Kochani wpierw trochę wieści, dobrych czy złych zależy od punktu widzenia. Z mojego, dobrych, mam nadzieję, że i Wam zdadzą się miłe. Do rzeczy...
"Słony wiatr" ukaże się jako ebook. Jest już po korekcie wydawniczej i ponieważ to nie jest druk, liczę, że cały proces nie potrwa już długo. Niestety, póki co dokładnych terminów nie znam. Nie mniej z zapisu w umowie w przybliżeniu mogę powiedzieć, że należy się spodziewać premiery w nowym roku, być może na przełomie stycznia i lutego, na pewno nie później. Ogromnie się cieszę, bo mam wielki sentyment do tego tekstu, ktory będzie nie tylko moim wydawniczy debiutem ale jest pierwszą napisaną przeze mnie powiescią w ogóle i pierwszą, która została ostatecznie dopięta od początku do końca. Oczywiście, jak tylko książka będzie dostępna w sprzedaży pojawi się na blogu stosowna informacja :).
A teraz zapraszam na kolejny fragment Dioris...
Zawzięła się. Nie chce jej uczyć? Trudno, zwróci się o
pomoc gdzie indziej. Z zasady unikała obcych mężczyzn, ale skoro upór wymagał ofiary
to była gotowa ją ponieść. Niełatwo było uchwycić chwilę, w której nikt by się
nie kręcił wokół tamtego człowieka. Ale Dioris była cierpliwa i wreszcie udało
się zamienić z nim kilka słów. Wysłuchał jej z tym swoim drwiącym uśmieszkiem
na twarzy i taksując sylwetkę dziewczyny śmiałym spojrzeniem, od stóp do głów,
w sposób, który budził w niej sprzeciw. Czuła się oceniana i skrępowana. W
dodatku była przekonana, że on dostrzega jej niepewność i nawet go ta sytuacja
bawi. Stłumiła lęk i niechęć dla dobra sprawy. Zacisnęła zęby i umówiła się z
nim na pierwszą lekcję za kilka dni. Mieli zacząć naukę od strzelania z łuku. I
tak owych kilka dni później nie mówiąc nikomu gdzie idzie oddaliła się z domu w
sobie tylko znanym kierunku.
Na jej nieszczęście, nieobecność prędko została zauważona.
Botta, którzy starał się nie wchodzić w drogę nieustannie bowiem miał na nią
oko. Zdawał sobie sprawę, że uparta dziewczyna nie zrezygnowała ze swoich
planów.
Także i tego dnia, krótko po jej wyjściu udał się na plac,
gdzie spodziewał się ją zastać. Nie zastał, za to dość szybko zorientował się,
kto jeszcze zrezygnował dziś z ćwiczeń, a że kilka dni temu przyuważył jak
rozmawia z Rokką, teraz dodawszy jedno do drugiego, klnąc pod nosem,
natychmiast zaczął poszukiwać oboje.
Rokka, ów wysoki łucznik, do którego zwróciła się Dioris,
był rówieśnikiem Botty. Dziewczyna zwróciła jego uwagę jeszcze w drodze do
Nammas. Wtedy jednak uważał ją za brankę. Była łupem innego mężczyzny i jako
taka należała do tego, który ją pojmał. W tym przypadku do Botty. Zaś
pozostając jego własnością, była poza zasięgiem wszystkich innych. Jednak tu w
Nammas zaobserwował, że „branka” dysponuje pełną swobodą, ludzie odnoszą się do
niej z szacunkiem i nikt, włączając w to samego Bottę, nie traktuje jej jak
niewolnicę. Przecież wódz i władca nie pokazywałby się na uroczystym przyjęciu
w domu Aruta w towarzystwie niewolnicy. Znaczy, mógłby ją oczywiście ze sobą
zabrać, ale wtedy posadzono by ją przy stole pośród sług, a nie
najprzedniejszych gości.
Sumując własne obserwacje Rokka uznał, że dziewczyna jest
wolna i jedynie pozostaje gościem w Nammas. Skoro zaś była wolna miała prawo
samodzielnie decydować o tym z kim chce
się spotykać. I kiedy zwróciła się do niego z prośbą, by ją uczył postanowił
kuć żelazo natychmiast. Jasnowłose Barthyjki, zawsze postrzegane były wśród
Aurów jak urodziwe i warte pożądania. Znakomity szermierz i łucznik, ale nie
dało się nie zauważyć, że potrafił być też cyniczny i wyrachowany. Znany był z
tego, że nigdy nikomu nie oddawał przysług za darmo. Bardzo dobrze wiedział o
tym Botta. Jednak równie dobrze znając niechęć Dioris do kontaktu z
mężczyznami, choć widział wcześniej jak ona rozmawiała z tamtym, zmilczał, po
równi zły i dotknięty nieposłuszeństwem i faktem, że najwyraźniej nie
zamierzała liczyć się z jego zdaniem. W głębi ducha był zresztą przekonany, że
na rozmowie się skończy. W najgorszym razie, lekcje będą się odbywały na placu,
gdzie będzie mógł mieć na wszystko oko, tymczasem okazało się, że nie docenił
przeciwnika. Zarówno Dioris jak i Rokka wyparowali.
***
– Wyżej ramię… O, tak. Wyprostuj w łokciu, usztywnij, ale
nie napinaj niepotrzebnie mięśni. – Pouczał Rokka.
Stał blisko. Bardzo blisko. A teraz przylgnął do jej pleców
i zakładając strzałę otoczył ramionami i położył dłonie na jej dłoniach, by
pomóc naciągnąć cięciwę twardego, jesionowego łuku. Wzdrygnęła się, gotowa
żałować decyzji i wyboru nauczyciela, ale ostatecznie zacisnęła szczęki. Musi
się nauczyć. Musi.
– Tamto drzewo... – Wskazał cel.
Czuła gorący oddech na policzku, jego policzek przyciśnięty
do swojego ucha i narastającą panikę. Uspokój
się Dioris. To tylko lekcja – nieustannie powtarzała w duchu – tylko lekcja. Nie potrafiła jednak do
końca się opanować. Mięśnie sztywniały wbrew woli a palce zacisnęły się na
drzewcu znacznie silniej niż powinny.
– Uważaj... – Ciepłe wargi delikatnie musnęły skroń...
Drgnęła gwałtownie, a wypuszczona strzała poszybowała gdzieś
w gęstwinę, daleko od wyznaczonego celu. Dioris spłonęła rumieńcem i odsunęła się
spłoszona.
– Co ty wyprawiasz?! – zirytował się Rokka. – Jak mam cię
uczyć skoro podskakujesz jakbym cię dźgał nożem, choć ledwo cię dotknąłem?!
Zaraz jednak opanował się i rozciągnął usta w uśmiechu.
Wyjął łuk z dłoni zdenerwowanej dziewczyny i cisnął obok na trawę. Postąpił
krok do przodu i przyciągnął ją d siebie. Odchyliła się, odpychając się rękoma
od jego piersi.
– Czemu z ciebie taki dzikus? Co, mała? – zamruczał jej w
twarz, pieszczotliwie gładząc plecy. – Przecież nie ma się, czego bać, maleńka.
– Próbował sięgnąć ust, ale ona szarpnęła się w tył. Zacieśnił uchwyt i nie
pozwlił się jej odsunąć.
– Zostaw mnie! Puszczaj! Słyszysz?! – krzyknęła w desperacji.
Dopiero teraz uświadomiła sobie jak pochopnie postąpiła oddalając się z kimś,
kogo zupełnie nie znała. Takie zachowani mogło zostać odczytane jak
przyzwolenie i najwyraźniej tak właśnie się działo. Uśmiechał się drwiąco
patrząc na nią z góry.
– Przecież wcale nie chcesz żebym cię puścił. Droczysz się
tylko... Kobiety zawsze to robią. Zawsze mówcie coś odwrotnego od tego, czego
naprawdę chcecie.
– Nie dotykaj mnie... – Oddychała teraz szybko, panika
zaczynała ją dusić. Niestety dla niego ów przyspieszony oddech był wyraźną
zachętą. Szczególnie, że Dioris bezwolnie zwiotczała w jego objęciach. Zsunął
dłonie w dół i zacisnął je lekko na pośladkach przyciągając mocniej do siebie
jej biodra. Znów próbował dosięgnąć jej ust.
– Nie dotykaj mnie... Nie dotykaj... – powtarzała w kółko. Ale
nie krzyczała już. Krzyk zmienił się w błagalny szept i mówiła teraz w ojczystym
języku, więc nie mógł jej zrozumieć. Wcale się tym nie przejął. Zaczęła drżeć
na całym ciele, a oczy zaszły dziwną mgłą i zrobiły się nieprzytomne, nieobecne.
Bez oporu tkwiła w męskich ramionach i tylko mamrotała coś niewyraźnie. Uśmiechał
się zadowolony.
– Widzisz? Mówiłam ci. Chcesz tego.. – Musnął delikatnie
usta. Nawet nie próbowała uchylić głowy, nie wyrywała się. Pewien, że ma jej
przychylnoścć i zgodę przycisnął wargi do delikatnej skóry na szyi. – Śliczna,
Dioris. Wiem, że mnie chcesz. Patrzyłaś na mnie – mruczał. – Widziałem.
Znów twarz nachylona
nad nią... Z tym samym, jak zawsze demonicznym, przewrotnym uśmiechem... Ręce i
usta na ciele... Dotykają, palą... To znów się dzieje... Ja płonę. „Chcesz
tego, chcesz...” Ten głos... Szyderstwo... Nie! Nie dotykaj! Już nigdy! Nigdy...!
Nie rozumiejący obcych słów Rokka, błagalne jęki brał za namiętne
szepty, a nie napotykając oporu, poczynał sobie coraz śmielej.
Silne dłonie z furią szarpnęły krewkim wojakiem. Odrywały go
od Dioris i ktoś stanął pomiędzy nim a dziewczyną...
– Zostaw ją, Rokko – wycedził przez zęby blady ze złości
Botta. Ale nawet król nie może kwestionować praw wolnego człowieka, dlatego Rokka
bynajmniej nie od razu ustąpił, gotów walczyć o swoje. Dioris mu się podobała,
nie miał zamiaru z niej zrezygnować bez względu na to kto jeszcze rościł sobie
do niej prawa.
– Może i jesteś królem, ale nie wtrącaj się – zmrużył oczy łucznik.
– Dziewczyna jest ze mną. Jest wolna i...
Botta ułapił go za poły kaftana i szarpnięciem przyciągnął
do siebie tak, że twarz znalazła się tuż przy twarzy.
– Nie jest. To moja niewolnica – wydyszał, mierząc rywala
wściekłym spojrzeniem. – Zrozumiałeś? I jeszcze raz cię przyłapię, jak się do
niej dobierasz, a obiję ci gębę tak, że
sam siebie nie poznasz.
– Niewolnica? – Zdezorientowany Rokka wybałuszył oczy. –
Przecież...
– Tak właśnie powiedziałem, słyszałeś. Nie waż się więcej do
niej zbliżać. – Botta znów solidnie potrząsnął niedoszłym amantem.
– Nie zachowuje się jak niewolnica. Skąd miałem wiedzieć? –
Zaczął się usprawiedliwiać. – Zostawiasz jej swobodę, jakby była wolna.
– Jest moja. – Botta puścił go wreszcie i jednocześnie
silnie odepchnął. – A teraz wynoś się stąd.
Niewolnica jest własnością. Sięgający po czyjąś własność to
złodziej. Rokka owszem, był cyniczny i wyrachowany, ale swój honor miał i
zdecydowanie nie by honor złodziejski. Z całą pewnością nie tknąłby dziewczyny,
gdyby nie był przekonany, że jest wolna. Jeśli było jak mówił Botta, a w tej jej
chwili zachowanie zdawało się
potwierdzać słowa mężczyzny. Dioris za
jego plecami osunęła się na kolana i skuliła tam, osłaniając głowę ramionami,
jakby oczekiwała razów. Rokka, postawiony przed faktem, musiał ustąpić.
– Dobrze, dobrze… – Pojednawczo wzniósł ramiona w górę. – Skoro
tak, to twoja racja. Ale na przyszłość pilnuj lepiej tej – wskazał wzrokiem siedzącą
na ziemi dziewczynę – niewolnicy.
– Nie twoja rzecz – burknął Botta, ponuro łypiąc spode łba.
– Zabieraj się, powiedziałem.
Odprowadzał go wzrokiem póki nie zniknął między drzewami i
dopiero wtedy pochylił się nad Dioris. Dotknął lekko jej ramienia.
– Poszedł sobie, Naimah. Już go nie ma.
Ucichła, tylko kołysała się jednostajnie, ściskając skronie dłońmi
zaciśniętymi w pięści. Botta usiadł obok niej, na trawie.
– Chodź tutaj, maleńka. – Przygarnął ją łagodnie, ale
stanowczo, zmusiwszy, by oparła się o niego.
– Proszę, nie... Nie chcę – szepnęła cichutko.
– Wiem, wiem... – mruknął i pocałował ją w czubek głowy. –
Posiedzimy sobie tylko. Zaśpiewam ci coś. Chcesz posłuchać?
Skinęła tylko głową. Wsparł policzek o jej czoło i zanucił
cicho pieśń, którą dawno temu, w dzieciństwie zwykła śpiewać mu matka. Kiedy
skończył siedzieli w ciszy. Botta przytulił jej głowę do piersi i delikatnie gładził
włosy. Dioris zamknęła oczy.
Wydawało się jej, że to dłoń ojca czułym gestem pieści jej głowę.
Tak bardzo za nim tęskniła i za Anegordem. Tak bardzo tęskniła za Imeni... Nigdy
już nie zobaczy żadnego z nich, ale nie... Nie, nie będzie płakała. Musi być twarda
i odpłacić za krzywdę. Za ojca, za brata, za siostrę, za siebie... Jest wolna. Teraz
już jest wolna. Na zawsze.
– Nie jestem niewolnicą – wyszeptała.
– Co mówisz? – Botta pochylił się ku niej.
– Nie jestem niewolnicą. Nigdy już, nigdy...
– Oczywiście, Naimah. Powiedziałem tylko tak, żeby cię już nie
zaczepiał.
– Nie jestem niewolnicą – powtórzyła z uporem.
– Jesteś wolna, kochanie. Wolna... – i bezbronna jak mały,
zraniony ptak, który cudem wyrwał się ze szponów jastrzębia, dodał w duchu.
Przysięgam, że znajdę tego jastrzębia. Znajdę i zabiję go. Przysięgam...
Podniósł się i postawił na nogi dziewczynę.
– Późno się robi i chłodno. Wracajmy do domu.
Zamknął jej dłoń w swojej. Pozwoliła się prowadzić bez
sprzeciwu.
Nie puścił jej ręki, póki nie znaleźli się w domu póki i
zostawił bezpiecznej pod opieką kobiet.
Wciąż jeszcze roztrzęsiona siedziała teraz w kuchni. Przygaszona,
milcząca nie dawała się wciągnąć w żadną pogawędkę. Na pytania odpowiadała
półsłówkami albo tylko skinieniem głowy. Rezolutna Diye stanęła nad nią
wziąwszy się pod boki.
– Chyba wiem, czego ci trzeba, dziewczyno – oznajmiła z miną
znawcy.
Młodziutka Liki podsunęła Dioris kubek z ziołowym naparem
melisy.
– Wypij to, pani, dobrze ci to zrobi.
Diye wywróciła oczami. Wyszła z kuchni i wróciła po chwili z
dzbanem wypełnionym ciemnoczerwoną cieczą o korzennej woni.
– Zostaw to paskudztwo. – Wyjęła kubek z ziołami z dłoni
Dioris. Postawiła przed nią mały srebrny pucharek i wypełniła go
ciemnoczerwonym trunkiem z dzbana. – Tego spróbuj. Doskonałe, korzenne wino.
Zobaczysz, od razu ci się poprawi humor.
Z roztargnieniem Dioris zamoczyła usta. Diye miała rację, aromatyczne
wino było wyśmienite. Lekkie i nie nazbyt słodkie.
– Rzeczywiście – zgodziła się z Diye, powolutku sącząc
trunek.
Kobieta uśmiechnęła się szeroko i wróciła do swoich zajęć,
pozostawiając Dioris sam na sam z kielichem oraz... nieopatrznie, całkiem bez
złych zamiarów, z dzbanem pełnym wina. I tak kobiety przygotowywały wieczorny
posiłek, podczas gdy dziewczyna dyskretnie zacieśniała nową przyjaźń.
Obiecuję, że w następnym trochę igraszek będzie ;) Poigram sobie trochę z Bottą, wystawiając na ciężką próbę jego samokontrolę :P
A jeszcze ciekawosta z życia moich zwierzaków: od dwóch tygodni królik usiłuje zagryźć psa (to nie jest pomyłka), mam nadzieję, że jednak mu się nie uda i że w końcu mu się znudzą te podchody ;).
A jeszcze ciekawosta z życia moich zwierzaków: od dwóch tygodni królik usiłuje zagryźć psa (to nie jest pomyłka), mam nadzieję, że jednak mu się nie uda i że w końcu mu się znudzą te podchody ;).

Mały błąd wkradł się do drugiego akapitu. "Sokro była wolna ... " :)
OdpowiedzUsuńDziękuję, poprawione :)
Usuńfajny rozdzial, tylko jak dla mnie nauka strzelanie z luku mogla byc troche dluzsza, plus Doris mogla byc bardziej dzielna, nic teraz czekam na czesc kolejna, oby nie za dlugo :)
OdpowiedzUsuńPostaram się kolejną wrzucić jeszcze w tym tygodniu ;) Co do długości lekcji... wezmę pod rozwagę i być może coś tam wydłużę, ale to już w wersji ostatecznej a ta blogowa to w sumie robocza i takie uwagi są bardzo pomocne. Dziękuję :).
UsuńNie wierzę, po prostu nie wierzę, że on jej za lekkomyślność i to, że sama była sobie winna, nie zjebał. On jest stanowczo za miękki, tu już nie chodzi o to, że zupełnie nie mój typ, ale nie rozumiem, jak ktoś taki może całe królestwo mieć w garści, gdy we własnym domu rządzi tak lekką ręką. Nie widzę w nim po prostu tego mężnego przywódcy, bardziej taką męską pipkę i totalnego ciapciaka.
OdpowiedzUsuńOna się zaprzyjaźnia z winem, a ja jeszcze trochę i się zaprzyjaźnię z piwkiem albo też winem, bo na pizzę się do włoskiej knajpki wybieram ;-)
Może by zjebał, gdyby ona nie popadła znow w ten swój stan na granicy obłędu i świadomości. Gdyby to zrobił, byłby zimnym draniem, a nie jest. Dla mnie to niejest kwestia trzymania wszystkich twardą ręką, ale raczej szacunku, który sobie wypracował jeszcze zanim pojawiła się tam Dioris. Ten szacunek wypracował sobie właśnie tym, że nie jest zimnym tyranem dla wszystkiego i dla wszystkich, ale potrafi być twardy i bezwględny kiedy potrzeba, i mieć ludzkie oblicze w innych okolicznościach.
UsuńI smacznego życzę :)