WESOŁYCH ŚWIĄT!
Serdeczne życzenia, dużo radości, spokoju, wypoczynku, śpiewania kolęd w rodzinnym gronie aż do ochrypnięcia, życzy...
Kajjka :)
***
Dzisiaj przy święcie będzie wpis z innej beczki. Robiłam wprawdzie "15 godzin..." ale kawałek jaki musiałabym wrzucić jest wg mnie troszkę mało świąteczny. Dlatego dzisiaj puszczamy pilota, a tamtym zajmiemy się już w nowym roku. To co wrzucam dzisiaj, też nie będzie ustrojone choinkowymi ozdobami, bo to nie za bardzo w moim klimacie takie opowieści. Jakoś nie czuję magii reniferów, Śnieżynek i grubego, brodatego faceta z workiem, musicie darować. Nie mniej uznałam, że świąteczny wpis powinien się pojawić więc...
zapraszam na małą niespodziankę ;)
zapraszam na małą niespodziankę ;)
MAHYAVI
1
Amu-Thel stał przy oknie, niewidoczny za stiukową kratą, rzeźbioną w wymyślny ornament, obserwował przechodzące przez dziedziniec mniszki. Wszystkie jednakowe, w szarych, obszernych habitach, dokładnie skrywających sylwetki, z kapturami naciągniętymi tak głęboko, by nikt nie mógł dojrzeć twarzy. Dłonie ukryte w rękawach.
Nie mógłby rozpoznać siostry nawet gdyby przechodziła tuż
obok niego, ale wiedział, że jest pośród nich. Wszyscy o tym wiedzieli i od lat
zachłystywali się zesłaną przez boginię łaską,jaką było pojawienie się jednego
z jej wcieleń w królewskiej rodzinie. I chociaż to on, Amu-Thel, przyszedł na
świat jako pierwszy z bliźniąt,całe wydarzenie zapamiętano jedynie jako dzień
narodzin kolejnej mahyavi.
Przez całe dotychczasowe życie pozostawał w cieniu Thelidy.
Od chwili gdy oboje wzięli w płuca pierwsze oddechy. A przecież Amu-Thel był
królewskim synem! Jedynym! Następcą tronu! Zacisnął ze złością szczęki,
spoglądając na mniszki, znikające kolejno w przejściu prowadzącym na
przylegający do pałacowego kompleksu klasztorny dziedziniec.
Wysokie cyprysy, gęsto posadzone wzdłuż odgradzającego muru,
nawet z wysokości pałacowego piętra zasłaniały patrzącemu widok na to, co się za
nim działo.
Służący zamknął ciężkie, mahoniowe drzwi za ostatnią
mniszką.
Złośliwy uśmieszek wypełzł na usta młodego władcy.
Wczorajszego wieczoru wezwał do siebie ksieni, najstarszą i oznajmił jej swoją wolę.
Próbowała oponować, ale szybko uświadomił jej, że bez wsparcia z królewskiego
skarbca klasztor nie ma szans na przetrwanie, bo samo bałwochwalcze uwielbienie
ludu nie wystarczy, by zapewnić niezbędne wygody i utrzymanie mieszkającym przy
świątyni kobietom. Było ich wprawdzie ledwie kilka, leczy by mogły się skupić
wyłącznie na swojej misji, potrzebowały sług wykonujących wszystkie te
przyziemne i mało ważne prace jak szycie, sprzątanie, przygotowywanie posiłków
i tym podobne czynności. Posiłki zresztą trzeba było przygotowywać z czegoś, a
habity z czegoś szyć. I o to także dbał pałac i ochmistrz królewskiego dworu.
Podobnie rzecz miała się z zaopatrzeniem klasztoru we wszelkie inne dobra i
niezbędne rzeczy. Były całkowicie uzależnione od króla i jego szczodrości. Ale
przez wieki obrosły w piórka i zdawały się o tym nie pamiętać.
Amu-Thel za punkt honoru postawił sobie obdarcie ich z tej
absurdalnej, mistycznej aury i doprowadzenie do skarlenia kultu Mahiya. Nawet
jeżeli Sibach była jednym krajem, a Isiva jedynym miastem, w którym czczono
boginię. Ludzie, którzy z ogromnym pietyzmem i nabożnym lękiem odnosili się do mahyavi nauczyli się, że za łaskę bogini
płaci się jedynie gorliwą modlitwą i niewielu było takich, którzy poczuwaliby
się do wsparcia modłów brzęczącą monetą.
I nie było na świecie istoty, której Amu-Thel nienawidziłby
bardziej, niż jego uświęcona błogosławieństwem bogini siostra, Thelida.
Przeklęta mahyavi...
Od dawna już nie mieszkała w pałacu. Zgodnie z prawem i
obyczajem przeniosła się do klasztoru, gdy pojawiła się pierwsza krew
miesięcznego kobiecego cyklu. Nie widywali się, ale on wciąż pamiętał jej
niezwykłe, jasne włosy jakich nie miał nikt inny w całym państwie, a może nawet
i na świecie. Podobno tą osobliwą barwą bogini wyróżniała wszystkie swoje
wcielenia. Amu-Thel nie miał możliwości, by to sprawdzić. Żaden człowiek nie
miał.
Dzieci, nim zamknęły się za nimi klasztorne podwoje
chroniono przed ludzkimi, ciekawskimi spojrzeniami, potem same mniszki bardzo
dbały o to, by nikt nie miał okazji przyjrzeć się ich powierzchowności. Szare,
obszerne habity, głęboko naciągnięte kaptury i niezwykła moc, którą emanowały,
oto co kojarzono z nimi. Boskie naczynia, tak o nich mówiono.
Amu-Thel pamiętał też niezwykłe błękitne oczy spoglądające
na świat z niewinną ufnością. I nie miało żadnego znaczenia, że nikt nie wie się,
która z mniszek jest jego siostrą, że nie ujawniały swojej tożsamości, skrywając
przed ludźmi oblicza i imiona. W ludzkich umysłach świadomość, że jedna z tych
niezwyczajnych postaci jest zarówno królewską córą, jak i siostrą, odsuwała w
cień istnienie następcy tronu, a teraz już króla! Bogini okazała wielką, wielką
łaskę... Amu-Thela skazując tym samym na lekceważenie!
Gniew gotował się w nim, jak lawa w trzewiach ziemi. Oparł
dłoń o futrynę okna. Mniszki dawno już znikły z pola widzenia. On jednak wciąż
stał przy oknie, wbijając płonący gniewem i nienawiścią wzrok w cyprysy
zasłaniające widok na klasztorne podwórze.
Tuż za Amu-Thelem przystanął młody mężczyzna. Wysoki,
szczupły, o ujmujących regularnych rysach. Stanął blisko, bardzo blisko.
Amu-Thel odchylił głowę i oparł ją na jego ramieniu.
– Nie powinieneś się im przyglądać, mój panie – powiedział
cicho młodzieniec, wargami prawie muskając skroń Amu-Thela – to cię denerwuje.
– Wiem już, jak się jej pozbędę.
Odwrócił się i zarzucił ramiona na szyję kochanka, a ich
usta połączyły się w namiętnym, gorącym pocałunku.
Arvo stał z tyłu, przy samych drzwiach. Sala audiencyjna
była pełna dworzan, ale ponieważ Hedalczyk górował wzrostem niemal nad
wszystkimi obecnymi, miał swobodny widok na to, co się działo dookoła.
Po drugiej stronie auli, niedaleko podwyższenia, na którym
stał tron, zauważył niewielką grupkę osób. Ludzie ci zwrócili jego uwagę, gdyż
jako jedyni tutaj mieli na głowach głęboko naciągnięte kaptury, nie dozwalające
dostrzec twarzy. Proste, luźne habity dokładnie skrywały sylwetki, przez co nie
potrafił nawet określić czy są to kobiety, czy mężczyźni.
Sibachi byli wyjątkowo jednolitym ludem. Zdecydowanie niżsi
od przedstawicieli nacji spoza enklawy. Kobiety, przy kruchej, delikatnej
budowie, pośród swoich sprawiały wrażenie wysokich, podczas gdy mężczyźni, nie
będąc od nich wyższymi, byli zdecydowanie masywniejsi, o mocnych twardych
mięśniach i okrągłych, brodatych twarzach.
Jednak tamta grupa zdawała się dodatkowo nieokreślona z
powodu szat dokładnie skrywających wszelkie cechy płci. Nawet dłonie mieli ukryte
w rękawach. Stali nieruchomo, nie rozmawiali ze sobą, nawet szeptem. Po prostu
tam byli. Co dziwniejsze, Arvo nie zauważył kiedy weszli, a sam przybył do sali
audiencyjnej jako jeden z pierwszych.
Dowodził ochroną hedalskiego poselstwa i zawsze pierwszy
pojawiał się tam, gdzie zdążali dostojnicy, za których bezpieczeństwo
odpowiadał. Nieważne, czy była to podrzędna gospoda w drodze, czy audiencyjna
aula Amu-Thela. I był pewien, że tej grupy nie było, gdy tu przyszedł. Musieli
więc użyć jednego z wejść znajdujących za tronem, a to znaczyło, że nie są byle
dworzanami. Tamte wejścia służyły tylko uprzywilejowanym.
Zaciekawiony Arvo szybko przeliczył wzrokiem zakapturzone postaci.
Pięć. Przyglądał im się przez chwilę, ale wkrótce stracił zainteresowanie, w
końcu poza tym, że mieli na głowach kaptury nie było w nich nic niezwykłego.
Arvo mało wiedział o tutejszych obyczajach, nie miał ani
czasu, ani ochoty by je poznawać i zgłębiać. W wolnych
chwilach wolał poznawać i zgłębiać urodę mieszkanek Sibach, a że nawet pośród
swoich wyróżniał się posturą, on sam dla tutejszych kobiet też stanowił wielce
interesujący obiekt do zbadania i zgłębienia.
Poselstwo przybyło do Sibach z darami dla nowego króla,
Amu-Thela. Taki panował obyczaj. Panujący władca Hedalii po śmierci starego
króla Sibach odnawiał przymierze z jego następcą i na znak woli utrzymania
panującego od wieków pokoju przysyłał podarki nowo koronowanemu. Ów dziwny,
zupełnie niepraktyczny, może nawet bezsensowny, obyczaj pielęgnowano od wieków.
Bezsensowny, bo przecież stanowiąca enklawę Sibach w żaden sposób nie mogła
zagrażać Hedalii. Wręcz przeciwnie, to łaskawość i pobłażliwość hedalickich
królów pozwalała istnieć temu kraikowi i zachowywać pozory niezależności. Arda
nie miał jednak zamiaru dochodzić, źródeł czy słuszności dawnych obyczajów. Jego
obowiązkiem i misją było zapewnienie bezpieczeństwa poselstwu. Dłoń z nawyku
sięgnęła boku. Skrzywił się niechętnie. Broń musiał pozostawić w depozycie.
Nikomu nie wolno było jej wnosić na salę audiencyjną. Nie był jednak
przyzwyczajony do jej braku i czuł się odrobinę nieswojo.
By zagłuszyć irytujące uczucie bezradności skupił się na
przemówieniu młodego króla.
– Wielce jesteśmy radzi posłom szlachetnego króla Uradesa. Z
wdzięcznością i radością przyjęliśmy jego dary i gościliśmy u siebie jego
emisariuszy. – Amu-Thel mówił cicho, lecz akustyka pomieszczenia przenosiła
jego głos i wzmacniała w taki sposób, że w najodleglejszym kącie każde słowo
słychać było tak dokładnie, jakby mówca stał tuż obok.
Posłowie w purpurowych, długich szatach, z głowami
pochylonymi w ukłonie, cierpliwie wsłuchiwali się przemowę.
Amu-Thel zacisnął szczupłe palce na poręczach mahoniowego
tronu.
– Radzi też wielce jesteśmy – kontynuował swą napuszoną mowę
– iż udało się nam dojść do porozumienia i potwierdzić zawarte przez przodków
waszych i naszych umowy, oraz odnowić stare pokojowe traktaty. Pragniemy za
hojność okazaną w podarkach przez waszego szlachetnego władcę, odwdzięczyć się
równie hojnie i żywimy nadzieję, iż nasze dary staną się równie miłe wielkiemu
Uradesowi jak te, którymi uradował nasze serce. Zamierzamy bowiem złożyć mu w
darze jeden z najcenniejszych skarbów naszego królestwa. Wiem, że jutro jeszcze
przed świtem zamierzacie ruszyć w drogę powrotną. Moi sekretarze dostarczyli
wam już kopie wszystkich dokumentów opatrzone królewskimi pieczęciami.
Podarunki, jakie pragniemy przekazać naszemu przyjacielowi, Uradesowi, będą
gotowe do drogi we właściwym czasie i miejscu, tak byście nie musieli
wprowadzać żadnych zmian w swoich planach.
Umilkł wreszcie a posłowie skłonili się niżej oddychając z
ulgą. Obawiali znacznie dłuższej i nudniejszej przemowy, której musieliby
wysłuchiwać w niewygodnej pozycji, zgięci, z pochylonymi głowami, jak tego
wymagała tutejsza etykieta od ludzi każdego stanu, gdy król zwracał się
bezpośrednio do nich.
– Audiencja skończona. – Królewski ochmistrz rozwiał
wszelkie wątpliwości i trzej mężczyźni, wciąż w ukłonie, zaczęli wycofywać się
tyłem.
Amu-Thel odczekał aż opuszczą salę i dopiero, gdy znikli za
wielkimi rzeźbionymi podwojami, wstał i wolnym, dostojnym krokiem opuścił aulę,
nie zaszczycając nikogo spojrzeniem. Pięć zakapturzonych osób podążyło za
królem. Musieli przy tym przejść przed tronem na drugą stronę komnaty do
znajdującego się tam wyjścia, przez co znów zwrócili na siebie uwagę Arvy.
Zdumiała go harmonia ich ruchów. Zupełnie jakby nie szli,
lecz płynęli. Długie do ziemi szaty bezszelestnie przesuwały się po lśniącej
posadzce. Choć może było to jedynie wrażenie, bo przecież stał w pewnym
oddaleniu, a salę po wyjściu władcy wypełnił gwar ludzkich głosów i po prostu
nie mógł słyszeć odgłosu kroków.
– Kim są ci w kapturach? – Zaintrygowany zagadnął stojącego
obok człowieka.
– Słucham? – Dworzanin, wyrwany z rozmowy, nie dosłyszał
pytania, ale gościnność nakazywała nie pozostawiać przybysza z obcego kraju bez
odpowiedzi, więc dopytał się grzecznie. – Wybacz, panie, nie słyszałem, o co
pytałeś. Zechcesz powtórzyć?
– Kim są? – Arva brodą wskazał na znikających kolejno w
ciemnym przejściu... mnichów?
Uśmiechnięty Sibachi podążył za jego wzrokiem i twarz mu
stężała.
– Mahyavi –
powiedział, składając dłonie, jak do modlitwy i kłaniając się kilkakrotnie w
kierunku ciemnego korytarza, którym znikły postaci. – Nawet nie wiedziałem, że
są tu wśród nas.
– Mah...? Jak? – Uniósł brwi zaciekawiony Arva.
Reakcja Sibachi zaskoczyła go i zaintrygowała o wiele
bardziej niż ci, o których spytał. Rysy mężczyzny ściągnął nabożny lęk.
– Mahyavi –
powtórzył dworzanin, a wypowiadając to słowo znów skłonił się kilkakrotnie. –
Święte uzdrowicielki. – Wyjaśnił uprzejmie i znów kiwnął się kilka razy ze
złożonymi rękoma. – Tylko nieliczni mają zaszczyt być dotkniętymi ich niezwykłą
mocą.
– Rozumiem. – Arva podziękował ukłonem za informację.
Ostatecznie zaspokoił ciekawość, a wyjaśnienie okazało się
banalne. To były tylko jakieś tutejsze mniszki. Uśmiechnął się pod nosem. To by
również wyjaśniało lekkość ich ruchów. Kobiety.
Kiedy opuszczał salę nie pamiętał już o dziwnych postaciach.
Miał mnóstwo pracy dzisiejszego popołudnia. W drogę mieli ruszyć przed
świtem, by przed wieczorem zdążyli
dotrzeć do Karmazynowej Doliny, nazywanej tak z powodu niezwykłej barwy, jaką miała
tam gleba.
Dalej ich droga wiodła na przełęcz. Po drugiej stronie
gór będą już we własnym kraju, choć wciąż daleko jeszcze od domu. Zbliżała się
pora deszczowa i jeśli nie zdążą przeprawić się przez rzekę Amishar nim nadejdą
monsuny utkną w drodze na długie tygodnie. Bezwzględnie musieli wyruszyć jutro.
Postawił tę sprawę na ostrzu noża. I tak zabawili tu cały tydzień dłużej niż
planowali z powodu jakiegoś idiotycznego święta zimy, podczas którego król nie
udzielał audiencji.
Choć ów dodatkowy tydzień Arva spędził całkiem przyjemnie,
racząc się za dnia i nie tylko, miłym towarzystwem, nie miał ochoty zostawać
dłużej niż to było konieczne.
Dziwnie się czuł w Sibach, niezwykłej krainie, której nie
chroniły ani miecze i tarcze, ani mury. Ludzie tutaj byli łagodni, zawsze
uśmiechnięci. Zupełnie jakby byli z innego świata. Nie znali wojen, nie znali
przemocy i święcie wierzyli w chroniącą ich magię tej krainy.
Prychnął z drwiną. Gdyby nie fakt, że stanowiąca enklawę
Sibach nie była nikomu do niczego potrzebna dawno już jej mieszkańcy
przekonaliby się jakimi mrzonkami żyją. On sam nie miał nic przeciw temu, by
pozostawić tę dziwaczną krainę i jej mieszkańców w spokoju, ale irytowała go
ich naiwność. Im szybciej stąd wyjadą, tym szybciej odzyska równowagę i spokój.
Z zapałem rzucił się w wir przygotowań do drogi i skupił na popędzaniu
swoich ludzi. Nie tolerował opieszałości, jakiekolwiek opóźnienia w orszaku,
którym on dowodził nie miały prawa mieć miejsca.
Amu-Thel spoglądał na siostrę z irytacją, prawie z
obrzydzeniem.
Stała nieruchoma, wyprostowana jak struna, z dłońmi ukrytymi
w rękawach habitu. Wzrok wbiła w ścianę przed sobą, gdzieś ponad głową brata, nerwowym
krokiem przemierzającego komnatę tam i z powrotem.
– Zrobisz, co ci każę, Thelido.
– Nigdy żaden Sibachi nie opuścił doliny.
– Za ludzkiej pamięci – wpadł jej w słowo – a ta jest
krótka.
Zignorowała tę uwagę. Jej głos był spokojny. Nic nie
zdradzało zdenerwowania czy gniewu, ale sprzeciwiała się.
– Mahyavi nie
opuszczają Sibach, ani za ludzkiej pamięci, ani poza nią.
Śmiała kwestionować jego decyzję! Amu-Thela rozsadzała
złość. Nienawidził siostry. On był tu królem! Ale ona była mahyavi, a nie królowie lecz właśnie uzdrowicielki były największym
skarbem tego kraju. Doskonale wiedział, że to właśnie Thelidę poważa i czci
lud. Thelidę, uzdrowicielkę nie jego, króla! Zazdrościł jej tego uwielbienia i
szacunku. Nawet nie znali jej twarzy, a to ona była pierwsza w sercach Sibachi!
Zawsze ona na pierwszym miejscu, choć to on był jedynym synem i następcą tronu!
A teraz był jej królem!
Dziecko obdarzone przez opiekuńcze bóstwa uzdrowicielską
mocą było najbardziej pożądanym wyróżnieniem dla każdej rodziny, nawet
królewskiej.
Uważano je za wcielenie samej Mahiya – bogini światła i
cienia.
Mahyavi niezwykle
rzadko pojawiały się wśród ludzi. Bogini bardzo starannie wybierała swoje
ziemskie powłoki. Status rodziny, w której mała mahyavi – córka Mahiya – przyszła na świat raptownie wzrastał.
Amu-Thel i jego siostra, Thelida, urodzili się tej samej
nocy, z jednego łona. Kiedy Thelida chwytała w płuca pierwszy oddech, ogień w
świątyni zapłonął sam z siebie, a pojedyncze języki płomieni ułożyły się w jej
imię. Tak bogini manifestowała każde swoje wcielenie. Ogień się zapalał i wskazywał
imię kolejnej mahyavi. Rzadko jednak
bywało ich w świątyni więcej niż dziesięć w tym samym czasie. Dziewczynki,
otaczano nabożną czcią, niemal kultem. Wychowywały się w rodzinnych domach
dopóki nie stały się dojrzałe. Wraz z pojawiającą się pierwszą krwią przenosiły
się do świątyni.
W tej chwili w klasztorze mieszkały dwie starsze mahyavi i trzy młodsze. Jedną z nich
była Thelida. W domach rodzinnych dorastały dwie kolejne wybrane.
Święte mniszki były największym skarbem tego kraju,
zapewniały mu dobrobyt, zdrowie i pokój. Ich obecność w Sibach sprawiała, że
sama bogini chroniła kraj i żadni wrogowie od wieków nie mieli do niego
dostępu. Ba, nie mieli żadnych wrogów.
Amu-Thel zacisnął szczęki i dłonie w pięści.
– Ale ty opuścisz! – Stanął przed dziewczyną i spojrzał jej
w twarz.
Tu, rozmawiając sam na sam z bratem, odrzuciła kaptur i mógł
patrzeć jej w oczy. Byli tego samego wzrostu, podobni do siebie, różnili się
jedynie kolorem włosów i oczu. Włosy Thelidy były jasne, niemal białe, a oczy
intensywnie błękitne. Te cechy wyróżniały uzdrowicielki pośród innych ludzi,
wiedziano o tym, choć niewielu miało okazję potwierdzić na własne oczy tę
prawidłowość. Mniszki nosiły habity i kaptury, bardzo dokładnie osłaniając się
przed ludzkim wzrokiem. Póki były dziećmi, rodzina troszczyła się o to, by jak
najmniej osób miało z nimi styczność. Miały kontakt jedynie z najbliższymi,
rodzicami i rodzeństwem. Jeśli zachodziła potrzeba pokazania się innym osobom,
dzieci osłaniano ubiorami podobnymi do tych, które nosiły dojrzałe mniszki.
Niezbędne wykształcenie odbierały dopiero w świątyni.
Z Thelidą było trochę inaczej. Przyszła na świat w rodzinie
królewskiej. Wprawdzie chroniono ją przed ludzkim wzrokiem, jak każdą mahyavi, ale odebrała o wiele
staranniejsze wykształcenie, ucząc się wraz z bratem.
Włosy Amu-Thela, inaczej niż u Thelidy, były ciemne,
podobnie jak tęczówki oczu, w których płonęła teraz gorąca nienawiść.
Siostra od zawsze odbierała mu wszystko. Uwagę i miłość
innych ludzi. Matki, ojca, później opiekunów i nauczycieli. Ale teraz wreszcie
się jej pozbędzie. Zniknie z jego oczu i nigdy więcej nie będzie musiał jej
oglądać, a lud o niej zapomni. Miał szczerą nadzieję, że Urades zrobi z niej
niewolnicę, upokorzy i zdepcze godność. Zniszczy ją, może nawet zabije. Nie
dbał o to. Postanowił, że się jej pozbędzie i nic mu w tym nie przeszkodzi.
Śmiałe, zimne spojrzenie błękitnych oczu Thelidy, przenikało
go na wskroś i mroziło serce. Tego spojrzenia też nienawidził, od zawsze.
Uśmiechnął się w duchu z satysfakcją. Dziś ona patrzy na niego ostatni raz.
Nigdy więcej nie zobaczy tych przeklętych oczu.
Nikt, kogo znał, nie potrafił tak jak ona ukrywać emocji, ale Amu-Thel był
jej bratem-bliźniakiem i wiedział, czuł jej lęk, choć nie potrafił dostrzec go
w źrenicach. Karmił tym strachem swoją nienawiść. Pragnął jej krzywdy i jedyne
czego żałował, to fakt, że nie będzie mu dane nasycić się widokiem udręki
Thelidy.
– Obiecałem Uradesowi, jeden z najcenniejszych skarbów tej
krainy – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Ty nim jesteś. Wyruszacie przed
świtem. Przygotuj się więc do drogi, siostro. – Z jadowitą satysfakcją
podkreślił słowo „siostra”.
Nie odpowiedziała. Ostatecznie to jego wola stanowiła prawo.
Nie będzie prosiła o łaskę. Wychodząc odwróciła tylko głowę.
– Żegnaj… bracie. – Zamknęła za sobą drzwi.
Amu-Thel był prawie pewien, że głos jej zadrżał. Serce
zabiło ponurym zadowoleniem. Opadł na fotel i odetchnął. Plasnął dłońmi o uda i
roześmiał się na głos. Nareszcie!
* * *
Jak zauważyliście obrazka "okładkowego" do tego fragmentu nie ma. Jeszcze nie ma... bo to taki trochę tekst spontan. Generalnie nadal pozostaje w fazie niespisanego pomysłu na coś. Może kiedyś nastąpi ciąg dalszy ;).
Do poczytania niebawem :)


uuuuuu.......
OdpowiedzUsuńtyle czekania i tylko tyle
:'-(
Siła wyższa :(, ale sama liczę na swoją własną poprawę w nowym roku. Będzie ok... :)
UsuńTen komentarz został usunięty przez administratora bloga.
OdpowiedzUsuńNapisane na czerwono: spamu nie toleruję... Nie umie czytać a myśli że pisać umie? No, sorry... nie zamierzam tracić czasu.
UsuńKajjko, zamierzchłe królestwa, boginie i czary mary to chyba moje ulubione klimaty, więc tym bardziej zacieram rączki, że taka powieść zaczęła się tworzyć w Twojej głowie. Pytanie jakie się teraz nasuwa brzmi, czy podporządkujemy się woli złego króla? Bo Kajjka lubi okazywać pazurki albo skrzywdzić jednostkę dla dalszych wydarzeń. Więc na dwoje babka wróżyła. Mam nadzieję, że natchnienie na powyższe, jak również na KiM najdzie Cię szybciej niż później :)
OdpowiedzUsuńCo do Świąt, to spóźnione, ale najlepsze życzenia! Chociaż w tym roku jest tak, że się nacieszyć nie mogę, że już minęły...
Dziękuję, za życzenia Moniko :) Tegoroczne święta to chyba jakimś fatum naznaczone i ja też żegnam je z ulgą. Zaległości mam wszędzie potworne. Do tego tutaj, kiedyś tam wrócę, ale pojęcia nie mam kiedy. Bardziej prawdopodobna jest reaktywacja KiM. Po Nowym Roku zabieram się te zaległości nadrabiać. Pozdrawiam serdecznie :)
UsuńJa uznałam, że zaległości jakie sobie narobiłam i ani palcem nie kiwam, żeby je nadrobić już zaległościami zostaną na zawsze :)
UsuńKiM będę sobie musiała przypomnieć, bo poza tym, że sieczka goniła sieczkę to mi się jakoś rozwiało. Pamiętam kilka szczegółów, ale nie wiem, czy mi się teraz różne fabuły z różnych powieści nie zmieszały. W każdym razie jak mówisz, że KiM reaktywujesz, to z radością zabieram się za powtórkę ;)
A to spokojnie :) Nie wiem kiedy do tego wrócę, ale nie sądzę, żebym się zebrała przed czerwcem, jak coś będzie na rzeczy to dam znać :)
UsuńToś mnie teraz ustrzeliła z czerwcem :D
UsuńKasia:Monia 1:0 !!
Wolę się nie wyrywać z wcześniejszym terminem :P A do czerwca to jest szansa, że się zdążę jakoś poogarniać ;)
Usuń