03.2016

Słony wiatr - Tryton cz.2

Dziś zapraszam na drugą część promocyjnego rozdziału "Słonego wiatru" :).


część I - KLIK


VI
Człowiek, który nie umie pływać, musi utonąć, mówiła matka.
Kiedyś Marike znalazła na plaży ciało topielca, którego fale wyrzuciły na brzeg. Wyglądał upiornie.
Uciekła i długo nie mogła zatrzeć w pamięci okropnego obrazu. Myślała wtedy, że za nic w świecie nie chciałaby wyglądać po śmierci tak, jak tamten nieszczęśnik. Nigdy nie nauczyła się pływać, mimo to nie odczuwała lęku przed głębią. I teraz, gdy trzymając Nida pod pachą, skakała nad kipielą po mokrych, obmywanych raz po raz przez morską wodę głazach, nie myślała w ogóle o matczynych przestrogach. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że morze mogłoby chcieć ją skrzywdzić. Traktowała je jak coś żywego, kogoś bliskiego, jak przyjaciela, któremu mogła z ufnością powierzyć wszystkie troski i smutki, wszystkie radości i tajemnice. Lubiła wsłuchiwać się w jego głos i krzyki mew gniazdujących w skalnych szczelinach. I czasami zdawało się jej, że rozumie o czym szumią fale i co krzyczą ptaki.

Znalazłszy się bezpiecznie po drugiej stronie topieli, puściła Nida. Kawałek dalej, w górę klifu, pięła się kolejna, wiodąca na szczyt, stroma ścieżka. Marike postanowiła pokręcić się jeszcze trochę po plaży w poszukiwaniu „skarbów”, nim wróci do domu. Znalazła kilka kolejnych kawałków bursztynu. Ucieszyła się. Jeżeli uda się to sprzedać, kupi upragnione płótno na koszulę i może trochę kolorowych nici, by mogła ozdobić nową szatkę haftem. Powinno nawet zostać trochę grosza.
Znalazła też trochę mięczaków, więc na kolację będzie mogła ugotować pyszną zupę.
Rozejrzała się za psem, jak zwykle myszkującym gdzieś między głazami.

05.03.2016

Słony wiatr - Tryton cz.1

Dla przybliżenia treści książki (mam nadzieję że i dla zachachęty :)) na blogu będzie można zapoznać się z treścią pierwszego rozdziału "Słonego wiatru". Całość oczywiście do nabycia w ksiągarniach internetowych, z racji tego, że ksiażka wydana jest w formie e-booka.
Zapraszam na pierwszą część pierwszego rozdziału...


Tryton

I

Morskie dno wyraźnie wznosiło się ku wybrzeżom.
By zachować jak najszersze pole widzenia, starał utrzymać się na powierzchni. Tymczasem wściekły sztorm miotał nim jak szmacianą kukłą. Dno nieustannie to wypiętrzało się, to opadało, tworząc mielizny i głębsze niecki.
Z całą pewnością zbliżał się do lądu. Był teraz gdzieś na przybrzeżnym szelfie, daleko od bezpiecznych głębin.
Uparcie walczył z prądami, z mozołem pokonując odległość wciąż jeszcze dzielącą od brzegu. Ten zaś, choć przesłaniały go szalejące fale, musiał być niedaleko, bo Loannar czuł pod skórą charakterystyczne mrowienie towarzyszące transformacji.
Ogon zaczął zanikać i wkrótce w jego miejsce ukształtowały się dwie ludzkie kończyny. Teraz jednak, w lądowej postaci, o wiele trudniej było zmagać się ze wzburzonym morzem.
 Fale rzucały trytonem, bezlitośnie obijając ciało o podwodne skały. Skrzela także już zanikły i dodatkowo musiał walczyć o utrzymanie głowy nad powierzchnią wody, by móc oddychać. Z nóg niewielki miał w tych warunkach pożytek, szczególnie że mało używane mięśnie były słabe i podatne na obezwładniające skurcze.