Udało mi się skrobnąć kawałek, więc zapraszam na kolejne spotkanie z Dioris...
poprzedni fragment
Dziewczyna zamarła i dłuższą chwilę jedynie wpatrywała się
budowlę. W głowie gonitwa myśli i uświadomienie sobie, z kim tak naprawdę ma do
czynienia... Konsternacja i zakłopotanie... Oto jej samozwańczy opiekun okazał
się być nie zwyczajnym lokalnym wodzem. Za plecami Dioris stał nie kto inny,
jak władca Aurów we własnej osobie. No, może nie do końca władca, nie
koronowano go jeszcze i Botta wciąż pozostawał następcą. Nie mniej nie ulegało
wątpliwości, że z jakichś sobie znanych powodów zdecydował się wziąć
uciekinierkę pod swoje skrzydła, dać jej ochronę i dom.
Przymknęła powieki i przełknęła ślinę. Jakże przewrotne i
pokręcone bywają ścieżki losu. Dioris zyskała potężnego protektora, owszem.
Tylko czy tego chciała? Czy potrzebowała właśnie kogoś takiego? Jej celem było
przetrwanie i przygotowanie się, by mogła dokonać zemsty, odpłacić za krzywdy
bliskich i swoje własne. Reszta się nie liczyła, dalej nie było życia, a
przynajmniej nie było go dla Dioris. Więc jaki to wszystko miało sens?
Mężczyzna stał blisko niej, czuła siłę i spokój bijący od
niego. Czuła ciepło promieniujące z dłoni, wciąż opiekuńczo ułożonych na jej
ramionach. Kilka dni wspólnej podróży pozwoliło, w pewnym stopniu, ocenić jakim
Botta jest człowiekiem. I ta świadomość sprawiła, że wszystko, boleśnie się w
niej ścisnęło.
Bo jakże ktoś taki jak ona, mógł czegokolwiek oczekiwać od
kogoś, kogo cechowała pogoda, szlachetność serca, a przede wszystkim wiara, że
ludziom można ufać? Ona, Dioris, utraciła wszystko, dom, bliskich, wiarę,
szlachetne urodzenie, wszak uczyniono z niej niewolnicę. Zbrukano, zniszczono,
wielokrotnie i z premedytacją udowodniono, że jest nikim, że ona sama zupełnie
się nie liczy. Jest zabawką w rękach oprawcy, służy jedynie zaspokajaniu jego chuci
i zwierzęcych instynktów. Jest niczym i nigdy już nie znajdzie radości w
zabawie, w śmiechu, żyje wyłącznie by zabić. Tego jedynie pragnie się nauczyć i
po tę naukę przybyła do kraju Aurów. W duszy ma tylko chłód, mróz, nie jest
zdolna do uczuć, nawet do przyjaźni, bo przyjacielowi się ufa, a ona nie zaufa
już nikomu. Nie umie... Tymczasem człowiek, który stał za nią nie zasługiwał
ani na obojętność, ani na nieufność, która stała się jej drugą naturą. Gorzej,
Dioris ze swoją przeszłością, która tkwiła w niej, jak cierń w ropiejącej
ranie, była niegodna by mieszkać z nim pod jednym dachem, choćby miała być tam
jedynie najmarniejszą sługą. Byłaby jak trucizna... Nie mogła się zgodzić.
Botta lekko zacisnął palce na jej ramionach. Wiedział, że
musi być zdezorientowana i bardzo był z siebie zadowolony. Wreszcie udało mu się
ją zaskoczyć, nie wywołując jednocześnie ataku paniki. Choć tego ostatniego do
końca nie był pewien, bo Dioris była jak skamieniała, prawie przestała oddychać.
– Powiedz coś – zachęcił ostrożnie. – Podoba ci się, czy
może nie?
Drzwi wejściowe skrzypnęły i w podcieniu stanęły dwie
kobiety uśmiechnięte od ucha do ucha. Dioris drgnęła i wypuściła wreszcie z
płuc wstrzymywane powietrze. Dopiero teraz zauważyła, że koń zniknął, ktoś
musiał go zabrać.
– Dlaczego nic mi nie powiedziałeś… panie – wyszeptała
zdrętwiałymi wargami.
– Panie? – zaśmiał się cicho. – Zapomniałaś mego imienia?
– Oczywiście, że nie, ale... Ja... Wybacz, nie mogę...
Botta ściągnął brwi i zacisnął szczęki. Ponad głową
dziewczyny, wzrokiem dał znak kobietom, by czekały i nie zbliżały się. Zostały
więc, tuż przy schodach i poszeptywały pomiędzy sobą. On zaś zwróciwszy wpierw
dziewczynę twarzą do siebie teraz mierzył ją surowym spojrzeniem, ciemnych
oczu.
– Posłuchaj... Nic się nie zmieniło. Jestem tym samym
mężczyzną, którego spotkałaś kilka dni temu, nad Rzeką, a ty tą samą
dziewczyną. Nie potrzebuję byś mnie tytułowała i nie chcę tego. Tytuł nie
oznacza człowieka, a jedynie funkcję, którą mógłby pełnić ktokolwiek. A to tam
– zerknął na budynek – to tylko dom, nic więcej.
Nie była w stanie patrzeć mu w twarz. Rumieniła się i bledła
na przemian. Dłonie zamknęła w pięści, gardło miała ściśnięte i walczyła ze
łzami napływającymi do oczu.
– Twój dom – szepnęła. – Nie mogę w nim zamieszkać. Nie
ja...
Uniósł jej podbródek i kciukiem otarł łzę, której nie udało
się powstrzymać.
– Dioris... – zawahał się. Nie chciał palnąć czegoś, co do
reszty, by ją spłoszyło. Niestety, jedynie się domyślał, co ją spotkało zanim
przybyła tutaj i bez względu na to na ile słuszne były owe domysły, nadal błądził
w nich po omacku.
Westchnął ciężko, a potem objął ją i mocno przytulił,
sprawiając tym gestem, że łzy z jej oczu popłynęły ciurkiem.
– Moja, Naimah... Zamieszkasz tutaj. Wiem, że mi nie ufasz,
widać tak musi być. Ale tu będziesz bezpieczna, nawet jeśli w to nie wierzysz.
Kiedyś uwierzysz, ja to wiem. Nie jesteś moim więźniem, lecz gościem i pobyt tu
traktuj jak gościnę, a moją troskę, jak troskę o gościa. Zresztą... – Odsunął
ją od siebie na odległość wyciągniętych ramion i uniósł jej podbródek,
zmuszając by na niego spojrzała. Uśmiechnął się. – Nie znasz w Nammas nikogo
poza mną, więc nie masz wyboru. Nie ma co tu dalej sterczeć. Chodźmy.
Choć wewnątrz wszystko w niej się temu sprzeciwiało,
pozwoliła się poprowadzić. Rękawem, niedbale otarła twarz, ale nie była w
stanie odpowiedzieć uśmiechem na zaintrygowane spojrzenia oczekujących na nich,
przed progiem, kobiet. One zaś, wpierw skłoniły się przed Bottą, on w
odpowiedzi skinął głową i, zerkając na Dioris, powiedział:
– To Diye i Liki. Diye trzęsie całym domem i
gospodarstwem, lepiej z nią nie zadzieraj. Sam się jej czasem boję – roześmiał
się – więc lepiej się jej słuchaj.
– Ależ, panie – mruknęła, zaczerwieniona z zażenowania,
starsza z kobiet.
– A co? Mało to razy za młodu oberwałem ścierką?
Na to, starsza tylko wywróciła oczyma. Młodsza chichotała
pod nosem i z zaciekawieniem zerkała na towarzyszącą Bottcie dziewczynę. O
tymczasem mówił dalej:
– Ta panna, to Dioris z Barthii, córka szlachetnie
urodzonego Anegorda, który tu u nas gościł przed rokiem. Na pewno go
pamiętacie. Dioris jest naszym gościem. Zatroszczcie się o nią jak należy, bo
zdrożona i osłabiona. Była ranna – dorzucił dla wyjaśnienia.
Dioris teraz zarumieniła się jak dojrzałe jabłko. Nie
oczekiwała takiej prezentacji, właściwie niczego nie oczekiwała. Tymczasem
Botta przedstawił ją w sposób, nie pozostawiający wątpliwości, że jej status
stanowczo przewyższa prostą sługę, czy niewolnicę. Nawet jeśli formalnie nadal
nią pozostawała.
– Służba zajmie się tobą. – Zwrócił się do samej Dioris. – Mnie
niestety wzywają obowiązki, musisz mi wybaczyć, ale zobaczymy się wieczorem. – Skłonił
się dwornie i pozostawił zszokowaną dziewczynę samą z kobietami.
Znała język, dość, by się z nimi dogadać, więc nie martwił
się, że sobie nie poradzą z porozumieniem. Zresztą dziewczyna potrzebowała
przede wszystkim kąpieli i wypoczynku. W jednym i drugim jego obecność nie
tylko nie była potrzebna, ale wręcz niewłaściwa.
Diye natychmiast wzięła gościa pod opiekuńcze skrzydła. Jej
uważnemu, oceniającemu spojrzeniu nie umknął żaden istotny szczegół, ani
wyraźne znużenie malujące się na twarzy przybyłej, ani opatrunek skryty, pod
zbyt dużą, męską koszulą. Jeszcze nim weszły do środka, odesłała Liki z
poleceniem przygotowania łaźni. Tymczasem zabrała Dioris do kuchni. Upewniwszy
się, iż cudzoziemka ją rozumie, wypytała o ranę i samopoczucie. Nie dała wiary,
że nie jest ani głodna, ani zmęczona i niecałe dwie godziny później Dioris
odpoczywała w narożnej komnatce z oknami wychodzącymi na jezioro.
Mimo wczesno-wiosennego chłodu uchyliła jedno z jego
skrzydeł i podziwiała widok. Nie położyła się, choć zachęcano ją do tego. Miała
dość ciągłego spania. Minione sześć dni podróży spędziła w większości we śnie. Chętnie
poszłaby obejrzeć sobie osadę, ale obawiała się, że obca twarz mogłaby wzbudzać
zbyt wiele ciekawości wśród mieszkańców. Za to, odsiedziawszy przy oknie około
godziny, w ciągu której niemal nauczyła się na pamięć zarysu gór wznoszących
się nad przeciwległym brzegiem jeziora, zeszła na dół. Udało się jej przekonać
Diye, by pokazano jej dom. Użyła w sumie prostego pretekstu. Domostwo było
okazałe i chciała wiedzieć, jak się w nim nie zagubić.
Dolną kondygnację,
poza reprezentacyjną, obszerną sienią, zajmowały kuchnie i pomieszczenia dla
służby. Po prawej stronie dla mężczyzn, po lewej dla kobiet. W centralnej
części znajdowała się też przestronna jadalnia, z której korzystali wszyscy
domownicy, bez względu na status społeczny i płeć, choć oczywiście każdy znał
swoje miejsce przy długim, masywnym stole.
Na górę, wprost z izby jadalnej, wiodły solidne, drewniane
schody. Górna kondygnacja była wyłączną rezydencją króla i jego rodziny. I,
ponieważ Dioris wyznaczono komnatę w tej właśnie części, zapewne służyła także gościom.
Tu również panował podział na część niewieścią, w lewym skrzydle, i męską w
prawym. Do niego jednak, oprowadzająca Dioris, Liki nie zaprowadziła
dziewczyny, poprzestając jedynie na wyjaśnieniu, co się znajduje w korytarzu po
prawej. Nie padł wprawdzie wyraźny zakaz wchodzenia tam, lecz skoro taki
panował tu obyczaj, Barthyjka nie miała zamiaru go naginać dla zaspokojenia
ciekawości. Zresztą nie należało się tam spodziewać niczego poza sypialniami,
podobnie jak w lewym korytarzu.
Na wprost schodów była jeszcze jasna, przytulna świetlica, z
której korzystali wszyscy bez żadnych ograniczeń. Mebli nie było wiele w pokojach.
W większości skrzynie do przechowywania odzieży, łóżka, różnej wielkości
stoliki i stoły. Krzesła i zydle z podłokietnikami i wysokimi oparciami. Podłogi
na piętrze pokrywały zwierzęce skóry i ręcznie tkane, kolorowe kobierce podobne
do tych, które były w jej rodzinnym domu i jakie widywała na palamarskim zamku.
Dioris zastanawiała się, czy były dziełem miejscowych rzemieślników,
czy może raczej zdobycznymi trofeami, zagrabionymi z pogranicznych, barthyjskich
siedzib, swego czasu regularnie grabionych przez Aurów. Jakkolwiek było tutejszym
wnętrzom przydawały ciepła i sprawiały, że nie czuła się tu aż tak obco. Mimo
wszystko odrobinę przypominały dom.
Ze swoim gospodarzem, tak jak powiedział, spotkała się
dopiero wieczorem, przy wieczerzy podanej w ogólnej jadalni. Nie mieli jednak
wiele czasu do rozmowy. Po całym dniu spędzonym tutaj i trwającej znacznie
dłużej podróży, na którą składała się przecież nie tylko jazda z oddziałem
Aurów, ale i owa desperacka ucieczka przez barthyjskie lasy, Dioris naprawdę
poczuła się znużona i wykręciwszy się zmęczeniem porzuciła towarzystwo i udała
na górę.
Kolejne dni mijały podobne do siebie.
Zabijała czas, kręcąc się po
kuchniach lub spacerując po, wciąż szarym i martwym po zimie ogrodzie. Posłuszna
napomnieniom Diye, nie oddalała się zbytnio od domu. Nie chciała przysparzać
nikomu kłopotów. Nikt jej nie przeszkadzał i nie pilnował każdego kroku, mogła
się czuć swobodnie, wolała nie nadużywać zaufania jakim ją obdarzono.
Sam Botta, o ile w drodze nie odstępował jej na krok, teraz
nie narzucał się ze swoim towarzystwem. Właściwie widywała go i miała okazję
zamienić kilka słów jedynie wieczorami przy kolacji. A jednak, mimo iż owe
spotkania nie były częste, krępowały ją jego uważne i skupione spojrzenia. Jakby
próbował prześwietlić jej myśli, duszę. I po co mu to? Złościła ją i irytowała ta
jego niewypowiedziana ciekawość. Zresztą nie potrafiła się pozbyć uczucia, że
za nią kryje się coś więcej. Odganiała jednak od siebie podobne myśli, starała
się raczej skupić na tym, w jaki sposób mogłaby wykorzystać swój pobyt w Nammas
do własnych celów.
Chciała nauczyć się posługiwać się bronią. Każdą do jakiej
tylko zdoła się dorwać. Miecz, sztylet, łuk... Wszystko czym skutecznie można
zadać śmierć. Nie wiedziała tylko jak poinformować swego gospodarza, że takiej
właśnie nauki potrzebuje. Podświadomie wyczuwała, że Botty wcale nie zachwyci
ów pomysł. W swoim wyobrażeniu wtłoczył ją ramki, w jakich zwykł był postrzegać
kobietę i z całą pewnością nie spodoba mu się, że ona sama widzi już w swojej
osobie jedynie narzędzie, które ma wymierzyć sprawiedliwość i które po jej
wymierzeniu stanie się zupełnie bezużyteczne. We własnych oczach Dioris była
nikim. Pustką, niewidocznym powietrzem, które zrobi swoje, odbierze oddech
potworowi i zniknie.
Miała świadomość swoich ograniczeń w tych planach. Gdyby
była mężczyzną już dawno udusiłaby łajdaka gołymi rękoma, ale takie działanie
wymagało fizycznej siły, której nie były zdolne skumulować słabe, niewieście
mięśnie, choćby je ćwiczyła latami. Trucizna także nie wchodziła w grę, bo to oznaczałoby
wpierw konieczność powrotu do oprawcy i cierpliwe oczekiwanie na właściwą
okazję. A Dioris nie była już w stanie znościć jego bliskości. Dlatego przeciez
uciekła. Teraz zaś chciała patrzeć na jego śmierć, widzieć jak gaśnie życie w
tych podłych, zmętniałych od alkoholu oczach, jak blednie złośliwy uśmieszek na
obleśnym, nalanym obliczu...
Wbić podstępnie sztylet w otłuszczone, odrażające cielsko, wypuścić
z łuku cichą strzałę... Tak, to byłoby w zasięgu jej możliwości, ale choć
odebrała staranne wykształcenie, nikt nie nauczył jej zabijać. Potrzebowała wiedzy,
gdzie wrazić ostrze, by skutek był ostateczny. Wiedzy, w jaki sposób napinać ów
łuk, by strzała nie chybiła celu...
Nieopodal, na końcu obsadzonej drzewami alei, trafiła na
spory plac, na którym zauważyła ćwiczących Aurów. Kobiety wprawdzie nie
przyłączały się do ćwiczeń, ale często towarzyszyły mężczyznom, przyglądały się
zapasom i markowanym pojedynkom, okrzykami zagrzewając do rywalizacji swoich
faworytów. Botta także tam bywał i ćwiczył z innymi.
Na razie obserwowała z daleka, niepewna czy jej obecność nie
spotka się z niechęcią i naganą. Ale ów plac stał się stałym punktem
codziennych spacerów.
***
Jak widać Dioris ma własne ciemne sprawki w planach... Jak się do tego ustosunkuje jej opiekun i czy ud się jej wprowadzić w życie te pomysły, to się okaże w ciągu dalszym...

Jeszcze! :) Ania
OdpowiedzUsuńBardzo wciągająca historia. czekam niecierpliwie :) na dalsze losy bohaterów. Serdecznie pozdrawiam autorkę. Czytelniczka
OdpowiedzUsuńSerdecznie pozdrawiam Czytelniczki ;) Będzie jeszcze, to jest pewne. Ta historia ma jeszcze daleeeko do końca;)
OdpowiedzUsuńGdyby nie to, że wiem, że przede mną jest jeszcze kilka części, to bym się obawiała, że to już koniec. Na szczęście nie, bo czuję niedosyt i jakoś jej się za dobrze teraz żyje jak na mój gust. Weź jej coś zrób!
OdpowiedzUsuńNo żyje się jej, ale ona już swoją porcję kopniaków od życia dostała na wstępie. Pewnie dlatego nie mam sumienia w dalszym ciągu jej kopać :D. Teraz mam inną ofiarę, której anielską cierpliwość bedę wystawiać na próbę :D
Usuń