Opowieść Shanya, z racji tego, że powstała później niż Grin, jest wspomnianym rodzajem prequela do tegoż opowiadania.
Menhida – pustynia, jest domem, schronieniem. Przetrwaniem i
życiem. Nieprawda, że jest jałowa i martwa. Tak mówią tylko ci, którzy jej nie
znają i boją się jej. Menhida jest Matką i my, jej dzieci, żyjemy skryci w
niedostępnych oazach-koloniach, jak w łonie matki właśnie.
Moim żywiołem była Woda. Moją mocą i siłą, i ja byłam Wodą.
Nie lękałam się pustyni. Matka nie
krzywdziła swych dzieci. Lękałam się ludzi, bo oni byli niebezpieczni,
okrutni. Nienawidzili nas, radość i rozkosz znajdując w zadawaniu bólu. I my
także byliśmy ludźmi. Wybranymi – Siginami, wszakże tamci mówili o nas Divari –
Przeklęci.
Moje imię było Shanya, a w mojej wiosce byłam drugą, za
ludzkiej pamięci, naznaczoną Żywiołem. Wybrana przez bogów i przeklęta przez
ludzi zarazem. Byłam mała, miałam pięć lat kiedy tamtą dziewczynkę, Savę,
wybrał Ogień. Ludzie oszaleli. Naznaczona należy do Żywiołu... Jej ojciec
błagał, by pozwolono mu wywieźć dziecko na pustynię, lub odebrano życie szybko.
„Twoja córka należy do Ognia”, tak mu powiedzieli. I oddali
ją Ogniowi. Staliśmy tam wszyscy i słyszeliśmy, jak krzyczy, gdy jęzory płomieni
trawiły drobne ciało, aż wreszcie huk płonącego stosu zagłuszył dziecięcy głos,
a dym przesłonił obraz. Lecz smród spalenizny pamiętam do dziś...
Dwa lata później i mnie naznaczył żywioł. Woda. Płakałam, bo
nie chciałam płonąć żywcem jak Sava. Przez kilka dni udawało mi się skrywać
znamię. Nie wiedziałam wtedy, że mnie oddano by nie Ogniowi, lecz Wodzie.
Znamię zauważył mój brat. Najstarszy. Nakazał milczeć, a potem nocą, w
tajemnicy przed wszystkimi, zabrał z rodzinnego domu. Dwa dni jechaliśmy
przez bezdroża, aż dotarliśmy na skraj Menhida – pustyni Matki. Tam mnie
zostawił. Kazał iść. Iść w głąb pustyni, nie oglądać się za siebie i nigdy nie
wracać.