WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

28.10.2015

Dioris cz.11

Obiecanki, macanki... I tak, obiecanki...  Z obiecanek należy się wywiązać. Obiecałam dać kawałek w tym tygodniu, i proszę, oto jest :) A co się tyczy macanek... O tym rzeknę słówko na końcu ;) A teraz zapraszam :)



     Na zewnątrz było już ciemno, jedynie ciepły blask oliwnych lamp i świec wylewający się przez okienka z jasno rozświetlonych wnętrz nieznacznie łamał mrok w pobliżu domu. Było cicho i nikt się tu nie kręcił. Ludzie radowali się wewnątrz i jedynie z zagrody dobiegały parsknięcia pozostawionych tam zwierząt. Dioris przemknęła przez podwórze i przysiadła na wysokim progu jakiejś komory. Skuliła się, jakby bolał ją brzuch. Bo tak po prawdzie czuła ból, choć nie był on fizyczny. Palił jednak i dręczył nie mniej dokuczliwie, a może nawet bardziej, ponieważ ten fizyczny zawsze w końcu ustępuje albo sam z siebie, albo zagłuszony i uśmierzony właściwym zielem. Na cierpienie, które Dioris nosiła w sobie nie było lekarstw ani środków. Musiała z nim żyć.
     Oparła głowę o futrynę drzwi i przymknęła oczy. Z oddali, stłumiona ścianami dobiegała muzyka i radosne głosy. Słyszała śpiewy i śmiech. Myśli pobiegły ku wspomnieniom, gdy na palamarskim zamku beztroska młodzież ochoczo płatała figle nauczycielom, wieczorami w świetlicy umilali sobie czas muzykowaniem i śpiewem. Dziewczęta szeptem powierzały sobie nawzajem głęboko skrywane tajemnice. Byli wtedy szczęśliwi. Tak jak ci ludzie tutaj. Westchnęła ciężko, wsłuchując się w odgłosy zabawy, by zagłuszyły przeszłość, za którą nie było sensu tęsknić.

     Choć zarówno w jej rodzinnym domu jak i na dworze także nie stroniono od rozrywek to Aurowie wyraźnie różnili się od Barthów. Ci pierwsi byli spontaniczni, otwarci, życzliwi. Chwilami gwałtowni, nawet porywczy, ale równocześnie szczerzy i dumni. Najbardziej zdumiewał szacunek jaki mieli dla siebie nawzajem. Człowieka określało tu nie urodzenie, lecz czyny. Król, czy książę, mimo iż owa najwyższa władza była dziedziczna, musiał pośród nich zdobyć szacunek, by zaskarbić sobie posłuch. Wydawało się zresztą, i owa dziedziczność władzy była wśród Aurów raczej nowym obyczajem, być może zaczerpniętym właśnie od południowego sąsiada. Wiele stamtąd czerpano zarówno wiedzy jaki i przenoszono na własny grunt barthyjskich tradycji. Nie powinno to dziwić jeśli zważyć fakt, że niemały odsetek tutejszej społeczności miał barthyjskiem korzenie, gdyż Aurowie łatwo asymilowali swych niewolników. Pozycję w społeczności jednak w znacznie mniejszym stopniu wyznaczało urodzenie. I choć  nie pozostawało bez znaczenia, bo z każdym pokoleniem coraz wyraźniejsze były podziały pomiędzy z wolna kształtującymi się klasami, to jednak wciąż jeszcze doświadczenie, wiedza, uczciwość i honor przede wszystkim decydowały o tym kim był konkretny człowiek.

     Tych, których uznawano za „swoich” nigdy nie traktowano źle. Nawet niewolników. Przecież każdy człowiek posiada wrodzone talenty i wyuczone umiejętności. Aurowie nie zwykli marnować ludzkiego potencjału. Niewolnik, który był zdolnym rzemieślnikiem, cieszył się szacunkiem, a jego praca uznaniem, jeśli tylko wykonywał ją dobrze. Nie rozdzielano rodzin, jeśli całe dostały się do niewoli. Nie odbierano żonom mężów, ani mężom żon. Dzieci pozostawiano przy rodzicach, póki nie dorosły. Dzieci niewolników często wychowywały się razem z dziećmi gospodarzy, czasem pędząc tu, w auryjskich górach, dzieciństwo szczęśliwsze niż we własnej ojczyźnie. Bywało, że ci, którzy trafili tu jako niewolnicy, dawniej poniewierani i upokarzani przez barthyjskich panów, dopiero  w niewoli mogli poczuć się naprawdę wolni i poznawali własną wartość. Niejeden, dorastając, zaczynał towarzyszyć nowym panom w łupieżczych wyprawach za Rzekę, łupiąc pobratymców na równi z rodowitymi Aurami. Sami, sercem wybierali swą przynależność i bez żalu wyrzekali się dawnej ojczyzny. Nie dotyczyło to oczywiście wszystkich, ale takie przypadki nie stanowiły osobliwości. W Nammas było co najmniej kilku takich naturalizowanych Aurów.
     Rodowici Aurowie nie byli zbyt licznym ludem. I nieliczni spośród tych nielicznych, chcieli się parać i uczyć uprawy roli. Ale osiadły tryb życia wymagał tej umiejętności, którą pozostawiali w rękach od swoich barthyjskich niewolników, za wierność i uczciwą pracę nagradzając troską, opieką, zapewniając bezpieczeństwo, godziwy byt a niejednokrotnie wyzwolenie i wolność. Tym ostatnim, wyzwoleńcom, często nadawano na własność niewielkie skrawki ziemi, by przywiązać ich do nowej ojczyzny, dać poczucie własności i przynależności. To była świadoma polityka, którą prowadził już ojciec Botty, i którą on sam z powodzeniem kontynuował.
     Łupieżcze wyprawy, póki co były nie tylko sposobem bycia Aurów, ale także koniecznością. Ludzie byli potencjałem. To był zastrzyk świeżej krwi. Wcielani w szeregi Aurów barthyjscy niewolnicy stanowili nie tylko ludzki materiał. Nieśli ze sobą wiedzę o osiadłym życiu, jakie Aurowie zaczęli wieść ledwie od dwóch czy trzech pokoleń. Jeszcze pradziadowie Botty byli koczownikami na dzikich stepach północnego wschodu. Dziś Botta z rozmysłem, powoli tworzył silny, świadomy swej odrębności naród. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że trzeba jeszcze wielu lat, pokoleń, by spełniło się jego marzenie i w kraju Aurów powstało silne państwo z licznym, jednolitym kulturowo ludem. Zdawał sobie sprawę, że na dłuższą metę nie można tworzyć narodu poprzez łowienie ludzi, niczym zwierzynę. Prędzej, czy później, będzie musiał zawrzeć pokój z Barthią. Chciał jednak, by to Barthowie prosili o pokój, by on mógł zawrzeć go na własnych, korzystnych dla swego ludu, warunkach. Dlatego opinia niebezpiecznych, wręcz krwiożerczych, a przede wszystkim niepokonanych i strach, jaki wzbudzali, były Aurom bardzo na rękę i na razie Botta nie zamierzał tego wizerunku prostować.
     Młode, tworzące się dopiero państwo będzie potrzebowało starszego i doświadczonego nauczyciela. I taką rolę przewidywał Botta dla Barthii. Nie był bujającym w obłokach marzycielem śniącym o podboju świata. Był realistą i nie miał zamiaru tworzyć imperium, którego jeden człowiek nie będzie w stanie ogarnąć swoją władzą, zmuszony rozdzielać ją pomiędzy namiestników i protektorów. Ziemi miał dosyć dla siebie i swego ludu.
     Przez krótki czas, kiedy jeszcze żył Dogert, ojciec Botty, Aurowie bliscy byli nawiązania właściwych stosunków i ewentualnego pokoju. Niestety śmierć Dogerta przerwała ten proces. Prawa Aurów nie pozwalały na rokowania i podejmowanie decyzji nikomu poza władcą. Tego zaś nie wypadało koronować przed upływem okresu żałoby, trwającej równo rok od dnia pogrzebu.
     Jako książę, Botta był następcą i wodzem, lecz we wszelkiej dyplomacji miał związane ręce. Nie wolno mu było nawet przyjmować posłów. Tak, więc nagła śmierć zerwała rozmowy z Barthami zanim te się na dobre zaczęły. Teraz zaś wydarzenia sprawiły, że i po drugiej stronie zabrakło ugodowego, mądrego Miltorna. Nowy król Barthii nie sprawiał wrażenia zainteresowanego jakimkolwiek przyjaznym kontaktem z Aurami, o czym zdawało się świadczyć zaginięcie posłanych do Palamare emisariuszy.

     Ale to wszystko toczyło się gdzieś daleko stąd, za bezpiecznym pierścieniem gór, odgradzających Nammas od wszelkich niebezpieczeństw. Świat, gdzieś tam daleko, był wrogi i ponury. Dziewczyna nie otwierała oczu, wsłuchana w dźwięczącze dzwonki tamburynów i fletów próbowała nie myśleć, po co się tu schroniła. Choć na chwilę uwolnić się od swojego brzemienia.
     Noc, na granicy zimy i wiosny było dosyć chłodna. Dioris opuściła ciepłe wnętrza odziana jedynie w cienką, jedwabną suknię. W izbie, jak wszyscy, zdjęła wierzchnie okrycie i nie pomyślała o nim, gdy szukając samotności i ciszy wychodziła na zewnątrz. Teraz zadrżała od chłodu, objęła się ramionami, by zachować resztki ciepła, ale nie cofnęła, by wziąć z domu odzienie.

     Ktoś troskliwie otulił jej ramiona ciepłą szatą i usiadł obok.
     – Zmarzniesz. – Łagodny głos rozproszył milczenie.
     Nie musiała otwierać oczu, by rozpoznać tego do kogo należał. Podniosła głowę, szybko otarła policzek wierzchem dłoni i uśmiechnęła się trochę krzywo.
     – Już nie...
     Mężczyzna ogarnął ją i przyciągnął do swego boku. Oparła mu głowę na ramieniu.
     – Dlaczego wyszłaś? – zapytał.
     – Dużo tam ludzi i... gwar taki...
     – Coś cię poruszyło. Już tam w środku. Widziałem. – Pogładził wierzchem dłoni policzek Dioris. – Płakałaś.
     – Nie – zaprzeczyła, potrząsnąwszy głową, ale nie dał się zwieźć.
     – Płakałaś – powtórzył. – Co się stało?
     – Nic. Tylko... nic.
     – Nikt nie płacze ot, tak, bez powodu. Powiedz mi, pozwól się ukoić.
     Odsunęła się i natychmiast pomiędzy nich wcisnął się chłód
     – Nie, Botto. Tego nie da się ukoić. Nie chcę o tym mówić. Nikomu. Tobie też nie.
     – Dobrze. Nie musisz mówić dzisiaj. Kiedyś powiesz, kiedy będziesz gotowa.
     – Nigdy...
     Uparty Botta przysunął się i ponownie ją objął.
     Pozwoliła mu na to, przede wszystkim dlatego, że próg na którym siedzieli się skończył i nie miała już gdzie ponownie się odsunąć. Poza tym, choć bardzo starała się trzymać wszystkich ludzi na dystans, była tylko skrzywdzoną, rozpaczliwie samotną dziewczyną, która bardzo potrzebowała czyjegoś ciepła, życzliwego przytulenia. Pragnęła wypłakać ból. Pozbyć się ciężaru, jaki nosiła w sercu. Ale czy ma prawo przelewać na kogokolwiek ów brud i szlam, w jakim ją unurzano? Na niego? Nie. Nie należy tego robić. Nie wolno. To wyłącznie jej ból, jej dramat i jej bagno. Tkwiła w nim i nie wolno wciągać w nie innych. Nigdy nie powie... Ani jemu, ani żadnemu innemu człowiekowi. Gdyby wiedzieli, wszyscy odwróciliby się od niej ze wstrętem. Ona i tak jest już martwa, nie żyje lecz istnieje, po to by zabić. Potem rozpadnie się w proch, którym tak naprawdę jest, zniknie, odejdzie.
     Teraz, choć przez krótką chwilę, chłonęła życzliwość, mimo że zaufać do końca się nie ważyła. Świadoma była, że Botta nie żywi względem niej złych zamiarów, lecz świadoma była również tego, że ludzka natura ma swoje utarte ścieżki, których nie da się wyeliminować i swoje oczekiwania, bez względu na to jak bardzo jest szlachetna.
     Wiedziona zwyczajną ciekawością dziewczyna przerwała wreszcie milczenie, które stawało się coraz bardziej niezręczne:
     – Pani Illith jest Barthyjką. Jak to się stało, że została żoną Aury? – zapytała.
     Botta lekko wzruszył ramionami.
     – Całkiem zwyczajnie. – Uśmiechnął się. – Arut zakochał się w niej, a ona w nim.
     No, tak. Całkiem zwyczajnie...
     – Trafiła tu jako branka, prawda?
     Nim odpowiedział, wpierw dodatkowo otulił towarzyszkę jeszcze własnym płaszczem.
     – Tak, zgadza się. Keye, pierwsza żona Aruta, umarła kilka lat wcześniej. On pogrążył się w rozpaczy. Odsunął się od kobiet w ogóle. Dopiero Illith przywróciła go do życia. Nie wiem, co go w niej urzekło, ale upatrzył ją sobie niemal natychmiast, jak tylko wpadła w nasze ręce. Jakby w niego piorun strzelił. Ona miała małe dziecko, w czasie zajazdu straciła męża, ale Arutowi nie była w stanie się oprzeć. Widać byli sobie przeznaczeni. Teraz są szczęśliwi. Czasem miłość spada znienacka i łączy ludzi w bardzo dziwnych okolicznościach. Nigdy nie wiadomo, kto i gdzie wpadnie w jej sidła.
     – Wydawało mi się, że ona raczej rodzi się powoli, a człowiek potrzebuje czasu by ją rozpoznać i zrozumieć.
     – Nie. – Zdecydowanie był odmiennego zdania. – Ona zawsze przychodzi nagle. Tylko czasem boimy się otworzyć jej serce, bo niesie ze sobą nieznane. Ale ona jest uparta i kołacze aż do skutku.
     – Skąd wiesz, że tak jest?
     – Po prostu, wiem.
     – Kochałeś kiedyś?
     Nabrał powietrza i przez chwilę wstrzymał oddech nim odpowiedział. Nie chciał popełnić błędu, świadomy, że z Dioris należy postępować ostrożnie. Wreszcie zaryzykował odpowiedź:
     – Kochałem. Kocham...
     – Więc jest... Masz narzeczoną.
     – Nie, Dioris, nie mam.
     – Ale powiedziałeś...
     – Zapytałaś i otrzymałaś odpowiedź. – Ujął jej podbródek i zwrócił twarz w swoją stronę. – Powiedziałem prawdę. Zawsze mówię prawdę.
     Przykuł jej spojrzenie swoim, intensywnym, a palce delikatnie pogładziły policzek. Sama dziwiła się swej odwadze, gdy spomiędzy warg spłynęło kolejne pytanie:
     – A ta, którą kochasz, czy... Czy ona kocha ciebie?
     – Myślę, że wciąż boi się otworzyć drzwi. Boi się mojej miłości, więc zamyka na nią oczy i uszy.
     Mimo zimna Dioris poczuła jak jej policzki zapłonęły ogniem.
     – Cóż w takim razie możesz zrobić? – wyszeptała.
     Mężczyzna cofnął dłoń, choć nadal nie uwolnił wzroku dziewczyny.
     – Mogę kochać i czekać, aż zrozumie, że nic złego jej z mojej strony nie spotka, że jej nie zranię, ani w żaden sposób nie skrzywdzę. I to właśnie robię.
     Uciekła spojrzeniem i odwróciła twarz. Siliła się na chłód, ale w jej głosie on dosłyszał więcej smutku i bólu niż chłodu, gdy ponownie się odezwała:
     – Masz szlachetne serce, Botto, ale kobieta, którą kochasz jest ślepa, zimna jak lód i nic nie warta.
     – Surowo ją oceniasz, Dioris, zbyt surowo. A przecież nie wymieniłem imienia więc nie wiesz, kim ona jest.
     – Obawiam się, że jednak wiem – powiedziała cicho, spojrzenie utkwiwszy w ciemności.
    Botta westchnął.
     – Skoro tak, to wiesz także, że nie jest ani ślepa, ani zimna. I oceniasz ją niesprawiedliwie, twierdząc, że nic nie jest warta. Ja widzę, że jest jedynie bardzo zagubiona i potrzebuje czasu, by odnaleźć w sobie odwagę i żar.
     – Lodu nie da się zapalić. – Potrząsnęła z uporem głową.
     – Lód da się stopić, a pod nim bije z pewnością gorące, szczere serce.
     – Albo jest tylko strach i pustka…
     – Mimo wszystko, ja jestem gotów zaryzykować czekanie... – Podniósł się i wyciągnął rękę, podając ją Dioris. – Chodź do środka, nim od tego siedzenia na zimnie oboje się pochorujemy. Zaraz Arut nada imię swej nowonarodzonej córce. To ważne wydarzenie. Mała jest pierwszym dzieckiem Illith i Aruta, a jak na ich popatrzeć, zapewne nie ostatnim. – Roześmiał się pogodnie. – Razem wychowują też syna Aruta i Keye, i córeczkę Illith po jej barthyjskim mężu.
     
     Weszli do izby.
     Wszyscy, którzy jeszcze trzymali się na nogach, stali otaczając kręgiem Aruta. ?Na chwilę rozstąpili się, by przepuścić Illith, która przyniosła dziecko teraz i podała je mężowi. Arut wzniósł maleństwo wysoko w górę, trzymając w wyciągniętych ramionach. Zapanowała cisza przerywana jedynie czkawką, któregoś z mocno „umęczonych” biesiadników. I w tej ciszy zabrzmiał pełną mocą silny, męski głos:
     – Oto córa ludu Aurów! Córka Aruta! Jej imię jest Mayah!
     Wśród zebranych przebiegł szmer, twarze rozjaśniły uśmiechy. Ludzie potrząsali głowami na znak aprobaty i życzliwie komentowali wybór ojca. Tymczasem Arut opuścił dziecko i z czułością ucałował jego główkę. Zadowolony, powiódł wzrokiem po zebranych, aż wreszcie zatrzymał spojrzenie na jednym z obecnych mężczyzn. Podszedł do wybranego i podał mu dziecko.
     Botta ostrożnie wziął na ręce i przyglądał mu się z uśmiechem. Niemowlę spało, niewiele sobie robiąc z uroczystości i zamieszania wokół jego osóbki. Zapadła cisza jak makiem zasiał. Obecni wyraźnie oczekiwali na kolejny gest. Dioris poczuła się nieco zagubiona, bowiem wszystkie te obyczaje i obrzędy były dla niej nowe i nieznane. Dlatego, gdy w pewnej chwili książę nagle zwrócił się ku niej i to jej z kolei podał dziecko, spłoszona schowała za siebie ręce. Po sali przebiegł szmer, a Dioris zdała sobie sprawę, że to część jakiejś tradycji. Niezrażony jej niepewnością Botta nie cofnął się, lecz zachęcił słowami:
     – Weź ją, Dioris. To na szczęście i na dobrą wróżbę. Taki jest zwyczaj.


     Nie mogła dyskutować ze zwyczajem, o którym i tak nie miała przecież żadnego pojęcia. Wyciągnęła wreszcie ręce i wzięła dziecko. Ono obudziło się i otworzyło oczka. Popatrzyło na nią i uśmiechnęło się swoim niewinnym, nieświadomym uśmiechem. Dioris też się uśmiechnęła, a wśród zebranych ponownie zaszemrały szepty. Chwilę później Illith odebrała córeczkę i znikła z nią w głębi domu. Biesiadnicy zaś powrócili do uczty i tańców. Botta widząc, że Dioris nie bardzo ma ochotę na dalszą zabawę, pożegnał gospodarza w imieniu jej i swoim, po czym udali się do domu.

***


Macanek ni ma... I jeszcze trochę, wody im tam z gór spłynie. Tak wyszło, że zbytnio skopałam Dioris na początku i teraz jakoś muszę sobie z ta jej traumą radzić. W obecnym stanie ducha, nie wyobrażam sobie D w takiej niedwuznacznej sytuacji. Musiałaby mieć skórę jak nosorożec, a nie ma. Botta ma przez to przerąbane, ale trudno. Tak musi być. Jedni mają łatwo inni nie. Ale obiecuję, że jak już do rzeczy dojdzie to na pewno będzie wesoło ;)

9 komentarzy:

  1. mnie ciekawi czy z kraju Doris przybedzie jakies poselstwo zeby nazwiac dyplomatyczen stosunki z nowym krolem i czy doris zostanie rozpoznania, to by moglo zawrocic akcje dosc skutecznie i doris by mogla sie ciut "stopic"

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam twojego bloga od niedawna, a dostałam się tu przez Babeczkarnię. Przeczytałam już "Studnia i Róża", czy jakoś tak oraz "Jesienny nokturn". Więc przeczytałam i nawet mi się to spodobało. Teraz natomiast zaczęłam czytać to opowiadanie i doszłam do wniosku, że to nie moje klimaty. Kocham czytać opowieści romantyczne, ale tylko i wyłącznie wtedy, kiedy napisane są współczesnym językiem i rozgrywają się we spółczesnych czasach. Umiesz pisać, to pewne. Jednak prosiłabym Cię, aby Twoje następne opowiadanie nie było żadną fantastyką, a zamiast tego zwykłą historią o prawdziwej, niespotykanej, współczesnej miłości dwojga ludzi - kobiety i mężczyzny. Może to zbyt banalne, ale czasami takie właśnie banały są potrzebne. To tylko moja propozycja. Zrobisz to, co uważasz za słuszne. Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo ciekawy pomysł, naprawdę. Tylko, że pisarz to nie kucharz, któremu się mówi na co ma się ochotę. To co pisze pochodzi z głębi i wyraża piszącego. Takie, niestety anonimku, poniżające "zamówienia" są bardzo nie na miejscu. Narzucanie swoich przekonań niestety źle świadczy o Tobie.

      Usuń
    2. Hymm... Po przeczytaniu Twojego komentarza, anonimku, zastanawiam się nad jednym... Kto tu jest k***a autorem tego tekstu i bloga? A może jesteś wydawcą, z którym autorka podpisała kontrakt? Twoja wypowiedź przywodzi na myśl prośbę matki do dziecka : "Proszę abyś posprzątał swoje zabawki". To co autor umieszna na SWOIM blogu to tylko autora sprawa, a jak coś ci się nie podoba to chyba wiesz gdzie jest krzyżyk na przeglądarce (to taki czerwony x w prawym górnym rogu).
      Całuski dla autorki i powodzenia z kolejnymi tekstami.

      Usuń
    3. Przepraszam bardzo Droga Autorko, że w jakimś stopniu Cię uraziłam i bardzo za to przepraszam. Wierz mi, że szanuję innych ludzi i ich umiejętności, a ty masz je naprawdę ogromne. Chciałabym podkreślić to, że wyraziłam się w sposób kulturalny i po prostu zaproponowałam swoją propozycję. W innych blogach istnieje taka zakładka jak: "Wasze pomysły na opowiadania", ale widocznie nie powinnam wpychać swojej d*py tam gdzie nie trzeba.
      To nie są "zamówienia" jak to nazwał ktoś powyżej, tylko tak jak napisałam wcześniej propozycja.
      A co do drugiego komentarza sam jesteś anonimkiem. :) Nie nie jestem wydawcą, ani autorką tego bloga.
      Wiem, że autor to nie kucharz i pisze to co pochodzi z głębi jego duszy. Wiem również, że każdy autor ma swój własny "talent" i sposób jego wyrażania.
      Jeszcze raz przepraszam.
      Pewnie większość osób uważa mnie za niewychowaną jędzę, ale myśląc tak bardzo się myli.
      Tak wiem, gdzie jest "czerwony krzyżyk".
      Jeśli będę chciała, to skorzystam z Twojej propozycji, anonimku.
      Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe Droga Autorko. Pisz jak chcesz i co chcesz, wyrażaj siebie.
      Obiecuję Ci, że już nie będę wpychać swojej d*py do twoich opowiadań i sposobu pisania.
      Raz jeszcze przepraszam i pozdrawiam.

      Usuń
    4. Jeszcze tylko kilka zdań i mnie nie ma...
      Gdyby ktoś głębiej zastanowił się nad moim komentarzem, stwierdziłby, że mój komentarz nie był pod żadnym stopniem złośliwy.
      Prosząc autorkę o napisanie takiego opowiadania, pomyślałam sobie, że gdyby to zrobiła spełniłaby moje wielkie marzenie. Nie prosiłabym Ją o to, gdyby nie pisała dobrze i gdyby nie podobał mi się, Jej styl pisania.
      Jednak nie pomyślałam o dwóch ważnych sprawach...
      Mój komentarz zabrzmiał dość dwuznacznie i to tylko i wyłącznie od autorki zależy co publikuje na swoim blogu.
      Następnym razem jeśli będę dodawać komentarz, przemyślę go dobrze i zastanowię się, czy w ogóle go opublikować.
      Przepraszam Wszystkich za zamieszanie, a w szczególności Autorkę.

      Usuń
  3. Kochani, włażę w swój śmietnik i co widzę…? Wojna! To, co ja mogę rzec? Tylko PAX PAX PAX ;)
    Dziękuję tym, którzy się za mną ujęli, dziękuję anonimowej Czytelniczce za miłe słowo, o tym co się podobało. Natomiast w kwestii tego, co się nie podoba... Cóż, piszę tak, a nie inaczej.
    Nie czuję się urażona, raczej zszokowana tą ogromną wiarą w moją kreatywność, która najwyraźniej nie jest aż tak wielka, bo wiem, że nie dam rady napisać współczesnego, realistycznego romansu. Po prostu to wiem, choć niemal w każdy tekst jakiś tam romans wkręcam. Nic nie poradzę, ale wyjątkowo źle się czuję w klimatach realnych i współczesnych. To zupełnie nie moja bajka
    Zakładka w innych blogach... No cóż, u mnie takiej zakładki nie ma, bo ledwie starcza mi czasu na ogarnięcie własnych pomysłów. Byłoby zatem nieuczciwe sugerowanie czytającym, że byłabym jeszcze w stanie ogarnąć czyjeś. A generalnie, to ogarnianie czyichś pomysłów nie najlepiej mi się kojarzy. Tak więc, u mnie nie ma „Waszych pomysłów” i nie będzie. Wiem, że nie wszystkim podoba się to co piszę i jak piszę, ale tak to już jest. Jedni uwielbiają „Nad Niemnem” inni się przy tej książce śmiertelnie nudzą.
    Pozdrawiam Wszystkich, którzy się wypowiadali pod tym postem :).

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja myślę, że nie na miejscu tutaj było tylko "prosiłabym cię by kolejne twoje opowiadanie nie było żadną fantastyką". Wydaje mi się, że czytelnik może napisać "chciałabym przeczytać w twoim wykonaniu opowiadanie, które nie jest fantastyką", to o wiele lepiej brzmi, ale anonimowa przynajmniej nie żądała, więc ja bym tam nie miała za złe. Nie można też rzucać tekstem od razu "jak się nie podoba, to tam jest krzyżyk", bo jakby nie patrzeć autorce tamtego komentarza co wywołał taką burzę podobały się dwa inne opowiadania, a więc takie wyganianie może tylko zniechęcić do komentowania. Moim osobistym zdaniem takie wywalanie należy pozostawić autorowi bloga, a nie się rządzić nie u siebie.
    Ja np w tej chwili zadam pytanie, czy u ciebie wszyscy bohaterowie się tak szybko, z miejsca zakochują i wyznają miłość? Nie uważasz tego za trochę banalne? Nie sądzisz, że do uczucia trzeba czasu, jakiś wspólnych przejść, porozumienia dusz lub wręcz przeciwnie - całkowitego braku porozumienia co rodzi namiętność? Opowiadanie jest dobre, ma fajną fabułę, coś następuje po czymś i jednak to bajeczka, ale ten romans chyba chciałabym by zrodził się z czegoś, a nie powstał z niczego. Romans, w sensie chęć na niego.
    Podobał mi się za to opis w jaki sposób funkcjonuje kraj i niewolnictwo, które w nim trwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tamto, było minęło, nie ma sensu do tego wracać. Każdy czyta, co mu się podoba. Ja w realistycznych tekstach jestem cienka, choć może kiedyś sobie poeksperymentuję ;).

      To zakochiwanie… nie zastanawiałam się nad tym wcześniej, ale skoro zapytałaś… Może i masz trochę racji. Zastanowiłam się teraz z czego wynikło takie Twoje wrażenie i doszłam do wniosku, chyba stąd, że na etapie „dochodzenia się” stosuję mnóstwo skrótów. Nie rozwodzę się na tym, co jest przed, zazwyczaj skupiam się skupiam się głównie na tym, co będzie po i to co jest przed traktuję nieco po macoszemu, zgadza się. Tak sobie myślę, że chyba nie ma u mnie pań zaginających parol na panów. Z reguły to oni, jako wzrokowcy ulegają szybkiej fascynacji, którą często wrzucają do jednego wora z miłością, i zaczynają robić podchody. Zwykle jednak trochę każę im się pomęczyć, zanim zdobędą względy. Botta też łatwo miał nie będzie.
      Zgadzam się, do trwałego uczucia trzeba czasu, i z moich obserwacji wynika, że tego czasu zdecydowanie więcej potrzebują panie. Ale żeby ten czas zyskały, potrzebny jest pana wystarczająco zafascynowany i zdeterminowany, który się nie znudzi i poleci szukać łatwiejszych obiektów, jakich w żadnym świecie nie brak.
      Jeśli chodzi o tę opowiastkę, to mimo zdecydowanej fascynacji Botty, jeszcze przed nimi długa droga. Gdyby na wstepie nie uległ tak szybko uczuciu, nawet jeśli to tylko fascynacja mylona przez niego z miłością, nic by z tego nie wyszło, ponieważ Dioris jest zbyt poraniona emocjonalnie. Nie chcę uprzedzać faktów, więc nie będę tu pisać, co dalej z nimi. Jeśli dasz temu radę do końca sama zobaczysz :).

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.