WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dioris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dioris. Pokaż wszystkie posty

13.01.2016

Dioris cz.15






     – Pan wrócił! – Z wieścią wpadła do kuchni Liki. – Do wieczerzy pewnie zaraz zechce siadać!
     Diye pośpiesznie zagoniła dziewczęta do pracy i dopiero teraz, kątem oka dojrzawszy Dioris, wciąż siedzącą za stołem, przypomniała sobie o niej.
     – Ty jeszcze tutaj? – fuknęła. – Biegnij na górę, a już. Przebrać się, bo zaraz do wieczerzy będziemy siadać.
Dioris popatrzyła na nią dziwnie, łokcie wsparła na blacie i podparła brodę dłońmi. Wzrok miała lekko mętny.
     – Nie chsę wieszerzy – burknęła nieco bełkotliwie.
     – Nie gadaj mi tu głupstw! Król zauważy twoją nieobecność i będzie gniewny. Marsz na górę.
     Dioris zaparła się jak osioł.
     – Rossłości się? No to, so? Nie idę nigzie... i już. – Wychyliła do końca zawartość kielicha i sięgnęła po dzban, ale że ręka nie od razu trafiła na ucho Diye zdążyła sprzątnąć go jej sprzed nosa,
     – O, nie. Stanowczo masz już dosyć – oznajmiła, jednoczenie ze zgrozą spostrzegając, że w dzbanie niewiele już pozostało do ocalenia. – No, oberwie mi się za ciebie – mruknęła pod nosem. – A, trudno. Jazda mi natychmiast na górę, do spania! Jak mnie zapytają, gdzie jesteś to powiem, że zasnęłaś i może się nie wyda, że się spiłaś.

     Ale wysłanie Dioris gdziekolwiek okazało się być z tych niemożliwych do wykonania. Znów oparła brodę na rękach, łokcie wspierając na stole.
     – Mowy nie ma. Nie idę. Tu będę siezieć, bo tak mi dobszsz...
     – Próbuje ocalić naszą skórę przed reprymendą! – rozeźliła się na dobre Diye, po prawdzie troskając się głównie o własną. – Czekaj ty... Mnie się oberwie, ale tobie też. Zobaczysz, napuszczę go na ciebie, zobaczysz! – Spróbowała groźby, robiąc groźną minę, licząc w duchu, że to poskutkuje, ale gdzie tam.
     – A... nie boję się... Niech się spróbuje tylko pokasłać... dam mu w sęby... O, tak mu dam. – Niezdarnie machnęła ręką w powietrzu.
     Ochmistrzyni sapnęła gniewnie.
     – Skoro tak, to siedź tu sobie! I żebyś wiedziała, że go napuszczę!

12.12.2015

Dioris cz.14

Kochani wpierw trochę wieści, dobrych czy złych zależy od punktu widzenia. Z mojego, dobrych, mam nadzieję, że i Wam zdadzą się miłe. Do rzeczy... 
"Słony wiatr" ukaże się jako ebook. Jest już po korekcie wydawniczej i ponieważ to nie jest druk, liczę, że cały proces nie potrwa już długo. Niestety, póki co dokładnych terminów nie znam. Nie mniej z zapisu w umowie w przybliżeniu mogę powiedzieć, że należy się spodziewać premiery w nowym roku, być może na przełomie stycznia i lutego, na pewno nie później. Ogromnie się cieszę, bo mam wielki sentyment do tego tekstu, ktory będzie nie tylko moim wydawniczy debiutem ale jest pierwszą napisaną przeze mnie powiescią w ogóle i pierwszą, która została ostatecznie dopięta od początku do końca. Oczywiście, jak tylko książka będzie dostępna w sprzedaży pojawi się na blogu stosowna informacja :).
A teraz zapraszam na kolejny fragment Dioris...



     Zawzięła się. Nie chce jej uczyć? Trudno, zwróci się o pomoc gdzie indziej. Z zasady unikała obcych mężczyzn, ale skoro upór wymagał ofiary to była gotowa ją ponieść. Niełatwo było uchwycić chwilę, w której nikt by się nie kręcił wokół tamtego człowieka. Ale Dioris była cierpliwa i wreszcie udało się zamienić z nim kilka słów. Wysłuchał jej z tym swoim drwiącym uśmieszkiem na twarzy i taksując sylwetkę dziewczyny śmiałym spojrzeniem, od stóp do głów, w sposób, który budził w niej sprzeciw. Czuła się oceniana i skrępowana. W dodatku była przekonana, że on dostrzega jej niepewność i nawet go ta sytuacja bawi. Stłumiła lęk i niechęć dla dobra sprawy. Zacisnęła zęby i umówiła się z nim na pierwszą lekcję za kilka dni. Mieli zacząć naukę od strzelania z łuku. I tak owych kilka dni później nie mówiąc nikomu gdzie idzie oddaliła się z domu w sobie tylko znanym kierunku.
     Na jej nieszczęście, nieobecność prędko została zauważona. Botta, którzy starał się nie wchodzić w drogę nieustannie bowiem miał na nią oko. Zdawał sobie sprawę, że uparta dziewczyna nie zrezygnowała ze swoich planów.
     Także i tego dnia, krótko po jej wyjściu udał się na plac, gdzie spodziewał się ją zastać. Nie zastał, za to dość szybko zorientował się, kto jeszcze zrezygnował dziś z ćwiczeń, a że kilka dni temu przyuważył jak rozmawia z Rokką, teraz dodawszy jedno do drugiego, klnąc pod nosem, natychmiast zaczął poszukiwać oboje.

2.12.2015

Dioris cz.13

Mam tu w sumie dwa rozpoczęte teksty, ten i "15 godzin..." oraz jeden zasadniczo zawieszony, "Kontredans". Zawieszony, bo jakoś nie mogę się do niego zabrać. Może kiedyś. Na razie skupiam się na tamtych dwóch i mam nadzieję, że na żadnym z nich się nie zawieszę i doprowadzę oba do końca :).
I to dobre wieści, a złe... Złych nie ma :D. A niebawem spodziewajcie jeszcze lepszych ;) A teraz zapraszam na chwilkę z Dioris i Bottą...


     Wiosna wybuchła nagle. Niemal z dnia na dzień w dolinie zazieleniły się łąki i zakwitły wczesnowiosenne kwiaty. Na gałęziach pojawiły się pączki a listki rozwijały się niemal w oczach. Poletka na łagodnych wschodnich zboczach szumiały oziminami.
     Dioris pozostawiono niemal całkowita swobodę. Mogła chodzić gdzie chciała i rozmawiać, z kim chciała. Gdyby oczywiście ona sama miała ochotę rozmawiać. Zastanawiała się nawet czy próbowano by ja zatrzymywać, gdyby postanowiła opuścić dolinę, ale tego nie zamierzała sprawdzać. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie czuła się gotowa wracać. Niemal każdego dnia spędzała godzinę lub dwie uważnie obserwując ćwiczących chłopaków. Potem w tajemnicy próbował naśladować ich ruchy i kroki z użyciem kija, ale zdawała sobie sprawę, że to żadna nauka. Potrzebowała czynnych lekcji z dobrym szermierzem. Z kobiecych zajęć lubiła prząść wełnę. Popołudniami i wieczorami zaszywała się w kącie z kołowrotkiem i, rozumiejąc wiele z auryjskiej mowy, przysłuchiwała się rozmowom kobiet. W ten sposób dowiadywała się wiele o swoich gospodarzach, oraz o zwyczajach i kultywowanych tradycjach. Osłuchawszy się z językiem sama coraz częściej zaczynała go używać, odpowiadając na pytania, gdy się do niej zwracano.
     Przy wiosennych porządkach wynalazła belę delikatnego płótna. Zapewne była to część jakiegoś łupu. Poprosiła o kawałek materiału Diye, ochmistrzynię w domu Botty. Ślęczała kilka wieczorów aż uszyła z niego trzy małe koszulki i ozdobiła je delikatnym haftem. Wybrała się z nimi do domu Aruta...

     Pomimo zapewnień Botty nie czuła się dobrze, że w żaden sposób nie dołożyła się do podarunku jaki złożył w imieniu ich obojga. Chciała podarować coś od siebie, a płótno z którego uszyła kaftaniki, było przecież zdobyczne, więc też nie do końca stanowiło własność Botty.

6.11.2015

Dioris cz.12

Siedzę ostatnimi czasy jak na szpilkach, przez co czuję się jak fakir jakiś. I jeszcze jakiś czas to niestety potrwa. Ale jak tylko poznam dzień i godzinę nie omieszkam zarzucić konkretem tutaj. Wtedy dowiecie się o co chodzi. Na razie zaryzykuję jedynie info, że coś jest na rzeczy, coś co mnie ogromnie cieszy. Ale sza... żeby nie zapeszyć ;)




     – Czego miała dotyczyć ta wróżba? Ta z dzieckiem. – Pytanie to dręczyło Dioris od chwili, gdy opuścili biesiadę i dom Aruta.
     Miała nieoparte wrażenie, że za tym, pozornie nic nie znaczącym, gestem kryło się jednak niemałe znaczenie. Bała się odpowiedzi i dlatego zwlekała póki nie znaleźli się sami w rodzinnej świetlicy, na piętrze.
     Uśmiechnięty Botta powoli ściągnął aksamitną narzutę i niedbale cisnął ją na ławę. Przetarł dłońmi twarz i westchnął.
     – Botto? – Dioris ponagliła. Skoro już zdobyła się na odwagę, by spytać, nie miała zamiaru ustąpić nie zaspokoiwszy ciekawości.
     Mężczyzna usiadł na wyściełanej ławie pod oknem i zachęcająco poklepał miejsce obok, jakby szykował się na dłuższą pogawędkę. Dziewczyna nie skorzystała z zaproszenia. Zmarszczyła jedynie brwi w oczekiwaniu na wyjaśnienie i wietrząc podstęp.

     – Jest u nas taki zwyczaj – odezwał się wreszcie, kiedy zrozumiał, że nie usiądzie obok niego – ojciec podaje nowo narodzone dziecko wolnemu mężczyźnie. Nie wybiera go pochopnie. Musi to być mąż dojrzały i świadomy swych pragnień. Ów mąż z kolei podaje dziecko kobiecie, z którą sam w przyszłości, w szczęściu chciałby doczekać potomstwa. Wybranka nie musi podzielać jego pragnień, ale tradycja mówi, że jeśli weźmie od niego dziecko...
     Usta Dioris zacisnęły się w wąską linię. Nozdrza zafalowały, gdy z gniewem wciągnęła powietrze. Zarumieniła się. Równie dobrze mógł być to jednak rumieniec zażenowania jak i gniewu. Dłonie splecionych na piersi ramion zacisnęły się w pięści. Nie przerywała mu jednak i w milczeniu wysłuchała opowieści do końca.
     – Małe dziecko jest niewinne i czyste. Jeśli uczucia obojga są równie czyste, to maleństwo nie zapłacze i wróżba jest pomyślna dla nich obojga.

     Doskonale zdawał sobie sprawę z wagi swych słów. Nie uśmiechał się, bo nie chciał, by odebrano je jak żart. Mówił spokojnie, z powag i z mocą, bez mrugnięcia patrzył dziewczynie w oczy. Widział jak zapala się w nich gniew, ale dostrzegał też niepewność i lęk. Z gniewem by sobie poradził, nie obawiał się go. Z niepokojem także. Lecz ów lęk sprawiał, że coś ściskało go w żołądku. Sprawiał, że czuł się bezradny, bo przerażała świadomość, że jako mężczyzna, sam był uosobieniem wszystkiego czego ona się bała. Umilkł i czekał. Nie wykonał żadnego gestu. Nie podszedł do niej, nie próbował nawet wziąć za rękę. Po prostu czekał na to, co powie, jak zareaguje. Nie zdziwiłby się, gdyby wybiegła bez słowa. Dziewczyna jednak nie uciekła, co mimo wszystko uznał za dobry znak. Odwróciła twarz.

28.10.2015

Dioris cz.11

Obiecanki, macanki... I tak, obiecanki...  Z obiecanek należy się wywiązać. Obiecałam dać kawałek w tym tygodniu, i proszę, oto jest :) A co się tyczy macanek... O tym rzeknę słówko na końcu ;) A teraz zapraszam :)



     Na zewnątrz było już ciemno, jedynie ciepły blask oliwnych lamp i świec wylewający się przez okienka z jasno rozświetlonych wnętrz nieznacznie łamał mrok w pobliżu domu. Było cicho i nikt się tu nie kręcił. Ludzie radowali się wewnątrz i jedynie z zagrody dobiegały parsknięcia pozostawionych tam zwierząt. Dioris przemknęła przez podwórze i przysiadła na wysokim progu jakiejś komory. Skuliła się, jakby bolał ją brzuch. Bo tak po prawdzie czuła ból, choć nie był on fizyczny. Palił jednak i dręczył nie mniej dokuczliwie, a może nawet bardziej, ponieważ ten fizyczny zawsze w końcu ustępuje albo sam z siebie, albo zagłuszony i uśmierzony właściwym zielem. Na cierpienie, które Dioris nosiła w sobie nie było lekarstw ani środków. Musiała z nim żyć.
     Oparła głowę o futrynę drzwi i przymknęła oczy. Z oddali, stłumiona ścianami dobiegała muzyka i radosne głosy. Słyszała śpiewy i śmiech. Myśli pobiegły ku wspomnieniom, gdy na palamarskim zamku beztroska młodzież ochoczo płatała figle nauczycielom, wieczorami w świetlicy umilali sobie czas muzykowaniem i śpiewem. Dziewczęta szeptem powierzały sobie nawzajem głęboko skrywane tajemnice. Byli wtedy szczęśliwi. Tak jak ci ludzie tutaj. Westchnęła ciężko, wsłuchując się w odgłosy zabawy, by zagłuszyły przeszłość, za którą nie było sensu tęsknić.

     Choć zarówno w jej rodzinnym domu jak i na dworze także nie stroniono od rozrywek to Aurowie wyraźnie różnili się od Barthów. Ci pierwsi byli spontaniczni, otwarci, życzliwi. Chwilami gwałtowni, nawet porywczy, ale równocześnie szczerzy i dumni. Najbardziej zdumiewał szacunek jaki mieli dla siebie nawzajem. Człowieka określało tu nie urodzenie, lecz czyny. Król, czy książę, mimo iż owa najwyższa władza była dziedziczna, musiał pośród nich zdobyć szacunek, by zaskarbić sobie posłuch. Wydawało się zresztą, i owa dziedziczność władzy była wśród Aurów raczej nowym obyczajem, być może zaczerpniętym właśnie od południowego sąsiada. Wiele stamtąd czerpano zarówno wiedzy jaki i przenoszono na własny grunt barthyjskich tradycji. Nie powinno to dziwić jeśli zważyć fakt, że niemały odsetek tutejszej społeczności miał barthyjskiem korzenie, gdyż Aurowie łatwo asymilowali swych niewolników. Pozycję w społeczności jednak w znacznie mniejszym stopniu wyznaczało urodzenie. I choć  nie pozostawało bez znaczenia, bo z każdym pokoleniem coraz wyraźniejsze były podziały pomiędzy z wolna kształtującymi się klasami, to jednak wciąż jeszcze doświadczenie, wiedza, uczciwość i honor przede wszystkim decydowały o tym kim był konkretny człowiek.

22.10.2015

Dioris cz.10

Helo :) Ktoś się stęsknił? Nikt? No, trudno, jakoś przeżyję ;). A tymczasem na pociechę (głównie dla mnie, bo ja się za tym miejscem trochę jednak stęskniłam) ogarnęłam kolejny fragment "Dioris". Zapraszam zatem...


     Minęło ledwie kilka dni, od ich przyjazdu do Nammas, gdy z domu Aruta przysłano radosne nowiny. Jego małżonka powiła córeczkę.
     Teraz zadowolony ojciec spraszał wszystkich na uroczystość przyjęcia nowej, świeżo urodzonej osóbki do społeczności. Biesiada połączona z tańcami miała odbyć się dzisiejszego wieczora w domu Aruta. Rzecz jasna Botta był zaproszony i to zarówno jako druh gospodarza jak i gość honorowy, bez którego nie mogła się przecież obyć żadna ważna uroczystość w Nammas. Oczywiście, nie było tak, by ciągano następcę na każdą hulankę do każdej chałupy, lecz Aruta łączyła z nim szczególna więź. Starszy od Botty, Arut, był nie tylko kompanem w czasie wypraw ale serdecznym przyjacielem i często też doradcą w różnych sprawach. Choć bywały takie, w których młody książę słuchał wyłącznie własnej intuicji, jak w przypadku owej niespodziewanej branki, z którą wrócili do domu.

 ***
     Dioris, zadumana, mięła w palcach delikatny jedwab. Suknia miała piękny, błękitny odcień. Szerokie mankiety i obszycie dekoltu ozdobiono misternym wzorem wyszywanym srebrną nicią i perełkami. Na wierzch przychodziła narzuta zapinana z przodu na cztery pary srebrnych guzów, połączonych ze sobą srebrnymi, plecionymi ozdobnie sznurkami. Narzutę uszyto z grubego, granatowego aksamitu. Jej dół i rękawy obszyto futerkiem barwionym na ten sam odcień błękitu, jaki miała suknia. I podobnie jak spodnia szatka tak i wierzchnia sięgała ziemi. Głos, który nagle zabrzmiał za plecami wyrwał dziewczynę z zamyślenia.
     – Podoba ci się?
     Drgnęła gwałtownie i obejrzała się. Za nią stał uśmiechnięty od ucha do ucha Botta. Pogrążona w zadumie nie słyszała, jak tu wszedł. Nie okazała tego, ale w duchu cała się spięła. Czujność. Nie powinna sobie pozwalać na jej uśpienie. Nigdy i nigdzie. Nawet jeśli całej jestestwo pragnęło czuć się w tym domu bezpiecznie, musi być czujna. Pogładziła dłonią aksamit.

6.10.2015

Dioris cz.9

Udało mi się skrobnąć kawałek, więc zapraszam na kolejne spotkanie z Dioris...


poprzedni fragment


     Dziewczyna zamarła i dłuższą chwilę jedynie wpatrywała się budowlę. W głowie gonitwa myśli i uświadomienie sobie, z kim tak naprawdę ma do czynienia... Konsternacja i zakłopotanie... Oto jej samozwańczy opiekun okazał się być nie zwyczajnym lokalnym wodzem. Za plecami Dioris stał nie kto inny, jak władca Aurów we własnej osobie. No, może nie do końca władca, nie koronowano go jeszcze i Botta wciąż pozostawał następcą. Nie mniej nie ulegało wątpliwości, że z jakichś sobie znanych powodów zdecydował się wziąć uciekinierkę pod swoje skrzydła, dać jej ochronę i dom.
     Przymknęła powieki i przełknęła ślinę. Jakże przewrotne i pokręcone bywają ścieżki losu. Dioris zyskała potężnego protektora, owszem. Tylko czy tego chciała? Czy potrzebowała właśnie kogoś takiego? Jej celem było przetrwanie i przygotowanie się, by mogła dokonać zemsty, odpłacić za krzywdy bliskich i swoje własne. Reszta się nie liczyła, dalej nie było życia, a przynajmniej nie było go dla Dioris. Więc jaki to wszystko miało sens?
     Mężczyzna stał blisko niej, czuła siłę i spokój bijący od niego. Czuła ciepło promieniujące z dłoni, wciąż opiekuńczo ułożonych na jej ramionach. Kilka dni wspólnej podróży pozwoliło, w pewnym stopniu, ocenić jakim Botta jest człowiekiem. I ta świadomość sprawiła, że wszystko, boleśnie się w niej ścisnęło.
     Bo jakże ktoś taki jak ona, mógł czegokolwiek oczekiwać od kogoś, kogo cechowała pogoda, szlachetność serca, a przede wszystkim wiara, że ludziom można ufać? Ona, Dioris, utraciła wszystko, dom, bliskich, wiarę, szlachetne urodzenie, wszak uczyniono z niej niewolnicę. Zbrukano, zniszczono, wielokrotnie i z premedytacją udowodniono, że jest nikim, że ona sama zupełnie się nie liczy. Jest zabawką w rękach oprawcy, służy jedynie zaspokajaniu jego chuci i zwierzęcych instynktów. Jest niczym i nigdy już nie znajdzie radości w zabawie, w śmiechu, żyje wyłącznie by zabić. Tego jedynie pragnie się nauczyć i po tę naukę przybyła do kraju Aurów. W duszy ma tylko chłód, mróz, nie jest zdolna do uczuć, nawet do przyjaźni, bo przyjacielowi się ufa, a ona nie zaufa już nikomu. Nie umie... Tymczasem człowiek, który stał za nią nie zasługiwał ani na obojętność, ani na nieufność, która stała się jej drugą naturą. Gorzej, Dioris ze swoją przeszłością, która tkwiła w niej, jak cierń w ropiejącej ranie, była niegodna by mieszkać z nim pod jednym dachem, choćby miała być tam jedynie najmarniejszą sługą. Byłaby jak trucizna... Nie mogła się zgodzić.

28.09.2015

Dioris cz.8

Daję dzisiaj, bo wiem, że później nie będę miała kiedy tego wrzucić. Dowlokłam towarzycho do celu, jakimś cudem nikomu nie robiąc po drodze krzywdy... Żeby nie przedłużać zapraszam na dzisiejszy fragment. W karcie "Dioris" :)




     Osiągnęli wreszcie przełęcz. Mimo iż był środek dnia, tu wysoko, osiadły chmury. Zakryły słońce, tworząc gęstą mgłę i znacząco ograniczyły widoczność, szczególnie skrywając dolinę u podnóża. W dół prowadziła ścieżka, równie wąska i niebezpieczną, jak ta wiodąca w górę. U ich stóp musiał rozciągać się piękny widok, ale lepka, biała mgła skrzętnie ukrywała wszystko nie dając żadnej uciechy oczom. Wilgoć, zresztą okazała się dość dokuczliwa. Osiadała na odzieży i włosach, a kąśliwy ziąb przenikał ciało do kości. Mokre kosmyki przylepiły się do czoła Dioris. Zaczęła szczękać zębami, więc Botta odruchowo przytulił ją mocniej do siebie.
     – Zimno tu, wiem. Już niedaleko. Niebawem zejdziemy z gór, a w dolinie jest znacznie cieplej, Naimah.
     – Dlaczego nazywasz mnie w ten sposób?
     – A wiesz, co to znaczy? – uśmiechnął się.
     – Wiem i...
     – Bo właśnie taka jesteś. Mała. I zagubiona, jak dziecko.
     – Wcale taka nie jestem.
     – Ależ jesteś... – przekomarzał się. Zbliżył usta do ucha Dioris tak, że poczuła jego ciepły oddech na zziębniętym policzku. – Mały, bezbronny ptaszek... I wierz mi, gdybym dostał w swoje ręce tego łajdaka, który... Obdarłbym go żywcem ze skóry, za to, co ci zrobił, maleńka moja... – Jego usta dotykały teraz jej skroni i wyczuł, jak znów napina mięśnie w obronnym odruchu. Podniósł głowę z westchnieniem i rozluźnił uchwyt, którym ją obejmował. – Mówiłaś, że byłaś dworką królowej, a twój ojciec służył królowi Miltornowi – zaczął, by rozładować napięcie, jakie się między nimi wytworzyło. – Jak się stało, że trafiłaś tutaj? Uciekasz aż stamtąd? Z Palamare?
     – Nie, nie stamtąd. Uwięziono nas tam, ale później wywieziono ze stolicy.
     – Was? Czy twój ojciec nadal jest w niewoli?
     – Mój ojciec... Ojciec poległ, wierny prawowitemu królowi. W Palamare uwięziono żony i dzieci szlachetnych rodów, które schroniły się na dworze na czas rebelii. A później... Ceną ich wolności miała być lojalność mężów i ojców, względem uzurpatora. Kto wyrzekł się buntu i zdeklarował posłuszeństwo ten mógł odzyskać rodzinę, czy krewnych. Byliśmy zakładnikami.

24.09.2015

Dioris cz.7

Powiem tak, poprawianie starych zapisków potrafi być sto razy gorsze niż napisanie kawałka od zera. Tym razem moim bohaterowie mnie zabili prawie na śmierć... gadulstwem. W planie miałam doprowadzenie ich w tym kawałku do samego Nammas, na próg chałupy, ale nie dałam rady. Góra była wysoka, ścieżka wąska, jechali wolno i nawijali, jakby nie mogli się skupić na podziwianiu widoków. Dobrnęłam wreszcie na tę cholerną przełęcz i w duchu mi zagrało "Alleluja!". Radość przedwczesna, no bo przecież teraz trzeba w dolinę z tej góry zejść. Poległam... Wybaczcie, ale złazić z tej cholernej przełęczy będziemy w następnej odsłonie. Gdybym podjęła to wyzwanie teraz niechybnie zepchnęłabym oboje w najbliższą przepaść razem z bogu ducha winnym koniem, kończąc tym samym całą historię.
A teraz, po tym "zachęcającym" wstępie zapraszam tych, którym starczy odwagi ;)



     – Jutro będziemy w domu! – zawołał pogodnie Botta. Szeroki, szczery uśmiech gościł na jego twarzy. Odgarnął z czoła niesforne włosy i usiadł przy ognisku, krzyżując długie nogi. Właściwie słowa były skierowane do Dioris, bo mówił w języku Barthów. Nie zareagowała jednak jakimś szczególnym entuzjazmem. Rzuciła tylko krótkie spojrzenie w jego kierunku, ale nie odwzajemniła uśmiechu. Zupełnie jakby mięśnie jej twarzy były niezdolne do takiego grymasu. Nie umknęło to uwadze mężczyzny. Nieznacznie zmarszczył brwi, ale poza tym nie dał nic po sobie poznać. Z niegasnącym uśmiechem, klepnął w łopatkę siedzącego po prawej stronie Aruta, który żuł w skupieniu kawałek suszonego, solonego mięsa.

     – No co? – zapytał druha. – Nie cieszysz się? Ty szczególnie powinieneś być zadowolony.
     – Przecież się cieszę... – mruknął ów i przełknąwszy wpierw przeżuwany kęs.
     W uszach Botty zabrzmiało to chyba jednak niezbyt przekonująco, bo uniósł brwi i skwitował:
     – Jakoś tak... słabo, na mój gust.
     Arut tylko westchnął.
     – Będę się cieszył głośno i mocno, jak już będę w domu i wszystko będę wiedział.
     – Uhm... rozumiem – odparł młody Aura i też sięgnął po kawałek mięsa. Wsunął do ust i niemal nie gryząc przełknął. – A kiedy to miało być? – spytał, odrywając mocnymi zębami kolejny kęs.
     Dioris objęła ramionami nogi, przyciągnęła do piersi i oparła brodę na kolanach. Udając drzemkę, spod przymrużonych powiek dyskretnie obserwowała Bottę. Nie dał się nabrać i bezczelnie puścił do niej oko. Zacisnęła usta i odwróciła głowę, a on wywrócił oczyma. Arut tymczasem zagapił się w pełgające płomyki
     – Jak wyjeżdżaliśmy, lada dzień. Może już... – westchnął ciężko.
     – Jeśli tak, urządzisz święto po powrocie. – Ucieszył się Botta. – Jak mnie zaprosisz, obdaruję sowicie twojego nowego potomka i małżonkę też.

10.09.2015

Dioris cz.6

Ten fragment jest w sumie "świeży". Jak zabrałam się za poprawki to praktycznie w ich ramach po prostu dopisałam całkiem spory kawałek. Musiałam, bo to co było, bardziej przypominało mi szkic niż powieść. Było zbyt suche i po prostu nijakie. Pisałam "Dioris" dość dawno. Wtedy mialam tendencję do parcia z akcją na przód, bez troski o szczegóły i "opakowanie" informacji. Ważne było tylko to, co wydarzy się w następnej kolejności. Teraz uzupełniam pozostawione luki, staram się troszkę o poprawę ładunku emocjonalnego, wiem, że teraz jest lepiej i liczę, że Wam się też spodoba. Wiem, nie macie porównania, bo nie znacie wersji pierwotnej, ale raczej nie ma czego żałować ;). Plus takiej weryfikacji własnego tekstu jest, że zaczynam wreszcie wpadać w ciąg... znaczy piszę, piszę, piszę. I trzymajcie kciuki, by mi tak zostało. Wtedy skrócą się nam przerwy pomiędzy wpisami.
Tymczasem zapraszam :) 



     Śmiech... Szyderczy rechot... Nienawidzi tego... Nie widzi jego twarzy, ale czuje dotyk dłoni na ciele... Te dłonie… Nienawidzi ich... Chciwe, lepkie, spocone... Obrzydliwe... Strach... Przed bólem, przed upokorzeniem... Znów… Nienawidzi tego… Jeszcze chwila i zedrze z niej ubranie... Jego palce się na karku... Ból... to zaboli... Potem zmusi ją... Błagam, nie... Napina mięśnie w oczekiwaniu na ból. Czuje, jak żołądek podjeżdża jej do gardła. Oddech przyspiesza... Nie chcę! Śmiech... jego oczy, płonące, mętne od alkoholu i pobudzenia. Nie chcę! Świat przed oczyma traci kontury, zlewa się w czerwoną plamę... Wszystko płonie... Ogień... Ona płonie... Nie chcę! Nie dotykaj...! Nie dotykaj...! Chce uciekać, ale za plecami jest tylko ściana, czuje jej szorstką, chropawą powierzchnię. Nie ma dokąd uciec. Kuli się na podłodze w oczekiwaniu na razy... Niczego już w niej nie ma... Ani wiary, ani nadziei... Niczego, prócz wstrętu i strachu... Nie bij... proszę...
     Cisza... Chłód... Samotność... Kiedyś ucieknie... Zemsta... Hańba... Rozpacz... Śmierć... Imeni nie żyje. Oni ją zabili... Nie ochroniła jej... Wina... Kara... Krew... Czerwień... Wszystko płonie... Ona też spłonie... Popiół... Pustka... Śmierć...
     Ktoś podnosi ją z ziemi, tuli w ramionach. Dotyk... ale inny. Ciepły, troskliwy... Głos... Tato... Imeni... Chce wyciągnąć ręce, poczuć ich dłonie w swoich, ale dookoła jest tylko czerwień... I głos, życzliwy, łagodny. I jego dłonie... Nie... Nie jego... Te jej nie krzywdzą, nie ranią... Te dłonie koją, ramiona chronią... Ojciec... Dom... Szept... Spokój... Spokój...
     – Jak ci na imię, maleńka?
     Kim jestem? Kim jestem? Ty nie wiesz? Czy ja to wiem?
     – Powiedz...
     Posłuszeństwo... Kim jesteś?
     – Jestem Dioris, córka Anegorda...
     Czy to ja? Kim jestem? Cisza... Ciepło... Spokój... Morze... Fale łagodnie liżące brzeg... Czerwień zbladła... Krew wsiąkła w piasek... Cisza... Światło gaśnie powoli... Świat się zamyka, kurczy się i znika w czerni... Pustka... Cisza... Wszechobecna cisza... Sen...

3.09.2015

Dioris cz.5

Wrzesień rozpoczynam  kolejnym fragmentem "Dioris" :). I to dobra nowina. Mniej radosną jest ta, że zdejmuję z bloga dwa kolejne teksty. Tym razem są to teksty z antologii Deszczowe sny: Sen o deszczu i W strugach deszczu. Powód ten sam, co w przypadku Nie-boskiego stworzenia z MDS. Mamy spore szanse na wydanie obydwu antologii, co za tym idzie, teksty nie mogą sobie fruwać po sieci. Szczególnie w sytuacji, gdy mi się tu złodzieje wszelkiej maści wygrażają, że sobie mogą co chcą i gdzie chcą, robić z moimi tekstami bez mojej zgody. Tak, że proszę o zrozumienie. Na blogu jest zresztą chyba tylko jeszcze jeden tekst stanowiący element składowy kolejnej antologii. Na razie jednak skupiamy się na dwu wymienionych, więc tamten jeszcze chwilkę tu sobie powisi :). Te które zostały zdjęte nadal są w indeksie z odpowiednią informacją. Jeśli ich status się zmieni i będą dostępne, oczywiście pojawi się stosowana informacja o tym, gdzie można się z nimi zapoznać :). A teraz już zapraszam na "Dioris", dzisiejszy fragment wyszedł całkiem słuszny, co spodziewam się, ucieszy tych, którzy czytają :).



     Sen był twardy, leczniczy, bez marzeń i męczących koszmarów. Wybudziło ją z niego równomierne kołysanie i powiew chłodnego wiatru na twarzy. Głowa bolała, ciałem nadal wstrząsały gorączkowe dreszcze. Teraz jednak była przytomna, choć nie mogła pojąć dlaczego w ogóle jeszcze żyje, dlaczego opatrzono ją i okazano troskę, wioząc w głąb kraju Aurów, zamiast porzucić jak zbędny balast w lesie, na żer dzikiej zwierzynie. Doskonale wiedziała, że jakikolwiek kontakt z ludźmi w tym kraju stanowi ryzyko. Ale pozostając wolną, mogłaby próbować przedstawić swoją sytuację, poprosić o pomoc, schronienie. Tymczasem została schwytana na obcym terenie, na który wtargnęła bezprawnie. Znów jest niewolnicą. Gardło ścisnęły gorycz i lęk. Nie przed śmiercią, lecz przed kolejnym piekłem, do którego może trafić. Zdecydowanie wolałaby śmierć, jednak nie dano jej umrzeć, choć przecież nic nie była warta. Zdeptana, zniszczona ludzka skorupa. Pusta i wypalona, bez nadziei na lepszy los, którą dotąd przy życiu utrzymywała jedynie myśl o pomście. Doprawdy, lepiej byłoby, gdyby pozwolono jej umrzeć.

     Aura jadący konno tuż obok, zauważył, że odzyskała przytomność i krzyknął coś do tyłu, do Botty. Nakazano wstrzymać marsz. Postój był krótki, ale nakarmiono chorą dziewczynę, podano leki i zatroszczono się o jej wszelkie potrzeby.

23.08.2015

Dioris cz.4

Halo, halo...! Ogłaszam oficjalnie koniec dłuuuugich wakacji, a powakacyjnie na Warsztacik wrzucam kolejny fragment "Dioris". Pourlopowałam się bowiem troszeczkę i chyba było mi to potrzebne, bo nawet wen się odnalazł i zaczęłam sobie pisać coś. W sensie, że coś nowego. Ale to tak na marginesie. Na bloga nie zacznę dodawać żadnej nowości, póki nie dokończę tego, co leci na bieżąco, więc tamto sobie jeszcze poczeka. Na wyjeździe przerzuciłam pobieżnie materiał z "Dioris" i doszłam do mało budujących wniosków, że jest tak skopana, że gorzej już być nie mogła. Tak to niestety jest, jak się odkopuje teksty sprzed lat. Ale bez obaw, powoli z pewnością dam radę z niej coś wykrzesać. Nie mniej, jak to zawsze u mnie, jest tam cała masa dziur do zakopania. Mnie się jednak nigdzie nie spieszy i mam nadzieję, że Wam również starczy do mnie cierpliwości.



     Dziewczyna leżała nieruchomo na posłaniu. Oczy miała zamknięte i pomyślał, że jeśli śpi, to nie będzie jej budził. Przysiadł na skórach, na brzegu posłania. Wziął w dłonie jej rękę. Otworzyła oczy.
     – Nie śpisz... – Uśmiechnął się. – To dobrze, bo chcę z tobą rozmawiać. Lepiej się teraz czujesz?
     Milczała, spoglądając tylko wrogo, spod lekko przymrużonych powiek.
     – Rozumiesz naszą mowę? – Zapytał, nie uzyskawszy odpowiedzi na wcześniejsze pytanie. Ale on nawet nie drgnęła. – Hmm... nie szkodzi. Na szczęście, ja znam waszą. Kim jesteś? I dlaczego weszłaś na ziemię Aurów? – spytał znów, tym razem w języku Barthów. I znów odpowiedziało mu jedynie uparte milczenie. Rozzłościł się.
     – Do licha! Wyrwano ci język, czy jesteś głucha, dziewczyno?! – podniósł głos poirytowany niepowodzeniem.
     Nadal milczała, zupełnie nie reagując na jego gniew. Przetarł dłonią twarz, dla opanowania wzburzenia. Może rzeczywiście coś z nią jest nie tak? Może faktycznie jest głucha, albo niema. Albo i jedno, i drugie…

     – Mam język, umiem mówić i nie jestem głucha. – Z posłania dobiegła niespodziewanie całkiem spokojna odpowiedź.
     Spojrzał na nią nie kryjąc irytacji.
     – To, dlaczego milczysz i nie odpowiadasz na pytania?! – Podniósł głos.
     – A dlaczego miałabym potulnie odpowiadać? Napadłeś na mnie i poturbowałeś, a teraz wrzeszczysz, choć nie dałam ci żadnego powodu.
     – Nie wrzeszczę...
     – Wrzeszczysz.
     Machnął ręką. Nie będzie się z nią spierał o bzdury. Chce informacji.
     – Przekroczyłaś graniczną Rzekę. To wystarczający powód by cię pojmać – oświadczył z powagą. – I kto tu, kogo poturbował? – zapytał z drwiną, wskazując równocześnie na zapuchnięte oko i podrapany policzek. – To moja gęba wygląda jakbym się zderzył z galopującym koniem, a nie twoja – dodał oskarżycielsko.

3.08.2015

Dioris cz.3

Za oknem afrykańskie upały a tu trochę zimy i lodu, ale i tak będzie gorąco ;). Zapraszam na kolejny fragment Dioris. Na razie jeszcze poprawiam to co kiedyś tam zostało spisane. Schody zaczną się, gdy dotrę do moich luk, których zwykle pełno mam w starych opowiastkach, w tej też ich nie brakuje. Tu dochodzi jeszcze ten problem, że choć każda część "Dzikich" stanowi osobną opowieść to zasadniczo są całością. Zdarzenia zazębiają się, często toczą się równolegle w jednej i innych częściach. Zdarza się też że poszczególni bohaterowie uczestniczą w tych samych akcjach. Myślę jednak że w pełni to ogarnę dopiero wtedy, kiedy wreszcie wszystkie części zostaną pouzupełniane i napisane do końca. Ale to kiedyś tam ;)



     Wciąż jeszcze zima trzymała świat w okowach, choć już nie tak twardą ręką. Zwłaszcza tu, w dolinach, gdzie wiosna zawsze przychodziła nieco szybciej. Wprawdzie Graniczna Rzeka nadal była skuta lodem, ale ów zrobił się już kruchy i niepewna byłaby po nim przeprawa.

     Samotny jeździec zatrzymał konia na brzegu i długą chwilę obserwował rzekę. Zamarznięta, tylko środkiem rwała wąska struga, wolna od lodu. Człowiek obejrzał się za siebie, jak ktoś ścigany, kto wie, że pościg lada moment pojawi się w zasięgu wzroku. Wahanie trwało tylko chwilę. Odpiął sakwy od siodła i przerzucił sobie przez ramię. Zmusił konia do zejścia na lód.
     Zaniepokojone zwierzę, które z własnej woli z pewnością nigdy nie wlazłoby na niebezpiecznie cienką taflę, z nisko pochyloną głową węszyło rozdętymi chrapami. Parskało głośno, ostrzegawczo i ostrożnie stawiało rozsunięte szeroko nogi na niepewnym, śliskim podłożu. W okolicy płynącej środkiem, wąskiej strugi lód pod kopytami konia zaczął złowrogo trzeszczeć. Wtedy jeździec błyskawicznie zsunął się z siodła i lekkim krokiem pobiegł co sił, ku strużce. W pędzie odbił się od jej jednego brzegu i jakimś cudem udało mu się wylądować po drugiej stronie, nie wpadając przy tym do wody. W biegu odwrócił tylko głowę i kątem oka dostrzegł jak lód, pod porzuconym wierzchowcem, załamuje się z trzaskiem i zwierzę z rozpaczliwym kwikiem pogrąża się w lodowatej wodzie. Człowiek biegiem dopadł drugiego brzegu Rzeki i skrył się w zaroślach. W chwili, gdy znikał na przeciwległym brzegu pojawili się trzej jeźdźcy.
     Tonący koń wciąż jeszcze walczył o życie, rżąc i desperacko bijąc kopytami wodę. Trzej przybysze patrzyli na tę walkę z daleka. Żaden nie odważył się wjechać na lód. Wreszcie tonące zwierzę poddało się i znikło pod lodem. Ludzie po drugiej stronie stali jeszcze chwilę, gestykulując i wskazując to na lód, to na  wyrwę po środku rzeki, wreszcie zawrócili konie i odjechali.

12.06.2015

Dioris cz.2

Uporałam się z tym i z owym, pora na kolejny wpis z Dzikusów. Jeśli ktoś czeka na "15 godzin..." to proces mi się klaruje i troszkę jeszcze to pewnie potrwa nim polecimy z tym dalej. Tymczasem "Dioris" jako zapchaj dziura. No, i jeszcze słówka dwa na temat mojej sondy, ale to na końcu.

poprzedni fragment


     Dioris zabrano. Kalgas rozejrzał się po opustoszałej komnacie. Stoły i ławy poodsuwano pod ściany, na podłodze porozkładane były sienniki, derki, trochę zwierzęcych skór. Służyło to wszystko przetrzymywanym tu dworkom za posłania i okrycia, gdy było ich tu wiele. Teraz na jednym z nich, skulona, siedziała tylko jedna, struchlała Imeni. Na chwilę zatrzymał na niej wzrok i prychnął pogardliwie.
     – Rozpalić tu ogień. – Polecił. – I dajcie jej coś jeść.

     Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Imeni została sama w gęstniejącym mroku. Nie płakała już. Nie poruszyła się, gdy wszedł pachołek, by rozpalić ogień, ani gdy w chwilę później inny przyniósł miskę z jakąś strawą i świeżą wodę. O siedzenia w bezruchu zdrętwiały ręce i nogi, ale zupełnie nie zwracała na to uwagi. Strach skutecznie tłumił wszelkie inne odczucia.
     Drgnęła dopiero późną nocą, gdy znów otwarły się drzwi, a sługa wprowadził, czy raczej wepchnął do środka Dioris.
     Imeni poderwała się ze swego miejsca. W świetle pełgających, po polanach w palenisku, płomieni siostra wyglądała okropnie. Twarz miała bladą i ślady uderzeń na niej. Ubranie w nieładzie.  Na zaciśniętych ustach zaschniętą krew. Tępy, niewidzący wzrok wbiła w nieokreślony punkt przed sobą. Imeni podeszła do niej powolutku.
     – Dioris... moja kochana. – Głos się jej łamał. – Tak się bałam, że już nigdy cię nie zobaczę.
     Wyciągnęła ramiona, chciała ją objąć, przytulić się do niej, ale tamta odsunęła się w milczeniu.
     – Dioris... – wymamrotała zdezorientowana szesnastolatka.
     Poturbowana dziewczyna wyminęła ją bez słowa i zwinęła w kłębek na posłaniu w najdalszym, najciemniejszym kącie. Odwróciła się plecami do sali i zasłoniła się naciągając wełnianą derkę pod samą brodę. Imeni zbliżyła się ostrożnie i lekko pogładziła potargane włosy Dioris. Wtedy ta wreszcie odezwała się matowym głosem:

13.05.2015

Dioris cz.1 (pilot)

     Moi drodzy, postanowiłam zarzucić dawno obiecywanym sucharem, którego uporządkowanie zaplanowałam sobie na ten rok. Grafika do tego wisi już od jakiegoś czasu w "Galerii" i żeby tak po próżnicy tam nie tkwiła... wrzucam pilota. Pilota, bo po prawdzie to wpierw chciałabym dokończyć "15 godzin..." i "Kontredans", a dopiero potem skupić się na tym. "Dioris" jest jedną z  części cyklu "Dzikie łabędzie", które kiedyś były planowane jako całość, wspominałam już chyba o tym, ale jakoś nie po drodze mi z tym porządkowaniem okazało i ostatecznie zostały każda osobno. Niestety z tego powodu w poszczególnych częściach czasem nakładają się na siebie wydarzenia. Tak że, o ile w "Dioris" większość zdarzeń i bohaterów będzie świeżyzną, to w kolejnych częściach będziemy do różnych rzeczy wracać. Piszę większość, bo ze względu na to, że jako pierwszą z tego universum wrzuciłam na bloga "Yave", to osoby które czytały miały już okazję spotkać głównych bohaterów tej historii, czyli tytułową Dioris i Aurów, Bottę i Aruta.
     Akcja "Dioris" dzieje się jednak kilkanaście lat przed akcją "Yave" i samą "Yave" traktuję raczej jak produkt uboczny cyklu, a nie jego część. Wyjaśniam, bo obawiam się, że ponieważ nie uporządkowałam tego tak, by zlepić z tego jedną powieść, zrobi się siłą rzeczy bałagan w chronologii. I żeby był ów bałagan możliwie najmniejszy i najbardziej czytelny stąd wyjaśnienia. Zapraszam do czytania zatem :)

DIORIS

Start


     W obszernej, zamkowej świetlicy panował nieprzyjemny chłód. Ogień w wielkim, świetlicowym kominku wygasł jeszcze nocą. Opał skończył się wieczorem, do rana nawet żar i popiół w palenisku zdążyły wystygnąć.
     Wcześniej, gdy było ich tu wiele, przestronną komnatę prócz ognia ogrzewało ciepło ludzkich ciał i oddechów, lecz teraz zostało kilkoro, ledwie cztery kobiety i jedno dziecko. Kamienne ściany szybko wysysały ciepło z pomieszczenia, a w jego postępującym wyziębianiu niemały udział miał też hulający za oknem lodowaty, późnojesienny wiatr. Wciskał się przez nieszczelności okiennych ram, z których zdarto aksamitne, miękkie kotary, by uczynić z nich okrycia choć trochę chroniące przed chłodem.
     – Co będzie z nami? Tylko my zostałyśmy. Co z nami uczynią? – Drżącym głosem pytała młodziutka, jasnowłosa Imeni. Stara Nakari objęła ją i przytuliła jej głowę do swej piersi.
     – Nic się nie martw się, moje dziecko. Skoro żyjemy do tej pory, to raczej nie grozi nam już śmierć. Pewnie wkrótce wypuszczą nas stąd i pozwolą wrócić do domów.
     Starsza z sióstr stała przy oknie, obserwując co dzieje się na dziedzińcu. Pojawił się tam właśnie rycerz w szarym płaszczu i czekał aż stajenni podprowadzą mu konia. Rozmawiał z kimś i obaj mężczyźni gestykulowali żywo. Dioris, nie bacząc na zimny wiatr, uchyliła okno ciekawa, by usłyszeć o czym mówią. Oczywiście rozpoznała tego w szarym płaszczu, to Hengod z Ibilma. Ten, który tu nad nimi trzymał pieczę i władzę.
     Niewiele zdołała dosłyszeć, ale i tak to, co usłyszała, wzbudziło niepokój.