Halo, halo...! Ogłaszam oficjalnie koniec dłuuuugich wakacji, a powakacyjnie na Warsztacik wrzucam kolejny fragment "Dioris". Pourlopowałam się bowiem troszeczkę i chyba było mi to potrzebne, bo nawet wen się odnalazł i zaczęłam sobie pisać coś. W sensie, że coś nowego. Ale to tak na marginesie. Na bloga nie zacznę dodawać żadnej nowości, póki nie dokończę tego, co leci na bieżąco, więc tamto sobie jeszcze poczeka. Na wyjeździe przerzuciłam pobieżnie materiał z "Dioris" i doszłam do mało budujących wniosków, że jest tak skopana, że gorzej już być nie mogła. Tak to niestety jest, jak się odkopuje teksty sprzed lat. Ale bez obaw, powoli z pewnością dam radę z niej coś wykrzesać. Nie mniej, jak to zawsze u mnie, jest tam cała masa dziur do zakopania. Mnie się jednak nigdzie nie spieszy i mam nadzieję, że Wam również starczy do mnie cierpliwości.
Dziewczyna leżała nieruchomo na posłaniu. Oczy miała
zamknięte i pomyślał, że jeśli śpi, to nie będzie jej budził. Przysiadł na
skórach, na brzegu posłania. Wziął w dłonie jej rękę. Otworzyła oczy.
– Nie śpisz... – Uśmiechnął się. – To dobrze, bo chcę z tobą
rozmawiać. Lepiej się teraz czujesz?
Milczała, spoglądając tylko wrogo, spod lekko przymrużonych
powiek.
– Rozumiesz naszą mowę? – Zapytał, nie uzyskawszy odpowiedzi
na wcześniejsze pytanie. Ale on nawet nie drgnęła. – Hmm... nie szkodzi. Na
szczęście, ja znam waszą. Kim jesteś? I dlaczego weszłaś na ziemię Aurów? –
spytał znów, tym razem w języku Barthów. I znów odpowiedziało mu jedynie uparte
milczenie. Rozzłościł się.
– Do licha! Wyrwano ci język, czy jesteś głucha,
dziewczyno?! – podniósł głos poirytowany niepowodzeniem.
Nadal milczała, zupełnie nie reagując na jego gniew. Przetarł
dłonią twarz, dla opanowania wzburzenia. Może rzeczywiście coś z nią jest nie
tak? Może faktycznie jest głucha, albo niema. Albo i jedno, i drugie…
– Mam język, umiem mówić i nie jestem głucha. – Z posłania
dobiegła niespodziewanie całkiem spokojna odpowiedź.
Spojrzał na nią nie kryjąc irytacji.
– To, dlaczego milczysz i nie odpowiadasz na pytania?! – Podniósł
głos.
– A dlaczego miałabym potulnie odpowiadać? Napadłeś na mnie
i poturbowałeś, a teraz wrzeszczysz, choć nie dałam ci żadnego powodu.
– Nie wrzeszczę...
– Wrzeszczysz.
Machnął ręką. Nie będzie się z nią spierał o bzdury. Chce
informacji.
– Przekroczyłaś graniczną Rzekę. To wystarczający powód by
cię pojmać – oświadczył z powagą. – I kto tu, kogo poturbował? – zapytał z
drwiną, wskazując równocześnie na zapuchnięte oko i podrapany policzek. – To
moja gęba wygląda jakbym się zderzył z galopującym koniem, a nie twoja – dodał
oskarżycielsko.
– Twoja wina – odparła chłodno, nieporuszona. – Nie trzeba
było się na mnie rzucać.
– Sama na mnie wpadłaś! – obruszył się.
– Gdybyś tam podstępnie nie czatował, nie wpadłabym! – Teraz
dziewczyna też nieznacznie podniosła głos.
– Noo, gdybyś wpierw ty nie wlazła na naszą ziemię, nie
czatowałbym!
– Nic o mnie nie wiesz! – Upierała się przy swojej racji. -
Ale związałeś mnie jak młodego byczka i uwięziłeś!
– O, co się tyczy wiązania, to chyba raczej jak jałówkę –
zauważył z przekąsem. – I nie dałaś mi wyboru, jakbym zostawił ci wolne ręce,
wydrapałabyś i oczy. Teraz jednak, mniejsza o to... Pytałem, kim jesteś, mów
więc.
– Jestem, Barthyjką – oznajmiła, powracając do obojętnego
pozbawionego emocji tonu.
– Dajże spokój – wywrócił oczyma – to wiem, nie pytając.
Podaj swoje imię, ród, kto jest twoim ojcem...
Ale dziewczyna skrzywiła na to z niechęcią usta i odwróciła
głowę. Wyglądało na to, że nie zamierza odpowiadać na żadne pytania.
Ujął ją łagodnie pod brodę, obrócił jej twarz na powrót w
swoją stronę i przyjrzał się jej z uwagą. Miała całkiem ładne, delikatne rysy.
Wygięte w łuk brwi, były nieco ciemniejsze niż włosy, podobnie jak długie,
rzucające cień na policzki, rzęsy. Niestety ani uroda, ani jej brak niewiele
mogły mu powiedzieć o pochodzeniu jeńca. Westchnął lekko.
Usta miała ładnie wykrojone. Pełne, różowe... Przesunął po
nich kciukiem. Jej dłonie natychmiast zacisnęły się w pięści na kudłatej
skórze, którą była okryta. Nie zauważył tego gestu, a jeśli nawet, to go
zignorował.
Botta powolutku nachylił się ku owym różowym ustom, lecz nim
jego wargi ich dotknęły:
– Moje imię jest Allathe. Nie mam ojca. Nie mam rodu. Jestem
sama i nie mam obrońców, ale przysięgam, Auro, jeśli mnie tkniesz, oberżnę ci
przyrodzenie twoim własnym nożem i wepchnę ci je w gardło – wycedziła przez
zęby, głosem tak lodowatym, że ciarki mu przebiegły po grzbiecie.
Zamarł na chwilę, po czym wyprostował się i spojrzał
zdziwiony w jej oczy. Nienawiść i gniew w nich go nie zaskoczyły, to już znał.
Lecz było tam coś jeszcze, czego nigdy nie widział w oczach kobiety, przynajmniej
do tej pory i nie bardzo potrafił określić, co to może być. Coś jak strach, a
może wstręt, czy odraza albo i wszystko naraz.
– Chyba sobie ze mnie żartujesz. – Ściągnął brwi z przyganą,
ale zaraz łobuzerski uśmiech rozjaśnił jego oblicze. – Przecież należy mi się
zadośćuczynienie za podbite oko i guza. – Uśmiech poszerzył się jeszcze i usta
Botty ponownie zawisły nad Dioris.
I ponownie mężczyzna zastygł w bezruchu,
usłyszawszy:
– Tylko spróbuj, a przekonasz się czy żartuję.
No cóż, użyty ton nie pozostawiał wątpliwości, że jednak nie
żartuje i nawet jeśli marne miała szanse na powodzenie, to przynajmniej spróbuje
wprowadzić w czyn swoją groźbę, jeśli on nie ustąpi. Dziewczęce dłonie na
okryciu wciąż pozostawały zaciśnięte w pięści, tak mocno, że aż drżały. Napięte
mięśnie przywiodły mu na myśl szykującego się do skoku drapieżnika. Odsunął
się. Bynajmniej nie miał ochoty szamotać się z obcą dziewczyną, by skraść jej
całusa. Tylko co w takim razie powinien z nią zrobić? Pytana nie chciała
odpowiadać, a musiał się dowiedzieć kim jest i w jakim celu tu przybyła.
Wciąż pozostawali w stanie wojny z Barthią. Podjęta przed
rokiem przez Milthorna, króla Barthów, próba zawarcia porozumienia z
wojowniczymi południowymi sąsiadami nie została ostatecznie sfinalizowana.
Przerwała ją nagła śmierć Dogreta, auryckiego wodza i władcy. Zwyczaj nakazywał
celebrować żałobę przez okrągły rok. W tym czasie ani nie obierano nowego
wodza, ani nie prowadzono żadnych negocjacji, z nikim. W pewnym sensie to
smutne wydarzenie okazało się na rękę Bottcie, gdyż omal nie pożeniono go z
barthyjską księżniczką. Tymczasem on wolał sam decydować zarówno o swoim życiu
jak i ożenku.
Teraz jednak wieści dochodzące z drugiego brzegu Granicznej
Rzeki były co najmniej niepokojące. Podobno Barthią targała rebelia, podobno
Milthorna stracono wraz całą rodzino, podobno... Branka Botty, była Barthyjką,
wątpliwe by była kimś ważnym, ale z pewnością mogła udzielić interesujących
informacji o sytuacji w ojczyźnie. Szczególnie, że przed czymś stamtąd
uciekała. Przed czym? Tego też chętnie by się dowiedział... Gdyby tylko
zechciała mówić.
Do namiotu wszedł człowiek z miską dymiącej strawy i kubkiem
wypełnionym gorącym płynem. Rozdrażniony Botta kazał zostawić wszystko na
prowizoryczny stole i wynosić. Zachowanie dziewczyny zaintrygowało go i
zdenerwowało, a słowa wzbudziły podejrzenia i niepokój, choć starał się niczego
nie okazywać. Allathe... Co to za imię? Znał język Barthów. Znał wystarczająco
dobrze, bo wiedzieć, że... to nie jest imię. I ten dziwny wyraz jej oczu. Co to
ma znaczyć? Czego tak naprawdę ona tu szuka?
Wziął w dłonie drewnianą miseczkę. Nabrał na łyżkę trochę
zupy.
– Jedz. Musisz coś zjeść.
– Mogę jeść sama... – Uniosła się na łokciu, z grymasem
bólu.
– Leż! – Padł rozkaz. – Gadać trzeba było, jak pytałem, a
teraz otwieraj gębusię. No, już...
Wmusił w nią trzy, czy cztery łyżki. Przy kolejnej stanowczo
odsunęła jego rękę.
– Nic nie zjadłaś! – oburzył się szczerze.
– Mam dość. – Uparła się. – Co to w ogóle jest?
– Nie smakuje ci?
– Tego przecież nie powiedziałam. Co w tym jest?
Pogrzebał w misce z niezbyt tęgą miną.
– Eee... mięso jakieś, kasza... pojęcia nie mam. Ja nie
zajmuję się gotowaniem. Chcesz wiedzieć, pytaj tego, co gotuje, nie mnie.
– A ty? Czym ty się zajmujesz?
– Ja? – No, proszę, pomyślał z przekąsem, i kto tu kogo
wziął na spytki?
– Tak, ty.
– Ja...? Tak ogólnie to, utrzymaniem porządku.
– Jesteś zarządcą? – zmrużyła błękitne oczy.
– Coś w tym sensie – mruknął.
– A czym zarządzasz? – Nie ustępowała w drążeniu tematu.
Jej ciekawość była denerwująca. Nieustępliwość również. Zignorował
ostatnie pytanie i narzucił na dziewczynę tylko kilka dodatkowych skór.
– Masz się przespać – zarządził. – Ruszamy stąd przed nocą.
W drodze sobie pogadamy.
– W drodze, dokąd?
– Dowiesz się w swoim czasie. Ty masz swoje tajemnice, a ja
swoje. Teraz postaraj się zasnąć... Allathe... hm... akurat. – Pokręcił głową i
wyszedł.
Botta stał zasępiony przed namiotem i pocierając dłonią
szorstki od niegolonego zarostu policzek słuchał relacji Aruta o stanie rannej.
Nie mogło być mowy, żeby dała radę utrzymać się na koniu o własnych siłach.
– Do Nammas co najmniej sześć dni drogi. Ma wysoką gorączkę.
– Stwierdził z zatroskaną miną medyk. – Albo zostaniemy tu jeszcze ze dwa, trzy
dni, albo nie mogę ci zagwarantować, że przeżyje podróż.
– Mówiłeś przecież, że rana nie jest groźna.
– Bo sama rana nie jest. Ale nie opatrzono jej od razu
należycie i teraz jątrzy się trochę. Stąd gorączka, a ta z kolei osłabia cały
organizm. Trzeba trzymać ją w cieple i poczekać aż gorączka spadnie. Ból też
wyczerpuje. Sam widzisz, nawet na konia jej nie posadzisz w tym stanie.
– Każę zrobić nosze – mruknął Botta. – Zawiesi się je pomiędzy
końmi. Ją otulimy skórami i będzie miała
ciepło. Da sobie radę. Jest twarda.
– A ty jak zwykle jesteś uparty, Botto. Po co ryzykujesz jej
życiem? Ona jest nikim, pewnie zwykła zbiegła niewolnica. Podróży nie przeżyje.
Lepiej zabij ją od razu! – zezłościł się Arut.
– Przeżyje – odparł ze spokojem Botta, zupełnie nie
przejmując się irytacją towarzysza.
– Skąd taka pewność?
– Nie wiem, ale... – poskrobał się po głowie. – Zobaczysz.
Mam przeczucie...
– Ty i te twoje przeczucia – skrzywił się Arut. – Skoro ci
na niej zależy, to po jaką cholerę ją narażasz? Moglibyśmy spokojnie obozować
tu jeszcze kilka dni nim ruszymy powrotem.
– Nie. Wiesz, że nie zwykłem zmieniać decyzji. Nie będę z
jej powodu rozbijał go ponownie. Nie zabiję jej tutaj. Damy jej szansę. Jeśli okaże
się twoja racja, trudno, a za sześć dni będziemy w Nammas. Jest połowa lutego.
Rzeki nie da się zapewne przekroczyć, co najmniej do początku kwietnia. Czas
żałoby minął. Chcę zwołać radę jak najszybciej. Nie będzie żadnej zwłoki.
Ruszamy zaraz. Dziewczynie daj coś żeby spała, tak będzie łatwiej.
– Chcesz żebym ci ją uśpił na sześć dni?!
– Na tę noc, baranie, potem się zobaczy.
Arut oddalił się mamrocząc coś z gniewem pod nosem. Po
chwili pojawił się z powrotem z niewielkim skórzanym bukłaczkiem. Bez słowa, z
zaciśniętymi gniewnie szczękami wsunął się do namiotu. Botta podążył za nim.
Imeni! Imeni! Wracaj
do mnie! Musimy uciekać! Teraz! Natychmiast! Nie ma chwili do stracenia! Imeni!
Biegła za nią, lecz choć przebierała nogami ile sił, nie mogła jej dogonić.
Słyszała jej śmiech. Wyciągała ku niej ręce, ale Imeni jakby jej nie widziała. Zaczekaj
na mnie! Ktoś ją trzymał, nie pozwalając biec dalej. Nogi ciążyły jak głazy i
nie chciały słuchać woli. Jasna sukienka Imeni rozmyła się w białą plamę. Ponad
radosny śmiech siostry wzbił się głos i zmroził krew w jej żyłach. „Nie wylewaj
łez nad głupią kozą” – rechotał złośliwie do ucha. Nienawidziła tego głosu.
Musi uciekać, musi! Uwolnić się od niego! Z lękiem obejrzała się za siebie.
Czerwona, obleśna twarz, z szyderczym uśmiechem, nachylała się ku niej. Nie!
Nie! Starała się uwolnić, odepchnąć ją od siebie. Szarpała się, ale silne ręce
trzymały ją mocno. „Musisz – rechotał szyderczo – musisz...” Broniła się z
rozpaczliwą desperacją. Nogi wciąż nie chciały jej słuchać, a ręce krępowały
niewidzialne kajdany. Wstrętne oblicze wciąż wisiało nad nią i śmiało się
szyderczo. Nie! „Musisz!” Nie! Imeni, uciekaj! Tato! Tatusiu! Nie!
Dziewczyna walczyła w gorączkowym śnie z jakimś
niewidzialnym wrogiem. Mamrotała coś niewyraźnie.
Arut nachylił się nad nią, trzymając w ręku odkorkowany
bukłaczek.
– Musi to wypić. – Wsunął dłoń pod kark, by unieść nieco
głowę i wlać w gardło płyn. – Kilka łyków...
Szarpnęła się nerwowo.
– Nie... nie... Imeni, tato... nie mogę, nie chcę... tato,
pomóż mi... – Rękoma odpychała pochylającego się nad nią człowieka. – Nie
chcę... nie...
Prawie wytrąciła bukłaczek z ręki mężczyzny.
– Pomóż mi, Botto. – Zniecierpliwił się. – Przytrzymaj ją.
Poczuła w gardle gorzki, gryzący płyn. Nie! Proszę, ja nie
chcę! Krztusiła się, usiłując go wypluć.
– Uważaj, Arucie, udusisz ją.
– Do diabła... – zaklął poirytowany lekarz. – Broni się
jakbym chciał ją otruć. No, dziecino, jeszcze dwa łyki...
Dobrą jeszcze chwilę mocowali się z ranną, nim udało im się
wreszcie wlać w nią odpowiednią dawkę leku.
– Za chwilę powinna twardo zasnąć. Uspokoi się i wtedy
będzie można ją przenieść.
– Dobrze – skinął głową Botta. – Zostanę tutaj i będę czuwał.
Zawołam jak zaśnie.
Został sam z miotającą się w malignie dziewczyną. Usiadł
obok, na posłaniu i delikatnie gładził rozpalone czoło.
Znów ktoś pochyla się
nad nią. Dotyka, ale ten dotyk jest troskliwy, łagodny. To ojciec... Tatusiu,
zabrali Imeni... Wybacz mi, ona umarła... ja nie chciałam... próbowałam... nie
udało się nam... Ojciec czule gładzi spotniałe czoło... Tato...
Jego dłoń koi strach i
żal. Niesie spokój. Gdzie jesteś? Gdzie wszyscy jesteście? Nie widzę was. Nie
słyszę... Jest tak ciemno. Nic nie widać... Tatusiu? Imeni? Jestem sama. Nie
chcę tu być. Wróćcie po mnie, proszę. Wróćcie...
Bełkotliwie mamrotała coś w kółko. Wiedziony ciekawością
mężczyzna nachylił się, by zrozumieć słowa. Z bezładnego bełkotu udało mu się
wyłowić dwa: ojciec i chyba jakieś
imię, które jednak nic mu nie mówiło.
Z wolna uspokajała się aż wreszcie zapadła w głęboki, twardy
sen, który uwolnił ją od dręczących obrazów.
Botta opuścił namiot i zbliżył się do siedzących przy ogniu wojów.
– Pora ruszać – rzucił krótko.
Od dawna gotowi do drogi, bez pytań podnieśli się i
rozeszli. Tylko Arut pozostał na swoim miejscu, z dezaprobatą kręcąc głową.
Botta, klepnął go w ramię i uśmiechnął się półgębkiem.
– Będzie dobrze, zobaczysz.
Niebawem ciąg dalszy, a w międzyczasie, kto to wie? Może uda mi się pchnąć do przodu "15 godzin"? Nie wiem... Jak to ostatnio przeglądałam, uznałam, że stanowczo brakuje tam pewnych informacji i opisu niektórych zdarzeń, jeśli wątki mają się rozwijać poprawnie inaczej będzie zdecydowana przewaga tylko w jednym. I nie jestem przekonana, że taka konstrukcja byłaby słuszna. Ale jeszcze się zastanowię, czy brnięcie w rozwijanie tamtych zdarzeń jest dobrym pomysłem. Ciągle się waham nad zakończeniem, No bo wiecie, ja tam lubię happy endy, tymczasem pierwotnie zaplanowałam sobie brak takiego w "15 godzinach". Co zabawniejsze, pierwotne 15- zupełnie mi wypadło z harmonogramu i teraz mam zagwozdkę z kombinowaniem żeby mi tytuł korespondował z całością. A tymczasem ten tytuł podoba mi się dość, żebym nie miała ochoty go zmieniać. Znaczy to, że będę musiała coś pokombinować i gdzieś ten stoper wcisnąć... Dam radę? Myślę, że dam ;)

Ja tam lubię takie teksty odkopywane sprzed lat, dzięki nim można zobaczyć jak autor się rozwinął. Pamiętam, że bardzo mi się podobał odkopany sprzed chyba dwóch dekad Nataniel Tychona, ale na niego najechali tacy z analizatorni i chyba usunął, bo nawet ostatnio chciałam wrócić do tego i już nie było gdzie wracać ;(
OdpowiedzUsuńAczkolwiek literówek masz tu sporo, co mnie raczej nie pociesza, bo ja mam świadomość, że nie tylko w tych starszych tekstach, ale też w tych nowszych mam sporo literówek i błędów, przestawionych szyków, itd.
W tym rozdziale podziwiam determinacje tego pana, który postanowił zawalczyć o życie tej kobieciny. Wydaje mi się, że ona jest ważniejsza niż im się wszystkim wydaje i że szczęki im opadną do samej ziemi, albo i nawet pod nią, gdy się dowiedzą.
Szyk przestawny nie zawsze jest błędem, wszystko zależy od klimatu. Choć należy stosować go z umiarem. W każdym razie, kiedyś niemal każde zdanie miałam z poprzestawianym szykiem, teraz jeśli już go używam staram się to robić świadomie. Tutaj mogą być jeszcze pozostałości dawnej maniery ;).
UsuńSzkoda, że Dariusz dał się zaszczuć tym malutkim zakompleksionym ludzikomom, którym brak odwagi żeby wystąpić pod własnym nazwiskiem. Ale w pewnym sensie go rozumiem. Taka trollsfora potrafi naszarpać nerwów. No i ostatecznie sama się przed tymi upośledziami ugiełam w kwesti grafik, którymi ozdabiam bloga.
Taa, postanawia powalczyć, póki z czasem nie dojdzie do innych wniosków. Ale na szczęście ostatnio słowo ma Botta, no i nie uprzedzajmy faktów ;).