WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

28.09.2015

Dioris cz.8

Daję dzisiaj, bo wiem, że później nie będę miała kiedy tego wrzucić. Dowlokłam towarzycho do celu, jakimś cudem nikomu nie robiąc po drodze krzywdy... Żeby nie przedłużać zapraszam na dzisiejszy fragment. W karcie "Dioris" :)




     Osiągnęli wreszcie przełęcz. Mimo iż był środek dnia, tu wysoko, osiadły chmury. Zakryły słońce, tworząc gęstą mgłę i znacząco ograniczyły widoczność, szczególnie skrywając dolinę u podnóża. W dół prowadziła ścieżka, równie wąska i niebezpieczną, jak ta wiodąca w górę. U ich stóp musiał rozciągać się piękny widok, ale lepka, biała mgła skrzętnie ukrywała wszystko nie dając żadnej uciechy oczom. Wilgoć, zresztą okazała się dość dokuczliwa. Osiadała na odzieży i włosach, a kąśliwy ziąb przenikał ciało do kości. Mokre kosmyki przylepiły się do czoła Dioris. Zaczęła szczękać zębami, więc Botta odruchowo przytulił ją mocniej do siebie.
     – Zimno tu, wiem. Już niedaleko. Niebawem zejdziemy z gór, a w dolinie jest znacznie cieplej, Naimah.
     – Dlaczego nazywasz mnie w ten sposób?
     – A wiesz, co to znaczy? – uśmiechnął się.
     – Wiem i...
     – Bo właśnie taka jesteś. Mała. I zagubiona, jak dziecko.
     – Wcale taka nie jestem.
     – Ależ jesteś... – przekomarzał się. Zbliżył usta do ucha Dioris tak, że poczuła jego ciepły oddech na zziębniętym policzku. – Mały, bezbronny ptaszek... I wierz mi, gdybym dostał w swoje ręce tego łajdaka, który... Obdarłbym go żywcem ze skóry, za to, co ci zrobił, maleńka moja... – Jego usta dotykały teraz jej skroni i wyczuł, jak znów napina mięśnie w obronnym odruchu. Podniósł głowę z westchnieniem i rozluźnił uchwyt, którym ją obejmował. – Mówiłaś, że byłaś dworką królowej, a twój ojciec służył królowi Miltornowi – zaczął, by rozładować napięcie, jakie się między nimi wytworzyło. – Jak się stało, że trafiłaś tutaj? Uciekasz aż stamtąd? Z Palamare?
     – Nie, nie stamtąd. Uwięziono nas tam, ale później wywieziono ze stolicy.
     – Was? Czy twój ojciec nadal jest w niewoli?
     – Mój ojciec... Ojciec poległ, wierny prawowitemu królowi. W Palamare uwięziono żony i dzieci szlachetnych rodów, które schroniły się na dworze na czas rebelii. A później... Ceną ich wolności miała być lojalność mężów i ojców, względem uzurpatora. Kto wyrzekł się buntu i zdeklarował posłuszeństwo ten mógł odzyskać rodzinę, czy krewnych. Byliśmy zakładnikami.

     – I nie znaleźli się krewni, którzy mogliby poręczyć za ciebie?
     – Nie. Niewiele wiem, co działo się w mieście w czasie obrony i potem po jego zdobyciu. Płonęło, tylko tego jestem pewna. Z daleka było widać łuny. Nie informowano nas. Niczego nie mówiono. Po prostu, co jakiś czas kogoś zabierano. Wszystko, co wiedzieliśmy, to jedynie złowione strzępy rozmów strażników. Czasem jakieś słowo przekazali życzliwi słudzy, przynoszący jedzenie. To oni uspakajali nas, że ci, których zabierają... Że wracają do domów, bo ktoś za nich poręczył. Ale jak było naprawdę... – W pamięci odżył obraz rozpaczającej Silathe, krzyk jej dziecka unoszonego w nieznane, cichy szelest osuwającego się ciała, zaszlachtowanej bez odrobiny litości, starej Nakari... Tulącej się, przerażonej siostry... Otrząsnęła się. – Ojciec i brat... Gdyby żyli, zrobiliby wszystko...
     – Więc zostałaś sama... – mruknął, a serce wypełniło się współczuciem.
     – Z siostrą.
     – A cóż z nią?
     Gardło Dioris boleśnie się zacisnęło. Pod powiekami zapiekły zdradliwe łzy. Nie pozwoliła im płynąć. Odetchnęła trochę głębiej, przełknęła je i powiedziała:
     – Ona... Umarła.
     – Zatem, jesteś sama. – Stwierdził siedzący za nią mężczyzna. Nieznacznie zacieśnił uścisk wokół jej talii. W ludzkim odruchu chciał okazać wsparcie i dodać otuchy. Dioris była świadoma takiej właśnie wymowy gestu, ale i tak wzdrygnęła się z niechęcią. Botta natychmiast rozluźnił ramię.
     – Twoja siostra... Była od ciebie starsza? – zapytał.
     – Miała tylko piętnaście lat – wymówiła te słowa niemal szeptem. Bała się, że jeśli spróbuje odpowiedzieć głośno, głos się złamie a ona nie powstrzyma żalu ani łez. A to przecież były jej łzy, jej żal, jej rozpacz. Nie chciała ich dzielić z nikim i nikomu się z nich zwierzać, ani nikogo nimi obciążać.

     Tylko bezduszny człowiek nie dostrzegłby, jak trudno jej o tym mówić, a Botta takim nie był. Nie wypytywał więcej, choć oczywiście chciałby znać wszelkie szczegóły, które dotyczyły losów Dioris. Rozumiał jednak, że pytaniami odgrzebuje wspomnienia, które sprawiają ból, bo wszystkie te wydarzenia wciąż są świeże w jej pamięci. Odpuścił. Prędzej, czy później, wszystkiego dowie się i tak. Żaden człowiek nie jest zdolny żyć sam na sam ze swoim bólem w nieskończoność. Tyle że aby się tym podzielić musi ufać. A ona teraz nie ufa nikomu, jest jak zaszczute, ścigane zwierzę. Pozostawało mu jedynie wierzyć, że kiedyś komuś zaufa, że wygaśnie w niej gniew, nienawiść, że odzyska siebie i znajdzie spokój.
     – Zamieszkasz pośród nas. Tu jest pięknie wiosną, kiedy kwitną owocowe drzewa. I latem, kiedy dojrzewa zboże. Sama zobaczysz. Wśród moich kobiet znajdziesz dom – powiedział łagodnie. – Bo zabieram cię do swojego domu – oznajmił, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości, gdyby jeszcze jakieś miała.
     – Nie narzucaj mi... – zaczęła zirytowana, ale uciszył ją, zaciskając palce na jej ciele.
     – Nie narzucam ci, lecz daję ochronę, to różnica, moja droga. Gdzieś przecież musisz zamieszkać. Mój dom jest dobry, jak każdy inny. Poza tym, mnie już trochę znasz, więc będzie ci łatwiej niż wśród całkiem obcych ludzi. I nie zapominaj, że wciąż pozostajesz moim więźniem. Schwytałem cię, a ty obiłaś mi przy tym gębę. Ale wiesz? – Zaśmiał się cicho. – Dam ci szansę na wolność.
     – Tak?
     – Tak. – Przywołał powagę, choć w oczach nadal migotały iskierki rozbawienia. – Jak wycerujesz moje koszule uznam, że się wykupiłaś.
     Teraz i Dioris się uśmiechnęła, chyba po raz pierwszy odkąd ją spotkał.
     – A dużo ich masz? Tych koszul, znaczy.
     Nie mógł widzieć uśmiechu, ale go wyczuł. W tonie głosu, w lekkim rozluźnieniu ciała. Tak, był pewien, że wreszcie się uśmiechnęła i chętnie, by ją odwrócił twarzą ku sobie, żeby się temu zjawisku przyjrzeć. Zdawało mu się nawet, że odrobinę się do niego przysunęła i ogarnęło go ciepłe uczucie. I nadzieja, że zdoła kiedyś przypomnieć temu poranionemu ptakowi, czym jest radość. Zadowolony mruknął jej do ucha:
     – Dość, by zatrzymać cię na długo...
     Błąd. Dioris znów zesztywniała a uśmiech, którego nie zdążył zobaczyć, zgasł równie nagle, jak się pojawił. Nie zamknęła się jednak całkiem w swojej skorupie i to Botta odczytał jako dobry znak. Spytała:
     – Dowodzisz tym oddziałem. Jesteś kimś ważnym pośród swoich?
     – Jakby ci to wyjaśnić... – Żeby nie powiedzieć tego, co jeszcze chwilę chcę zachować w tajemnicy, dorzucił w myślach. Zrobił zafrasowaną minę. – Dla jednych jestem bardziej ważny, dla innych mniej. Ot, jak każdy człowiek.
     Dioris westchnęła cichutko i więcej się nie odezwała. Niewygoda jazdy, na jednym siodle z drugą osobą, zaczynała dawać się jej we znaki. Gdyby mogła się w pełni rozluźnić i ufnie wtulić w mężczyznę siedzącego za nią, pewnie byłoby inaczej, ale dla niej taka opcja w ogóle nie wchodziła w grę. Z uporem walczyła z ogarniającą ją sennością, gotowa raczej smętnie spuścić głowę na piersi i uwiesić się pochylona na końskim karku, niż swobodnie i wygodnie wesprzeć się na szerokiej, męskiej klacie za swoimi plecami. Twardej, ciepłej, bezpiecznej... Skrzywiła nieznacznie usta. Bezpieczeństwo... Co to takiego?

     Mgła została za nimi. Gdyby ktoś się obejrzał zobaczyłby jedynie kłęby białego dymu kryjącego pozostawioną w górze przełęcz. Droga była teraz szersza i wygodniejsza. Wciąż wiodła w dół i ginęła z oczu w gęstwinie drzew, które wypełniały szeroką dolinę.
     Dioris chyba w końcu się zdrzemnęła, bo jej głowa opadła bezwładnie. Botta przyciągnął ją delikatnie i czerpał teraz przyjemność z tego ciepłego i niewielkiego ciężaru jaki przyjęło na siebie jego ciało, dając jej oparcie. Trzymał ją pewnie i czujnie w obawie, że gdy się ocknie gotowa w marszu zeskoczyć mu z wierzchowca.

     Byli już prawie w domu, znali tu każdy kamień, każde drzewo. W lesie przestały dokuczać podmuchy zimnego wiatru. Tylko korony kołysały się z jednostajnym szumem. Czasem skrzypiały ocierające się o siebie konary. Nikt nie poganiał ludzi, ale ci sami ponaglali konie. Każdy, jak najszybciej, chciał znaleźć się wśród swoich. Pokrzykiwali między sobą, konie wyczuwające stajnie parskały i szarpały wędzidłami, nawet nieponaglane, przyspieszając kroku. W tych okolicznościach trudno było twardo usnąć i Botta poczuł, jak wsparte o niego ciało Dioris drgnęło. Przebudziła się i niemal natychmiast wyczuł, jak czujnie spina mięśnie. Ale, ku jego zaskoczeniu nie zmieniła pozycji. Trwała tak, z zamkniętymi powiekami a on bał się głębiej odetchnąć, by jej nie spłoszyć. Jedynie ledwie dostrzegalny uśmiech uniósł w górę kąciki jego ust.

     Obserwowała otoczenie spod w pół przymkniętych powiek. Ona, która zapomniała już czym jest spokój i bezpieczeństwo, pierwszy raz od bardzo dawna czuła się bezpiecznie i czuła spokój. Las szumiał po obu stronach drogi. Jeżeli w dolinie znajdowały się też pola uprawne i sady, o których wcześniej wspomniał Botta, musiała być ogromna. Przecież pod uprawy las trzeba było wykarczować a mimo to ten, przez który jechali, zdawał się być pierwotny, nietknięty i ciągnął się bez końca. Dopiero po kilku godzinach przerzedził się wreszcie i kolumna wydostała się na otwartą przestrzeń.
     Tutaj teren jeszcze bardziej się obniżał, ukształtowany w owalną, latem zapewne zieloną, nieckę. Teraz pożółkła, zeschła, zeszłoroczna trawa tworzyła rdzawe plamy na przemian z łachami poszarzałego, topniejącego po zimie śniegu. Tam, gdzie spod tych szarych czap, wyzierała już brunatna ziemia, wyraźnie odznaczały się prostokątne poletka. Ograniczone niskimi, prowizorycznymi murkami z ułożonych luźno kamieni, zapewne wybranych z niezbyt urodzajnej górskiej gleby przy jej uprawie. W oddali przed nimi, w przeciwległym krańcu doliny, połyskiwała srebrzyście tafla sporego górskiego jeziora. Nad nim górował masyw górski znacznie wyższy niż ten z którego zeszli. Pokrywający, ostre szczyty śnieg skrzył się w słońcu, a jęzory lodowców pływały w dół stromymi wąskimi żlebami. Topniejący lód i śniegi zasilały jezioro każdej wiosny, a latem i jesienią robiły to padające deszcze.

     Domy, w większości skupione były na bliższym brzegu jeziora, lecz wiele było porozrzucanych tu i ówdzie, na zalesionych zboczach. Okolica tchnęła spokojem.
     Dioris wyprostowała się i chłonęła widok.
     – Nie ma tu żadnych fortyfikacji. Nie obawiacie się napaści? – spytała zaciekawiona.
     – Góry nas chronią. Jedyna droga tutaj wiedzie przez przełęcz, z której właśnie zeszliśmy. I jest pilnie strzeżona. Zapewniam. A samej przełęczy może bronić nawet niewielki oddział. Jesteś tu bezpieczna. Poza tym i tak nikt obcy nie zna drogi. Nawet, jeśli zapraszamy kogoś tutaj, dbamy o to, by nie poznał naszych tajemnic.
     – Wiem, ojciec nam mówił. – Uśmiechnęła się. – Posłowie, którzy jeździli tutaj z polecenia króla, nie potrafili powiedzieć niczego więcej o położeniu waszych siedzib, jak tylko tyle, że znajdują się wysoko w górach. Ojciec opowiadał o osadzie Nammas. To w niej byli.
     – Masz ją przed sobą.

     Jadąc stępa, zbliżali się niespiesznie do pierwszych zabudowań. Na otwartej przestrzeni widoczni z daleka, wiedziano więc o nich na długo nim dotarli do samej wsi. Obejścia, grodzone opłotkami, składały się z domów mieszkalnych, krytych słomą i budynków gospodarskich. Wszystkie były drewniane, tego materiału było tu przecież pod dostatkiem.
     Gospodarstwa, choć podobne, nie były jednakowe. Różniły się wielkością domów, czasem ilością gospodarskich budynków. Zapewne przyczyną był rożny status społeczny i stan posiadania gospodarzy. Wszystkie jednak były zadbane, a w obejściach panował ład. Puste o tej porze roku przydomowe ogródki były uprzątnięte i starannie ogrodzone. Pod płotami cieszyły oczy fioletowe kępy sasanek, białych przebiśniegów i delikatnych szafranów. Wyraźnie nie rosły w tych miejscach przypadkowo, uprawiano je dla upodobania i by ucieszyć oczy.
     W miarę, jak posuwali się drogą w głąb osady, na podwórkach pojawiali się ludzie. Najczęściej niecierpliwe dzieci, wyglądające powrotu ojców i starszych braci. Czasem dołączały do nich kobiety, lub starsi mężczyźni, dla których czas wojenno-łupieżczych wypraw już minął i którzy teraz w domach snuli wieczorami opowieści słuchającej z zapartym tchem dziatwie.

     Wojownicy z oddziału odłączali się, w miarę jak kolumna mijała ich domy. Wymieniali pożegnalne pozdrowienia z towarzyszami i witali się z czekającymi na progach rodzinami. Niektórzy ze śmiechem brali na siodła dzieci które nie mogąc się doczekać wybiegały nie tylko przed dom, ale i na trakt, i niecierpliwe, podskakiwały na skraju drogi.
     Tylko kilku towarzyszyło jeszcze Bottcie, gdy oddział dotarł do centrum osady. Tu dowódca ostatecznie rozpuścił wszystkich do domów, a gdy ci ostatni się oddalili i znikli pomiędzy zabudowaniami, jeździec skierował konia w prawo, w brukowaną kamieniem, dosyć szeroką, drogę ocienioną rozłożystymi drzewami. Skąpo ocienioną, bo na gałęziach, ogołoconych z liści jeszcze nawet nie pojawiły się pąki. Nie była długa, a na jej końcu widać było okazałą, w porównaniu z innymi, budowlę. Im jeździec i jego toważyszka byli bliżej, tym więcej można było rozróżnić szczegółów i dokładniej się im przyjrzeć sadybie.
     Wzniesiono ją na słusznej podmurówce, sięgającej połowy niższej z dwóch kondygnacji. Choć nie stała pomiędzy innymi domami to i tak wyraźnie górowała nad nimi, choćby poprzez fakt, że miała więcej niż jedną kondygnację, jako jedyny budynek tutaj. Kolejną wyróżniającą cechą było pokrycie dachu. Nie prosta, słomiana strzecha. Tutaj stromizny połaci i świetlików poddasza pokryto drewnianym gontem. Z wysokich, wymurowanych kominów biły w górę kłęby białego dymu, znak, że życie wewnątrz toczyło się na pełnych obrotach. Od frontu, wejście skrywało głębokie podcienie, osłonięte daszkiem wspartym na masywnych, drewnianych, pięknie rzeźbionych kolumnach. Aby dostać się do wejściowych podwoi trzeba było pokonać kilkanaście kamiennych stopni i szerokość podcienia.
     Dziedziniec przed budynkiem wybrukowano tym samym kamieniem, z którego wykonano stopnie, podmurówkę i którym brukowana była wiodąca do tego miejsca droga.
     – To wygląda prawie jak zamek – zauważyła, z wyraźnym podziwem, Dioris.
     – To siedziba króla, ale do zamku jej daleko – wyjaśnił Botta.
     Dziewczyna ściągnęła brwi. Coś się jej nie podobało w tym co właśnie usłyszała. Zacisnęła pięści na końskiej grzywie, a umysł stał się czujny. Jeśli to królewska siedziba, po co on ją tu wiedzie? Czyżby, w swej przewrotności, chciał zrobić z niej podarek, by przypodobać się swemu władcy? Obiecywał, że zamieszka w jego domu. Uwierzyła, lecz czy słusznie? Nie był Kalgasem, to prawda, ale był mężczyzną, który ją pojmał i wciąż była jego więźniem. Słowa nie zawsze idą w parze z uczynkami, a zdrajcy nie przejmują się własnym podwójnym językiem.
     Poczuła suchość w ustach, pełna niepokoju przełknęła ślinę i zapytała ostrożnie:
     – Mówiłeś, że nie koronowano jeszcze nowego króla. Kto więc, tam teraz tam mieszka?
     Tymczasem mężczyzna doskonale wyczuwał jej niepokój i napięcie. Pewny że ona tego nie widzi uśmiechał się szelmowsko, zadowolony, że tajemnicę udało mu się zachować do końca podróży.
     – W tej chwili mieszka tam następca.
     Niepokój Dioris wzrósł. Poprawiła się niespokojnie na siodle, gotowa czmychnąć, niechby tylko ramię, które z opiekuńczego teraz jawiło się jej niczym żelazna okowa, choć na chwilę rozluźniło uchwyt.
     – A twój dom, Botto? Gdzie jest? – zapytała, choć droga najwyraźniej kończyła się tutaj, byli więc u celu.
     Botta nieśpiesznie zatrzymał konia. Zeskoczył z siodła i ściągnął z niego Dioris. Spojrzał jej w oczy... Znów ten strach, niepewność i chęć ucieczki.
     – Nic ci nie grozi – powiedział. – Zaufaj mi wreszcie.
     Położył dłonie na jej ramionach i zwrócił twarzą w kierunku wielkiego domiszcza.

     – Oto mój dom. Stoisz przed nim.

***


Jeśli chodzi o poszukiwania fragmentu "15 godzin..." na razie wciąż bezskuteczne, a że czasu ostatnio mam mało i będę mieć jeszcze mniej, to pewnie znów czeka je zawiecha, chyba żebym niespodziewanie gdzieś znalazła moje zapiski. Została mi jeszcze opcja: że jednak to przepisałam i zakopałam w jakiejś "chmurze" albo gdzieś na dysku. A jeśli jednak nie, to muszę fragment odtworzyć, czego gorąco nie cierpię. Ale, jak to kiedyś napisałam koleżance w wiadomości: co ma wisieć, nie... stanie :D
Więc może uda się tak, żeby jednak nie stanęło opowiadanie, a stanęło to, co stanąć powinno. Że mimo ograniczonego czasu powoli będę skrobać i popychać obydwa teksty ku końcowi :). Aczkolwiek, z żadnym chyba jeszcze nie dotarłam nawet do połowy. Z "Dioris" na pewno, a w przypadku "15 godzin..." do połowy się dopiero zbliżam ;). Co się tyczy czasu, na tę chwilę od czwartku do niedzieli włącznie praktycznie mnie ma i tak mam co tydzień. I ten stan się utrzyma przez dłuższy czas. Uprzedzam, bo może się zdarzyć tak, że nie w każdym tygodniu dam radę konkretny, opowiadaniowy wpis. Zapewniam jednak, że na pewno nie porzucę pisania, ani bloga. 

Kochani Czytelnicy - do następnego razu, moi drodzy :)  

4 komentarze:

  1. Ze względu na późną porę czasami czytałam dwa razy jedno zdanie żeby cokolwiek zrozumieć :-)
    W pewnym momencie pomyślałam sobie, że gdyby nakręcić na podstawie tego opowiadania film to był by wielki hit :-)
    Możliwe też, że z przemęczenia mój mózg ma jakieś omamy :-)
    Ogólnie chce powiedzieć - fragment świetny! :-D
    Moment zakończenia sprawił, że sama momentalnie zastygłam i jestem strasznie nakręcona na ciąg dalszy :-D także życze weny :-)
    AGucha

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciąg dalszy oczywiście będzie, jak tylko czas pozwoli mi ogarnąć kolejny fragment ;) Film... o nie nie :D musi Wam starczyć blogasek ;)
    Nie aspiruję do miana "literatury" i co do tej "świetności" to ja tam jestem sceptyczna. Staram się pracować nad stylem, wojuję z błędami, więc mam nadzieję, że w kolejnych będzie lepiej ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam odpowiedź do czego ktoś chciał możliwość kopiowania wykorzystać. Swoją drogą ja też często omijam ten zakaz kopiowania i jednak kopiuje do worda, bo czasami na blogach jest strasznie niewygodne tło, ale to skopiuje i usunę, więc myślę, że informowanie o tym autora byłoby nawet głupotą, bo przecież nigdzie tego tekstu nie wykorzystuję. Jakie mam zdanie o analizach i nieproszonych recenzjach myślę, że wiesz, bo ja tego zdania nie kryję. Swoją drogą nawet obrażanie kogoś i przezywanie typu "Aułtor czy Pisak" też mnie razi, bo to, że ktoś pisze marnie, słabo i bez sensu, to sprawa jego i jego czytelników, zawsze można coś doradzić, ale naśmiewania się z kogoś i szukanie w tym poklasku dla siebie jest dla mnie głupotą i jeśli taki analizator chciał stworzyć komedię, to śmiało mógł ją sam od podstaw wymyślić i napisać i opublikować, a nie szukać gotowych tekstów i je wyśmiewać, często w sposób bardzo mało inteligentny, głupi wręcz. Swoją drogą zgłosiłam się kiedyś do recenzji i byłam z niej nawet zadowolona, choć wytknięto mi tam błędy, ale bez głupich gifów, a w sposób taki w jaki moim zdaniem należy udzielać opinii na jakiś temat. Myślę więc że takie miejsca są w sieci potrzebne i póki się to odbywa z kulturą i za zgodą samego autora to jest okay, a co do tej reszty, to szkoda tylko, że wielu autorów co mieli potencjał przewie pisanie i nigdy się nie doszkoli, bo jacyś debile wbili jej do głowy, że Sienkiewiczem czy Grocholą trzeba się urodzić, co jest głupotą, bo oczywiście wszystko przychodzi z czasem, i jakby się nie zaczęło i ciągle się bało, to nigdy by się nic nie osiągnęło i niczego nie stworzyło, ciągle i nieustannie narzucając poprawki na pierwszy prolog. Z analizatorami też miałam o tyle nieprzyjemne starcie, że wpadli na blog który analizowali by siać zamęt i niezgodę i za cholerę nie dało się ich wygonić. Ja osobiście uważam, ze takim czymś zajmują się dzieci, które nawet gdy są dorosłe, to mają za mało własnych problemów i atrakcji w swym życiu, dlatego szukają ich gdzie indziej.
    Następca? Czyżby on był następcą? No to jej się trafiło, jeszcze się okaże, że z niewolnicy przejdzie na królewnę. To dopiero byłby awans społeczny i pięcie się po tej drabinie, właściwie przeskakując kilka środkowych stopni. Będzie scena ich wspólnej nocy? Nie mogę się doczekać. Wiem, zboczuch ze mnie xD
    A co do Darka Nataniela, właściwie to "Areny", to on mówi, że się nie poddał, tylko, że kiedy indziej ją opublikuje. bo już kiedyś o to pytałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety miejsca i osoby, o których tu mówimy nie mają niczego wspólnego z kulturą a służą tym całym "analizatorom" (wg mnie) jedynie leczeniu własnych kompleksów o dowartościowywaniu własnego miernego ego. Gdyby robiły to tylko dzieci... Niestety dorośli wcale nie są lepsi. Dla mnie to zgraja tchórzy, bo jeszcze nie spotkałam wśród nich takiego, który podpisałby się inaczej niż nic nieznaczącym nickiem. Ale krzyż im na drogę.

      Tak, Botta jest następcą i przyszłym królem. Jak ona wyląduje to wyjdzie w praniu ;). W tej części będzie trochę macanek, a wspólna noc... W sumie będzie, ale... nie powiem nic :P.

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.