WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

06.10.2015

Dioris cz.9

Udało mi się skrobnąć kawałek, więc zapraszam na kolejne spotkanie z Dioris...


poprzedni fragment


     Dziewczyna zamarła i dłuższą chwilę jedynie wpatrywała się budowlę. W głowie gonitwa myśli i uświadomienie sobie, z kim tak naprawdę ma do czynienia... Konsternacja i zakłopotanie... Oto jej samozwańczy opiekun okazał się być nie zwyczajnym lokalnym wodzem. Za plecami Dioris stał nie kto inny, jak władca Aurów we własnej osobie. No, może nie do końca władca, nie koronowano go jeszcze i Botta wciąż pozostawał następcą. Nie mniej nie ulegało wątpliwości, że z jakichś sobie znanych powodów zdecydował się wziąć uciekinierkę pod swoje skrzydła, dać jej ochronę i dom.
     Przymknęła powieki i przełknęła ślinę. Jakże przewrotne i pokręcone bywają ścieżki losu. Dioris zyskała potężnego protektora, owszem. Tylko czy tego chciała? Czy potrzebowała właśnie kogoś takiego? Jej celem było przetrwanie i przygotowanie się, by mogła dokonać zemsty, odpłacić za krzywdy bliskich i swoje własne. Reszta się nie liczyła, dalej nie było życia, a przynajmniej nie było go dla Dioris. Więc jaki to wszystko miało sens?
     Mężczyzna stał blisko niej, czuła siłę i spokój bijący od niego. Czuła ciepło promieniujące z dłoni, wciąż opiekuńczo ułożonych na jej ramionach. Kilka dni wspólnej podróży pozwoliło, w pewnym stopniu, ocenić jakim Botta jest człowiekiem. I ta świadomość sprawiła, że wszystko, boleśnie się w niej ścisnęło.
     Bo jakże ktoś taki jak ona, mógł czegokolwiek oczekiwać od kogoś, kogo cechowała pogoda, szlachetność serca, a przede wszystkim wiara, że ludziom można ufać? Ona, Dioris, utraciła wszystko, dom, bliskich, wiarę, szlachetne urodzenie, wszak uczyniono z niej niewolnicę. Zbrukano, zniszczono, wielokrotnie i z premedytacją udowodniono, że jest nikim, że ona sama zupełnie się nie liczy. Jest zabawką w rękach oprawcy, służy jedynie zaspokajaniu jego chuci i zwierzęcych instynktów. Jest niczym i nigdy już nie znajdzie radości w zabawie, w śmiechu, żyje wyłącznie by zabić. Tego jedynie pragnie się nauczyć i po tę naukę przybyła do kraju Aurów. W duszy ma tylko chłód, mróz, nie jest zdolna do uczuć, nawet do przyjaźni, bo przyjacielowi się ufa, a ona nie zaufa już nikomu. Nie umie... Tymczasem człowiek, który stał za nią nie zasługiwał ani na obojętność, ani na nieufność, która stała się jej drugą naturą. Gorzej, Dioris ze swoją przeszłością, która tkwiła w niej, jak cierń w ropiejącej ranie, była niegodna by mieszkać z nim pod jednym dachem, choćby miała być tam jedynie najmarniejszą sługą. Byłaby jak trucizna... Nie mogła się zgodzić.


     Botta lekko zacisnął palce na jej ramionach. Wiedział, że musi być zdezorientowana i bardzo był z siebie zadowolony. Wreszcie udało mu się ją zaskoczyć, nie wywołując jednocześnie ataku paniki. Choć tego ostatniego do końca nie był pewien, bo Dioris była jak skamieniała, prawie przestała oddychać.
     – Powiedz coś – zachęcił ostrożnie. – Podoba ci się, czy może nie?
     Drzwi wejściowe skrzypnęły i w podcieniu stanęły dwie kobiety uśmiechnięte od ucha do ucha. Dioris drgnęła i wypuściła wreszcie z płuc wstrzymywane powietrze. Dopiero teraz zauważyła, że koń zniknął, ktoś musiał go zabrać.
     – Dlaczego nic mi nie powiedziałeś… panie – wyszeptała zdrętwiałymi wargami.
     – Panie? – zaśmiał się cicho. – Zapomniałaś mego imienia?
     – Oczywiście, że nie, ale... Ja... Wybacz, nie mogę...
     Botta ściągnął brwi i zacisnął szczęki. Ponad głową dziewczyny, wzrokiem dał znak kobietom, by czekały i nie zbliżały się. Zostały więc, tuż przy schodach i poszeptywały pomiędzy sobą. On zaś zwróciwszy wpierw dziewczynę twarzą do siebie teraz mierzył ją surowym spojrzeniem, ciemnych oczu.
     – Posłuchaj... Nic się nie zmieniło. Jestem tym samym mężczyzną, którego spotkałaś kilka dni temu, nad Rzeką, a ty tą samą dziewczyną. Nie potrzebuję byś mnie tytułowała i nie chcę tego. Tytuł nie oznacza człowieka, a jedynie funkcję, którą mógłby pełnić ktokolwiek. A to tam – zerknął na budynek – to tylko dom, nic więcej.
     Nie była w stanie patrzeć mu w twarz. Rumieniła się i bledła na przemian. Dłonie zamknęła w pięści, gardło miała ściśnięte i walczyła ze łzami napływającymi do oczu.
     – Twój dom – szepnęła. – Nie mogę w nim zamieszkać. Nie ja...
     Uniósł jej podbródek i kciukiem otarł łzę, której nie udało się powstrzymać.
     – Dioris... – zawahał się. Nie chciał palnąć czegoś, co do reszty, by ją spłoszyło. Niestety, jedynie się domyślał, co ją spotkało zanim przybyła tutaj i bez względu na to na ile słuszne były owe domysły, nadal błądził w nich po omacku.
     Westchnął ciężko, a potem objął ją i mocno przytulił, sprawiając tym gestem, że łzy z jej oczu popłynęły ciurkiem.
     – Moja, Naimah... Zamieszkasz tutaj. Wiem, że mi nie ufasz, widać tak musi być. Ale tu będziesz bezpieczna, nawet jeśli w to nie wierzysz. Kiedyś uwierzysz, ja to wiem. Nie jesteś moim więźniem, lecz gościem i pobyt tu traktuj jak gościnę, a moją troskę, jak troskę o gościa. Zresztą... – Odsunął ją od siebie na odległość wyciągniętych ramion i uniósł jej podbródek, zmuszając by na niego spojrzała. Uśmiechnął się. – Nie znasz w Nammas nikogo poza mną, więc nie masz wyboru. Nie ma co tu dalej sterczeć. Chodźmy.

     Choć wewnątrz wszystko w niej się temu sprzeciwiało, pozwoliła się poprowadzić. Rękawem, niedbale otarła twarz, ale nie była w stanie odpowiedzieć uśmiechem na zaintrygowane spojrzenia oczekujących na nich, przed progiem, kobiet. One zaś, wpierw skłoniły się przed Bottą, on w odpowiedzi skinął głową i, zerkając na Dioris, powiedział:
     – To Diye i Liki. Diye trzęsie całym domem i gospodarstwem, lepiej z nią nie zadzieraj. Sam się jej czasem boję – roześmiał się – więc lepiej się jej słuchaj.
     – Ależ, panie – mruknęła, zaczerwieniona z zażenowania, starsza z kobiet.
     – A co? Mało to razy za młodu oberwałem ścierką?
     Na to, starsza tylko wywróciła oczyma. Młodsza chichotała pod nosem i z zaciekawieniem zerkała na towarzyszącą Bottcie dziewczynę. O tymczasem mówił dalej:
     – Ta panna, to Dioris z Barthii, córka szlachetnie urodzonego Anegorda, który tu u nas gościł przed rokiem. Na pewno go pamiętacie. Dioris jest naszym gościem. Zatroszczcie się o nią jak należy, bo zdrożona i osłabiona. Była ranna – dorzucił dla wyjaśnienia.
     Dioris teraz zarumieniła się jak dojrzałe jabłko. Nie oczekiwała takiej prezentacji, właściwie niczego nie oczekiwała. Tymczasem Botta przedstawił ją w sposób, nie pozostawiający wątpliwości, że jej status stanowczo przewyższa prostą sługę, czy niewolnicę. Nawet jeśli formalnie nadal nią pozostawała.
     – Służba zajmie się tobą. – Zwrócił się do samej Dioris. – Mnie niestety wzywają obowiązki, musisz mi wybaczyć, ale zobaczymy się wieczorem. – Skłonił się dwornie i pozostawił zszokowaną dziewczynę samą z kobietami.
     Znała język, dość, by się z nimi dogadać, więc nie martwił się, że sobie nie poradzą z porozumieniem. Zresztą dziewczyna potrzebowała przede wszystkim kąpieli i wypoczynku. W jednym i drugim jego obecność nie tylko nie była potrzebna, ale wręcz niewłaściwa.

     Diye natychmiast wzięła gościa pod opiekuńcze skrzydła. Jej uważnemu, oceniającemu spojrzeniu nie umknął żaden istotny szczegół, ani wyraźne znużenie malujące się na twarzy przybyłej, ani opatrunek skryty, pod zbyt dużą, męską koszulą. Jeszcze nim weszły do środka, odesłała Liki z poleceniem przygotowania łaźni. Tymczasem zabrała Dioris do kuchni. Upewniwszy się, iż cudzoziemka ją rozumie, wypytała o ranę i samopoczucie. Nie dała wiary, że nie jest ani głodna, ani zmęczona i niecałe dwie godziny później Dioris odpoczywała w narożnej komnatce z oknami wychodzącymi na jezioro.
     Mimo wczesno-wiosennego chłodu uchyliła jedno z jego skrzydeł i podziwiała widok. Nie położyła się, choć zachęcano ją do tego. Miała dość ciągłego spania. Minione sześć dni podróży spędziła w większości we śnie. Chętnie poszłaby obejrzeć sobie osadę, ale obawiała się, że obca twarz mogłaby wzbudzać zbyt wiele ciekawości wśród mieszkańców. Za to, odsiedziawszy przy oknie około godziny, w ciągu której niemal nauczyła się na pamięć zarysu gór wznoszących się nad przeciwległym brzegiem jeziora, zeszła na dół. Udało się jej przekonać Diye, by pokazano jej dom. Użyła w sumie prostego pretekstu. Domostwo było okazałe i chciała wiedzieć, jak się w nim nie zagubić.

     Dolną kondygnację, poza reprezentacyjną, obszerną sienią, zajmowały kuchnie i pomieszczenia dla służby. Po prawej stronie dla mężczyzn, po lewej dla kobiet. W centralnej części znajdowała się też przestronna jadalnia, z której korzystali wszyscy domownicy, bez względu na status społeczny i płeć, choć oczywiście każdy znał swoje miejsce przy długim, masywnym stole.
     Na górę, wprost z izby jadalnej, wiodły solidne, drewniane schody. Górna kondygnacja była wyłączną rezydencją króla i jego rodziny. I, ponieważ Dioris wyznaczono komnatę w tej właśnie części, zapewne służyła także gościom. Tu również panował podział na część niewieścią, w lewym skrzydle, i męską w prawym. Do niego jednak, oprowadzająca Dioris, Liki nie zaprowadziła dziewczyny, poprzestając jedynie na wyjaśnieniu, co się znajduje w korytarzu po prawej. Nie padł wprawdzie wyraźny zakaz wchodzenia tam, lecz skoro taki panował tu obyczaj, Barthyjka nie miała zamiaru go naginać dla zaspokojenia ciekawości. Zresztą nie należało się tam spodziewać niczego poza sypialniami, podobnie jak w lewym korytarzu.
     Na wprost schodów była jeszcze jasna, przytulna świetlica, z której korzystali wszyscy bez żadnych ograniczeń. Mebli nie było wiele w pokojach. W większości skrzynie do przechowywania odzieży, łóżka, różnej wielkości stoliki i stoły. Krzesła i zydle z podłokietnikami i wysokimi oparciami. Podłogi na piętrze pokrywały zwierzęce skóry i ręcznie tkane, kolorowe kobierce podobne do tych, które były w jej rodzinnym domu i jakie widywała na palamarskim zamku.
     Dioris zastanawiała się, czy były dziełem miejscowych rzemieślników, czy może raczej zdobycznymi trofeami, zagrabionymi z pogranicznych, barthyjskich siedzib, swego czasu regularnie grabionych przez Aurów. Jakkolwiek było tutejszym wnętrzom przydawały ciepła i sprawiały, że nie czuła się tu aż tak obco. Mimo wszystko odrobinę przypominały dom.

     Ze swoim gospodarzem, tak jak powiedział, spotkała się dopiero wieczorem, przy wieczerzy podanej w ogólnej jadalni. Nie mieli jednak wiele czasu do rozmowy. Po całym dniu spędzonym tutaj i trwającej znacznie dłużej podróży, na którą składała się przecież nie tylko jazda z oddziałem Aurów, ale i owa desperacka ucieczka przez barthyjskie lasy, Dioris naprawdę poczuła się znużona i wykręciwszy się zmęczeniem porzuciła towarzystwo i udała na górę.

 ***
     Kolejne dni mijały podobne do siebie.
     Zabijała czas, kręcąc się po kuchniach lub spacerując po, wciąż szarym i martwym po zimie ogrodzie. Posłuszna napomnieniom Diye, nie oddalała się zbytnio od domu. Nie chciała przysparzać nikomu kłopotów. Nikt jej nie przeszkadzał i nie pilnował każdego kroku, mogła się czuć swobodnie, wolała nie nadużywać zaufania jakim ją obdarzono.

     Sam Botta, o ile w drodze nie odstępował jej na krok, teraz nie narzucał się ze swoim towarzystwem. Właściwie widywała go i miała okazję zamienić kilka słów jedynie wieczorami przy kolacji. A jednak, mimo iż owe spotkania nie były częste, krępowały ją jego uważne i skupione spojrzenia. Jakby próbował prześwietlić jej myśli, duszę. I po co mu to? Złościła ją i irytowała ta jego niewypowiedziana ciekawość. Zresztą nie potrafiła się pozbyć uczucia, że za nią kryje się coś więcej. Odganiała jednak od siebie podobne myśli, starała się raczej skupić na tym, w jaki sposób mogłaby wykorzystać swój pobyt w Nammas do własnych celów.
     Chciała nauczyć się posługiwać się bronią. Każdą do jakiej tylko zdoła się dorwać. Miecz, sztylet, łuk... Wszystko czym skutecznie można zadać śmierć. Nie wiedziała tylko jak poinformować swego gospodarza, że takiej właśnie nauki potrzebuje. Podświadomie wyczuwała, że Botty wcale nie zachwyci ów pomysł. W swoim wyobrażeniu wtłoczył ją ramki, w jakich zwykł był postrzegać kobietę i z całą pewnością nie spodoba mu się, że ona sama widzi już w swojej osobie jedynie narzędzie, które ma wymierzyć sprawiedliwość i które po jej wymierzeniu stanie się zupełnie bezużyteczne. We własnych oczach Dioris była nikim. Pustką, niewidocznym powietrzem, które zrobi swoje, odbierze oddech potworowi i zniknie.
     Miała świadomość swoich ograniczeń w tych planach. Gdyby była mężczyzną już dawno udusiłaby łajdaka gołymi rękoma, ale takie działanie wymagało fizycznej siły, której nie były zdolne skumulować słabe, niewieście mięśnie, choćby je ćwiczyła latami. Trucizna także nie wchodziła w grę, bo to oznaczałoby wpierw konieczność powrotu do oprawcy i cierpliwe oczekiwanie na właściwą okazję. A Dioris nie była już w stanie znościć jego bliskości. Dlatego przeciez uciekła. Teraz zaś chciała patrzeć na jego śmierć, widzieć jak gaśnie życie w tych podłych, zmętniałych od alkoholu oczach, jak blednie złośliwy uśmieszek na obleśnym, nalanym obliczu...
     Wbić podstępnie sztylet w otłuszczone, odrażające cielsko, wypuścić z łuku cichą strzałę... Tak, to byłoby w zasięgu jej możliwości, ale choć odebrała staranne wykształcenie, nikt nie nauczył jej zabijać. Potrzebowała wiedzy, gdzie wrazić ostrze, by skutek był ostateczny. Wiedzy, w jaki sposób napinać ów łuk, by strzała nie chybiła celu...

     Nieopodal, na końcu obsadzonej drzewami alei, trafiła na spory plac, na którym zauważyła ćwiczących Aurów. Kobiety wprawdzie nie przyłączały się do ćwiczeń, ale często towarzyszyły mężczyznom, przyglądały się zapasom i markowanym pojedynkom, okrzykami zagrzewając do rywalizacji swoich faworytów. Botta także tam bywał i ćwiczył z innymi.

Na razie obserwowała z daleka, niepewna czy jej obecność nie spotka się z niechęcią i naganą. Ale ów plac stał się stałym punktem codziennych spacerów.
***


Jak widać Dioris ma własne ciemne sprawki w planach... Jak się do tego ustosunkuje jej opiekun i czy ud się jej wprowadzić w życie te pomysły, to się okaże w ciągu dalszym...

5 komentarzy:

  1. Jeszcze! :) Ania

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo wciągająca historia. czekam niecierpliwie :) na dalsze losy bohaterów. Serdecznie pozdrawiam autorkę. Czytelniczka

    OdpowiedzUsuń
  3. Serdecznie pozdrawiam Czytelniczki ;) Będzie jeszcze, to jest pewne. Ta historia ma jeszcze daleeeko do końca;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Gdyby nie to, że wiem, że przede mną jest jeszcze kilka części, to bym się obawiała, że to już koniec. Na szczęście nie, bo czuję niedosyt i jakoś jej się za dobrze teraz żyje jak na mój gust. Weź jej coś zrób!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No żyje się jej, ale ona już swoją porcję kopniaków od życia dostała na wstępie. Pewnie dlatego nie mam sumienia w dalszym ciągu jej kopać :D. Teraz mam inną ofiarę, której anielską cierpliwość bedę wystawiać na próbę :D

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.