WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

03.08.2015

Dioris cz.3

Za oknem afrykańskie upały a tu trochę zimy i lodu, ale i tak będzie gorąco ;). Zapraszam na kolejny fragment Dioris. Na razie jeszcze poprawiam to co kiedyś tam zostało spisane. Schody zaczną się, gdy dotrę do moich luk, których zwykle pełno mam w starych opowiastkach, w tej też ich nie brakuje. Tu dochodzi jeszcze ten problem, że choć każda część "Dzikich" stanowi osobną opowieść to zasadniczo są całością. Zdarzenia zazębiają się, często toczą się równolegle w jednej i innych częściach. Zdarza się też że poszczególni bohaterowie uczestniczą w tych samych akcjach. Myślę jednak że w pełni to ogarnę dopiero wtedy, kiedy wreszcie wszystkie części zostaną pouzupełniane i napisane do końca. Ale to kiedyś tam ;)



     Wciąż jeszcze zima trzymała świat w okowach, choć już nie tak twardą ręką. Zwłaszcza tu, w dolinach, gdzie wiosna zawsze przychodziła nieco szybciej. Wprawdzie Graniczna Rzeka nadal była skuta lodem, ale ów zrobił się już kruchy i niepewna byłaby po nim przeprawa.

     Samotny jeździec zatrzymał konia na brzegu i długą chwilę obserwował rzekę. Zamarznięta, tylko środkiem rwała wąska struga, wolna od lodu. Człowiek obejrzał się za siebie, jak ktoś ścigany, kto wie, że pościg lada moment pojawi się w zasięgu wzroku. Wahanie trwało tylko chwilę. Odpiął sakwy od siodła i przerzucił sobie przez ramię. Zmusił konia do zejścia na lód.
     Zaniepokojone zwierzę, które z własnej woli z pewnością nigdy nie wlazłoby na niebezpiecznie cienką taflę, z nisko pochyloną głową węszyło rozdętymi chrapami. Parskało głośno, ostrzegawczo i ostrożnie stawiało rozsunięte szeroko nogi na niepewnym, śliskim podłożu. W okolicy płynącej środkiem, wąskiej strugi lód pod kopytami konia zaczął złowrogo trzeszczeć. Wtedy jeździec błyskawicznie zsunął się z siodła i lekkim krokiem pobiegł co sił, ku strużce. W pędzie odbił się od jej jednego brzegu i jakimś cudem udało mu się wylądować po drugiej stronie, nie wpadając przy tym do wody. W biegu odwrócił tylko głowę i kątem oka dostrzegł jak lód, pod porzuconym wierzchowcem, załamuje się z trzaskiem i zwierzę z rozpaczliwym kwikiem pogrąża się w lodowatej wodzie. Człowiek biegiem dopadł drugiego brzegu Rzeki i skrył się w zaroślach. W chwili, gdy znikał na przeciwległym brzegu pojawili się trzej jeźdźcy.
     Tonący koń wciąż jeszcze walczył o życie, rżąc i desperacko bijąc kopytami wodę. Trzej przybysze patrzyli na tę walkę z daleka. Żaden nie odważył się wjechać na lód. Wreszcie tonące zwierzę poddało się i znikło pod lodem. Ludzie po drugiej stronie stali jeszcze chwilę, gestykulując i wskazując to na lód, to na  wyrwę po środku rzeki, wreszcie zawrócili konie i odjechali.


     Dwóch mężczyzn, ukrytych na skraju lasu, przyglądało się dramatowi, jaki rozegrał się na rzece.
     – Widziałeś, Arucie? Widziałeś? – odezwał się jeden z nich, czarnowłosy, o ciemnych, niemal czarnych, przenikliwych oczach.
     – Widziałem. Lanto miał rację. Lód jest za słaby. – Odparł nazwany Arutem, wyraźnie nieco starszy i z nie golonym kilka dni zarostem na twarzy.
     – Przecież nie o tym mówię. – Pierwszy potrząsnął z irytacją czupryną,
     – A o czym?
     – O tym, który przeprawił się przez rzekę. Ci, co za nim jechali z całą pewnością odeszli przekonani, że utonął wraz koniem. I jestem pewien, że jemu o to właśnie chodziło, by tak pomyśleli. Mądrala… – pokiwał głową z uznaniem młodszy z Aurów.
     – I ryzykant, albo desperat – dorzucił starszy.
     – Stracił konia. Daleko piechotą nie zajdzie. Musi być lekki… Ciekawe, kim jest? Jak myślisz?
     – A co nas obchodzi jakiś włóczęga? – Wzruszył ramionami Arut. – Wracajmy.
     – Czekaj – zatrzymał go ciemnowłosy – nie wiemy przecież, czy to włóczęga. Tam jest, w tych krzakach. – Wskazał wyciągniętą ręką. – Widzę go.

     Tajemniczy wędrowiec wyszedł teraz z zarośli i stanął na brzegu, spoglądając w kierunku, z którego przybył. Odrzucił kaptur z głowy. Rysów nie można było z daleka rozróżnić, ale włosy miał krótkie, jasne. Po chwili odwrócił się i zdecydowanym krokiem ruszył w kierunku lasu, nieświadomie wprost na mężczyzn ukrytych na jego skraju. Znów naciągnął kaptur. W marszu poprawił przerzucone przez ramię sakwy, które musiały ciążyć, ale nie zwolnił kroku.

     – Zostań tutaj. Zajdę go z tamtej strony – szeptem polecił młodszy mężczyzna.
     – Po jaką ci on cholerę? – Skrzywił się starszy. – Niech sobie idzie…
     – Wszedł na moją ziemię to i jestem ciekaw, co za jeden.
     – Ciekawość często wiedzie ku kłopotom, Botto.
     – Może, ale mam jakieś przeczucie… Siedź cicho i uważaj, żeby się nam nie wymknął.

     Młodszy mężczyzna, nazwany Bottą, oddalił się bezszelestnie i niepostrzeżenie. Arut cofnął się troszkę, by skryć lepiej w gęstwinie. Trzasnęła jakaś gałązka, przez przydeptana przez nieuwagę. Aura zaklął cicho i rzucił nerwowe spojrzenie w kierunku wędrowca, ale ten zdawał się niczego nie zauważyć.
     Jednak spod kaptura, czego ukryty w lesie człowiek widzieć nie mógł, badawczo błysnęły oczy. Nieznajomy wbił wzrok w ścianę lasu. Ledwo dostrzegalny, drwiący uśmieszek pojawił się na wagach. Tak. Tam w gąszczu ktoś się ukrywał. Nieznacznie zwolnił kroku, jak ktoś, kogo dopadło zmęczenie i prawie niepostrzeżenie zmienił kierunek marszu. Powolutku kierunek, w którym zmierzał, łagodnym łukiem odchylał się od pierwotnej marszruty. Zaczął się oddalać od miejsca, gdzie ukrywał się Arut.
     Spryciarz – pomyślał z uznaniem Botta – ale i tak niewiele ci to pomoże, mały mądralo.

     Wędrowiec zdał sobie sprawę, że jest obserwowany, ale nagły zryw do ucieczki poinformowałby drugą stronę, że także została zauważona. Teraz, przekonany, że zapewnił sobie niewielki margines bezpieczeństwa, nadal nieświadom zagrożenia, zmierzał wprost na ukrytego w lesie Bottę. Przyspieszył kroku dopiero, gdy znalazł się pomiędzy drzewami.
     Tu w lesie miał większe szanse na ucieczkę lub ukrycie się przed niebezpieczeństwem, niż na otwartej przestrzeni. Kątem oka dostrzegł jak oddalony od niego Arut przestał się urywać i ruszył w jego stronę. Wtedy zerwał się do biegu. Zaczajony za drzewem Botta wstrzymał oddech. Słyszał zbliżające się kroki, biegnącego człowieka. Wyskoczył znienacka zza drzewa spodziewając się, że zdobycz wpadnie mu prosto w ręce i… jego twarz spotkała się z sakwą, którą bez namysłu zamachnął się uciekinier, w ostatniej chwili dojrzawszy drugiego napastnika.
     Zabolało i Botta poczuł jak z rozciętego łuku brwiowego zaczyna kapać krew. Mimo to uderzenie było zbyt słabe, by wytrącić go z równowagi. Sięgnął na oślep i błyskawicznie zamknął przeciwnika w żelaznym uścisku. Chyba jakiś dzieciak – przemknęło mu przez myśl, gdy sprawnie obezwładniał, drobniejszego i dużo niższego od siebie, człowieka. Błyskawicznie odwrócił go do siebie plecami.
     Ale „dzieciak” wcale nie zamierzał dawać za wygraną. Szamotał się desperacko i udało mu się uwolnić jedną rękę. Sięgnął do tyłu i chwycił napastnika za włosy, pociągnął z całej siły.
     – Auuu!! – zawył na to Botta.
     Chłopak, niczym piskorz, wywijał się ze zdumiewającą zwinnością. Na swoje szczęście Botta nadal jednak trzymał żelaznym chwytem jego drugą rękę. W przeciwnym razie całkiem poważnie groziłaby mu utrata oczu. Teraz chwycił tę, którą chłopak zacisnął na jego czuprynie i oderwał od niej wraz z całkiem sporą garścią własnych włosów.
     – A ty szczeniaku jeden...! A żeby cię…! - zaklął szpetnie.
     Zamknął szczupłe nadgarstki w jedną dłoni i chciał objąć korpus przeciwnika wolnym ramieniem, by niesfornego unieść w górę, powalić na ziemię i tam skutecznie obezwładnić. Wtedy natknął się na coś, czego w żadnym razie nie powinien był znaleźć na klatce piersiowej chłopaka. Zaskoczony rozluźnił na mgnienie oka uchwyt. „Chłopak”, który niespodziewanie zmienił płeć, natychmiast wykorzystał moment dekoncentracji i wyrwawszy z uścisku rękę, sięgnął za siebie i przeorał paznokciami policzek Botty.
     – Ty mała diablico! – wrzasnął ów wściekły. Chwycił ją w pół, lecz nim podniósł w górę zdążyła jeszcze porządnie kopnąć go w goleń.
     – Zabiję cię! – syknął z bólu, ze złością rzucając dziewczynę na ziemię.
     Wreszcie udało mu się przygnieść ją do podłoża własnym ciężarem i unieruchomić. Przytrzymywał jej ręce nad głową, z której w trakcie szarpaniny zsunął się kaptur. Oboje dyszeli zmęczeni zapasami. Ciężkimi krokami nadbiegał Arut.
     – Złapałeś go?! – wołał z daleka.
     – Złapałem! – odkrzyknął Botta, nie odrywając badawczego wzroku od twarzy schwytanej dziewczyny. – Ją... – dorzucił pod nosem.
     Szarpnęła się z wściekłością.
     – Leż spokojnie, kocico, to nic ci nie zrobię – warknął ostrzegawczo.
     Zacisnęła gniewnie usta, w niebieskich oczach płonęła zacięta złość. Włosy, jasne, miała obcięte niestarannie. Wyglądały nie na ścięte przyzwoitymi nożycami, ale raczej jakby je ktoś szarpał tępym nożem.
     – No... – Towarzysz Botty wsparłszy dłonie na kolanach nachylił się nad leżącymi, wyrównując oddech po biegu. Zaciekawiony rzucił okiem na złowioną zwierzynę. – Do licha, to dziewczyna! – Wyprostował się zaskoczony. – Co ona tutaj robi?!
     – Jeszcze nie wiem, ale dowiem się – odparł Botta. – Daj mi jakiś rzemień, Arucie.
     Sprawnie odwrócił szamoczącą się dziewczynę twarzą do ziemi i ciasno skrępował jej ręce na plecach. Zostawił swego więźnia, wstał, zebrał w garść trochę śniegu i przyłożył do krwawiącego guza nad prawym okiem.
     – Teraz przynajmniej moja gęba jest bezpieczna – mruknął.
     Arut zerknął teraz na podrapaną i poobijaną twarz Botty i parsknął śmiechem.
     – Śmiej się, śmiej. – Skrzywił się z niesmakiem Botta. – Ciekaw, jak ty byś wyglądał na moim miejscu. Zaskoczyła mnie... myślałem, że to dzieciak. Sprawdź, co ma w tych sakwach, omal mi nimi łba nie rozwaliła.

     Zacisnęła zęby. Była wściekła. Nie spodziewała się drugiego napastnika. Jednemu, z pewnością by umknęła, ale oni podstępnie zastawili pułapkę. Sądząc po odzieży i mowie byli Aurami. Zresztą po tej stronie Rzeki trudno by spodziewać się innej nacji. No, cóż los czasem bywa przewrotny. Zamierzała przecież dotrzeć do osad Aurów. Choć może niekoniecznie jako więzień. Trudno, jakoś sobie poradzi. Na razie w milczeniu obserwowała i przysłuchiwała się o czym mówią, starając się uchwycić jak najwięcej informacji. Znała trochę mowę Aurów. Nie biegle, lecz wystarczająco, by zrozumieć, że nie zamierzają jej zabić. W każdym razie nie od razu.
     Starszy z mężczyzn grzebał w jej sakwach.
     – Nic tu nie ma. – Skwitował, wyraźnie rozczarowany. – Trochę żywności, myśliwski nóż, krzesiwo... Same śmieci, nic więcej. O, jeszcze kawałek szpagatu... Żadnego złota, kosztowności. Nic z tych rzeczy. Jeśli to złodziejka, to bardzo kiepska.
     – Nie wydaje mi się, by była złodziejką. – Botta pomacał guza nad okiem, które puchło w błyskawicznym tempie i syknął.
     – To, dlaczego ją ścigano?
     – Dowiemy się.
     Arut przyjrzał się leżącej, z pozoru spokojnie, dziewczynie.
     – Nie wygląda na nazbyt rozmowną. – Poskrobał się po głowie.
     – Już ja znajdę sposób żeby jej rozwiązać język, jeśli tylko go ma. Weź jej rzeczy. Wracamy do obozu.

     Arut poszedł przodem. Botta postawił dziewczynę na nogach i popchnął lekko przed sobą, ignorując gniewne spojrzenie. Postąpiła niechętnie kilka kroków. Skrępowane ręce nie ułatwiały marszu po nierównym leśnym podłożu. Jedna noga utknęła w jakimś dołku i dziewczyna upadła na kolana.
     – E, tam... – burknął zniecierpliwiony Botta, popędzający ją przed sobą.
     Chwycił jeńca mocno i przerzucił sobie przez ramię. Ruszył szybkim, długim krokiem za Arutem.
     Bez trudu odnaleźli wierzchowce, ukryte wcześniej w gęstwinie. Botta sprawnie przerzucił dziewczynę, tym razem przez siodło i sam wskoczył na konia.
     – Sądziłem, że weźmiesz ją na postronek – zarechotał Arut.
     – Nie mam na to czasu.

     Po prawie dwóch godzinach tłuczenia się w niewygodnej pozycji na końskim grzbiecie, była wykończona. Bolały ją głowa, żołądek i mdliło ją. Mocno skrępowane ręce i reszta ciała zupełnie zdrętwiały. Kiedy w obozowisku Botta zrzucił ją z konia, nie była w stanie utrzymać się na nogach i opadła bezsilnie na ziemię.
     – I jak? – zakpił oprawca, pochylając się nad nią. – Zmiękłaś już trochę, kocico? – Chwycił jej brodę i zajrzał w płonące nienawiścią oczy. – I o co ty jesteś taka wściekła? W końcu twoja buźka wygląda znacznie lepiej od mojej gęby. Powinnaś być zadowolona.
     Wyprostował się i zakrzyknął na ludzi:
     – Zwijać obóz! Wracamy! Ruszamy stąd przed nocą! – Dźwignął z ziemi swojego więźnia. – A do wieczora mamy trochę czasu. W sam raz żeby sobie pogadać – mruknął, zmierzając w kierunku dużego okrągłego namiotu.
     Wszedł do wnętrza oświetlonego skąpo niewielkim ogniem żarzącym się obłożonym kamieniami palenisku u stóp masztu, na którym wspierała się cała konstrukcja. Niezbyt delikatnie cisnął swoje brzemię na pokryte skórami podłoże.
     Jęknęła cicho i to był chyba pierwszy dźwięk, jaki z siebie wydała, od chwili, gdy ją schwytał. Zerknął kątem oka. Podniosła się z trudem na kolana i przysiadła na piętach. Oddychała ciężko. Była blada, prawie zielona. Rzucił swój płaszcz na posłanie w kącie. Porozpinał klamry skórzanego kaftana bez rękawów i odetchnął swobodniej. W namiocie było ciepło. Ogień z paleniska dawał nikłe światło i znacznie więcej ciepła zarazem.

     Botta przykucnął przed dziewczyną i rozpiął zapinkę lichego płaszcza, który miała na sobie. Rzucił go obok swoich rzeczy i wtedy zauważył, że wełniana koszula na jej lewym boku jest rozdarta i poplamiona. W rozdarciu widać było byle jak zaimprowizowany, przesiąknięty opatrunek. Nacisnął lekko. Powstrzymała jęk, zaciskając zęby. Wciągnęła tylko gwałtownie powietrze.
     – Niech to licho... – zaklął. – Skąd miałem wiedzieć, że jesteś ranna?
     Ostrożnie spróbował odchylić bandaż, ale widać przysechł do rany, bo nie dał się ruszyć. Wyszedł przed namiot i zawołał jednego z ludzi. Kazał przynieść sobie czyste bandaże i gorącej wody.
     – I niech Arut zaparzy te swoje zioła do przemywania ran i przyjdzie do mnie z tym wszystkim – dodał jeszcze.
     Wysłany z poleceniem wojownik z rozbawieniem zerknął na poobijaną twarz dowódcy. Po obozie już się zdążyła rozejść wieść, jak to upolowana, barthyjska dziewczyna niedelikatnie obeszła się z ich wodzem.
     – To do... – zaczął domyślnie.
     – Bez gadania. Zrób, co kazałem tylko szybko.
     Botta, nie tłumacząc się więcej wrócił do namiotu i znów przykucnął przy dziewczynie. Rozdarł koszulę, odsłaniając zraniony bok, by ułatwić sobie dostęp do rany. Odwinął prowizoryczny bandaż, okręcony niewprawnie wokół tułowia i nagłym szarpnięciem zerwał opatrunek z rany. Wyglądała na stosunkowo świeżą. Brzegi były lekko zaognione a zerwanie opatrunku spowodowało, że zaczęła krwawić. I z całą pewnością musiało zaboleć. Dziewczyna jednak nawet nie pisnęła. Po prostu zemdlała.
     – Do diabła...

     Przeniósł ją na posłanie, z którego czubkiem buta zrzucił płaszcze. Przewrócił na bok i rozwiązał krępujący ręce rzemień, po czym ostrożnie ułożył z powrotem na plecach. Czekając na Aruta, delikatnie rozcierał sine pręgi pozostawione przez więzy i obserwował zatroskany jej twarz. Przecież nie chciał jej zabić i nie życzył sobie, by umarła. Przynajmniej póki nie wydusi z niej kim jest i co tu robi. Dlaczego przekroczyła Rzekę, poza którą nikt z jej ludu nie ważył się zapuszczać?

     Przyszedł wreszcie Arut i jakiś człowiek wraz z nim. Przynieśli zioła i środki opatrunkowe.
     – Co jest? – spytał wyraźnie ubawiony medyk. – Nigdy się tak nad sobą nie rozczulałeś, Botto.
     Botta podniósł się i machnął lekceważąco ręką.
     – Mniejsza o mnie. Jest ranna. – Wskazał dziewczynę na posłaniu. – Zemdlała mi. Obejrzyj to i opatrz ją.
     Zostawił Aruta z jego robotą i wyszedł na zewnątrz.

     Ludzie uwijali się, składając płótna namiotów. Przygotowywano juki i juczne zwierzęta. Każdy starannie wykonywał przydzieloną pracę, bez obijania się. Kto uporał się ze swym zajęciem szedł pomagać tym, którzy jeszcze nie skończyli. Robota szła więc szybko i sprawnie, bo nikt nie pozostawał bezczynny. Kiedy był czas leniuchowania wszyscy z ochotą oddawali się zabawie, ale kiedy trzeba było pracować, nie było tu takich, którzy się migali. Organizacja w obozie Aurów była doskonała.

     – Przygotujcie trochę ciepłej strawy – polecił Botta – i coś gorącego do picia.
     – Rana nie jest bardzo groźna, za to dosyć bolesna – oznajmił Arut, który tymczasem opatrzył brankę. – Pewnie ktoś chciał ją dźgnąć nożem, ale chybił. Ostrze prześlizgnęło się po żebrach, a że chude to jak patyk, pociął ciało prawie do kości. Teraz jest przytomna. Jak chcesz z nią gadać, zrób to teraz. Ma trochę gorączki, a ta pewnie do wieczora jeszcze wzrośnie.
     – Rozumie naszą mowę?
     – Pojęcia nie mam – wzruszył ramionami lekarz. – W ogóle się nie odzywa. Może wcale nie umie mówić. Nie wiem, jak ty się z nią zamierzasz dogadać. – Pokręcił głową. – A tak przy okazji... – wskazał na rozcięty łuk brwiowy – to też by się przydało przemyć, zostawiłem ci tam napar.

     – Dziękuję, dam sobie radę. – Botta mrugnął zawadiacko, niezapuchniętym okiem. – Dopilnuj tu wszystkiego i niech mi nikt nie przeszkadza. Jak bym czegoś potrzebował, zawołam! – krzyknął przez ramię, powracając do namiotu.


Kiedyś tam nastąpi ciąg dalszy, jeszcze trochę materiału ze starego gotowca jest, tylko trzeba to solidnie przetrzepać i będzie. Spodziewam się coś tam podgonić na wyjeździe. Może wreszcie wpadnę w odpowiednią fazę i podciągnę też pozostałe zaczęte ;). Tak, czy siak szykuje mi się pracowita jesień :) A i rozjaśniłam nieco bloga, bo były głosy, że jednak poprzednio trochę było za ciemno. Mam nadzieję, że teraz jest lepiej :)

3 komentarze:

  1. No i jest zajebiście, tylko nadal ciekawi mnie jakim cudem udało jej się umknąć na samym początku. Będzie do tego jakiś powrót?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie będzie. Bo to nie jest aż tak ważne w jaki sposób. Kalgas wyjechał więc wśród słuzby zapanowałao lekkie rozluźnienie. Wiadomo, kota nie ma myszy harcują. Była "grzeczna" więc czujność strażników przysnęła. Ona wyczekała odpowiedni moment i tyle ją widzieli.

      Usuń
    2. Ale Kalgas jeszcze się pojawi w drugiej części. Jednak okoliczności zachowam na razie w tajemnicy ;)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.