Ponieważ nie opanowałam kolejnego fragmentu "Wysp", dzisiaj przerywnik na jeden wrzut. "Kohorta" to moje pierwsze poważniejsze podejście do pisania w ogóle. Staroć, ale jestem sentymentalna i lubię ją mimo kupy błędów i nieścisłości jakie w niej są. Chociaż starałam się i legion rzymski miałam tak dokładnie policzony wzdłuż i wszerz, że mi prawie łeb pękał od niuansów ich wojskowej struktury. I tak nie jestem do końca przekonana czy legat na pewno powinien być legatem i wiem, że w legionie winien służyć więcej niż jeden trbun, ale w końcu to fantasy, więc taki trochę wybrakowany legion może przejdzie. W sumie to musi przejść, wielkiego wyboru nie ma, a historycy dzięki bogu nie czytają blogów, więc jest szansa, że nikt mi łba nie urwie ;)
Drzewa rosły
tu coraz rzadsze.
Z wolna wyłaniali
się z lasu. Wreszcie znaleźli się na otwartej przestrzeni. Na szczycie wzgórza,
legat Gajusz Juniusz, dowódca legionu, zjechał z traktu i wstrzymał konia. Tuż
przy nim zatrzymał się młody trybun, jego siostrzeniec, Lucjusz Waleriusz. Po bezdrzewnym
zboczu droga zbiegała ku rozległej dolinie i nikła pośród bujnych traw. W dole,
środkiem równiny, leniwie toczyła swe wody wielka rzeka.
– Spójrz
tylko... – Juniusz wskazał widok przed sobą.
– Uhm... –
skinął w odpowiedzi trybun. – Piękny kraj. I taki... pusty. Z kim my tu niby
mamy walczyć? Z leśną zwierzyną? Co my tu robimy?
Legat
uśmiechnął się wyrozumiale.
– Młody
jesteś. Niewieleś jeszcze w życiu widział... Wojaczki zdążysz posmakować, aż ci
obrzydnie. A w tych lasach – wyciągniętym ramieniem zatoczył łuk w kierunku
zachodnim – zapewniam cię, nie tylko zwierzyna siedzi. Widzisz ten dym? Tam? –
Wskazał teraz bardziej na północ. – I tam?
– Germanie?
– spytał domyślnie młody człowiek.
– Właśnie,
Germanie... Osady z pewnością. I sądzę, że wiedzą o nas. Choć boją się
atakować...
– Wiele
jeszcze drogi przed nami?
– W linii
prostej, do Castra Germania, winno być jeszcze około stu mil, z pięć dni marszu.
Ale to teren nieznany. Nie ma dróg. Trzeba nam będzie kluczyć, szukać szlaków.
Sądzę, że dotrzemy tam, nie wcześniej, niż za jakieś dwa tygodnie.