– Pan wrócił! – Z wieścią wpadła do kuchni Liki. – Do wieczerzy pewnie zaraz zechce siadać!
Diye pośpiesznie zagoniła dziewczęta do pracy i dopiero
teraz, kątem oka dojrzawszy Dioris, wciąż siedzącą za stołem, przypomniała
sobie o niej.
– Ty jeszcze tutaj? – fuknęła. – Biegnij na górę, a już. Przebrać
się, bo zaraz do wieczerzy będziemy siadać.
Dioris popatrzyła na nią dziwnie, łokcie wsparła na blacie i
podparła brodę dłońmi. Wzrok miała lekko mętny.
– Nie chsę wieszerzy – burknęła nieco bełkotliwie.
– Nie gadaj mi tu głupstw! Król zauważy twoją nieobecność i będzie
gniewny. Marsz na górę.
Dioris zaparła się jak osioł.
– Rossłości się? No to, so? Nie idę nigzie... i już. – Wychyliła
do końca zawartość kielicha i sięgnęła po dzban, ale że ręka nie od razu
trafiła na ucho Diye zdążyła sprzątnąć go jej sprzed nosa,
– O, nie. Stanowczo masz już dosyć – oznajmiła, jednoczenie ze
zgrozą spostrzegając, że w dzbanie niewiele już pozostało do ocalenia. – No,
oberwie mi się za ciebie – mruknęła pod nosem. – A, trudno. Jazda mi natychmiast
na górę, do spania! Jak mnie zapytają, gdzie jesteś to powiem, że zasnęłaś i
może się nie wyda, że się spiłaś.
Ale wysłanie Dioris gdziekolwiek okazało się być z tych
niemożliwych do wykonania. Znów oparła brodę na rękach, łokcie wspierając na
stole.
– Mowy nie ma. Nie idę. Tu będę siezieć, bo tak mi
dobszsz...
– Próbuje ocalić naszą skórę przed reprymendą! – rozeźliła
się na dobre Diye, po prawdzie troskając się głównie o własną. – Czekaj ty... Mnie
się oberwie, ale tobie też. Zobaczysz, napuszczę go na ciebie, zobaczysz! – Spróbowała
groźby, robiąc groźną minę, licząc w duchu, że to poskutkuje, ale gdzie tam.
– A... nie boję się... Niech się spróbuje tylko pokasłać...
dam mu w sęby... O, tak mu dam. – Niezdarnie machnęła ręką w powietrzu.
Ochmistrzyni sapnęła gniewnie.
– Skoro tak, to siedź tu sobie! I żebyś wiedziała, że go
napuszczę!

