WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

03.09.2015

Dioris cz.5

Wrzesień rozpoczynam  kolejnym fragmentem "Dioris" :). I to dobra nowina. Mniej radosną jest ta, że zdejmuję z bloga dwa kolejne teksty. Tym razem są to teksty z antologii Deszczowe sny: Sen o deszczu i W strugach deszczu. Powód ten sam, co w przypadku Nie-boskiego stworzenia z MDS. Mamy spore szanse na wydanie obydwu antologii, co za tym idzie, teksty nie mogą sobie fruwać po sieci. Szczególnie w sytuacji, gdy mi się tu złodzieje wszelkiej maści wygrażają, że sobie mogą co chcą i gdzie chcą, robić z moimi tekstami bez mojej zgody. Tak, że proszę o zrozumienie. Na blogu jest zresztą chyba tylko jeszcze jeden tekst stanowiący element składowy kolejnej antologii. Na razie jednak skupiamy się na dwu wymienionych, więc tamten jeszcze chwilkę tu sobie powisi :). Te które zostały zdjęte nadal są w indeksie z odpowiednią informacją. Jeśli ich status się zmieni i będą dostępne, oczywiście pojawi się stosowana informacja o tym, gdzie można się z nimi zapoznać :). A teraz już zapraszam na "Dioris", dzisiejszy fragment wyszedł całkiem słuszny, co spodziewam się, ucieszy tych, którzy czytają :).



     Sen był twardy, leczniczy, bez marzeń i męczących koszmarów. Wybudziło ją z niego równomierne kołysanie i powiew chłodnego wiatru na twarzy. Głowa bolała, ciałem nadal wstrząsały gorączkowe dreszcze. Teraz jednak była przytomna, choć nie mogła pojąć dlaczego w ogóle jeszcze żyje, dlaczego opatrzono ją i okazano troskę, wioząc w głąb kraju Aurów, zamiast porzucić jak zbędny balast w lesie, na żer dzikiej zwierzynie. Doskonale wiedziała, że jakikolwiek kontakt z ludźmi w tym kraju stanowi ryzyko. Ale pozostając wolną, mogłaby próbować przedstawić swoją sytuację, poprosić o pomoc, schronienie. Tymczasem została schwytana na obcym terenie, na który wtargnęła bezprawnie. Znów jest niewolnicą. Gardło ścisnęły gorycz i lęk. Nie przed śmiercią, lecz przed kolejnym piekłem, do którego może trafić. Zdecydowanie wolałaby śmierć, jednak nie dano jej umrzeć, choć przecież nic nie była warta. Zdeptana, zniszczona ludzka skorupa. Pusta i wypalona, bez nadziei na lepszy los, którą dotąd przy życiu utrzymywała jedynie myśl o pomście. Doprawdy, lepiej byłoby, gdyby pozwolono jej umrzeć.

     Aura jadący konno tuż obok, zauważył, że odzyskała przytomność i krzyknął coś do tyłu, do Botty. Nakazano wstrzymać marsz. Postój był krótki, ale nakarmiono chorą dziewczynę, podano leki i zatroszczono się o jej wszelkie potrzeby.

     Kolejne dni w drodze upływały pomiędzy jawą krótkich popasów, a snem marszruty. Nie potrafiłaby powiedzieć ile ich upłynęło. Dwa? Czy może cztery? Z czasem gorączka wreszcie ustąpiła, ale branka wciąż była słaba i nie pozwolono jej siąść na konia. Nie miała dość sił ani ,by się temu sprzeciwiać, ani by próbować ucieczki. Leżała, więc na swoim posłaniu, niesionym przez dwa konie, raz po raz zapadając w krótką, niespokojną drzemkę, z wolna poddając się apatii i rezygnacji. W chwilach pomiędzy jednym snem, a drugim, uszu dobiegało niecierpliwe parskanie koni tuż nad głową, czasem rubaszne żarty wojaków i strzępy ich rozmów.

     – Rozmawiałeś z nią, Botto i co? – Arut skinieniem głowy wskazał na brankę. – Dowiedziałeś się czegoś? – spytał.
     Jadący tuż obok, młody Aura z namysłem popatrzył na pogrążoną właśnie w kolejnej drzemce dziewczynę. Opuchlizna znad oka dawno już zeszła, na twarzy pozostał jeszcze jedynie wielobarwny siniec.
     – Niewiele – mruknął. – Powiedziała tylko, że jest sierotą i że ma na imię Allathe. – Ściągnął brwi. – Nie wierzę jej.
     – I słusznie – stwierdził się druh. – My nie...
     – To znaczy, wierzę – sprostował Botta – że nie ma rodziny. Ale to imię... Allathe, to nie jest jej imię.
     – Skąd ta pewność? To Barthyjka, oni mają takie dziwaczne imiona.
     – Oczywiście – pokiwał głową Botta, spoglądając na Aruta – ty z całą pewnością coś o tym wiesz. – Mrugnął do niego i rozciągnął usta w szelmowskim uśmiechu.
     – Ech, z takim językiem – skrzywił się Arut. – Tak, wiem. Jest moją żoną prawie od roku, a ja nadal niewiele rozumiem z mowy Barthów. Ona znacznie lepiej mówi naszą mową.
     – Bo uczyć ci się nie chce. – Uśmiech Botty jeszcze się poszerzył. – Szczęście masz, że trafiła ci się pojętna kobieta, inaczej byś się z nią nie dogadał.
     Na te słowa szeroki uśmiech pojawił się na twarzy Aruta.
     – No, nie wiem. Od początku szło mi całkiem nieźle. – Zarechotał, bardzo z siebie zadowolony. – I to bez znajomości języka. A co do imienia, tej tu – wskazał brodą na brankę – to co ci się w nim nie podoba? Imię, jak imię.
     – No, właśnie w tym rzecz, że nie. Bo widzisz, ja akurat znam barthyjską mowę. Dziecko się rodzi, kochasz je, dajesz mu imię. Nie chce mi się wierzyć, że rodzic dałby takie imię dziecku. Wiesz, jak się tłumaczy allathe na nasze?
     – A skąd mam wiedzieć? – Wzruszył ramionami.
     – Allathe to zemsta. To nie jest imię. To miano. I dam sobie rękę obciąć, że sama je sobie nadała. Ona skrywa jakąś tajemnicę, czuję to. I dowiem się, jaką. Wydobędę to z niej, żeby nie wiem co.
     – E, tam... Te twoje przeczucia. Uparłeś się. Co ona cię obchodzi? Zbiegła niewolnica i tyle.
     – Jest zbyt dumna i harda na niewolnicę. Być może skądś zbiegła. Jeśli tak, to chcę wiedzieć skąd i dlaczego. Chcę wiedzieć, czego samotna barthyjska dziewczyna szuka w naszym kraju – mruknął Botta.
     – Dla mnie to oczywiste. Jeśli nie jest zbiegłą niewolnicą, to jest złodziejką, albo popełniła inne przestępstwo, albo jeszcze coś... No, nie patrz tak na mnie – wywrócił oczyma – ja tylko snuję domysły i mnożę przypuszczenia. Jeśli nie ma rodziny, prawdopodobnie straciła ją za naszą sprawą. W takim razie, skoro imię, które ci podała oznacza zemstę, masz gotową odpowiedź. Czegóż innego szuka pośród nas, jak nie pomsty? Masz słuszność, nie ufaj jej...
     – Nie powiedziałem, że jej nie ufam, tylko że nie wierzę, iż naprawdę nosi imię Allathe – sprostował młody Aura. – Nie wydaje mi się, by ona sama była niebezpieczna. Mam jakieś przeczucie, że tak nie jest.
     – Znów te twoje przeczucia. A ja ci mówię, ufając jej postępujesz nierozważnie, Botto. Albo ona szuka pośród nas osobistej zemsty, albo jest szpiegiem.
     – Co? – Botta parsknął śmiechem. – Zwariowałeś? Ona szpiegiem? Przecież to dziewczyna.
     – Jedno drugiemu nie przeszkadza. Zresztą, może właśnie, dlatego? Prosty podstęp. Kto posądziłby o coś takiego słabą dziewczynę? Taka jest poza podejrzeniem, więc...
     – Gdyby to była prawda, to dlaczego ścigali ją jej rodacy?
     – A co, jeśli to był tylko pozorny pościg?
     – Bzdura. Musieliby wiedzieć o nas, a nie wiedzieli. Czemu więc, miałoby służyć takie przedstawienie? Nie, Arucie, ona zbyt wiele ryzykowała, przeprawiając się po kruchym lodzie. To był desperacki krok.
     – Może i tak, ale ja bym jej nie ufał. Na twoim miejscu nie wiózłbym jej do Nammas, tylko poderżnął gardło i zostawił wilkom na pastwę.
     Botta spojrzał na niego spode łba.
     – Na jej szczęście, to ja jestem na moim miejscu, a nie ty.
     – Zaiste, na jej szczęście. – Arut zacisnął usta. Widać jednak jakaś myśl nie dawała mu spokoju bo zaczął po chwili:
     – Wiesz, czemu ją ze sobą wleczemy? Ja ci powiem. Bo ona wpadła ci w oko ot, co.
     – Teraz to głupoty pleciesz, Arucie – burknął Botta. – Nie gustuję w wychudzonych czupiradłach. Widziałeś jej włosy?
     – Sam pleciesz głupoty. Włosy ma obcięte, ale odrosną przecież. A co do reszty... No, może faktycznie jest trochę chuda. Ale nie wierzę, że nie zauważyłeś jej oczu. Ona jest ładna – powtórzył z uporem Arut – a na pewno będzie, jak się ją trochę podkarmi i odrosną jej włosy. I choćby dlatego, powiadam ci, nie powinniśmy jej ufać. Ładna kobieta, równa się niebezpieczeństwo. Zabij ją i zapomnij o niej, nim ona zabije kogoś za nas.
     Botta znów łypnął na niego z ukosa.
     – Nie – warknął. – Będzie żyła, bo tak postanowiłem i już.
     Arut wywrócił tylko oczyma i nie odezwał się więcej.

***

     Przed wieczorem, zatrzymali się w niewielkiej kotlince, pośród zalesionych wzgórz.

     – Rozbijemy tu obóz i zostaniemy na noc. Ludzie i konie muszą trochę wytchnąć.
     Nie rozstawiano jednak namiotów. Botta polecił rozpalić ognie i rozbić jedynie swój, choć bynajmniej nie dla siebie. Nim uporano się ze stawianiem, nosze z ranną branką zdjęto z uprzęży i położono blisko ogniska, żeby miała ciepło. Rozbudzona z drzemki usiadła na posłaniu. Rozejrzała się, podziwiając sprawność z jaką ludzie wykonywali pracę. Każdy doskonale znał zakres przynależnych mu obowiązków i zadań. Nikt nie pozostawał bezczynny. Szybko zebrano opał i rozbłysły ognie, gotowano strawę, zaopatrzono konie.
     Dziewczyna, korzystając, że chwilowo pozostawiono ja samą sobie, wstała. Wciąż jeszcze osłabiona poczuła lekki zawrót głowy, ale zacisnęła zęby, robiąc dobrą minę do złej gry. Z nadzieją, że nikomu nie rzuci się w oczy i pozostanie niezauważona, ruszyła nieco chwiejnym krokiem w kierunku ściany lasu bynajmniej nie, by próbować ucieczki. Powód tej próby samotnego oddalenia się był zaiste bardzo prozaiczny. Niestety, nim zdołała ujść dziesięć kroków, drogę zastąpił jej Botta.
     – A ty, dokąd? – Groźnie spoglądał na nią z góry.
     – Do lasu – burknęła niechętnie.
     – Po co? – Ściągnął brwi.
     Posłała mu tylko wymowne spojrzenie wraz z odpowiednią do niego miną, ale nie otrzymała w zamian litości, ani zrozumienia.
     – Wracaj na swoje miejsce. – Usłyszała w odpowiedzi. – Zaraz postawią namiot.
     – Muszę teraz. – Ton nie pozostawiał wątpliwości, że rzeczywiście musi.
     – Kobiety... – Westchnął mężczyzna, wywracając teatralnie oczyma. – Owiń się tym – rzucił jej swój płaszcz – i chodźmy.
     Najwyraźniej miał zamiar jej towarzyszyć.
     – Chcę iść sama – żachnęła się gniewnie. – Przecież nie ucieknę.
     – Oczywiście, że nie uciekniesz. – Zgodził się łaskawie, lecz poza tym się nie wycofał. – Albo ze mną, albo wcale – oznajmił twardo. – Decyduj się, tylko szybko, bo nie mam czasu na zabawę.
     – Chcę iść sama – upierała się. – Mam dosyć robienia tego w asyście hordy, doskonale bawiących się moim kosztem, mężczyzn.
     – Nie narzekaj, dopilnowałem, by cię nie podglądano.
     – Ach, dziękuję, faktycznie był to zbytek łaski, skoro i tak wszyscy fantazjowali sobie do woli, wkoło maleńkiego namiociku, ustawionego wyłącznie dla mnie, w wiadomym celu, w samym środku obozowiska – wysyczała ze złością, na jednym oddechu.
     Pochylił głowę, skrywając uśmiech i jednocześnie wyciągnął ku niej rękę, ale nadal nie ustąpił.
     – Pytam ostatni raz, idziesz? Czy wolisz czekać tutaj?
     – Idę – prychnęła wściekła. Nie przyjęła podanej dłoni i ruszyła przed siebie o własnych siłach. Szedł tuż za nią.
     – Przyrzekam, że nie będę cię podglądał – powiedział, nieźle już ubawiony, choć bardzo starał się przynajmniej udawać powagę. – Zrozum, nie mogę puścić cię samej. Tu są dzikie zwierzęta...
     – Nie boję się dzikich zwierząt – burknęła. – Boję się ludzi. Potrafią być gorsi niż zwierzęta.
     Botta nie odrzekł na to nic, ale zapamiętał, co powiedziała. Zwierzę może jedynie zabić, człowiek potrafi krzywdzić, bezmyślnie, ale i z premedytacją. Aura pomyślał tylko, że tej dziewczynie ktoś musiał naprawdę mocno zaleźć za skórę.

     Jakiś czas później siedziała milcząca i nadal zła jak osa, z kilkoma innymi osobami, przy ognisku. Właśnie uporała się ze swoją porcją gęstej, pożywnej zupy. Oddała naczynie i otuliła się szczelniej podarowanym płaszczem. Wodziła ponurym wzrokiem po twarzach ludzi, w głębi ducha zazdroszcząc im pogody i uśmiechów. Wsłuchiwała się z rozmowy, ważąc swoje szanse na przetrwanie pośród nich i realizację własnych, mrocznych planów.
     Przyszedł tam Botta, niosąc dwa małe, skórzane kubeczki wypełnione jakimś płynem. Podał jeden dziewczynie i usadowił się obok z drugim.
     – Wypij to, dobrze ci zrobi. Rozgrzeje cię.
     – Co to jest? – burknęła, spoglądając nieufnie na naczynko.
     – Nie pytaj, tylko wypij. – Z zachęcającym uśmiechem potrząsnął kubkiem.
     Wzięła go wreszcie z jego ręki. Powąchała zawartość i zmarszczyła nos. Botta obserwowała ją, teraz z kamienną twarzą.
     – Najlepiej jednym haustem – doradził. – O, tak. – Zademonstrował, błyskawicznie przechylając swój kubek i łykając jego zawartość na raz.
     – Uhm... – mruknęła z powątpiewaniem, ale idąc za radą pociągnęła słuszny łyk.
    W gardle, przełyku i żołądku zapłonął ogień. Zabrakło jej tchu, a oczy omal nie wylazły z orbit i wypełniły się łzami. Zaczęła kaszleć i przez dłuższą chwilę nie mogła wydobyć z siebie żadnego innego dźwięku. Siedzący obok Botta pokładał się teraz ze śmiechu. Mierzyła go tylko wściekłym spojrzeniem, przez łzy, póki nie odzyskała wreszcie głosu.
     – Ty bydlaku... – wypluła ze złością. – Jeżeli chcesz mnie zabić, miej odwagę wbić mi nóż w serce, zamiast podsuwać jadowitą truciznę.
     – Jaka trucizna? To tylko nalewka z głogu. Wyśmienity trunek – rechotał w dalszym ciągu, ubawiony Botta. – Gdybym chciał cię zabić, już dawno byś nie żyła. A to był tylko mały rewanż.
     – Co takiego?
     – No, za moją gębę. – Nachylił się. Oczywiście po opuchliźnie nie został już ślad, ale strup na łukiem brwiowym, siniak pod okiem i trzy rysy po paznokciach na policzku wciąż prezentowały się wcale okazale.
     – Chciałem inaczej, ale ty nie chciałaś. – Rozłożył ręce. – Nie dałaś mi wyboru.
     Wydęła usta i ostentacyjnie odwróciła się do niego plecami. Szturchnął ją pojednawczo łokciem.
     – Nie złość się. Chodź do namiotu, zjemy coś i odpoczniemy trochę.
     – Sam sobie idź. To twój namiot. Mnie jest dobrze tutaj i już się najadłam.
     – Tutaj to jest za zimno na igraszki... – mruknął, wstając.
     Puścił oko do siedzącego naprzeciwko Aruta. Ten pokręcił tylko głową z dezaprobatą. Nim się zorientowała, do czego zmierza i zdążyła zaprotestować, Botta dźwignął ją z ziemi Przerzucił sobie przez ramię i maszerował dziarsko w kierunku rozbitego na skraju polany namiotu.
     – Ej! – wrzasnęła. – Puszczaj!
     – Jak będziesz się tak darła, wszyscy się zlecą i będą fantazjować na temat tego, co robimy w namiocie, ale jak cię będę brał po cichu, to nikt się nie dowie – zażartował sobie ze śmiechem.
     Umilkła natychmiast i znieruchomiała, ale wyczuł jak napina wszystkie mięśnie, niczym zwierzę szykujące się do ataku. Nie przejął się tym, przecież nie miał zamiaru w żaden sposób jej krzywdzić. Zażartował sobie tylko.

     Wszedł do środka, opuścił połę i postawił dziewczynę na ziemi. Natychmiast odskoczyła w tył. Drżała na całym ciele.
     – Nie zbliżaj się do mnie – warknęła ostrzegawczo. W oczach miała wstręt i lęk graniczący z paniką.        Oddychała szybko, jak ktoś, kto przed chwilą biegł lub ciężko się czegoś przeraził. Aura postąpił krok do przodu, a ona natychmiast się cofnęła, obejmując się w obronnym geście skrzyżowanymi ramionami.
     – Nie zbliżaj się... – ponowiła ostrzeżenie.
     – Co się stało? – zdziwił się. – Boisz się mnie? Nie musisz, ja tylko...
     – Nie dotykaj mnie... nie dotykaj mnie... nie dotykaj mnie... – powtarzała w kółko, z obłędnym strachem w oczach.
     Uśmiech znikł z jego twarzy.
     – Oszalałaś? Żartowałem sobie, to był tylko żart. Nie tknę cię? Nie masz się, czego bać? Chciałem tylko z tobą rozmawiać i zaraz sobie pójdę, rozumiesz?.
     Wydawało się, że ona w ogóle go nie słucha. Jak gdyby nagle znalazła się w zupełnie innym miejscu, innym czasie, jakby nie jego miała przed sobą, lecz kogoś zupełnie innego, kogo najwyraźniej obsesyjnie się bała. Cofała się przed nim, póki nie oparła się plecami o maszt. Osunęła się wtedy na kolana i skuliła, osłaniając głowę rękoma.
     – ...nie dotykaj... nie chcę... nie mogę... nie dotykaj... nie dotykaj mnie...
     Przykucnął przy niej, kompletnie zdezorientowany.
     – Naimah, maleńka… – Nazwał ją sam, we własnym języku, bo imię, które podała nijak mu do niej nie pasowało. – Uspokój się, nic ci nie chcę zrobić. Nic ci nie grozi. Popatrz na mnie, to tylko ja, Botta.
     Próbował do niej dotrzeć, starając się nadać głosowi jak najłagodniejsze brzmienie. Nie mógł pojąć, w jaki sposób, może trochę głupi, ale w końcu niewinny, żarcik wywołał strach tak paniczny, że zupełnie straciła kontakt z rzeczywistością. Jakby nagle wykopał jakiegoś demona z jej pamięci. Chwycił dłonią podbródek i próbował zmusić, by spojrzała na niego i powróciła na ziemię, ale ta próba pogłębiła tylko histerię. Chciał uderzyć ją w twarz i w ten sposób otrzeźwić. Podniósł rękę, lecz wtedy ona zaczęła się trząść jak liść.
     – Nie bij... Błagam, nie każ mi, nie zmuszaj... nie mogę, przepraszam... proszę, nie bij... ja nie mogę... nie chcę...
     Nie potrafił jej uderzyć. Opuścił rękę i nie mając pojęcia, co począć, wstał i bez słowa opuścił namiot.

     Wrócił do ogniska i usiadł obok Aruta. Kompani śmiali się, opowiadając sobie jakieś cięte opowiastki i żartowali wesoło. Jedli, popijając piwem, które mieli w zapasach, w skórzanych workach. Botta w milczeniu odsunął podany sobie bukłak wypełniony trunkiem... Z uporem wpatrywał się w ogień. Błądząc po omacku w domysłach, usiłował odgadnąć przyczynę tego, co zaszło w namiocie i nie potrafiąc zrozumieć, raz po raz potrząsał głową. Arut cierpliwie czekał, aż Botta sam się odezwie i wyjaśni mu przyczynę tak szybkiego powrotu.
     – Co się stało? – spytał w końcu, zniecierpliwiony przedłużającym się milczeniem kompana. Botta spojrzał na niego kompletnie pogubiony myślach.
     – Nie wiem... Przecież tylko żartowałem, w ogóle mnie nie słuchała.
     – Ale co? Mówże po ludzku.
     – Zażartowałem sobie tylko, że w namiocie... że ją... że mógłbym... no wiesz...
     Arut parsknął śmiechem.
     – No i co z tego? Podbiła ci drugie oko, czy uciekła z wrzaskiem?
     – Znacznie gorzej... – mruknął Botta.
     Ręka Aruta, unosząca właśnie bukłak z piwem do ust, zawisła w połowie drogi.
     – Co to znaczy, gorzej? – Spojrzał uważniej na młodego druha. – Próbowała dźgnąć cię nożem? Czy może sama się rzucić na nóż?
     Botta przeniósł teraz wyraźnie zaniepokojony wzrok na towarzysza.
     – Skończony dureń ze mnie... – Przecież  zostawił ją tam samą, niemal nieprzytomną ze strachu. A jeśli rzeczywiście spróbuje pchnąć się nożem? Albo pobiegnie w panice do lasu? Zerwał się na równe nogi.
     – Chodź ze mną! – Klepnął Aruta w plecy. – Szybko!

***         

     Kiedy obaj mężczyźni wpadli do namiotu, zastali dziewczynę dokładnie tak jak zostawił ją Botta. Siedziała skulona, plecami oparta o maszt. Wzrok miała otępiały, utkwiony w jakimś nieokreślonym punkcie, niczym ślepiec. Przyciągnięte do piersi kolana obejmowała kurczowo ramionami i kiwała się jednostajnie w przód i w tył.
     Arut przykląkł i zajrzał jej uważnie w twarz. Nie reagowała na jego dotyk, jakby go nie widziała. Mamrotała coś niewyraźnie pod nosem.
     – Wygląda jakby była w jakimś szoku – stwierdził medyk, ściągnąwszy w skupieniu brwi. – Coś ty jej, do diabła, zrobił? – Rzucił oskarżycielskie spojrzenie na stojącego obok, bezradnego Bottę.
     – Nic, kompletnie nic. Tylko ją tutaj przyniosłem. Kłóciła się ze mną, to sobie zażartowałem. Wtedy zamilkła. Czułem jak zesztywniała, ale nie sądziłem, że aż tak się wystraszy. Gdybym wiedział...
     Arut przerwał mu.
     – Teraz to i tak bez znaczenia. Podnieś ją i przytul mocno. Nie pozwól się jej stąd ruszyć póki nie wrócę i mów do niej, nieważne co, tylko mów.

     Botta zrobił, jak mu nakazano. Obawiał się wprawdzie, że znów zacznie się wyrywać i błagać, ale ona pozwoliła się postawić na nogach, niczym bezwolna kukła. Przycisnął ją do piersi, obejmując ciasno. Czuł, jak wciąż drży jej ciało, słyszał jak usta cały czas powtarzają błagalnym szeptem: nie, nie.
     – Ciśśś, Naimah, maleńka moja... Cicho... dziecinko, kochanie... – Arut kazał mu do niej mówić, więc szeptał łagodnie, jak do małego przerażonego dziecka i kołysał się z nią delikatnie. Przycisnął policzek do miękkich, jasnych włosów. Czego tak potwornie się boisz? Kto? Kto mógł cię aż tak skrzywdzić, że uciekasz przed tym w szaleństwo?

     Arut dosyć długo nie wracał. Dziewczyna w ramionach Botty powolutku się uspokajała. Napięte mięśnie rozluźniły się wreszcie, ucichła i przestała mamrotać nieprzytomnie. Bez protestu pozwalała się tulić mężczyźnie trzymającemu ją w objęciach. Ale nadal była jedynie powłoką, z której duch gdzieś uleciał i zaszył się strwożony, porzucając ciało, które obojętnie poddawało się wszystkiemu, co zechciałby mu zgotować drugi człowiek. Nie próbowała objąć Botty. Po prostu stała i pozwalała, by ją obejmowano. Przymknęła oczy. Botta cały czas szeptał jej coś do ucha we własnym języku. Wsłuchiwała się w ten szept i to ją wyraźnie uspokajało.
     Na polecenie Aruta, który pojawił się wreszcie z kubkiem jakiegoś, zapewne ziołowego, specyfiku, Botta ostrożnie odsunął dziewczynę od siebie.
     – Spróbuj spytać ją, jak ma na imię, tylko łagodnie – powiedział półgłosem lekarz, cały czas obserwując w skupieniu twarz dziewczyny. Botta zbliżył usta do jej ucha:
     – Jak ci na imię, maleńka? Powiedz...
     Podniosła głowę i popatrzyła na niego jakby zobaczyła go pierwszy raz w życiu.
     – Jestem Dioris, córka Anegorda z Anegen – odpowiedziała posłusznie.
     Botta przytulił ją znów do siebie, posyłając tylko spod uniesionych brwi znaczące spojrzenie przyjacielowi.
     – Dioris... maleńka Dioris...

     Arut jedynie zmarszczył czoło na tę informację. Potem postawił na stoliku, zaimprowizowanym z kawałka pniaka, malutki kubeczek z naparem.
     – Później o tym pogadamy – mruknął. – Dopilnuj, niech to wypije. – Wskazał kubeczek. – I nie zostawiaj jej samej, ani teraz, ani w nocy. Rozumiesz?
     Botta skinął głową.

     Siedział na posłaniu obok pogrążonej we śnie Dioris. Sam nie mógł zasnąć. Zastanawiał się, co też trzeba uczynić młodej dziewczynie, by aż tak zniszczyć jej umysł i duszę. I nie był pewien, czy chce wiedzieć... Bo cokolwiek przeszła, musiało to być piekło.

następny fragment


Kolejny "odcinek" niebawem. Nie wytyczam już sobie żadnych terminów, nie składam obietnic, bo zmuszona jestem prosić o wyrozumiałość z powodu tej znacząco zmniejszonej częstotliwości dodawania postów i tego, że jedynie odgrzewam starocie z "Dzikich łabędzi", nie podejmując rozpoczętych tekstów, które zawisły w próżni. Wszystko to wiąże się z tym, że energię i czas poświęcam pracy grupowej, z której mamy nadzieję wykrzesać konkrety bardziej wymierne niż prowadzenie bloga, na którego i tak mało kto zagląda. I którego prowadzę bardziej chyba dla siebie, zważywszy, że nikt nie czuje potrzeby mnie do czegokolwiek mobilizować i jakiekolwiek komentarze pojawiają się tutaj rzadziej niż duchy. Nie, Kochani, nie zrzędzę, po prostu podsumowuję fakty. Bloga i tak będę prowadzić, bo lubię ;). Pozdrawiam wszystkie moje wierne duchy :).

10 komentarzy:

  1. jak to nie czytaa, ja Ciebie czytam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. zaglądam regularnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też tu bywam z tą różnicą, że używam donosiciela i zaglądam tylko jak rzucasz coś doczytania. Jeśli chodzi o regularność i jej brak w dodawaniu postów to rozumiem w 100%, więc nie poganiam, tylko grzecznie czekam aż coś wpadnie. A jak będzie coś więcej wiadomo z anto daj cynk ;)
    karo

    OdpowiedzUsuń
  4. Kocham Was, moje duszki :) Wiem, że tu bywacie i tak naprawdę to dla Was prowadzę bloga :)

    OdpowiedzUsuń
  5. I ja czytam, chociaż nie komentuje. Myślę, że po liczniku odwiedzin widać, że mnóstwo jest takich osób jak ja. Także proszę się nie zrażać co do małej ilości komentujących. Zarówno komentujący jak i tylko czytający z niecierpliwością czekają na każdą Pani publikację, szczególnie te które gdzieś tam wiszą nieskończone. Pozdrawiam stała czytelniczka M

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniałe opowiadania! <3 ja także wpadam regularnie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Kochani, teraz mi głupio, że marudziłam, ale wiecie, chwila słabości, każdemu się zdarza. Dziękuję, że jesteście :)

    OdpowiedzUsuń
  8. A wstydź się, Kami, wstydź :p
    Widzisz, czytają, czekają... i bardzo dobrze, bo mają na co. A jeśli chodzi o zastoje, to może nie będę się wypowiadała ;) Zdarzają się każdemu, a u Ciebie, to naprawdę sporadyczne przypadki... ;)
    Buziam,
    Soul

    OdpowiedzUsuń
  9. Szczerze, to ja też nigdy nie rozumiałam jak to jest, że podoba się coś, widać wejścia, a nawet otwieranie poszczególnych rozdziałów, a komentarzy jest niewiele. Osobiście jestem zdania, ze autor pisze dla siebie, ale publikuje dla publiczności, tak więc jeśli ta publiczność chce więcej, bo im się podoba, to powinni jakoś autora mobilizować, nie do pisania, bo to tak jak mówię - robi dla siebie, ale do tego by zechciał im upublicznić, choćby to co jeszcze ma w swojej szufladzie. Wydaje mi się, że nikomu korona z głowy by nie spadła, gdyby raz na kilka rozdziałów rzucił "podobało mi się to i to, tu i tu nawaliłaś, bo realność poszła w pieruny, ale za to seks mieli przedni i oby więcej takich fragmentów". To tylko jedno zdanie, napisanie i opublikowanie go w komentarzu zajmuje nie więcej niż dwie minuty. Wydaje mi się jednak, że strach przed wypowiadaniem się jest większy niż lenistwo. Od dziecka uczą nas, by nie myśleć, bo już w szkole większość nauczycieli woli jak dzieci rozwiązują zadania według schematu, a regułki recytują na pamięć, zamiast mówić własnymi słowami. Takie "głupoty opowiadasz" "lepiej nie dyskutuj" przenosimy potem z dzieciństwa do świata nas, dorosłych i o ile na blogach to może być widoczne, ale nie jest jakieś problematyczne, o tyle już w pracy, gdzie jeden się odezwie, a dziesięciu go popiera, ale milczy, bo boi się odezwać, świadczy o naszym tchórzostwie, jako grupy. To skoro już wylałam swoje żale i podzieliłam się swoją teorią na dany temat, to przejdę do rozdziału może...
    A więc powróciły do Dioris (ciągle piszę Doris i muszę potem to i dokładać) wspomnienia, te niewygodne, te z gwałtów, batów, itd. Nie dziwi mnie to, ale i tak jestem pod wrażeniem, że ze swoją walecznością się skuliła, zamiast go kopnąć między nogi. Ostatnio jakiś sadyzm się we mnie budzi i czekam tylko aż któraś z bohaterek opowiadań jakie czytam przypieprzy facetowi, ale tak realnie, a nie że się od razu heroską stanie, bo takich bajek już ma dosyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nom, tak to już jest. Jak chcą poczytać bestseller to muszą za niego zapłacić odpowiednią kwotę w księgarni. Na blogu mają za darmochę, to po co się wysilać ;). Ale jak już mówiłam, przyzwyczaiłam się do tego :).

      Może się to wydać trochę dziwne, ale moje bohaterki, choć niektóre bywają zadziorne i pyskate, niektóre mimozowate i delikatne, ale żadna z nich nie kopie facetów po jajach. Moim bohaterkom raczej każę używać raczej dyplomacji niż walić patelnią. Suerherosów nienawidzę bez względu na ich płeć. To dobre dla dzieci ;).

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.