Ostatnio przeglądałam blogi na chybił trafił. Na jednym z nich znalazłam wpis dotyczący tekstów porzucanych w pół zdania... Autorka wpisu wyraziła swoje mocno niepochlebne zdanie na temat Autorów tak niefrasobliwie podchodzących do tego czego się podjęli rozpoczynając publikację tekstu.
Rozumiem, że różne przypadki losowe wpływają na zmianę planów to trudno nie przyznać jej sporej dozy racji. Jeżeli ktoś nie potrafi zaczętej pracy doprowadzić do końca (i nie chodzi tu o tempo tej pracy) nie powinien jej podejmować. A już na pewno nie powinien zabiegać o publiczność na wstępie, by potem bez cienia szacunku dla czytelnika, tę publiczność olać.
I ponieważ w znacznym stopniu podzielam ową niepochlebną opinię o takich niefrasobliwych poszukiwaczach poklasku dla połechtania własnego ego, dlatego śpieszę zapewnić, że niczego nie zamierzam porzucać. Każdy z rozpoczętych tu na blogu tekstów zostanie ukończony. Potrzebuję jedynie robić to własnym tempem. Chciałabym żebyście, moi drodzy Czytelnicy wiedzieli, że nawet dłuższa chwilami stagnacja tutaj nie oznacza bynajmniej porzucenia bloga przeze mnie. Nigdy nie zamierzałam i nie zamierzam go porzucać, ani zawieszać. Gdyby jednak z jakichś przyczyn stało się to konieczne, z pewnością o tym tutaj poinformuję. Na razie zaś informuję, że "15 godzin..." powoli, bo powoli, ale na pewno zostanie ukończone. Mam także w planie kontynuację "Księżyca i miecza" i kolejne, nazwijmy to tomy, "Dzikich łabędzi", z drugą częścią "Dioris" na czele.
Muszę jednak robić to po kolei i tak chwilowo cisnę "15...", reszta zaś musi czekać na swoją kolej :).
A teraz już zapraszam na właściwy wpis :)
poprzedni fragment
***
Opleciona licznymi kończynami kochanka, wtulona w jego wielkie ciało twarde i miękkie zarazem, czuła błogie rozleniwienie i z niechęcią myślała o powrocie do rzeczywistości. Jego długie, mocne place zdolne z żelazną siłą zacisnąć się na jej ramionach teraz delikatnie i z czułością gładziły skórę.
Pod
zamkniętymi powiekami przywołała obraz słonecznej łąki, spokojnej łagodnej,
cichej. Oderwanej od świata, zawieszonej w izolowanej bańce w czasoprzestrzeni.
Wolnej od wojny, ideologii, cierpień... Czy taki świat gdziekolwiek istniał?
Czy miał jeszcze szanse zaistnieć w przyszłości? Miejsce, w którym ludzie i
yenni nie będą na siebie strzelać, z nienawiścią patrząc w celownik?
Męska
pierś uniosła się, gdy głębiej odetchnął.
–
Śpisz, Naan? Nie masz mi za złe? Skrzywdziłem cię? Powiedz coś.
Poruszyła
się leniwie i zamruczała jak kotka.
–
Nie śpię. Wszystko dobrze. Nic mi nie jest. Nigdy bym nie przypuszczała... –
Boże, te wszystkie głupie słowa, które cisną się na usta w podobnych
sytuacjach.
Ich
sielanka trwała ledwie chwilę i dobiegła końca. Brutalne realia znów przejęły
władzę. Nawet cisza i ciemność panujące dookoła naigrywały się teraz z tych
dwojga. W tu i teraz nie było miejsca na ckliwość, czułość i sentymenty.
Anni
i Oddowi udało się pochwycić jedną piękną chwilę, to wszystko. Na więcej takich
nie mają szans. Rzeczywistość jest pozbawiona sentymentów. I jest zimna, tak
zimna, że Annę przeszył dreszcz.
Spróbowała
się wyplątać z objęć yenniego, ale nie chciał jej puścić, jedynie szczelniej
otulił oboje pledem.


