Ha, ogromną i fantastyczną niespodziankę sprawiła Monika :D.
Otóż, dostałam od niej książkę (przyszła wczoraj) na urodziny ;). Trafiła z terminem niemal idealnie, Poczta Polska stanęła na wysokości zadania i tym bardziej mnie uradował prezent.
A sama książka... Miodzio...
O, tak właśnie wczoraj to wyglądało, chociaż użyłam nożyczek, nie nożyka. Fotkę zwinęłam w sieci, po prostu. Uwielbiam książki dostawać, kupować, a przede wszystkim czytać, więc na jesienne ciemne i zimne wieczory... Hm... Rum sobie chyba kupię. Oczywiście do herbatki :).
Moniko, ślicznie dziękuję, nawet nie wiesz ile mi sprawiłaś radochy :).
29.09.2015
28.09.2015
Dioris cz.8
Daję dzisiaj, bo wiem, że później nie będę miała kiedy tego wrzucić. Dowlokłam towarzycho do celu, jakimś cudem nikomu nie robiąc po drodze krzywdy... Żeby nie przedłużać zapraszam na dzisiejszy fragment. W karcie "Dioris" :)
Osiągnęli wreszcie przełęcz. Mimo iż był środek dnia, tu
wysoko, osiadły chmury. Zakryły słońce, tworząc gęstą mgłę i znacząco
ograniczyły widoczność, szczególnie skrywając dolinę u podnóża. W dół prowadziła
ścieżka, równie wąska i niebezpieczną, jak ta wiodąca w górę. U ich stóp musiał
rozciągać się piękny widok, ale lepka, biała mgła skrzętnie ukrywała wszystko
nie dając żadnej uciechy oczom. Wilgoć, zresztą okazała się dość dokuczliwa. Osiadała
na odzieży i włosach, a kąśliwy ziąb przenikał ciało do kości. Mokre kosmyki
przylepiły się do czoła Dioris. Zaczęła szczękać zębami, więc Botta odruchowo przytulił
ją mocniej do siebie.
– Zimno tu, wiem. Już niedaleko. Niebawem zejdziemy z gór, a
w dolinie jest znacznie cieplej, Naimah.
– Dlaczego nazywasz mnie w ten sposób?
– A wiesz, co to znaczy? – uśmiechnął się.
– Wiem i...
– Bo właśnie taka jesteś. Mała. I zagubiona, jak dziecko.
– Wcale taka nie jestem.
– Ależ jesteś... – przekomarzał się. Zbliżył usta do ucha
Dioris tak, że poczuła jego ciepły oddech na zziębniętym policzku. – Mały,
bezbronny ptaszek... I wierz mi, gdybym dostał w swoje ręce tego łajdaka,
który... Obdarłbym go żywcem ze skóry, za to, co ci zrobił, maleńka moja... – Jego
usta dotykały teraz jej skroni i wyczuł, jak znów napina mięśnie w obronnym
odruchu. Podniósł głowę z westchnieniem i rozluźnił uchwyt, którym ją
obejmował. – Mówiłaś, że byłaś dworką królowej, a twój ojciec służył królowi
Miltornowi – zaczął, by rozładować napięcie, jakie się między nimi wytworzyło.
– Jak się stało, że trafiłaś tutaj? Uciekasz aż stamtąd? Z Palamare?
– Nie, nie stamtąd. Uwięziono nas tam, ale później
wywieziono ze stolicy.
– Was? Czy twój ojciec nadal jest w niewoli?
– Mój ojciec... Ojciec poległ, wierny prawowitemu królowi. W
Palamare uwięziono żony i dzieci szlachetnych rodów, które schroniły się na dworze
na czas rebelii. A później... Ceną ich wolności miała być lojalność mężów i
ojców, względem uzurpatora. Kto wyrzekł się buntu i zdeklarował posłuszeństwo
ten mógł odzyskać rodzinę, czy krewnych. Byliśmy zakładnikami.
24.09.2015
Dioris cz.7
Powiem tak, poprawianie starych zapisków potrafi być sto razy gorsze niż napisanie kawałka od zera. Tym razem moim bohaterowie mnie zabili prawie na śmierć... gadulstwem. W planie miałam doprowadzenie ich w tym kawałku do samego Nammas, na próg chałupy, ale nie dałam rady. Góra była wysoka, ścieżka wąska, jechali wolno i nawijali, jakby nie mogli się skupić na podziwianiu widoków. Dobrnęłam wreszcie na tę cholerną przełęcz i w duchu mi zagrało "Alleluja!". Radość przedwczesna, no bo przecież teraz trzeba w dolinę z tej góry zejść. Poległam... Wybaczcie, ale złazić z tej cholernej przełęczy będziemy w następnej odsłonie. Gdybym podjęła to wyzwanie teraz niechybnie zepchnęłabym oboje w najbliższą przepaść razem z bogu ducha winnym koniem, kończąc tym samym całą historię.
A teraz, po tym "zachęcającym" wstępie zapraszam tych, którym starczy odwagi ;)
– Jutro będziemy w domu! – zawołał pogodnie Botta. Szeroki,
szczery uśmiech gościł na jego twarzy. Odgarnął z czoła niesforne włosy i usiadł
przy ognisku, krzyżując długie nogi. Właściwie słowa były skierowane do Dioris,
bo mówił w języku Barthów. Nie zareagowała jednak jakimś szczególnym
entuzjazmem. Rzuciła tylko krótkie spojrzenie w jego kierunku, ale nie
odwzajemniła uśmiechu. Zupełnie jakby mięśnie jej twarzy były niezdolne do
takiego grymasu. Nie umknęło to uwadze mężczyzny. Nieznacznie zmarszczył brwi,
ale poza tym nie dał nic po sobie poznać. Z niegasnącym uśmiechem, klepnął w
łopatkę siedzącego po prawej stronie Aruta, który żuł w skupieniu kawałek
suszonego, solonego mięsa.
– No co? – zapytał druha. – Nie cieszysz się? Ty szczególnie powinieneś być zadowolony.
– Przecież się cieszę... – mruknął ów i przełknąwszy wpierw przeżuwany
kęs.
W uszach Botty zabrzmiało to chyba jednak niezbyt
przekonująco, bo uniósł brwi i skwitował:
– Jakoś tak... słabo, na mój gust.
Arut tylko westchnął.
– Będę się cieszył głośno i mocno, jak już będę w domu i
wszystko będę wiedział.
– Uhm... rozumiem – odparł młody Aura i też sięgnął po kawałek
mięsa. Wsunął do ust i niemal nie gryząc przełknął. – A kiedy to miało być? –
spytał, odrywając mocnymi zębami kolejny kęs.
Dioris objęła ramionami nogi, przyciągnęła do piersi i
oparła brodę na kolanach. Udając drzemkę, spod przymrużonych powiek dyskretnie
obserwowała Bottę. Nie dał się nabrać i bezczelnie puścił do niej oko.
Zacisnęła usta i odwróciła głowę, a on wywrócił oczyma. Arut tymczasem zagapił
się w pełgające płomyki
– Jak wyjeżdżaliśmy, lada dzień. Może już... – westchnął
ciężko.
– Jeśli tak, urządzisz święto po powrocie. – Ucieszył się
Botta. – Jak mnie zaprosisz, obdaruję sowicie twojego nowego potomka i małżonkę
też.
21.09.2015
15 godzin... cz.7
Tak, tak, wiem... Czekacie na "Dioris", ale tym razem jeszcze padło na to. Na pocieszenie dodam, że "Dioris" mam zamiar dodać, i dodam, jeszcze w tym tygodniu. Może w okolicach środy? Może być? W sumie to musi ;)
To cóż, zapraszam...
poprzedni fragment
Anna ciężko usiadła na obdrapanym, rozchwianym krzesełku,
jakich kilka stało w pokoiku socjalnym. Westchnęła i zaczęła ściągać cienkie,
lateksowe rękawiczki. Była zmęczona i szczęśliwa, że dyżur dobiegł końca bez
większych niespodzianek i nagłych wypadków.
Podobno w okolicy był jakaś strzelanina, ale na szczęście
tym razem do nich nie przywieziono nikogo. Obok, przy szafkach, stała Sonia,
tak samo znużona jak koleżanka i powolnymi ruchami, niczym na zwolnionym filmie,
ściągała lekarski kitel.
– Jestem wykończona – mruknęła.
Anna uśmiechnęła się krzywo. I sięgnęła po kubek z zimną
herbatą. Zrobiła ją sobie w połowie dyżuru, ale nie zdążyła wypić. Wszyscy
zatrudnieni tu lekarze i pielęgniarze, nieustanie pracowali na pełnych
obrotach. Wypoczynek, relaks, urlop – to były pojęcia z zamierzchłych czasów,
tak odległe i nieznane, że prawie abstrakcyjne. Po zakończonym dyżurze, każdy z
nich marzył jedynie o tym, by przyłożyć głowę, nie koniecznie do poduszki,
gdziekolwiek, gdzie będzie mógł zasnąć. Sen, to była nie tylko chwila na
regenerację sił, ale jedyna chwila kiedy można było oderwać się od monotonnej i
brutalnej rzeczywistości, o ile tylko nie dopadały śpiącego koszmary. Na swoje
szczęście, najczęściej byli tak wykończeni, że żadne sny nie były w stanie
przebić się przez zmęczenie.
Uważniej przyjrzała się Soni. Blada, szczupła, niemal chuda,
choć z żywnością raczej nie mieli problemów. Tyle, że była to raczej masa
wypełniająca żołądek, dla zlikwidowania uczucia głodu, a nie wartościowe pożywienie.
Pod oczyma wielkie sińce, rysy wyostrzone w wychudzonej twarzy, cera szara...
Czy ja wyglądam tak samo marnie? Zastanawiała się przez chwilę. Był tu nawet gdzieś
kawałek lustra, ale wcale nie miała ochoty sprawdzać, jak faktycznie wygląda.
Jakie to mogło mieć znaczenie?
Przemogła słabość zmęczonych mięśni i podniosła się. Odstawiła
kubek z herbatą na parapet. Podeszła do umywalki, wrzuciła rękawiczki do
pojemnika i odkręciła wodę.
16.09.2015
15 godzin... cz.6
Niespodzianka... Dzisiaj zmiana klimatu ;). Ostatnio zrobiliśmy sobie wyzwanie i w ramach tego założyłam, że zrobię kawałek do 15 godzin... właśnie. Kawałek nie jest może imponująco długi, ale jest i będzie, mam nadzieję, kopniakiem do kolejnych. To było takie miejsce w tekście, na którym się zablokowałam normalnie, ale mam je za sobą, na szczęście. Jest jeszcze co najmniej jedno, z którym też będę mieć problem, ale do niego jeszcze trochę i może nim tam dotrę to jakoś sobie to zdążę poukładać ;). Zapraszam... A pod tekstem jest kawałek, który sobie można... hmmm... odpalić.
poprzedni fragment
Noc... Ciemność... Cisza, rozpraszana jedynie jednostajnym mruczeniem generatorów.
Magazyny były dobrze strzeżone, a jakże. Ale i tak
reflektory osadzone na wieżyczkach wartowniczych nie ogarniały każdego kąta.
Strażnik zresztą też nie wysilał się na nudnej, nocnej warcie. Oparty leniwie,
w niedbałej pozie, o słupek podtrzymujący daszek na gnieździe wieżyczki, żuł
gumę i rytmicznie potrząsał głową. Od ucha biegł cieniutki kabel i znikał w
kieszeni mundurowej bluzy, na piersi. Zasadniczo nie powinien, ale... Tu na
tyłach panował spokój. Tutaj były jedynie magazyny ze szmatami. A w końcu gacie
nie są jakimś tam strategicznym sprzętem w armii. Owszem, bez gaci trochę
głupio na froncie, ale w razie bum, da się. Poza tym, od czasu do czasu,
przebiegał przecież wzrokiem teren, wraz ze smugą reflektora. Od czasu do czasu,
podnosząc rękę, dawał też znak kolegom na sąsiednich wieżyczkach, że wciąż jest
na posterunku. Odpowiadali podobnie, zapewne, podobnie jak on skupieni na
własnych sprawach. Warta pro forma...
Chciało mu się lać. Cholera, że też dał się namówić na tę
wycieczkę do pobliskiego baru tuż przed swoją zmianą. Nie dość, że potem musiał
się nieźle gimnastykować, żeby żaden z przełożonych nie wyczuł od niego odoru
piwa, to teraz znów miał wrażenie, że za chwilę pęknie mu pęcherz. Miał
szczęście, że nie byli regularnym wojskiem a jedynie paramilitarną formacją
zabezpieczającą różne obiekty na zapleczu. W takich grupach panował o wiele
lżejszy, od wojskowego, rygor. Na wiele rzeczy patrzono przez palce. A teraz
potrzebował sobie użyć i to bardzo, bo jeśli tego nie zrobi, to za chwilę zleje
się spodnie.
Boki czworokątnego gniazda były niestety dość wysokie. Zbyt
wysokie by mógł się swobodnie odlać. Będzie musiał zejść na dół. Dopiero co
sygnalizował obecność na posterunku. Ile czasu może mu zająć zejście po
drabince i wykonanie prostej fizjologicznej czynności? Nikt nie zauważy, że
przez krótką chwilę go nie było. Wypluł gumę i odłożył karabin. Tylko by mu
przeszkadzał. Objął stopami drabinkę i zsunął się błyskawicznie w dół.
10.09.2015
Dioris cz.6
Ten fragment jest w sumie "świeży". Jak zabrałam się za poprawki to praktycznie w ich ramach po prostu dopisałam całkiem spory kawałek. Musiałam, bo to co było, bardziej przypominało mi szkic niż powieść. Było zbyt suche i po prostu nijakie. Pisałam "Dioris" dość dawno. Wtedy mialam tendencję do parcia z akcją na przód, bez troski o szczegóły i "opakowanie" informacji. Ważne było tylko to, co wydarzy się w następnej kolejności. Teraz uzupełniam pozostawione luki, staram się troszkę o poprawę ładunku emocjonalnego, wiem, że teraz jest lepiej i liczę, że Wam się też spodoba. Wiem, nie macie porównania, bo nie znacie wersji pierwotnej, ale raczej nie ma czego żałować ;). Plus takiej weryfikacji własnego tekstu jest, że zaczynam wreszcie wpadać w ciąg... znaczy piszę, piszę, piszę. I trzymajcie kciuki, by mi tak zostało. Wtedy skrócą się nam przerwy pomiędzy wpisami.
Tymczasem zapraszam :)
Śmiech... Szyderczy
rechot... Nienawidzi tego... Nie widzi jego twarzy, ale czuje dotyk dłoni na
ciele... Te dłonie… Nienawidzi ich... Chciwe, lepkie, spocone... Obrzydliwe...
Strach... Przed bólem, przed upokorzeniem... Znów… Nienawidzi tego… Jeszcze
chwila i zedrze z niej ubranie... Jego palce się na karku... Ból... to
zaboli... Potem zmusi ją... Błagam, nie... Napina mięśnie w oczekiwaniu na ból.
Czuje, jak żołądek podjeżdża jej do gardła. Oddech przyspiesza... Nie chcę!
Śmiech... jego oczy, płonące, mętne od alkoholu i pobudzenia. Nie chcę! Świat przed
oczyma traci kontury, zlewa się w czerwoną plamę... Wszystko płonie... Ogień...
Ona płonie... Nie chcę! Nie dotykaj...! Nie dotykaj...! Chce uciekać, ale za
plecami jest tylko ściana, czuje jej szorstką, chropawą powierzchnię. Nie ma
dokąd uciec. Kuli się na podłodze w oczekiwaniu na razy... Niczego już w niej
nie ma... Ani wiary, ani nadziei... Niczego, prócz wstrętu i strachu... Nie
bij... proszę...
Cisza... Chłód...
Samotność... Kiedyś ucieknie... Zemsta... Hańba... Rozpacz... Śmierć... Imeni
nie żyje. Oni ją zabili... Nie ochroniła jej... Wina... Kara... Krew...
Czerwień... Wszystko płonie... Ona też spłonie... Popiół... Pustka... Śmierć...
Ktoś podnosi ją z
ziemi, tuli w ramionach. Dotyk... ale inny. Ciepły, troskliwy... Głos...
Tato... Imeni... Chce wyciągnąć ręce, poczuć ich dłonie w swoich, ale dookoła
jest tylko czerwień... I głos, życzliwy, łagodny. I jego dłonie... Nie... Nie
jego... Te jej nie krzywdzą, nie ranią... Te dłonie koją, ramiona chronią...
Ojciec... Dom... Szept... Spokój... Spokój...
– Jak ci na imię,
maleńka?
Kim jestem? Kim
jestem? Ty nie wiesz? Czy ja to wiem?
– Powiedz...
Posłuszeństwo... Kim
jesteś?
– Jestem Dioris, córka
Anegorda...
Czy to ja? Kim jestem?
Cisza... Ciepło... Spokój... Morze... Fale łagodnie liżące brzeg... Czerwień
zbladła... Krew wsiąkła w piasek... Cisza... Światło gaśnie powoli... Świat się
zamyka, kurczy się i znika w czerni... Pustka... Cisza... Wszechobecna cisza...
Sen...
3.09.2015
Dioris cz.5
Wrzesień rozpoczynam kolejnym fragmentem "Dioris" :). I to dobra nowina. Mniej radosną jest ta, że zdejmuję z bloga dwa kolejne teksty. Tym razem są to teksty z antologii Deszczowe sny: Sen o deszczu i W strugach deszczu. Powód ten sam, co w przypadku Nie-boskiego stworzenia z MDS. Mamy spore szanse na wydanie obydwu antologii, co za tym idzie, teksty nie mogą sobie fruwać po sieci. Szczególnie w sytuacji, gdy mi się tu złodzieje wszelkiej maści wygrażają, że sobie mogą co chcą i gdzie chcą, robić z moimi tekstami bez mojej zgody. Tak, że proszę o zrozumienie. Na blogu jest zresztą chyba tylko jeszcze jeden tekst stanowiący element składowy kolejnej antologii. Na razie jednak skupiamy się na dwu wymienionych, więc tamten jeszcze chwilkę tu sobie powisi :). Te które zostały zdjęte nadal są w indeksie z odpowiednią informacją. Jeśli ich status się zmieni i będą dostępne, oczywiście pojawi się stosowana informacja o tym, gdzie można się z nimi zapoznać :). A teraz już zapraszam na "Dioris", dzisiejszy fragment wyszedł całkiem słuszny, co spodziewam się, ucieszy tych, którzy czytają :).
Sen był twardy, leczniczy, bez marzeń i męczących koszmarów.
Wybudziło ją z niego równomierne kołysanie i powiew chłodnego wiatru na twarzy.
Głowa bolała, ciałem nadal wstrząsały gorączkowe dreszcze. Teraz jednak była
przytomna, choć nie mogła pojąć dlaczego w ogóle jeszcze żyje, dlaczego
opatrzono ją i okazano troskę, wioząc w głąb kraju Aurów, zamiast porzucić jak
zbędny balast w lesie, na żer dzikiej zwierzynie. Doskonale wiedziała, że
jakikolwiek kontakt z ludźmi w tym kraju stanowi ryzyko. Ale pozostając wolną, mogłaby próbować przedstawić swoją sytuację, poprosić o pomoc, schronienie.
Tymczasem została schwytana na obcym terenie, na który wtargnęła bezprawnie.
Znów jest niewolnicą. Gardło ścisnęły gorycz i lęk. Nie przed śmiercią, lecz
przed kolejnym piekłem, do którego może trafić. Zdecydowanie wolałaby śmierć,
jednak nie dano jej umrzeć, choć przecież nic nie była warta. Zdeptana,
zniszczona ludzka skorupa. Pusta i wypalona, bez nadziei na lepszy los, którą
dotąd przy życiu utrzymywała jedynie myśl o pomście. Doprawdy, lepiej byłoby,
gdyby pozwolono jej umrzeć.
Aura jadący konno tuż obok, zauważył, że odzyskała
przytomność i krzyknął coś do tyłu, do Botty. Nakazano wstrzymać marsz.
Postój był krótki, ale nakarmiono chorą dziewczynę, podano leki i zatroszczono
się o jej wszelkie potrzeby.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


