WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

16.09.2015

15 godzin... cz.6

Niespodzianka... Dzisiaj zmiana klimatu ;). Ostatnio zrobiliśmy sobie wyzwanie i w ramach tego założyłam, że zrobię kawałek do 15 godzin... właśnie. Kawałek nie jest może imponująco długi, ale jest i będzie, mam nadzieję, kopniakiem do kolejnych. To było takie miejsce w tekście, na którym się zablokowałam normalnie, ale mam je za sobą, na szczęście. Jest jeszcze co najmniej jedno, z którym też będę mieć problem, ale do niego jeszcze trochę i może nim tam dotrę to jakoś sobie to zdążę poukładać ;). Zapraszam... A pod tekstem jest kawałek, który sobie można... hmmm... odpalić.


poprzedni fragment




     Noc... Ciemność... Cisza, rozpraszana jedynie jednostajnym mruczeniem generatorów.

     Magazyny były dobrze strzeżone, a jakże. Ale i tak reflektory osadzone na wieżyczkach wartowniczych nie ogarniały każdego kąta. Strażnik zresztą też nie wysilał się na nudnej, nocnej warcie. Oparty leniwie, w niedbałej pozie, o słupek podtrzymujący daszek na gnieździe wieżyczki, żuł gumę i rytmicznie potrząsał głową. Od ucha biegł cieniutki kabel i znikał w kieszeni mundurowej bluzy, na piersi. Zasadniczo nie powinien, ale... Tu na tyłach panował spokój. Tutaj były jedynie magazyny ze szmatami. A w końcu gacie nie są jakimś tam strategicznym sprzętem w armii. Owszem, bez gaci trochę głupio na froncie, ale w razie bum, da się. Poza tym, od czasu do czasu, przebiegał przecież wzrokiem teren, wraz ze smugą reflektora. Od czasu do czasu, podnosząc rękę, dawał też znak kolegom na sąsiednich wieżyczkach, że wciąż jest na posterunku. Odpowiadali podobnie, zapewne, podobnie jak on skupieni na własnych sprawach. Warta pro forma...
     Chciało mu się lać. Cholera, że też dał się namówić na tę wycieczkę do pobliskiego baru tuż przed swoją zmianą. Nie dość, że potem musiał się nieźle gimnastykować, żeby żaden z przełożonych nie wyczuł od niego odoru piwa, to teraz znów miał wrażenie, że za chwilę pęknie mu pęcherz. Miał szczęście, że nie byli regularnym wojskiem a jedynie paramilitarną formacją zabezpieczającą różne obiekty na zapleczu. W takich grupach panował o wiele lżejszy, od wojskowego, rygor. Na wiele rzeczy patrzono przez palce. A teraz potrzebował sobie użyć i to bardzo, bo jeśli tego nie zrobi, to za chwilę zleje się spodnie.
Boki czworokątnego gniazda były niestety dość wysokie. Zbyt wysokie by mógł się swobodnie odlać. Będzie musiał zejść na dół. Dopiero co sygnalizował obecność na posterunku. Ile czasu może mu zająć zejście po drabince i wykonanie prostej fizjologicznej czynności? Nikt nie zauważy, że przez krótką chwilę go nie było. Wypluł gumę i odłożył karabin. Tylko by mu przeszkadzał. Objął stopami drabinkę i zsunął się błyskawicznie w dół.


***
     Kurwa! Zaklął w duchu Odd, widząc cień sunący w dół drabinki prowadzącej na wieżyczkę. Zdążyli już przeciąć siatkę i właśnie mieli przecisnąć się pod jej odgiętym fragmentem. Teraz przypadli płasko do podłoża. W niekoszonej tuż przy ogrodzeniu trawie, pozostawali na szczęście niewidoczni. Człowiek stanął na ziemi i zrobił w ich kierunku kilka kroków. Odd gestem nakazał spokój. W ciszy obserwowali jak strażnik manipuluje przy rozporku, mamrocząc przy tym pod nosem jakieś przekleństwa. Po chwili uszu dobiegł odgłos, zderzającego się z gruntem, cienkiego strumyka cieczy a w powietrzu uniosła się ostra woń uryny. Gdy dźwięk się urwał mężczyzna odetchnął i przymknął oczy, mrucząc z zadowoleniem i skupił się na poprawianiu odzieży. Przegapił chwilę, w której pochwyciły go cztery silne ramiona. Nim zdążył na dobre się zdziwić i zdać sobie sprawę co się dzieje, leżał już ze skręconym karkiem. Nie wydał nawet dźwięku, cichutko chrupnęła jedynie kość w złamanym kręgosłupie, a potem sflaczałe ciało bezszelestnie złożono w wysokiej trawie. Przestał istnieć.

     Wielka, ciemna sylwetka wspięła się błyskawicznie po drabince. Wartownik na sąsiedniej wieżyczce dawał właśnie znak i otrzymał odpowiedź...
     Inne dwa cienie znalazły pod posterunkami po prawej i po lewej. Niczym węże, bezszelestnie wspięły się w górę.

     Odd, używając jedynie gestów, szybko wydał polecenia. Kolejne cienie przemknęły przez niezabudowany pas, dzielący linię wieżyczek od zabudowań. Nie mieli wiele czasu. Pozostało jeszcze podłożyć ładunki pod baraki, ale też pod to co znajdowało się pod nimi, a o czym nie mieli pojęcia tutejsi strażnicy, skład z amunicją do ręcznej broni.
     Musieli się spieszyć, by zachować rezerwę na wycofanie się na bezpieczną odległość, jeśli sami chcieli przeżyć eksplozję. Czas nieubłaganie działał na ich niekorzyść. Wiedzieli jednak, jak nie popełniać błędów. Mieli już z sobą kilka podobnych akcji. Nie działali po omacku. Każda czynność była dokładnie zaplanowana i wyliczona w czasie, zanim wsiedli do transportowca, który przerzucił ich za linie wroga.

     Wojna... To, co robili teraz było o wiele bardziej niebezpieczne, ale tu wróg miał broń w rękach i to odpowiadało Oddowi. Jeśli zaskoczy przeciwnika przeżyje, jeśli sam da się zaskoczyć, zginie. Szanse były równe. Teraz był żołnierzem, nie rzeźnikiem.

     Odebrał bezgłośną informację, że wszystko gotowe... Wycofali się tą samą drogą, bezdźwięcznie, niewidzialni, niczym duchy. Skrył ich rów oddalony od magazynów o jakieś trzysta metrów
Spojrzał w bok, wszyscy jego podwładnie zgodnie taplali się cuchnącym szlamie zalegającym na dnie melioracji. Gdy zawyła pierwsza syrena, Odd wcisnął guzik radiowego detonatora.
     Huk eksplozji i jej impet wdarł się w uszy, mimo iż osłaniali je rękoma. Odległość też nie okazała się dość duża, by nie poczuli na plecach żaru, na szczęście już niezdolnego zrobić im krzywdę. Chwilę później posypały się z góry odłamki, grudki ziemi, okruchy gruzu, desek i szkła. Te drobniejsze, bo większe i cięższe opadły znacznie bliżej epicentrum.
     Dał znak i ruszyli. Najwyższy czas, by wycofali się do bezpiecznej strefy, skąd będą mogli nawiązać kontakt i podać pozycję. Miał ich stamtąd zabrać specjalny „cichy” transportowiec, nazywany tak ze względy na wyjątkowo niehałaśliwe, grawitacyjne silniki, najnowszej generacji. Wcześniejsze rozpoznanie terenu wskazywało, że tym „bezpiecznym” punktem mogą być pozostałości niewielkiej, dawno porzuconej osady...

***
     Osaczeni w ruinach, które kiedyś były być może miasteczkiem albo większą wsią, ostrzeliwali się desperacko. Po drugiej stronie placu dopalał się matowo szary wrak zestrzelonego transportowca. Kanonada nie ustawała. Kończyła się amunicja. Byli świadomi przegranej. Ostrzał był coraz ostrzejszy, a oni nie mieli czym odpowiedzieć. Nie mieli nawet granatników, tylko lekką ręczną broń. Rozproszyli się, ale wszyscy zdawali sobie sprawę, że ten manewr na wiele się nie zda. Nie na obcym terenie, gdy znaleźli się w potrzasku, bez jakichkolwiek szans na wsparcie.

     Odd z kumplem schronili się za sterczącym kawałkiem muru. Pozostali również starali się wykorzystać każdą możliwą wypukłość i zagłębienie gruntu. Tyle że strzelano do nich ze wszystkich stron. Kilka metrów przed tą przeszkodą rozerwał się pocisk. We dwóch ledwie się mieścili za marną osłoną. Jeden z odłamków wbił się w policzek towarzysza Odda. Złamał mu szczękę. Kolejny zmasakrował klatkę piersiową, eliminując z walki. Następna eksplozja gruchnęła tak blisko, że prawie ogłuszyła Odda. Poczuł silne szarpnięcie, a potem dziwne pulsowanie w prawym ramieniu. Kiedy na nie zerknął zobaczył jedynie krwawy poszarpany kikut. Wykrwawię się! Kurwa! Wykrwawię się... Ktoś dopadł do niego i coś mówił, zacisnął pasek na kikucie i dopiero wtedy Odd zawył z bólu. Odruchowo odepchnął żołnierza, który w pośpiechu okręcał ranę jakaś brudną szmatą. Ów stracił równowagę, upadł na plecy i w tej samej chwili tuż za jego głową rozerwał się kolejny pocisk. Huk, białe światło... Ciemność...

***

I obiecana muzyczka :)


Krótko? Bo to była w sumie którka piłka, szast prast najpierw pozamiatali oni, potem pozamiatano ich. To generalnie miało być krótkie opowiadanie, a już mam tego prawie 50 stron i chyba nie jestem jeszcze nawet w połowie. Ale wszystko wyjdzie w praniu, bo ciągle na 100% nie wiem, jak się całość zakończy. 
Jeśli chodzi o "Dioris" to bynajmniej na niej się nie zablokowałam, tylko potrzebuję trochę od niej odetchnąć i stąd ta zmiana. Wrócę do niej niebawem, nie będę Was zbyt długo trzymać w niepewności ;).

2 komentarze:

  1. to dobrze ze wrocisz do Doris, ten kawalek jakos mniej ma sympatykow :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy ja wiem, czy mniej? Raczej stawiam, na Waszą wrodzoną nieśmiałość ;) Do Dioris wrócę na pewno, ale jak mówiłam, kiedy zbyt długo pracuję z jednym tekstem, muszę czasem od niego odetchnąć. Tak, że cierpliwości, kochani, cierpliwości ;)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.