WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

25.12.2014

Czy leci z nami pilot?

WESOŁYCH ŚWIĄT!

Serdeczne życzenia, dużo radości, spokoju, wypoczynku, śpiewania kolęd w rodzinnym gronie aż do ochrypnięcia, życzy...
Kajjka :)


***

Dzisiaj przy święcie będzie wpis z innej beczki. Robiłam wprawdzie "15 godzin..." ale kawałek jaki musiałabym wrzucić jest wg mnie troszkę mało świąteczny. Dlatego dzisiaj puszczamy pilota, a tamtym zajmiemy się już w nowym roku. To co wrzucam dzisiaj, też nie będzie ustrojone choinkowymi ozdobami, bo to nie za bardzo w moim klimacie takie opowieści. Jakoś nie czuję magii reniferów, Śnieżynek i grubego, brodatego faceta z workiem, musicie darować. Nie mniej uznałam, że świąteczny wpis powinien się pojawić więc...
zapraszam na małą niespodziankę ;)

MAHYAVI

     1

     Amu-Thel stał przy oknie, niewidoczny za stiukową kratą, rzeźbioną w wymyślny ornament, obserwował przechodzące przez dziedziniec mniszki. Wszystkie jednakowe, w szarych, obszernych habitach, dokładnie skrywających sylwetki, z kapturami naciągniętymi tak głęboko, by nikt nie mógł dojrzeć twarzy. Dłonie ukryte w rękawach.
     Nie mógłby rozpoznać siostry nawet gdyby przechodziła tuż obok niego, ale wiedział, że jest pośród nich. Wszyscy o tym wiedzieli i od lat zachłystywali się zesłaną przez boginię łaską,jaką było pojawienie się jednego z jej wcieleń w królewskiej rodzinie. I chociaż to on, Amu-Thel, przyszedł na świat jako pierwszy z bliźniąt,całe wydarzenie zapamiętano jedynie jako dzień narodzin kolejnej mahyavi.
     Przez całe dotychczasowe życie pozostawał w cieniu Thelidy. Od chwili gdy oboje wzięli w płuca pierwsze oddechy. A przecież Amu-Thel był królewskim synem! Jedynym! Następcą tronu! Zacisnął ze złością szczęki, spoglądając na mniszki, znikające kolejno w przejściu prowadzącym na przylegający do pałacowego kompleksu klasztorny dziedziniec.
     Wysokie cyprysy, gęsto posadzone wzdłuż odgradzającego muru, nawet z wysokości pałacowego piętra zasłaniały patrzącemu widok na to, co się za nim działo.
     Służący zamknął ciężkie, mahoniowe drzwi za ostatnią mniszką.
     Złośliwy uśmieszek wypełzł na usta młodego władcy. Wczorajszego wieczoru wezwał do siebie ksieni, najstarszą i oznajmił jej swoją wolę. Próbowała oponować, ale szybko uświadomił jej, że bez wsparcia z królewskiego skarbca klasztor nie ma szans na przetrwanie, bo samo bałwochwalcze uwielbienie ludu nie wystarczy, by zapewnić niezbędne wygody i utrzymanie mieszkającym przy świątyni kobietom. Było ich wprawdzie ledwie kilka, leczy by mogły się skupić wyłącznie na swojej misji, potrzebowały sług wykonujących wszystkie te przyziemne i mało ważne prace jak szycie, sprzątanie, przygotowywanie posiłków i tym podobne czynności. Posiłki zresztą trzeba było przygotowywać z czegoś, a habity z czegoś szyć. I o to także dbał pałac i ochmistrz królewskiego dworu. Podobnie rzecz miała się z zaopatrzeniem klasztoru we wszelkie inne dobra i niezbędne rzeczy. Były całkowicie uzależnione od króla i jego szczodrości. Ale przez wieki obrosły w piórka i zdawały się o tym nie pamiętać.
     Amu-Thel za punkt honoru postawił sobie obdarcie ich z tej absurdalnej, mistycznej aury i doprowadzenie do skarlenia kultu Mahiya. Nawet jeżeli Sibach była jednym krajem, a Isiva jedynym miastem, w którym czczono boginię. Ludzie, którzy z ogromnym pietyzmem i nabożnym lękiem odnosili się do mahyavi nauczyli się, że za łaskę bogini płaci się jedynie gorliwą modlitwą i niewielu było takich, którzy poczuwaliby się do wsparcia modłów brzęczącą monetą.
     I nie było na świecie istoty, której Amu-Thel nienawidziłby bardziej, niż jego uświęcona błogosławieństwem bogini siostra, Thelida. Przeklęta mahyavi...
     Od dawna już nie mieszkała w pałacu. Zgodnie z prawem i obyczajem przeniosła się do klasztoru, gdy pojawiła się pierwsza krew miesięcznego kobiecego cyklu. Nie widywali się, ale on wciąż pamiętał jej niezwykłe, jasne włosy jakich nie miał nikt inny w całym państwie, a może nawet i na świecie. Podobno tą osobliwą barwą bogini wyróżniała wszystkie swoje wcielenia. Amu-Thel nie miał możliwości, by to sprawdzić. Żaden człowiek nie miał.
     Dzieci, nim zamknęły się za nimi klasztorne podwoje chroniono przed ludzkimi, ciekawskimi spojrzeniami, potem same mniszki bardzo dbały o to, by nikt nie miał okazji przyjrzeć się ich powierzchowności. Szare, obszerne habity, głęboko naciągnięte kaptury i niezwykła moc, którą emanowały, oto co kojarzono z nimi. Boskie naczynia, tak o nich mówiono.
     Amu-Thel pamiętał też niezwykłe błękitne oczy spoglądające na świat z niewinną ufnością. I nie miało żadnego znaczenia, że nikt nie wie się, która z mniszek jest jego siostrą, że nie ujawniały swojej tożsamości, skrywając przed ludźmi oblicza i imiona. W ludzkich umysłach świadomość, że jedna z tych niezwyczajnych postaci jest zarówno królewską córą, jak i siostrą, odsuwała w cień istnienie następcy tronu, a teraz już króla! Bogini okazała wielką, wielką łaskę... Amu-Thela skazując tym samym na lekceważenie!
Gniew gotował się w nim, jak lawa w trzewiach ziemi. Oparł dłoń o futrynę okna. Mniszki dawno już znikły z pola widzenia. On jednak wciąż stał przy oknie, wbijając płonący gniewem i nienawiścią wzrok w cyprysy zasłaniające widok na klasztorne podwórze.

     Tuż za Amu-Thelem przystanął młody mężczyzna. Wysoki, szczupły, o ujmujących regularnych rysach. Stanął blisko, bardzo blisko. Amu-Thel odchylił głowę i oparł ją na jego ramieniu.
     – Nie powinieneś się im przyglądać, mój panie – powiedział cicho młodzieniec, wargami prawie muskając skroń Amu-Thela – to cię denerwuje.
     – Wiem już, jak się jej pozbędę.
     Odwrócił się i zarzucił ramiona na szyję kochanka, a ich usta połączyły się w namiętnym, gorącym pocałunku.

     2
     Arvo stał z tyłu, przy samych drzwiach. Sala audiencyjna była pełna dworzan, ale ponieważ Hedalczyk górował wzrostem niemal nad wszystkimi obecnymi, miał swobodny widok na to, co się działo dookoła.
Po drugiej stronie auli, niedaleko podwyższenia, na którym stał tron, zauważył niewielką grupkę osób.   Ludzie ci zwrócili jego uwagę, gdyż jako jedyni tutaj mieli na głowach głęboko naciągnięte kaptury, nie dozwalające dostrzec twarzy. Proste, luźne habity dokładnie skrywały sylwetki, przez co nie potrafił nawet określić czy są to kobiety, czy mężczyźni.

     Sibachi byli wyjątkowo jednolitym ludem. Zdecydowanie niżsi od przedstawicieli nacji spoza enklawy. Kobiety, przy kruchej, delikatnej budowie, pośród swoich sprawiały wrażenie wysokich, podczas gdy mężczyźni, nie będąc od nich wyższymi, byli zdecydowanie masywniejsi, o mocnych twardych mięśniach i okrągłych, brodatych twarzach.
     Jednak tamta grupa zdawała się dodatkowo nieokreślona z powodu szat dokładnie skrywających wszelkie cechy płci. Nawet dłonie mieli ukryte w rękawach. Stali nieruchomo, nie rozmawiali ze sobą, nawet szeptem. Po prostu tam byli. Co dziwniejsze, Arvo nie zauważył kiedy weszli, a sam przybył do sali audiencyjnej jako jeden z pierwszych.
     Dowodził ochroną hedalskiego poselstwa i zawsze pierwszy pojawiał się tam, gdzie zdążali dostojnicy, za których bezpieczeństwo odpowiadał. Nieważne, czy była to podrzędna gospoda w drodze, czy audiencyjna aula Amu-Thela. I był pewien, że tej grupy nie było, gdy tu przyszedł. Musieli więc użyć jednego z wejść znajdujących za tronem, a to znaczyło, że nie są byle dworzanami. Tamte wejścia służyły tylko uprzywilejowanym.
     Zaciekawiony Arvo szybko przeliczył wzrokiem zakapturzone postaci. Pięć. Przyglądał im się przez chwilę, ale wkrótce stracił zainteresowanie, w końcu poza tym, że mieli na głowach kaptury nie było w nich nic niezwykłego.
     Arvo mało wiedział o tutejszych obyczajach, nie miał ani czasu, ani ochoty by je poznawać i zgłębiać. W wolnych chwilach wolał poznawać i zgłębiać urodę mieszkanek Sibach, a że nawet pośród swoich wyróżniał się posturą, on sam dla tutejszych kobiet też stanowił wielce interesujący obiekt do zbadania i zgłębienia.

     Poselstwo przybyło do Sibach z darami dla nowego króla, Amu-Thela. Taki panował obyczaj. Panujący władca Hedalii po śmierci starego króla Sibach odnawiał przymierze z jego następcą i na znak woli utrzymania panującego od wieków pokoju przysyłał podarki nowo koronowanemu. Ów dziwny, zupełnie niepraktyczny, może nawet bezsensowny, obyczaj pielęgnowano od wieków. Bezsensowny, bo przecież stanowiąca enklawę Sibach w żaden sposób nie mogła zagrażać Hedalii. Wręcz przeciwnie, to łaskawość i pobłażliwość hedalickich królów pozwalała istnieć temu kraikowi i zachowywać pozory niezależności. Arda nie miał jednak zamiaru dochodzić, źródeł czy słuszności dawnych obyczajów. Jego obowiązkiem i misją było zapewnienie bezpieczeństwa poselstwu. Dłoń z nawyku sięgnęła boku. Skrzywił się niechętnie. Broń musiał pozostawić w depozycie. Nikomu nie wolno było jej wnosić na salę audiencyjną. Nie był jednak przyzwyczajony do jej braku i czuł się odrobinę nieswojo.
     By zagłuszyć irytujące uczucie bezradności skupił się na przemówieniu młodego króla.

     – Wielce jesteśmy radzi posłom szlachetnego króla Uradesa. Z wdzięcznością i radością przyjęliśmy jego dary i gościliśmy u siebie jego emisariuszy. – Amu-Thel mówił cicho, lecz akustyka pomieszczenia przenosiła jego głos i wzmacniała w taki sposób, że w najodleglejszym kącie każde słowo słychać było tak dokładnie, jakby mówca stał tuż obok.
     Posłowie w purpurowych, długich szatach, z głowami pochylonymi w ukłonie, cierpliwie wsłuchiwali się przemowę.
     Amu-Thel zacisnął szczupłe palce na poręczach mahoniowego tronu.
     – Radzi też wielce jesteśmy – kontynuował swą napuszoną mowę – iż udało się nam dojść do porozumienia i potwierdzić zawarte przez przodków waszych i naszych umowy, oraz odnowić stare pokojowe traktaty. Pragniemy za hojność okazaną w podarkach przez waszego szlachetnego władcę, odwdzięczyć się równie hojnie i żywimy nadzieję, iż nasze dary staną się równie miłe wielkiemu Uradesowi jak te, którymi uradował nasze serce. Zamierzamy bowiem złożyć mu w darze jeden z najcenniejszych skarbów naszego królestwa. Wiem, że jutro jeszcze przed świtem zamierzacie ruszyć w drogę powrotną. Moi sekretarze dostarczyli wam już kopie wszystkich dokumentów opatrzone królewskimi pieczęciami. Podarunki, jakie pragniemy przekazać naszemu przyjacielowi, Uradesowi, będą gotowe do drogi we właściwym czasie i miejscu, tak byście nie musieli wprowadzać żadnych zmian w swoich planach.
     Umilkł wreszcie a posłowie skłonili się niżej oddychając z ulgą. Obawiali znacznie dłuższej i nudniejszej przemowy, której musieliby wysłuchiwać w niewygodnej pozycji, zgięci, z pochylonymi głowami, jak tego wymagała tutejsza etykieta od ludzi każdego stanu, gdy król zwracał się bezpośrednio do nich.
     – Audiencja skończona. – Królewski ochmistrz rozwiał wszelkie wątpliwości i trzej mężczyźni, wciąż w ukłonie, zaczęli wycofywać się tyłem.
     Amu-Thel odczekał aż opuszczą salę i dopiero, gdy znikli za wielkimi rzeźbionymi podwojami, wstał i wolnym, dostojnym krokiem opuścił aulę, nie zaszczycając nikogo spojrzeniem. Pięć zakapturzonych osób podążyło za królem. Musieli przy tym przejść przed tronem na drugą stronę komnaty do znajdującego się tam wyjścia, przez co znów zwrócili na siebie uwagę Arvy.
     Zdumiała go harmonia ich ruchów. Zupełnie jakby nie szli, lecz płynęli. Długie do ziemi szaty bezszelestnie przesuwały się po lśniącej posadzce. Choć może było to jedynie wrażenie, bo przecież stał w pewnym oddaleniu, a salę po wyjściu władcy wypełnił gwar ludzkich głosów i po prostu nie mógł słyszeć odgłosu kroków.

     – Kim są ci w kapturach? – Zaintrygowany zagadnął stojącego obok człowieka.
     – Słucham? – Dworzanin, wyrwany z rozmowy, nie dosłyszał pytania, ale gościnność nakazywała nie pozostawiać przybysza z obcego kraju bez odpowiedzi, więc dopytał się grzecznie. – Wybacz, panie, nie słyszałem, o co pytałeś. Zechcesz powtórzyć?
     – Kim są? – Arva brodą wskazał na znikających kolejno w ciemnym przejściu... mnichów?
     Uśmiechnięty Sibachi podążył za jego wzrokiem i twarz mu stężała.
     – Mahyavi – powiedział, składając dłonie, jak do modlitwy i kłaniając się kilkakrotnie w kierunku ciemnego korytarza, którym znikły postaci. – Nawet nie wiedziałem, że są tu wśród nas.
     – Mah...? Jak? – Uniósł brwi zaciekawiony Arva.
     Reakcja Sibachi zaskoczyła go i zaintrygowała o wiele bardziej niż ci, o których spytał. Rysy mężczyzny ściągnął nabożny lęk.
     – Mahyavi – powtórzył dworzanin, a wypowiadając to słowo znów skłonił się kilkakrotnie. – Święte uzdrowicielki. – Wyjaśnił uprzejmie i znów kiwnął się kilka razy ze złożonymi rękoma. – Tylko nieliczni mają zaszczyt być dotkniętymi ich niezwykłą mocą.
     – Rozumiem. – Arva podziękował ukłonem za informację.
     Ostatecznie zaspokoił ciekawość, a wyjaśnienie okazało się banalne. To były tylko jakieś tutejsze mniszki. Uśmiechnął się pod nosem. To by również wyjaśniało lekkość ich ruchów. Kobiety.

     Kiedy opuszczał salę nie pamiętał już o dziwnych postaciach. Miał mnóstwo pracy dzisiejszego popołudnia. W drogę mieli ruszyć przed świtem,  by przed wieczorem zdążyli dotrzeć do Karmazynowej Doliny, nazywanej tak z powodu niezwykłej barwy, jaką miała tam gleba.
     Dalej ich droga wiodła na przełęcz. Po drugiej stronie gór będą już we własnym kraju, choć wciąż daleko jeszcze od domu. Zbliżała się pora deszczowa i jeśli nie zdążą przeprawić się przez rzekę Amishar nim nadejdą monsuny utkną w drodze na długie tygodnie. Bezwzględnie musieli wyruszyć jutro. Postawił tę sprawę na ostrzu noża. I tak zabawili tu cały tydzień dłużej niż planowali z powodu jakiegoś idiotycznego święta zimy, podczas którego król nie udzielał audiencji.
     Choć ów dodatkowy tydzień Arva spędził całkiem przyjemnie, racząc się za dnia i nie tylko, miłym towarzystwem, nie miał ochoty zostawać dłużej niż to było konieczne.
     Dziwnie się czuł w Sibach, niezwykłej krainie, której nie chroniły ani miecze i tarcze, ani mury. Ludzie tutaj byli łagodni, zawsze uśmiechnięci. Zupełnie jakby byli z innego świata. Nie znali wojen, nie znali przemocy i święcie wierzyli w chroniącą ich magię tej krainy.
     Prychnął z drwiną. Gdyby nie fakt, że stanowiąca enklawę Sibach nie była nikomu do niczego potrzebna dawno już jej mieszkańcy przekonaliby się jakimi mrzonkami żyją. On sam nie miał nic przeciw temu, by pozostawić tę dziwaczną krainę i jej mieszkańców w spokoju, ale irytowała go ich naiwność. Im szybciej stąd wyjadą, tym szybciej odzyska równowagę i spokój.
     Z zapałem rzucił się w wir przygotowań do drogi i skupił na popędzaniu swoich ludzi. Nie tolerował opieszałości, jakiekolwiek opóźnienia w orszaku, którym on dowodził nie miały prawa mieć miejsca.

     3
     Amu-Thel spoglądał na siostrę z irytacją, prawie z obrzydzeniem.
     Stała nieruchoma, wyprostowana jak struna, z dłońmi ukrytymi w rękawach habitu. Wzrok wbiła w ścianę przed sobą, gdzieś ponad głową brata, nerwowym krokiem przemierzającego komnatę tam i z powrotem.
     – Zrobisz, co ci każę, Thelido.
     – Nigdy żaden Sibachi nie opuścił doliny.
     – Za ludzkiej pamięci – wpadł jej w słowo – a ta jest krótka.
     Zignorowała tę uwagę. Jej głos był spokojny. Nic nie zdradzało zdenerwowania czy gniewu, ale sprzeciwiała się.
     – Mahyavi nie opuszczają Sibach, ani za ludzkiej pamięci, ani poza nią.

     Śmiała kwestionować jego decyzję! Amu-Thela rozsadzała złość. Nienawidził siostry. On był tu królem! Ale ona była mahyavi, a nie królowie lecz właśnie uzdrowicielki były największym skarbem tego kraju. Doskonale wiedział, że to właśnie Thelidę poważa i czci lud. Thelidę, uzdrowicielkę nie jego, króla! Zazdrościł jej tego uwielbienia i szacunku. Nawet nie znali jej twarzy, a to ona była pierwsza w sercach Sibachi! Zawsze ona na pierwszym miejscu, choć to on był jedynym synem i następcą tronu! A teraz był jej królem!

     Dziecko obdarzone przez opiekuńcze bóstwa uzdrowicielską mocą było najbardziej pożądanym wyróżnieniem dla każdej rodziny, nawet królewskiej.
     Uważano je za wcielenie samej Mahiya – bogini światła i cienia.
     Mahyavi niezwykle rzadko pojawiały się wśród ludzi. Bogini bardzo starannie wybierała swoje ziemskie powłoki. Status rodziny, w której mała mahyavi – córka Mahiya – przyszła na świat raptownie wzrastał.
Amu-Thel i jego siostra, Thelida, urodzili się tej samej nocy, z jednego łona. Kiedy Thelida chwytała w płuca pierwszy oddech, ogień w świątyni zapłonął sam z siebie, a pojedyncze języki płomieni ułożyły się w jej imię. Tak bogini manifestowała każde swoje wcielenie. Ogień się zapalał i wskazywał imię kolejnej mahyavi. Rzadko jednak bywało ich w świątyni więcej niż dziesięć w tym samym czasie. Dziewczynki, otaczano nabożną czcią, niemal kultem. Wychowywały się w rodzinnych domach dopóki nie stały się dojrzałe. Wraz z pojawiającą się pierwszą krwią przenosiły się do świątyni.
     W tej chwili w klasztorze mieszkały dwie starsze mahyavi i trzy młodsze. Jedną z nich była Thelida. W domach rodzinnych dorastały dwie kolejne wybrane.
Święte mniszki były największym skarbem tego kraju, zapewniały mu dobrobyt, zdrowie i pokój. Ich obecność w Sibach sprawiała, że sama bogini chroniła kraj i żadni wrogowie od wieków nie mieli do niego dostępu. Ba, nie mieli żadnych wrogów.

     Amu-Thel zacisnął szczęki i dłonie w pięści.
     – Ale ty opuścisz! – Stanął przed dziewczyną i spojrzał jej w twarz.
     Tu, rozmawiając sam na sam z bratem, odrzuciła kaptur i mógł patrzeć jej w oczy. Byli tego samego wzrostu, podobni do siebie, różnili się jedynie kolorem włosów i oczu. Włosy Thelidy były jasne, niemal białe, a oczy intensywnie błękitne. Te cechy wyróżniały uzdrowicielki pośród innych ludzi, wiedziano o tym, choć niewielu miało okazję potwierdzić na własne oczy tę prawidłowość. Mniszki nosiły habity i kaptury, bardzo dokładnie osłaniając się przed ludzkim wzrokiem. Póki były dziećmi, rodzina troszczyła się o to, by jak najmniej osób miało z nimi styczność. Miały kontakt jedynie z najbliższymi, rodzicami i rodzeństwem. Jeśli zachodziła potrzeba pokazania się innym osobom, dzieci osłaniano ubiorami podobnymi do tych, które nosiły dojrzałe mniszki. Niezbędne wykształcenie odbierały dopiero w świątyni.
     Z Thelidą było trochę inaczej. Przyszła na świat w rodzinie królewskiej. Wprawdzie chroniono ją przed ludzkim wzrokiem, jak każdą mahyavi, ale odebrała o wiele staranniejsze wykształcenie, ucząc się wraz z bratem.  
     Włosy Amu-Thela, inaczej niż u Thelidy, były ciemne, podobnie jak tęczówki oczu, w których płonęła teraz gorąca nienawiść.
     Siostra od zawsze odbierała mu wszystko. Uwagę i miłość innych ludzi. Matki, ojca, później opiekunów i nauczycieli. Ale teraz wreszcie się jej pozbędzie. Zniknie z jego oczu i nigdy więcej nie będzie musiał jej oglądać, a lud o niej zapomni. Miał szczerą nadzieję, że Urades zrobi z niej niewolnicę, upokorzy i zdepcze godność. Zniszczy ją, może nawet zabije. Nie dbał o to. Postanowił, że się jej pozbędzie i nic mu w tym nie przeszkodzi.
     Śmiałe, zimne spojrzenie błękitnych oczu Thelidy, przenikało go na wskroś i mroziło serce. Tego spojrzenia też nienawidził, od zawsze. Uśmiechnął się w duchu z satysfakcją. Dziś ona patrzy na niego ostatni raz. Nigdy więcej nie zobaczy tych przeklętych oczu.
     Nikt, kogo znał, nie potrafił tak jak ona ukrywać emocji, ale Amu-Thel był jej bratem-bliźniakiem i wiedział, czuł jej lęk, choć nie potrafił dostrzec go w źrenicach. Karmił tym strachem swoją nienawiść. Pragnął jej krzywdy i jedyne czego żałował, to fakt, że nie będzie mu dane nasycić się widokiem udręki Thelidy.
     – Obiecałem Uradesowi, jeden z najcenniejszych skarbów tej krainy – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Ty nim jesteś. Wyruszacie przed świtem. Przygotuj się więc do drogi, siostro. – Z jadowitą satysfakcją podkreślił słowo „siostra”.
     Nie odpowiedziała. Ostatecznie to jego wola stanowiła prawo. Nie będzie prosiła o łaskę. Wychodząc odwróciła tylko głowę.
     – Żegnaj… bracie. – Zamknęła za sobą drzwi.

     Amu-Thel był prawie pewien, że głos jej zadrżał. Serce zabiło ponurym zadowoleniem. Opadł na fotel i odetchnął. Plasnął dłońmi o uda i roześmiał się na głos. Nareszcie!

* * *

Jak zauważyliście obrazka "okładkowego" do tego fragmentu nie ma. Jeszcze nie ma... bo to taki trochę tekst spontan. Generalnie nadal pozostaje w fazie niespisanego pomysłu na coś. Może kiedyś nastąpi ciąg dalszy ;).


Do poczytania niebawem :)

10 komentarzy:

  1. uuuuuu.......
    tyle czekania i tylko tyle
    :'-(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siła wyższa :(, ale sama liczę na swoją własną poprawę w nowym roku. Będzie ok... :)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisane na czerwono: spamu nie toleruję... Nie umie czytać a myśli że pisać umie? No, sorry... nie zamierzam tracić czasu.

      Usuń
  3. Kajjko, zamierzchłe królestwa, boginie i czary mary to chyba moje ulubione klimaty, więc tym bardziej zacieram rączki, że taka powieść zaczęła się tworzyć w Twojej głowie. Pytanie jakie się teraz nasuwa brzmi, czy podporządkujemy się woli złego króla? Bo Kajjka lubi okazywać pazurki albo skrzywdzić jednostkę dla dalszych wydarzeń. Więc na dwoje babka wróżyła. Mam nadzieję, że natchnienie na powyższe, jak również na KiM najdzie Cię szybciej niż później :)

    Co do Świąt, to spóźnione, ale najlepsze życzenia! Chociaż w tym roku jest tak, że się nacieszyć nie mogę, że już minęły...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, za życzenia Moniko :) Tegoroczne święta to chyba jakimś fatum naznaczone i ja też żegnam je z ulgą. Zaległości mam wszędzie potworne. Do tego tutaj, kiedyś tam wrócę, ale pojęcia nie mam kiedy. Bardziej prawdopodobna jest reaktywacja KiM. Po Nowym Roku zabieram się te zaległości nadrabiać. Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
    2. Ja uznałam, że zaległości jakie sobie narobiłam i ani palcem nie kiwam, żeby je nadrobić już zaległościami zostaną na zawsze :)
      KiM będę sobie musiała przypomnieć, bo poza tym, że sieczka goniła sieczkę to mi się jakoś rozwiało. Pamiętam kilka szczegółów, ale nie wiem, czy mi się teraz różne fabuły z różnych powieści nie zmieszały. W każdym razie jak mówisz, że KiM reaktywujesz, to z radością zabieram się za powtórkę ;)

      Usuń
    3. A to spokojnie :) Nie wiem kiedy do tego wrócę, ale nie sądzę, żebym się zebrała przed czerwcem, jak coś będzie na rzeczy to dam znać :)

      Usuń
    4. Toś mnie teraz ustrzeliła z czerwcem :D
      Kasia:Monia 1:0 !!

      Usuń
    5. Wolę się nie wyrywać z wcześniejszym terminem :P A do czerwca to jest szansa, że się zdążę jakoś poogarniać ;)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.