WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

21.09.2015

15 godzin... cz.7

Tak, tak, wiem... Czekacie na "Dioris", ale tym razem jeszcze padło na to. Na pocieszenie dodam, że "Dioris" mam zamiar dodać, i dodam, jeszcze w tym tygodniu. Może w okolicach środy? Może być? W sumie to musi ;)
To cóż, zapraszam...


poprzedni fragment


     Anna ciężko usiadła na obdrapanym, rozchwianym krzesełku, jakich kilka stało w pokoiku socjalnym. Westchnęła i zaczęła ściągać cienkie, lateksowe rękawiczki. Była zmęczona i szczęśliwa, że dyżur dobiegł końca bez większych niespodzianek i nagłych wypadków.
     Podobno w okolicy był jakaś strzelanina, ale na szczęście tym razem do nich nie przywieziono nikogo. Obok, przy szafkach, stała Sonia, tak samo znużona jak koleżanka i powolnymi ruchami, niczym na zwolnionym filmie, ściągała lekarski kitel.
     – Jestem wykończona – mruknęła.
     Anna uśmiechnęła się krzywo. I sięgnęła po kubek z zimną herbatą. Zrobiła ją sobie w połowie dyżuru, ale nie zdążyła wypić. Wszyscy zatrudnieni tu lekarze i pielęgniarze, nieustanie pracowali na pełnych obrotach. Wypoczynek, relaks, urlop – to były pojęcia z zamierzchłych czasów, tak odległe i nieznane, że prawie abstrakcyjne. Po zakończonym dyżurze, każdy z nich marzył jedynie o tym, by przyłożyć głowę, nie koniecznie do poduszki, gdziekolwiek, gdzie będzie mógł zasnąć. Sen, to była nie tylko chwila na regenerację sił, ale jedyna chwila kiedy można było oderwać się od monotonnej i brutalnej rzeczywistości, o ile tylko nie dopadały śpiącego koszmary. Na swoje szczęście, najczęściej byli tak wykończeni, że żadne sny nie były w stanie przebić się przez zmęczenie.
     Uważniej przyjrzała się Soni. Blada, szczupła, niemal chuda, choć z żywnością raczej nie mieli problemów. Tyle, że była to raczej masa wypełniająca żołądek, dla zlikwidowania uczucia głodu, a nie wartościowe pożywienie. Pod oczyma wielkie sińce, rysy wyostrzone w wychudzonej twarzy, cera szara... Czy ja wyglądam tak samo marnie? Zastanawiała się przez chwilę. Był tu nawet gdzieś kawałek lustra, ale wcale nie miała ochoty sprawdzać, jak faktycznie wygląda. Jakie to mogło mieć znaczenie?
Przemogła słabość zmęczonych mięśni i podniosła się. Odstawiła kubek z herbatą na parapet. Podeszła do umywalki, wrzuciła rękawiczki do pojemnika i odkręciła wodę.

     Drzwi skrzypnęły i do pokoju wszedł doktor Thomasson, ich przełożony.
     – Nie tak zaraz dziewczyny. – Obie przeniosły na niego matowe, zmęczone spojrzenia. – Wiem, że jesteście wykończone, ale robota jest.
     Anna zacisnęła usta, Sonia jęknęła. Obie domyślały się owego zajęcia, żadna z nich go nie lubiła. Nikt go nie lubił zresztą.
     – Przyjechała ciężarówka z „opałem”. Trzeba zrobić dokumentację. Niech jedna idzie do kostnicy – polecił i natychmiast wyszedł.
     Sonia ponownie jęknęła.
     – O, boże... tylko nie to...
     – W porządku, ja pójdę – mruknęła Anna.
     – Aniu, jesteś aniołem... Obiecuję, że wezmę za ciebie najbliższy, dodatkowy dyżur... Wiesz, ludzkie ciała mnie nie wzruszają, ale przy tamtych dostaję gęsiej skórki i żołądek mi się wywraca na lewą stronę.
Anna uśmiechnęła się krzywo. Spojrzała na kubek z niedopitą herbatą. Racja, przy robocie, jaką miała do wykonania, im mniej treści w żołądku tym lepiej. Westchnęła i wylała resztę do umywalki. Umyła naczynko i odstawiła na miejsce.
     Sonia była już gotowa do wyjścia. Spontanicznie cmoknęła koleżankę w policzek.
     – Przysięgam, że się odwdzięczę – szepnęła i już jej nie było.
     Zostawiona sama sobie Anna przetarła dłonią, zmęczone, zaczerwienione oczy i powolnym, niechętnym ruchem zebrała ze stolika stetoskop. Z regału, zaimprowizowanego z cegieł i desek, wzięła plik formularzy. Sprawdziła, czy ma długopis i cicho zamknęła za sobą drzwi.

*****
     Krematorium i zaimprowizowana przy nim chłodnia, znajdowały się na tyłach szpitalnego kompleksu. Było to osobny, szary budynek, nieco oddalony od pozostałych. O bryle ponurej i brzydkiej, bo sterczący samotnie komin, poczerniały od sadz, stanowił bardzo wątpliwą ozdobę. Robił raczej przygnębiające wrażenie. Nie mniej funkcja jaką spełniał była nie do przecenienia. Tradycyjne cmentarze dawno przestały spełniać swoją rolę. Wojna wymusiła spopularyzowanie kremacji.
     Teraz kremowano tu także ciała obcych. Pozostawianie ich niepogrzebanych w miejscach potyczek było nieetyczne z ludzkiego punktu widzenia i bardzo niehigieniczne z czysto medycznego. Rozkładające się zwłoki mogłyby stać się zarzewiem jakiejś epidemii, a póki co szpitale, placówki medyczne i pracujący w nich lekarze mieli dość pracy i bez szalejących choróbsk.

     Na podjeździe, przed wejściem stała wojskowa, odkryta ciężarówka. Boczna burta zwisała otwarta. Przechodząc obok, Anna rzuciła wzrokiem na pakę. Pusta, zatem już ją rozładowano. Podmuch wiatru uderzył w nozdrza mdłym smrodem zepsutej krwi. Wstrzymała na chwilę oddech i dopiero minąwszy pojazd gwałtownie wypuściła powietrze z płuc. Oby tylko nie mieli ich zbyt wielu, pomyślała zrezygnowana.
     Za drzwiami, w korytarzu, natknęła się na czterech ludzi. Dwaj podpierali ściany i żuli gumy. Jeden, z oficerskimi naszywkami na mundurze, palił papierosa. Czwarty, zabijając nudę, czytał strzęp jakiejś starej gazety. Poszarzałe twarze, ściągnięte rysy i lekko przygarbione sylwetki wskazywały na stopień zmęczenia wszystkich czterech.
     Trudno było określić, gdzie panował większy zaduch. Tu, w budynku? Czy może jednak na zewnątrz, przy ciężarówce? Anna zacisnęła szczęki, im szybciej upora się z robotą, tym szybciej będzie mogła zawinąć się w koc i zasnąć, uciekając od rzeczywistości w czarny, pusty sen. Pusty, bo na senne marzenia brakowało po prostu sił.
     – Dzień dobry – powiedziała cicho, choć w obecnych okolicznościach musiało zabrzmieć to ironicznie. Bo jak, dzień taki jak ten mógł być dobry?
     Przenieśli na nią apatyczne spojrzenia. Tylko ten, który czytał nawet nie drgnął. Siedział z pochyloną n piersi  głową, pogrążony w płytkiej drzemce. Anna westchnęła, w końcu to nie jej wina, że jest, jak jest. Że musieli gdzieś tam pozbierać ciała i dostarczyć je tutaj. Ona też nie jest z tego zadowolona, że tak się stało. Ale to była codzienność ich wszystkich. I wszyscy bez wyjątku byli już nią mocno znużeni, nawet ci, których nie dotykała tak bezpośrednio jak Annę i tych czterech żołnierzy.
     – Dobrze, że pani jest – mruknął niewyraźnie porucznik. – Co za kurewski dzień...
     – Gdzie? – przerwała mu. Nie miała ochoty niczego przedłużać. Im szybciej upora się z paskudną robotą tym lepiej. Nie musiała wyjaśniać, o co pyta.
     – Szóstka. – Wskazał brodą. Ostatni raz zaciągnął się papierosem i zdusił niedopałek w puszce stojącej na parapecie, służącej jako popielniczka, potem zwrócił się do swoich ludzi:
     – Zjeżdżać na kwatery i złapać kilka godzin snu. To rozkaz – dorzucił na koniec, ale nie sprawdzał, czy go wykonają. Okiełznał własne zmęczenie i prawie energicznym krokiem dogonił Annę.
     – Ilu przywieźliście? – zapytała.
     – Jedenastu? Może trzynastu? – Wzruszył ramionami. – Kto by ich liczył?
     Kobieta zacisnęła z dezaprobatą usta. Porucznik zmieszał się lekko.
     – Przepraszam – bąknął. – Pani jest lekarzem, pewnie inaczej to postrzega.
     – Niech pan nie przeprasza.
     – Powinienem był się zamknąć – westchnął.
     – Powinien pan przemyśleć i zweryfikować swoją postawę.
     Kąciki jego ust uniosły się nieznacznie.
     – Jest pani pacyfistką, prawda?
     – Tak.
     – Nie chcę się spierać...
     – Słusznie – ucięła Anna. – Ja też nie chcę, więc zostawmy ten temat.
     Porucznik pokiwał tylko głową, po czym otworzył drzwi „szóstki” i przepuścił kobietę.

     W środku panował zaduch, żeby nie powiedzieć mdlący smród. Przepisy nie pozwalały otwierać tu okien, a wentylacja nie działała jak należy, o ile w ogóle działa. Ciała poukładano na metalowych stołach ustawionych pod dłuższą ścianą. Nie okrywano ich, bo po co? Chodziło jedynie o sporządzenie dokumentacji. Taki wymysł z góry. Kiedyś, po prostu by ich skremowano. Teraz należało wszystko spisać, zebrać nieśmiertelniki, by możliwe było ustalenie tożsamości poległych. Któż to wie? Może kiedyś takie informacje okażą się bezcenne? W końcu żadna wojna nie trwa wiecznie. Było powszechnie wiadome, że trwającą coraz bardziej znużone są obie strony.

     Anna zbliżyła się do pierwszego stołu. Wstrzymała na moment oddech. Yenni nie miał twarzy, jedynie krwawą miazgę zamiast niej. Jeśli nie po stanie jego głowy, to po kolorze skóry i koszmarnej woni rozkładających się tkanej można było wywnioskować, że na pewno jest martwy. Dla formalności Anna sprawdziła jednak stetoskopem hipotetyczne tętno. Nic nie znalazłszy odczepiła nieśmiertelnik z łańcuszka i wrzuciła go do metalowej nerki pozostawionej na małym stoliku ustawionym po środku pokoju. Blaszka zadźwięczała głucho w panującej ciszy. Kobieta wzdrygnęła się na ten odgłos. Odznaczyła pozycję w formularzu.
     Porucznik stanął przy oknie.
     – Przykry widok – mruknął. – Trochę są poszatkowani, niektórzy... niekompletni.
     – Nic nowego. Proszę się nie martwić, dam sobie radę.

     Mężczyzna przysiadł na parapecie. Palcami rozchylił żaluzje i zagapił się w mało ciekawy widok za brudną szybą. Anna odłączyła kolejny nieśmiertelnik i odhaczyła następną pozycję w kolumnie. Starała się pracować szybko. Czwarte ciało... siódme... dziewiąte... Rutyna. Po kolei wypełniała rubryczki, stosik blaszek rósł w metalowym pojemniku. Jedenaste... Zwróciła jej uwagę skóra. Nie nabrała jeszcze charakterystycznej sino-szarej barwy. Musiał zginąć jako jeden z ostatnich.
     Odruchowo przycisnęła palce do tętnicy szyjnej i ściągnęła brwi. Ciało yenniego było chłodne, ale nie zimne. Stracił jedno z ramion. Na kikucie zaciśnięto opaskę i opatrzono go byle jak jakimś gałganem, przesiąkniętym krwią. Poczuła, jak pocą się jej dłonie. Rzuciła ukradkowe, nerwowe spojrzenie na towarzyszącego jej oficera. Tkwił przy oknie, nie zwracał na nią uwagi.
     Drżącą ręką przycisnęła stetoskop do piersi badanego ciała i poczuła, że blednie. Gwałtownie wciągnęła powietrze. Mężczyzna przy oknie odwrócił głowę.
     – Jakiś problem?
     – N-nie – zająknęła się. Dlaczego skłamała? W tym momencie nie umiałaby wyjaśnić. To był odruch... Wciąż drżącą ręką otarła pot z czoła. – Z-zaraz skończę. – Znów się zająknęła, ale porucznik nie zwrócił uwagi na jej zdenerwowanie. Na szczęście... Powrócił do gapienia się w okno.
     Tymczasem Anna gorączkowo zastanawiała się, co ma zrobić. Nigdy wcześniej nie znalazła się w takiej sytuacji. Znała procedury, ale... To oznaczało wydanie wyroku. Trzęsącymi się dłońmi odczepiła nieśmiertelnik. Blaszka wsunęła się ze zdrętwiałych palców i z brzękiem uderzyła o podłogę.
     Oficer ponownie na nią spojrzał przez ramię, tym razem nieco uważniej.
     – Przepraszam – wymamrotała. Zaschło jej w gardle. Musi mu powiedzieć, ale głos nie chciał przecisnąć się przez krtań. Wzięła głębszy oddech. Powie, że yenni żyje, bo musi... Wtedy porucznik wyciągnie broń, odbezpieczy ją, podejdzie i odda strzał... Zrobiło się jej niedobrze.

     Przymknęła powieki i, jakby to było wczoraj, w półmroku zobaczyła zwalistą postać z maską na twarzy. Tamtego dnia, przez długą jak wiek chwilę, czekała aż padnie strzał, kiedy yenni zamiast nacisnąć spust, uniósł jedną z dłoni i gestem nakazał pozostać w ciszy. Potem wycofał się, a ona została. Obezwładniona szokiem i lękiem zastanawiała się, czy wciąż jeszcze żyje, czy może od dawna jest już martwa, lecz o tym nie wie?
     Yenni, leżący tu i teraz przed nią, na zimnym, metalowym stole, był żywy. Nie miała wątpliwości, lecz póki co tylko ona była świadoma tego faktu.
     Tymczasem obecny w pomieszczeniu porucznik skupił na kobiecie wzrok z wyraźnym niepokojem.
     – Wszystko gra? Dobrze się pani czuje?

     Wypuściła powietrze z płuc. Przestała się wahać, a podjęła decyzję. Jeszcze raz głębiej odetchnęła i nawet zmusiła zdrętwiałe wargi do grymasu przypominającego blady uśmiech.
     – Tak, tak... – Nie odważyła się jednak spojrzeć na mężczyznę. – To tylko zmęczenie. Już prawie wszyscy.
     Schyliła się po nieśmiertelnik i zamknęła go w dłoni, a żołnierz uśmiechnął się jednym kącikiem ust i wyraźnie odetchnął z ulgą.
     – To dobrze, bo wie pani... Nie lubię ich – wskazał zmęczonym wzrokiem na rząd ciał – ale dobijanie nie jest zabawne.
     – Rozumiem – mruknęła. Podeszła do stolika i pochyliła się nad formularzem. On zaś znów utopił spojrzenie za oknem, choć wcale nie było tam niczego ciekawego, a w dodatku zaczęło się ściemniać.

     Anna odłożyła długopis i korzystając z nieuwagi towarzysza, dyskretnie wsunęła nieśmiertelnik do kieszeni. Ręce w lateksowych rękawiczkach pociły się i chętnie by je otarła bodaj o spodnie. Po raz kolejny odetchnęła, biorąc w karby rozdygotane nerwy. Umysł pracował gorączkowo.

     Było późne popołudnie, prawie wieczór, pracownicy krematorium zaczynają pracę około siódmej rano. Teraz jest dochodzi szesnasta... Dysponuje zatem wieczorem i nocą, by cokolwiek zrobić. Około piętnastu godzin... Dużo i mało zarazem. Szczególnie, gdy się nie ma pojęcia, jak wprowadzić w życie swój plan.

***


I to by było na tyle... Nie jest to oczywiście koniec, ale nie ruszę z tym dalej póki nie znajdę,nie wygrzebię, w którym to zeszyciku mam zapisany ciąg dalszy. Wiem na pewno, że "transport" miałam rozpisany a nienawidzę odtwarzać tego, co już raz sobie przemieliłam. Mogę to przepisać, ale robić od nowa nie znoszę, więc póki nie znajdę pass. Poza tym przydałoby się, jak zwykle, uzupełnić to i owo. Zatem, tu znów przerwa i powracamy do "Dioris". Choć nie ukrywam, chciałabym "15 godzin" sfinalizować w okolicach, najpóźniej, połowy listopada, mniej więcej tak, jak je zaczęłam z rok temu ;). W założeniu to miało być krótkie coś na trzy, max cztery części. Ale jak zwykle na założeniach się skończyło, a akcja rozwija mi się sama. Zawsze mam oczywiście ogólny zarys i wiem, jak chcę przeprowadzić całość fabuły, ale to na początku, a potem jest tak, że zaczynam uzupełniać luki i wszystko samo się układa, jakby poza moją kontrolą, a ja jestem tylko skrybą, próbującym ogarnąć ten bajzel i jakoś uporządkować, żeby się wszystko chciało trzymać kupy ;).
Następny wpis będzie w takim razie we środę... Albo we czwartek, ale na pewno w tym tygodniu, więc do następnego razu :)


5 komentarzy:

  1. To ja proszę dodać w reakcjach opcję "foch" :p
    Przeczytałam. Dobrze mi się czytało, ale znów przy końcówce widać, że zmieniałaś, bo przynajmniej w jednym ( a może i dwóch) miejscach zostały Ci wyrazy niepasujące do zdań :p
    Karo

    OdpowiedzUsuń
  2. Karo, zrzędzisz :P Zobacz, są tacy, co im się podoba, bierz przykład.
    Widzę, jedno "jest" mi się zaplątało, kiedyś się poprawi, inne też jak znajdę. A jak nie to trudno, będzie sobie takie obciachowe z bykami. Opowiadanie na blogu bez byków to jak ogórek bez soli.
    A Dioris będzie, bo robię, tylko nie wiem czy się wyrobię jeszcze na dziś, jakby co, to jutro będzie na pewno ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oczywiście, że tak. :D ( że zrzędzę, a nie że wezmę przykład :p )
    To w takim razie zajrzę jutro chyba, że "powiadamiacz" wcześniej się pojawi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy się pojawi wcześniej, bo dzisiaj się wszystko się sprzysięgło, wszyscy mi przeszkadzają i idzie mi jak krew z nosa, ale spoko ;) Zrobię choćbym musiała siedzieć tu pół nocy i najdalej jutro będzie :D

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.