WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

23.09.2014

Yave cz.22

Wiecie jak to jest kiedy, jak to się mówi: "jak nie urok, to  przemarsz wojska"? Albo zdechnięty dysk w kompie? Jak nie wiecie, to się cieszcie, że nie, ja już wiem... Jest strasznie do d***... Ot, co.

Na dziś obiecany fragment, a kiedy reszta, najstarsi górale nie wiedzą, bo muszę zrobić to, co wywołuje we mnie wyjątkowy wstręt, czyli odtworzyć, co już raz miałam napisane. Z drugiej strony chyba powinnam się cieszyć, że większość archiwizowałam na bieżąco i do odtworzenia nie ma tak znów wiele. Nie mniej jednak, sam fakt mnie... (tu proszę sobie wstawić słowo mocno niecenzuralne). Humor poprawiałam sobie, czytając coś nieswojego, co mnie wciągnęło, wessało jak trąba powietrzna, ale o tym innym razem ;)



     Rok czwarty... Nammas... lato...

     Niewielka drużyna Melty wspinała się stromą, górską ścieżką na znajomą przełęcz. Trzy lata temu opuszczali rodzinną osadę chłopcami, nieopierzonymi młodzikami, dziś wracali mężczyźni. I nie wracali wszyscy. Ale serca tych, który spoglądali na znajome góry pełne były radości, nawet jeśli odrobinę tłumił ją smutek z powodu tych, których w tym orszaku dzisiaj brakło.
     Byli już niemal na szczycie, gdy ponad głowami rozległo się groźne:
     – Stać! Jeśli żywot chcecie zachować, stać wszyscy!
     Wiodący drużynę Melta uśmiechnął się, rozpoznając głos.
     – Ejże, Gurto! – odkrzyknął. – To aż tak ci się wzrok skrócił, że starych druhów nie poznajesz?
     – Mój wzrok równie dobry, jak twój słuch. Ale prawo jest i każe przybyszom opowiadać się strażnikom. A prawo, to prawo i trzeba go przestrzegać. – Strażnik wysunął się z cienia z powagą na twarzy, ale po chwili i jego oblicze rozjaśnił uśmiech.
     – Witaj w domu, Melto, włóczęgo jeden.
     Melta zeskoczył z konia i objęli się serdecznie.
     – Czekaliśmy na was. Wieści dostaliśmy – powiedział Gurta.
     Teraz i pozostali strażnicy wyszli z ukrycia. Wszyscy uzbrojeni w łuki i długie sztylety. Witali ze starymi towarzyszami chłopięcych zabaw.
     – Nim zejdziecie w dolinę, chodźcie spocząć chwilę u nas – zaprosił dowódca strażnicy. – Ugościmy was porządnym, starym winem. Dobrze schłodzone w loszku – zachęcał – gardła z kurzu wam przepłucze, a że dzień dzisiaj skwarny to i orzeźwi.
     – Nie odrzucimy przecież zaproszenia – zaśmiał się Melta. – Co, chłopaki?
     Przytaknęli ochoczo, dobrze było zobaczyć starych druhów i pogawędzić chwilę.
     – No to pójdźmy na strażnicę.
     Podróżnicy pozsiadali z koni, które odprowadziło kilku z młodszych wojaków. W jednym z nich Melta rozpoznał Gedora, brata Yave.
     Miał wielką ochotę zagadnąć go, a właściwie wypytać o wszystko w szczegółach. Raz nawet ich spojrzenia się spotkały, ale wtedy wyraz oczu i zaciśnięte gniewnie usta chłopaka, sprawiły, że Melta stracił ochotę na przyjacielską pogawędkę. Cóż, siostra raczej nie miała powodów przedstawiać uwodziciela w korzystnym dla niego świetle. Licho wie, co dziewczyna tak naprawdę naopowiadała bratu.
     Po raz kolejny poczuł złość, że nie dano mu szansy, by mógł chronić swój honor. Zirytowany i bezradny zgrzytnął zębami i poszedł za Gurtą i resztą. Na posterunku zostali tylko wyznaczeni obserwatorzy.


     „Strażnica” ulokowana była w dosyć obszernej grocie. Wejście do niej, ukryte pomiędzy skałami, nie było widoczne dla przybywających z zewnątrz. Teraz na posterunku zostały czujki, a pozostali poszli z przybyszami łyknąć trochę wina i wieści ze świata jedni, a tutejszych nowin drudzy.
     Zasiedli wkoło skleconego z surowych desek stołu. Za siedziska służyły pniaki i kamienie. Przyniesiono trunek i gliniane kubki, trochę chleba, wędzonego mięsa i na prędce urządzono skromny poczęstunek dla gości. Po chwili dołączyła do nich młodzież, oddelegowana wcześniej, by zająć się końmi. Nie uszło uwadze Melty, że Gedor siadł najdalej od niego, jak się tylko dało i od czasu do czasu łypał wrogo na Aurę. Ów starał się ignorować ten gniew, ale teraz znów coraz większej ochoty nabierał na rozmowę z młodym wojakiem. Najchętniej w cztery oczy.
     Okazja nadarzyła się dopiero przy odjeździe, kiedy przyprowadzili konie. Melta, odbierając wodze z dłoni Gedora zagadnął:
     – Ciebie pamiętam, chłopcze. Podglądaliście praczki nad strumieniem. Ty i jeszcze jeden nicpoń.
     Młodzik nie odpowiedział, nawet na niego nie spojrzał. Więc Melta zapytał konkretniej:
     – Była tam twoja siostra, ją też pamiętam. Jak jej się wiedzie?

     Tego, co zrobił Gedor, Melta kompletnie się nie spodziewał. Chłopak przyskoczył do niego i chwycił za gardło, obalając zaskoczonego mężczyznę na ziemię. Zrobiło się małe zamieszanie. Nawet jeśli ktoś ze strażników mógł się domyślać, o co tym dwóm poszło, to i tak wszyscy byli zaskoczeni, że nieopierzony dzieciak prawie jeszcze, z taką zaciętością zaatakował dużo starszego i rangą, i wiekiem mężczyznę. Otrząsnąwszy się z dezorientacji pospieszyli ich rozdzielać. Okazało się to wcale niełatwe, bo choć ostatecznie młody z pewnością wziąłby baty od Melty, ten nie próbował go bić, a jedynie się bronił przed furią z jaką Gedor nim tarmosił. Kiedy wreszcie, z niemałym trudem, Melta zdołał oderwać jego dłonie od swojego gardła pozostali natychmiast pochwycili chłopaka i unieruchomili.
     Gurta zbeształ go gniewnie:
     – A w ciebie co wstąpiło?! Szaleju się opiłeś, czy co?! Tak na człowiek a się rzucać, jak żbik jakiś?!
     Ale Gedor jakby nie słyszał, płonącym wzrokiem przewiercając przeciwnika, rozcierającego podrapane gardło.
     – Nie waż się o nią pytać, ani do niej zbliżać – wycharczał z wściekłością.
     – Jazda na czujkę! – Ryknął Gurta. – I dodatkowa warta za karę! Ale już!
     
     A kiedy winny całego zamieszania wreszcie posłusznie się oddalił, Melta mruknął do dowódcy:
     – Nie karć go surowiej, Gurto, młody jest, poniosło go. To moja wina. Kiedyś go przyłapałem, nie powinienem mu przypominać. Nikt nie lubi jak mu się wytyka grzeszki.
     – To żadne usprawiedliwienie. – Upierał się strażnik.
     – Proszę, to dzieciak jeszcze, posiedzi na dodatkowej służbie przemyśli i zmięknie.
     – Wstawiasz się zanim. – Gurta zmrużył oczy, obrzucając towarzysza uważnym spojrzeniem.
     – Młody jest – mruknął wymijająco Melta, dosiadając konia.\
     Jego oblicze znów było poważne, prawie ponure. Zachowanie Gedora jedynie utwierdziło go w podejrzeniach, które żywił.

     Przeczekawszy w chłodzie największy, południowy skwar, ostatecznie do osady drużyna dotarła wczesnym popołudniem. Jak zawsze, kurczyła się w miarę, jak mijano kolejne domostwa. Wreszcie i Melta wjechał na podwórze rodzinnego domu. Było tu spokojnie i cicho. Widać domownicy skryli się we wnętrzu domu, szukając ochłody przed południowym skwarem, a popołudnie jeszcze nie zdążyło ich wywabić na zewnątrz.
     Wprowadził tylko konia do stajni rozsiodłanie i opatrzenie, zostawiając koniuchom, choć i tych nigdzie akurat nie było widać. Wszedł do domu. Spoza otwartych drzwi prowadzących do głównej izby dobiegały wesołe dziewczęce głosy. Melta stanął w progu, odetchnął, z uśmiechem spoglądając na siostry.
     – Czy ktoś w tym domu mieszka?! – Zawołał wesoło.
     Cztery pary oczu natychmiast zwróciły się ku niemu i niemal w tej samej chwili trzy młodsze dziewczynki z radosnymi piskami rzuciły się ku niemu.
     – Melta! Melta przyjechał!
     Obskoczyły go dookoła i przepychając się jedna przez drugą, uwiesiły na nim niczym winogrona. Melta ściskał je ze śmiechem.
     – Zadusicie mnie, kozy! – Próbował się bezskutecznie uwolnić. – Ellay! Ratuj, bo mnie te małe pijawki pozbawią życia!
     Najstarsza bowiem nie dołączyła do tego spontanicznego wybuchu siostrzanej radości. Stała z tyłu, z godnością i pobłażliwym uśmiechem na twarzy, czekała na swoją kolej. W końcu klasnęła w dłonie i pogoniła młodsze dziewczynki.
     – No, dosyć, sroki! Zostawcie go, bo i ja się chcę przywitać z bratem.
     Odstąpiły w końcu, a Melta mógł teraz swobodnie przygarnąć ją do szerokiej piersi. Ale zaraz odsunął od siebie i przyjrzał się dokładnie.
     – Aleś ty wyrosła. – Rozciągnął usta w uśmiechu i powiódł wzrokiem po pozostałych. – Wszystkie wyrosłyście. Pannice z was prawie już na wydaniu. Tylko patrzeć, a... – Urwał, bo właśnie jego wzrok zatrzymał się na ciemnowłosym dziecku, które stało cichutko koło stołu, z kciukiem w ustach i z uwagą obserwowało zamieszanie.
     – A to kto? – Zdziwił się. – Czyżbyśmy się jeszcze braciszka doczekali?
     – E tam, on nie nasz jest. Słodki prawda? Tata to go uw... Auu! – Rozgadana Mayah przerwała w pół słowa, dyskretne kopnięta w kostkę przez Ellay. – No, co?! – Oburzyła się na takie traktowanie ze strony starszej siostry.
     – Idźcie matce powiedzieć, że Melta przyjechał i ojca poszukajcie. – Ellay bezceremonialnie wypchnęła dziewczynki za drzwi i zwróciła się do brata.
     – Pewnieś głodny i spragniony? Chodźmy do kuchni i...
     – Powoli siostrzyczko, powoli... – wpadł jej w słowo Melta, nie dając się zbić z tropu. – Co robi tutaj ten malec skoro nie jest nasz?
     – Nic. – Ellay wzruszyła ramionami. – Jego matka czasem z nim przychodzi, jak ma jakąś sprawę do mamy. No, chodź, Melto. Zjesz coś, odpoczniesz...
     Chciała wziąć chłopczyka na ręce, ale brat ją powstrzymał
     – Zaraz, chwilkę – mruknął, machnąwszy ręką. Z uwagą przyglądał się dziecku. – A czyj jest, skoro nie nasz?
     Ellay wahała się przez chwilę. Znała krążące plotki i była dość bystrym obserwatorem, żeby domyślić się prawdy dotyczącej malca. Wystarczająco bystrym, by orientować się, że nikt nie chce tej prawdy wydobywać na dzienne światło. Nie była pewna, co w tej sytuacji może i powinna powiedzieć Melcie.
     – To synek Ukera – rzekła w końcu.
     Melta uniósł brwi, oczu nie odrywając teraz od chłopczyka. Syn Ukera? No, ciekawe... Wyciągnął ręce ku dziecku i uśmiechnął się ciepło.
     – Chodź do mnie malutki – powiedział łagodnie.
     – On cię nie zna Melto – wtrąciła się natychmiast Ellay. – Wystraszysz go, rozpłacze się...
     Ale wbrew obawom dziewczyny, maluch ani się wystraszył, ani nie rozpłakał. Wyjął paluszek z buzi, wyciągnął rączki do Melty i bez cienia protestu pozwolił podnieść się w górę.

* * *
     – Mamo! Mamo! – Amith i Keye wpadły z krzykiem do izby.
     – Co się stało? – Illith podniosła zaniepokojony wzrok. – Co taki raban robicie?
     Oglądała właśnie nowe sztuki odzieży, które Yave na jej zlecenie przyozdobić miała haftem.
     – Melta wrócił! Już jest w domu! Ellay kazała ci powiedzieć!
     Stojąca tuż obok Yave, nagle zbladła jak płótno. Poczuła, jak nogi miękną jej w kolanach i uginają się pod nią. Wstrzymując oddech, zacisnęła dłonie na krawędzi stołu, by nie upaść. Tymczasem, wyraźnie ucieszona, Illith klasnęła radośnie w dłonie.
     – Och! Co za szczęście! Ojciec wie już?
     – Mayah pobiegła go poszukać – pospieszyła z wyjaśnieniem Amith.
     Matka ożywiła się, zapominając o haftach i innych drobiazgach.
     – To wieczerzę trzeba naszykować obfitą. Biegnijcie do kuchni powiedzieć... Yave, moja droga – zwróciła się teraz do młodej kobiety – pamiętasz Meltę, prawda? Zostaniesz u nas na wieczerzy. Dzisiaj będziemy świętować.

     Cóż za pytanie... Yave wypuściła powietrze z płuc, szczęśliwa, że rozradowana Illith nie zwróciła uwagi na jej bladość. Zostać tutaj?! Teraz?! Gdyby choć przypuszczała, kto może się tu pojawić, nie pokazałaby się nie tylko tutaj, ale nawet do wsi nie odważyłaby się przyjść. Odetchnęła i starając się zapanować nad drżeniem głosu, grzecznie odmówiła zaproszeniu:
     – Nie, nie, pani Illith. Serdecznie dziękuję za dobroć, ale to niepodobna, przeszkadzalibyśmy tylko. – Uśmiechnęła się krzywo i zaczęła w pośpiechu pakować do kosza koszule, które miła wyhaftować. – Późno już. Muszę iść, bo nie zdążę do domu nim się ściemni.
     – Ależ, Yave! – Zaoponowała gospodyni. – Nigdzie nie musisz iść! Przenocujesz tutaj, przecież miejsca tu nie brak. A jutro rano ktoś cię odwiezie.
     Młoda kobieta czuła coraz silniej ogarniającą ją panikę.
     – Muszę, do domu, pani Illith – Z uporem potrząsnęła głową. Wszystkie koszule zostały spakowane. – Lepiej... lepiej już pójdę. Zabiorę tylko Ireda.
     Zatrzymała się jeszcze w progu.
     – Odniosę koszulki, jak tylko będą gotowe. Dziękuję za wszystko...
     W popłochu pobiegła przez sień.

* * *
     Melta z dziwnie ściśniętym żołądkiem nadal przyglądał się dziecku, teraz z bliska, a maluch z zaciekawieniem przyglądał się swymi ciemnymi oczkami, jemu. W końcu zainteresował się metalowymi klamrami skórzanego kaftana. Niemożliwe, przeleciało Melcie przez głowę, znaczy możliwe...
     – To jest syn Ukera? – spytał dla pewności, że się nie przesłyszał.
     – T... tak – zająknęła się Ellay.
     – I...?
     – Co, i...?
     – Matkę przecież też chyba ma? – Zirytował się.
     – A... Ano, ma. Chodźże coś zjeść...
     – Jak się nazywa matka? – Mowy nie było, żeby ustąpił nie wyciągnąwszy wpierw z siostry tego, co chciał wiedzieć. Czego musiał się dowiedzieć.
     – A coś ty taki dociekliwy? – Teraz to Ellay się zirytowała. Tę rozmowę winien odbyć z ojcem a nie z nią.
     – Ile mały ma lat? – Dopytywał się tymczasem Melta.
     – A bo ja wiem. – Ellay wzruszyła ramionami, próbując udawać głupią. – Chyba dwa już skończył.
     – Kiedy?
     – Och Melto...! Przestań mnie wypytywać i chodź! – Rozzłościła się.
     – Kiedy, Ellay? – Powtórzył pytanie, zerkając na siostrę, spod zmarszczonych groźnie brwi.
     Wyczuwał jej rezerwę i niechęć do udzielania odpowiedzi, ale nie miał najmniejszego zamiaru ustąpić.
     – W... marcu chyba – bąknęła wreszcie.

     – Czas na mnie. Gdzie jest...? – Głos uwiązł Yave w gardle.
     Zamarła, stając w progu, przerażone spojrzenie wbijając w Meltę, trzymającego w ramionach jej syna.
     Odwrócił się gdy weszła i jego ciemne, płonące oczy spoczęły na niej. 
     – Witaj, Yave.
     Ciarki przebiegły jej po grzbiecie na dźwięk tego głębokiego, aksamitnego głosu, ze strachu i  równocześnie z... sama nie wiedziała od czego. Musiała chwycić się futryny by utrzymać się na nogach.
     – Witaj... Melto – wymamrotała zbielałymi wargami.
     Chłopczyk, zobaczywszy matkę, nie siedział już spokojnie, zaczął się wiercić w ramionach Melty. Yave zostawiła kosz przy drzwiach i niemal wyrwała dziecko z rąk mężczyzny. Chciała natychmiast odejść, ale zatrzymał ją, chwyciwszy za ramię.
     – Nic więcej mi nie powiesz?
     Nie była pewna, ale wydawało się jej, że w jego głosie pobrzmiewała ukryta groźba. Jakimś cudem udało się jej opanować własny głos.
     – Nic. Nie zatrzymuj mnie – powiedziała cicho. – Muszę iść, mieszkam daleko. – Rzuciła wymowne spojrzenie na dłoń zaciśniętą na swoim ramieniu.
     Puścił ją niechętnie. Schyliła się i chwyciła kosz z odzieżą w jedną rękę, na drugiej trzymając dziecko.
     – Twój mąż pozwala ci chodzić samej tak daleko? – Dobiegło gniewne pytanie.
     Yave na ułamek sekundy zatrzymała się w progu, lecz nie odwróciła się i nie powiedziała na to ani słowa.

     W pośpiechu opuściła dom Aruta. Zwolniła kroku dopiero, gdy zabudowania zniknęły jej z oczu za zakrętem. Postawiła małego Ireda na ziemi i czekając aż odrobinę uspokoi się łomoczące w piersi serce, drżącymi dłońmi poprawiała na nim ubranie.
     – Mój maleńki. – Przytuliła go mocno, tak mocno, że aż głośno zaprotestował. Uśmiechnęła się i odetchnęła.
     – Zaraz będziemy w domu. Chodź, daj rączkę. Troszkę pójdziesz sam, a potem mama znów cię poniesie.
     Powolutku poszli skrajem drogi.

* * *
     Mężczyzna stał z zaciśniętymi gniewnie ustami i wzrokiem utkwionym w drzwiach, za którymi znikła Yave wraz z dzieckiem. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niego, że Ellay coś mówi:
     – Jak mogłeś tak głupio palnąć, Melto?! – Fuknęła gniewnie na starszego brata, gdy za drzwiami ucichł odgłos szybkich kroków oddalającej się kobiety .
     Spojrzał na dziewczynę z irytacją i rozdrażnieniem.
     – Co znowu? – burknął.
     – Z mężem, palnąłeś, jak głupi.
     – Palnąłem? – Rozzłościł się nie na żarty. – Przecież to prawda! Przyzwoity mąż nie pozwoliłby...!
     – A pewnie! – prychnęła, wpadając mu w słowo. – Pod warunkiem, że byłby żywy!
     – Co... Co takiego?! – Meltę zamurowało, a rozgniewana Ellay ciągnęła dalej:
     – A to, że Uker umarł prawie rok temu!  A ty jej zarzucasz brak mężowskiej troski, ty głupku!

     Informacje powoli docierały do świadomości. Rok temu?!
     – To znaczy... Ona jest...
     Ale nie zdążył zapytać o nic więcej, bo w drzwiach, za którymi znikła Yave, w tej chwili stanęła rozradowana Illith.
     – Melto! Synu, tak się cieszę! – Wyciągnęła ku niemu ramiona.

     Sytuacja zmusiła go do chwilowego porzucenia domysłów i kalkulacji. Musiał przywitać się z macochą. Na chwilę wrócił więc do tu i teraz i przygarnął niewysoką kobietę do szerokiej piersi, na twarz przywołując uśmiech.
     – I ja się cieszę, matko. Gdzież to się podziewa ojciec, bo jeszcze go nie widziałem?
     – Gospodarstwa gdzieś dogląda, dziewczynki pobiegły go szukać – wyjaśniła. – Gdyby nie znalazły tak, czy inaczej na pewno przed wieczerzą wróci. Jak ty zmężniałeś – dziwowała się – rycerz króla, całą gębą. Siadajże, mów coś porabiał w świecie.
     Pewnie by usłuchał, gdyby jego myśli z uporem nie zaprzątało jednak coś zupełnie innego. Wysunął się delikatnie z objęć Illith.
     – Wybacz, matko... – Uśmiechnął się z przymusem. – Wieczorem wszystko opowiem, ale teraz muszę... Wybacz. – Ucałował z szacunkiem jej dłonie. – Przed wieczerzą wrócę na pewno.
     – Ale... Dokąd idziesz?
     Już go nie było. Jego koń wciąż stał nierozsiodłany w stajni...

     Zaskoczona Illith pytająco spojrzała na Ellay. Dziewczyna wywróciła oczyma.
     – Była tu Yave, po dziecko. Uciekła, a on pewnie poleciał teraz za nią.
     Matka westchnęła i potrząsnęła ze zrozumieniem głową.
     – No, tak. Może i dobrze...

* * *
     Zdążyła już się odrobinę uspokoić, gdy usłyszała tętent na drodze za sobą. Nieciekawa jeźdźca i pewna, że rodzina nie wypuści z tak szybko z domu długo niewidzianego syna i brata, nie oglądała się za siebie. Podniosła tylko dziecko i usunęła się z drogi, by jadący mógł ją swobodnie wyminąć. Ten jednak niespodziewanie osadził konia tuż przed nią i zeskoczył z siodła, zagradzając jej drogę.
Zatrzymała się postawiła Ireda i zasłoniła go sobą. Melta zaś podszedł blisko, bardzo blisko. Wyciągnął rękę, jakby chciał pogładzić ją po twarzy, powstrzymał się jednak. Cofnął dłoń, nie dotknąwszy jej i mierząc jedynie spojrzeniem, w którym gniew mieszał się z czymś jeszcze i zapytał bez żadnych wstępów:
     – Mieszkasz u matki?
     – Nie.
     Nie miała zamiaru z nim rozmawiać. Zupełnie nie była na to gotowa. Złapała dziecko za rączkę, chciała wyminąć mężczyznę i iść dalej, ale przytrzymał ją, znów ściskając ramię.
     – Gdzie mieszkasz?
     Szarpnęła się nerwowo.
     – Puść mnie, Melto. Muszę iść.
     – Do diabła, Yave! – Zacisnął dłoń z taką siłą, że musiało zaboleć, bo zagryzła wargi. Nie zwrócił na to uwagi.
     – Gdzie mieszkasz, pytam?! Jak nie powiesz, wracasz ze mną do dworu! – Oznajmił takim tonem, że nie miała wątpliwości, iż przeprowadzi swój zamiar, choćby siłą.
     – W zagrodzie Ukera – syknęła ze złością. – A teraz przepuść mnie.
     – Nie powinnaś iść sama tak daleko, z małym dzieckiem – stwierdził, żądanie ignorując.
     – To nie twoja sprawa.
     – Moja.
     Przeniósł spojrzenie na malucha, który wysunął się zza spódnicy matki. Puścił kobietę, podniósł dziecko i posadził na końskim grzbiecie.
     – Oszalałeś?! – Rzuciła się za nim z krzykiem Yave. – Jest za mały! Spadnie!
     – Nie spadnie – mruknął i chwyciwszy ją samą w talii, posadził na siodle tuż za malcem.
     – Co robisz?! – oburzyła się.
     – Odwożę cię do domu.
     – Nie pojadę z tobą!
     Chciała się zsunąć z siodła, lecz powstrzymał ją.
     – Siedź tam – pogroził palcem – i pilnuj małego, żeby nie spadł.

     Nie ośmieliła się więcej protestować. Wskoczył na konia, sadowiąc się za Yave i otoczywszy ramionami oboje, zebrał wodze. Mając przed sobą kobietę i dziecko musiał ciasno przyciągnąć ich do siebie. Objął ramieniem jej kibić. Wciągnął w nozdrza delikatny, piżmowy zapach włosów i poczuł przyjemny dreszczyk, wyczuwając przez ubranie ciepło kobiecego ciała tuż przy swoim.
     – Trzymaj dziecko – szepnął jej do ucha, gorącym oddechem owiewając szyję.
     Całą siłą woli musiał hamować chęć przytulenia warg do jasnej, delikatnej skóry na szyi Yave. Opanował się i podniósł głowę. Cmoknął na konia i trącił go łydką, zmuszając do galopu.
     Żadne z nich, ani Melta, ani Yave, nie odzywało się póki nie skręcili z głównej drogi na ścieżkę wiodącą do domu Ukera. Wtedy jeździec wstrzymał konia i pozwolił mu iść miarowym stępem.

     – Nie wiedziałem, że twój mąż nie żyje, Yave. Winien ci jestem przeprosiny. – Melta pierwszy przerwał kłopotliwie milczenie.
     – Jesteś tu tylko gościem. – Odparła po chwili. – Nic o nas nie musisz wiedzieć i nic mi nie jesteś winien... Ani ja tobie.
     – Doprawdy? – Skrzywił się z sarkazmem.
     – Tak. – W jej głosie brzmiały upór i zawziętość.
     – A twój syn? Co o nim powiesz? – zapytał znienacka.
     Yave gwałtownie nabrała powietrza.
     – To syn Ukera – powiedziała, zbyt szybko, by jej uwierzył.
     – Kłamiesz, Yave – stwierdził.
     – Cóż za ironia, że właśnie ty zarzucasz mi kłamstwo, Melto! – Uniosła się gniewnie i gdyby nie fakt, że siedziała odwrócona do mężczyzny plecami, bez możliwości manewru, chyba rzuciłaby się na niego z pięściami, jak kiedyś. – Ty! Który najmniejsze masz do tego prawo! To nie ja ciebie zwodziłam!
     – A ja cię zwodziłem?! Nie ukrywałem przed tobą, że wyjadę! Za to ty ukryłaś przede mną prawdę!
     – Niczego nie ukryłam! Byłeś po prostu zbyt ślepy, by cokolwiek dostrzec! Bawiłeś się mną tylko, a ja cię kochałam!
     – A teraz mnie nienawidzisz, czy tak?!

     Nie odpowiedziała. Zacisnęła usta, oddychając ciężko ze złości. Jego dotyk zaczął parzyć i odsunęłaby się najchętniej jak najdalej od niego, ale nie bardzo miała jak. Gdyby nie dziecko, którego nie śmiała narażać na niebezpieczeństwo, pewnie spróbowałaby zeskoczyć w  biegu z wierzchowca i posłała Meltę do diabła.
     – Powiedz mi Yave, powiedz prawdę. Czy mnie nienawidzisz?
     – Nie.
     Podświadomie odczuł ulgę. I chociaż jej odpowiedź w żadnym razie nie mogła stanowić obietnicy, odebrał ją właśnie jako obietnicę. Dlatego zadał kolejne pytanie:
     – Czy w takim razie... Kochasz mnie jeszcze? – Nie potrafił się powstrzymać od delikatnego muśnięcia ustami jej skroni w tej chwili.
     Uchyliła głowę, natychmiast uciekając przed dotykiem jego warg. Westchnął ciężko i nie ponowił już próby.

     Yave kurczowo przyciskała do siebie Ireda. Przerażała ją osobliwa mieszanina emocji gotująca się w jej sercu i umyśle. Takie pomieszanie paniki, zagubienia i jakiejś bezrozumnej ekscytacji, na pograniczu radości, a nawet euforii i gniewu równocześnie. Mogła oszukiwać wszystkich dookoła, że jego widok jest jej wstrętny, ale oszukiwanie samej siebie nie miało sensu. Zdawała sobie sprawę, że Melta już był na tropie prawdy. Podobieństwo między ojcem a synem było tak uderzające, że chyba tylko ślepy nie byłby zdolny go dostrzec. Przerażenie, że zechce uznać i zabrać chłopca, by oczyścić swój honor zapierało jej dech w piersiach. Poczucie kompletnego zagubienia i niepewności wywoływał fakt, że zdawało się iż sama Yave nie jest Melcie obojętna. Tylko czy może mu zaufać? Czy zdobędzie się na to, by zaufać komuś kto, kiedyś tak okrutnie ją zawiódł? Nie, za nic w świecie nie przyzna otwarcie, że Ired jest dzieckiem Melty. Ired jest jej i nie odda go za żadne skarby tego świata.

     Wjechali na podwórko. Melta zatrzymał konia i stanął na ziemi. Ściągnął z siodła najpierw małego Ireda, potem Yave. Natychmiast wzięła dziecko na ręce, jakby się obawiała, że ojciec zabierze go i odjedzie z nim, zostawiając ją tu samą.
     – Dziękuję ci za troskę. Żegnaj, Melto – powiedziała szorstko i ruszyła w stronę domu.
     – Poczekaj! – Chwycił jej ramię. – Nie odpowiedziałaś mi...
     Wyrwała mu się i otwarła drzwi. Postawiła Ireda za progiem i zwróciła się ku Melcie, zasłaniając sobą wejście.
     – Bo nie masz prawa mnie pytać.
     – A ty nie masz prawa mnie okłamywać! – Wściekł się. – Twój syn...! Znałem Ukera! Masz mnie za ślepego głupca?! To dziecko Aury! Starczy spojrzeć! Ja jestem Aurą, a ty...!

     Nie chciała słuchać, ani walczyć z jego gniewem. Powtórzyła tylko z żelaznym uporem:
     – To syn Ukera.
     – Yave...
     Cofnęła się za próg, wchodząc do izby i zagradzając sobą wejście do domu.
     – Zostaw nas w spokoju. Żegnaj.
     Zatrzasnęła mu drzwi przed nosem i natychmiast zaryglowała je od środka.

     Gotując się ze złości przez długą chwilę stał z bezradnie opuszczonymi rękoma, po czym dosiadł konia i odjechał, ponury jak gradowa chmura.

     Yave oparła się plecami o zamknięte drzwi. Przymknęła oczy i nie ruszyła się póki odgłos końskich kopyt nie ucichł w oddali. Cisza oznaczała, że Melta odjechał. Dopiero wtedy opuściło ją napięcie. Trzęsła się ze zdenerwowania, obejmując się ramionami. Spojrzała na chłopca, który zdążył już wyciągnąć spod stołu kosz ze swoimi zabawkami i wysypać je na środku kuchni. Podeszła do niego przyklękał i objęła go tak mocno, że dziecko zaczęło protestować.
– Nie ma do ciebie prawa. Jesteś moją radością, tylko moją... – szeptała – nie oddam cię, za nic w świecie... nie oddam... Prędzej umrę...


     Postanowiła nie pokazywać się w wiosce póki Melta nie opuści Nammas na dobre. Niepokoju jednak nie potrafiła zagłuszyć w żaden sposób. Wciąż miała przed oczyma sylwetkę potężnego, wysokiego mężczyzny z jej dzieckiem w ramionach. Nie, nie tak... Mężczyznę trzymającego w ramionach swojego syna...


No i to by było chwilowo na tyle... Nie mam dzisiaj motywacji do szukania ani odpowiedniej muzyczki, ani nawet obrazka... Może następnym razem, jak już mentalnie przestawię się na doraźny sprzęt ;).

10 komentarzy:

  1. Niech mi ktoś wyjaśni jak to jest... Przerzucam tekst wielokrotnie, ale dopiero jak czytam go opublikowany widzę babole, przyprawiające o ból zębów... ;/

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochane byki, zawsze wyskakują kiedy tekst już na blogu, a potem tylko stan przedzawałowy. A ten Twój Melta będzie musiał się chyba bardzo postarać, żeby ją odzyskać. Znam to, duma jest bardzo ciężka do przeskoczenia.

    OdpowiedzUsuń
  3. O rrrrany! Ale emocje :D Aż mi z uszu para leciała momentami :D
    Na wstępie współczuję utraconych tekstów. Nie zdarza mi się to zwykle, ale raz czy dwa wywaliło mi cały rozdział i znam tę frustrację i zniechęcenie.
    Rozdział świetny. Dawkowałaś wszystko w idealnych proporcjach. Prawie przestałam oddychać jak Melta zobaczy małego, a jak jechali na tym koniu, to już w ogóle temperatura mi skoczyła!. Widać, że wyrósł nam wojak na porządnego chłopa. Za dużo przeżył i widział, żeby mu wiatr pod kopułą hulał, więc wróżę Yave szczęście. Oczywiście jak już odpuści dumę, która jest słuszna i jej nie podważam! Jak widać wszyscy bliscy wstrzymują oddech i czekają co będzie dalej. Ja również :) Ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że już blisko końca... :/ Przywiązałam się do nich!
    A i jeszcze chciałam wspomnieć, że nie mogłam nie wspominać Ukera. Jakoś mi żal, że jego losy się tak ucięły. Ale chyba o to Ci chodziło, kiedy to popełniłaś...!

    Ekhm...

    Kiedy następny?? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS. Gargulce są samorodne Kasiu! Wszystkie wytłuczesz, a one i tak się odrodzą!

      Usuń
  4. Kiedy następny? No, właśnie... Właśnie ta końcówka od Y poszła w kosmos. Inne na moje szczęście są w bezpiecznym miejscu, ale na tym pliku pracowałam i to co dopisałam przepadało... Kilka dni zanim się przestawię na nowy sprzęt i będzie ;). Tu mam mniejszą klawiaturę i ciągle mi między zęby nadprogramowe literki wskakują. Gargulce mnożą się przez pączkowanie chyba...

    Wiecie dziewczyny, wszystko zależy chyba od tego jak bardzo Y jest na niego wkurzona, albo jak bardzo on się na nią wkurzy. Nie wykluczone, że się skończy jak u diabłów tasmańskich ;)

    Uker, cóż taka rola mu przypadła... W sumie tak samo niewdzięczna jak swego czasu Garroshowi, ale taki los garbaty. Miał swoje pięć minut w "Yave". Przewinie się jeszcze w jednej scence w "Dioris", jako statysta ;) W sumie to chyba bardziej byłoby mi żal odebrać mu Y i zostawić samego, więc ta jego śmierć to taki akt humanitarny był :P. Po prostu wolałam go na tamten świat wyprawić niż zostawić z taką traumą z jaką został Dellan. Powiem w tajemnicy, że po dziś dzień mam względem niego (Dellana) wyrzuty sumienia. Ale to przez Was. Bo planowałam ukatrupić Marike, zaś obu panów D pozostawić w żałobie :P

    OdpowiedzUsuń
  5. To chociaż taka pociecha, że nie wszystko poszło w kosmos. Też jak się poruszam po obcym sprzęcie to w literki trafić nie mogę :D
    W sumie można powiedzieć, że w Y wyszło odwrotnie niż w SW :) Tam został Daniel, a tutaj Melta, łobuz jeden, zszedł na dobrą drogę i nagrodę dostanie :) No bo musi dostać, błagam!
    I bardzo dobrze, że Ci Dellana żal! Bardzo, bardzo, bardzo dobrze! Bo mnie też do tej pory jak sobie pomyślę, to smutki dopadają. Biedny on strasznie... Jak Raza. Chociaż Raza będzie miał życie pełne przygód, a nie muszelki zbierał po dnie oceanu :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przynajmniej łez nie będzie musiał ocierać, bo w wodzie i tak wszędzie mokro :P. Ale zupełnie nie widzę go zbierającego muszelki, prędzej biorącego się za łby z jakimś żarłaczem ;)

      Usuń
    2. A Raza dostał zagwozdkę, wie że będzie ojcem, ale pojęcia nie ma czego :D A ktoś mi tu ostatnio zarzucał, że moje poczucie humoru nie jest wisielcze (demoniczny śmiech) :D

      Usuń
  6. Tez polubilam te opowiadanie. Nawet milo zaskoczylam takim kawałkiem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mnie to cieszy i liczę, że polubisz też pozostałe z "Dzikich łabędzi" ;)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.