Na dzień dobry mówię, że DŻ też bedą, ale jutro. A dzisiaj Ukryci, bo jakoś tak się za nimi stęskniłam. Może ktoś jeszcze? Może tak, a może nie... W każdym razie, zapraszam :)
poprzedni fragment
Koszulę zużyłem na
zrobienie opatrunków, więc teraz skórzany kaftan musiałem nałożyć na nagie
ciało. Nie było to wygodne, tym bardziej, że szorstka skóra ocierała skaleczone
miejsca.
Na moje szczęście ten sam
kaftan osłonił mnie wcześniej przed pazurami Bruxas i zdołała mnie jedynie
drasnąć. Niestety trucizna i tak dostała się do ran i chociaż za mało jej było
by mnie zabić, to jednak mój organizm wyczerpywało jej neutralizowanie. Byłem
obolały i czułem się zmęczony i słaby niczym wyżęta szmata. W innych
okolicznościach po prostu bym się wyciągnął i poczekał aż, mój ogień w pełni
zwalczy truciznę, jednak nie będąc sam nie mogłem okazać słabości. Nie przy
śmiertelnej dziewczynie, bez względu na to jaka krew płynęła w jej żyłach.
Nie zawracałem sobie
głowy dopinaniem kaftana, luźny mniej mnie uwierał i irytował.
Odwróciłem głowę i
spojrzałem na nią. Obserwowała mnie, z lękiem i zaciekawieniem wypisanym na
twarzy. To oczywiste, że się bała. Ludzkie życie jest takie... kruche. Trochę
jednak dziwiło, że nie wpadła jednak w panikę, przynajmniej na razie, ale może
po prostu jeszcze nie do końca się obudziła. Cały czas wyglądała jakby nie
wierzyła, że to co się dzieje, dzieje się naprawdę i nawet się uszczypnęła,
żeby samą siebie przekonać, że to sen. Cóż, będzie musiała przywyknąć.










