WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

06.11.2015

Dioris cz.12

Siedzę ostatnimi czasy jak na szpilkach, przez co czuję się jak fakir jakiś. I jeszcze jakiś czas to niestety potrwa. Ale jak tylko poznam dzień i godzinę nie omieszkam zarzucić konkretem tutaj. Wtedy dowiecie się o co chodzi. Na razie zaryzykuję jedynie info, że coś jest na rzeczy, coś co mnie ogromnie cieszy. Ale sza... żeby nie zapeszyć ;)




     – Czego miała dotyczyć ta wróżba? Ta z dzieckiem. – Pytanie to dręczyło Dioris od chwili, gdy opuścili biesiadę i dom Aruta.
     Miała nieoparte wrażenie, że za tym, pozornie nic nie znaczącym, gestem kryło się jednak niemałe znaczenie. Bała się odpowiedzi i dlatego zwlekała póki nie znaleźli się sami w rodzinnej świetlicy, na piętrze.
     Uśmiechnięty Botta powoli ściągnął aksamitną narzutę i niedbale cisnął ją na ławę. Przetarł dłońmi twarz i westchnął.
     – Botto? – Dioris ponagliła. Skoro już zdobyła się na odwagę, by spytać, nie miała zamiaru ustąpić nie zaspokoiwszy ciekawości.
     Mężczyzna usiadł na wyściełanej ławie pod oknem i zachęcająco poklepał miejsce obok, jakby szykował się na dłuższą pogawędkę. Dziewczyna nie skorzystała z zaproszenia. Zmarszczyła jedynie brwi w oczekiwaniu na wyjaśnienie i wietrząc podstęp.

     – Jest u nas taki zwyczaj – odezwał się wreszcie, kiedy zrozumiał, że nie usiądzie obok niego – ojciec podaje nowo narodzone dziecko wolnemu mężczyźnie. Nie wybiera go pochopnie. Musi to być mąż dojrzały i świadomy swych pragnień. Ów mąż z kolei podaje dziecko kobiecie, z którą sam w przyszłości, w szczęściu chciałby doczekać potomstwa. Wybranka nie musi podzielać jego pragnień, ale tradycja mówi, że jeśli weźmie od niego dziecko...
     Usta Dioris zacisnęły się w wąską linię. Nozdrza zafalowały, gdy z gniewem wciągnęła powietrze. Zarumieniła się. Równie dobrze mógł być to jednak rumieniec zażenowania jak i gniewu. Dłonie splecionych na piersi ramion zacisnęły się w pięści. Nie przerywała mu jednak i w milczeniu wysłuchała opowieści do końca.
     – Małe dziecko jest niewinne i czyste. Jeśli uczucia obojga są równie czyste, to maleństwo nie zapłacze i wróżba jest pomyślna dla nich obojga.

     Doskonale zdawał sobie sprawę z wagi swych słów. Nie uśmiechał się, bo nie chciał, by odebrano je jak żart. Mówił spokojnie, z powag i z mocą, bez mrugnięcia patrzył dziewczynie w oczy. Widział jak zapala się w nich gniew, ale dostrzegał też niepewność i lęk. Z gniewem by sobie poradził, nie obawiał się go. Z niepokojem także. Lecz ów lęk sprawiał, że coś ściskało go w żołądku. Sprawiał, że czuł się bezradny, bo przerażała świadomość, że jako mężczyzna, sam był uosobieniem wszystkiego czego ona się bała. Umilkł i czekał. Nie wykonał żadnego gestu. Nie podszedł do niej, nie próbował nawet wziąć za rękę. Po prostu czekał na to, co powie, jak zareaguje. Nie zdziwiłby się, gdyby wybiegła bez słowa. Dziewczyna jednak nie uciekła, co mimo wszystko uznał za dobry znak. Odwróciła twarz.

     – Nie powinieneś był podawać dziecka właśnie mnie, książę. Ja...
     – Wróżba była pomyślna, Naimah. Dla nas obojga. – Teraz wstał i podszedł bliżej.
     – Bo nie wiedziałam do czego zmierzasz. – Z uporem potrząsnęła głową.
     – Właśnie, dlatego, że nie wiedziałaś. Była równie szczera, jak ty sama. Idź teraz odpocząć.
     Dotknął opuszkami palców swoich ust, potem jej. Z przyjemnością obserwował jak na blade policzki znów wypełza czerwień.
     – Na razie nie możesz mi dać nic więcej. Rozumiem to i nie będę cię ponaglał. Spokojnych snów, Naimah.
     Odszedł, pozostawiając ją w świetlicy samą. Gdy zamknęły się za nim drzwi, Dioris ciężko opadła na ławę i ukryła twarz w dłoniach. Nie chciała porównywać go z... Niestety wciąż jeszcze nie potrafiła inaczej.

***
     Zima umykała chyłkiem i śniegiem bieliły się jeszcze jedynie szczyty. Tu w dolinie z całą mocą zieleniły się już łąki i liście na drzewach. Zakwitły wczesnowiosenne kwiaty. Na polach leżących na łagodnych wschodnich stokach powschodziły oziminy.
     Jeśli Dioris obawiała się natarczywości ze strony swego gospodarza, kolejne dni przekonały się, że troska się niepotrzebnie. Botta zachowywał się bardzo poprawnie, żeby nie rzec powściągliwie. Nawet niewiele ze sobą rozmawiali, bo uwaga wszystkich skupiła się na przygotowaniach do kolejnej uroczystości, w której mieli brać udział wszyscy mieszkańcy Nammas i przybyli goście. Dioris pozostawiono niemal całkowitą swobodę. Mogła chodzić, gdzie chciała i rozmawiać z kim chciała, ale ona wolała milczeć. Unikała obcych, starała się jak najmniej rzucać w oczy. Chętnie włączała się w domowe zajęcia i najczęściej zaszywała się w „zamkowej” kuchni. Lubiła prząść wełnę. Chowała się tam w kącie z wrzecionem i, rozumiejąc przecież wiele z auryckiej mowy, przysłuchiwała się rozmowom i żartom innych sama, nie biorąc w nich udziału.
     Do Nammas tymczasem zjechali naczelnicy i przywódcy z innych, porozrzucanych po górskich dolinach, osad. Choć na swoich włościach samowładni podlegali jednak władzy króla i było ich obowiązkiem stawienie się na radzie, która miała podjąć decyzję o zakończeniu żałoby, orzec o prawach następcy i uczestniczyć w uroczystej koronacji. Decyzja rady była właściwie jedynie formalnością, nikt bowiem nie miał wątpliwości, co do praw Botty, ale taki był zwyczaj, a Aurowie lubowali się w kultywowaniu własnych tradycji i obyczajów, które stanowiły ich kulturowe dziedzictwo i dumę.

     Kiedy nie przesiadywała w kuchni, Dioris lubiła obserwować Ludzi ćwiczących na placu. Każdego dnia było tam trochę ludzi. Mężczyźni i młodzieńcy wypełniali sobie czas wprawianiem się w technikach walki wręcz, na miecze, strzelaniu z łuku i konnej jeździe. Rzadko zaglądały tam dojrzałe kobiety, ale młode dziewczęta, chętnie przychodziły, by okazać swoje zainteresowanie i podziw młodzieńcom rywalizującym w potyczkach na niby. Choć zdarzało się, że te pojedynki potrafiły przerodzić się w zaciętą walkę, gdy emocje wzięły górę nad młodzieńczym rozsądkiem. Dobrze jeśli w takich sytuacjach kończyło się na nieznaczących sińcach i drobnych zadrapaniach. Bywało jednak, że jak nie rozdzielono zacietrzewionych przeciwników w porę trzeba było potem opatrywać prawdziwe „bitewne” razy.
     Plac mimo to był dość ruchliwym miejscem, bo niemal każdy z wolnych mężczyzn, biorących udział w wyprawach starał się spędzać tu choć kilka godzin w tygodniu. Tutaj także, odbywały się, rozmaitej maści, ogólne zgromadzenia. Tu też zebrała się rada wodzów. Rozbito, specjalnie na tę okazję, ogromny namiot. Jego ściany były podwinięte i dookoła zgromadzili się ciekawscy, by przyglądać się wydarzeniu, w którym przecież nie często mieli okazję uczestniczyć. W końcu nie codziennie obiera się koronuje nowego króla. Kobiety i mężczyźni, nie uprawnieni do zabierania głosu w radzie tłumnie oblegli teraz miejsce i plac pełen był ludzi i gwaru. I nawet Dioris wmieszała się w ten tłum, uznawszy, że tym razem ukrycie się w kącie byłoby nietaktem względem gospodarza, który był dziś w centrum uwagi. Uroczysta koronacja odbyła się na stopniach królewskiego  domostwa, a po ceremonii, gości zaproszono na przygotowaną ucztę. Zaś we wsi świętowano na barwnym i wesołym festynie.
     Ową koronacyjną ucztę dla przybyłych wodzów zastawiono w wielkiej, jadalnej sali na dole. Botta zażyczył sobie jej obecności przy stole, ale zaparła się.  Nie pozwoliła się posadzić u boku, dopiero co koronowanego króla, choć chciał ją mieć przy sobie. Pokłócili się o to, zajadle na stronie, ale postawiła na swoim. W efekcie świeżo upieczony król siedział u szczytu stołu sam, zły jak szerszeń. Na złość Dioris kazał zostawić demonstracyjnie puste krzesło po swojej prawej stronie. Zapytany trakcie uczty, przez któregoś z naczelników, o powód takiego postępowania oznajmił głośno, tak aby usłyszeli go wszyscy obecni:
     – Król winien mieć u swego boku królową. To miejsce jest puste i czeka na nią.
     Po sali przebiegł szmer, bo mówiąc te słowa, król nie odrywał chmurnego spojrzenia od drugiego końca stołu, gdzie pomiędzy kobietami siedziała Dioris. I o ile goście nie mieli pojęcia do kogo skierowane były owe słowa, to domownicy jedynie skrywali wyrozumiale uśmieszki, za kielichami wina i pochrząkiwali znacząco. Zażenowana dziewczyna, zaczerwieniona po same korzonki jasnych włosów, wbiła wzrok w stół, nie ośmielając się go podnieść na kogokolwiek. Jakiś czas później, gdy uwaga ucztujących rozproszyła się już w potrawach, trunkach i rozmowach, umknęła cichcem na górę.
     Umknęła gościom, ale nie jemu. Natychmiast zauważył jej zniknięcie. Trochę żałował, że przyparł ją do muru i swoim oświadczeniem postawił w niezręcznej sytuacji. Szybko jednak uspokoił sumienie. Czy ja chcę czegoś złego? Nie ma przecież podstępnych, nieuczciwych zamiarów. Przecież wcale nie chcę źle. Usprawiedliwił się w duchu sam przed sobą.

     Kilka dni później, za tę publiczną demonstrację zebrał reprymendę od Aruta, gdy razem ćwiczyli razem na placu, tak dla zachowania sprawności, jak i dla zabawy, i zabicia czasu.
     – Powinieneś dać jej więcej czasu, Botto. Wiesz przecież jak ona się boi. Poznałeś ten strach. A ty stawiasz ją przed faktem, nie pozostawiając wyboru. Jak ma w tej sytuacji walczyć owym lękiem? Narzucasz swoją wolę, nie licząc się z niczym. Osaczasz, jak zwierzynę. Rób tak dalej, a ucieknie od ciebie tak, jak uciekła od tamtego łajdaka. Tyle, że od ciebie ucieknie nim zdążysz ją tknąć choćby małym palcem.
     – Pijany byłem – burknął, młodszy mężczyzna, szukając na poczekaniu jakiegoś usprawiedliwienia.
     – No, też mi wymówka – prychnął gniewnie Arut.
     Wybrał ze stosu dwie proste, dosyć długie i grube żerdzie. Jedną cisnął towarzyszowi.
     – Trzymaj!
     Ten chwycił kij w locie. Ważył go chwilę w dłoni.
     – Tobie łatwo mówić... – westchnął ciężko, chwytając broń oburącz.
     –  Gotowy? – Arut przyjął odpowiednia postawę. – Ty zaczynaj... Łatwo, czy nie... Wiem, co mówię, Botto – powrócił do przerwanej rozmowy. Sprawnie sparował uderzenie Botty i skontrował je błyskawicznie.
     – Akurat... – sapnął Botta. – Jak długo… musiałeś starać się... o względy… Illith? Jeśli... mnie pamięć nie... myli, zajęło ci to cały... jeden... wieczór – wysapał z kpiną, cały czas odbijając ciosy przeciwnika.
     Arut przerwał walkę i wsparł się na swojej żerdzi, kiwając posępnie głową.
     – Dioris to nie Illith. Czy ty tego nie widzisz? Obaj domyślamy się, jakiego rodzaju piekło ma za sobą ta dziewczyna, a ty zachowujesz się jakbyś myślał tylko o jednym.
     Furia, z jaką zaatakował go Botta i szybkość samego ataku, zaskoczyła i uniemożliwiła jakąkolwiek obronę. Wytrącony z rąk kij poszybował w powietrze szerokim łukiem. Wojownik zaś, uderzony w żołądek jednym końcem żerdzi, zgiął się w pół i po przyjęciu kolejnego uderzenia drugi końcem, tym razem w podbródek, wylądował na plecach. Botta siadł na nim okrakiem i położywszy kij na gardle przycisnął zdezorientowanego Aruta do ziemi.
     – Bo myślę tylko o jednym! – wydyszał mu w twarz. – Rozumiesz?! Od pierwszego dnia. Od chwili, kiedy pierwszy raz miałem ją pod sobą, tam w lesie, nad Rzeką. Pragnę jej, kocham... i nie odzyskam spokoju póki ona nie będzie moja…
     – Albo dopóki mnie nie udusisz – wycharczał z trudem, podduszony Arut. Botta uwolnił go i sam wyciągnął się obok na plecach, patrząc w niebo.
     Arut usiadł i znów pokręcił głową z wyraźną dezaprobatą.
     – Źle robisz. – Dłoń masowała brutalnie potraktowaną krtań.
     – Dlaczego tak uważasz? Nie biorę jej przecież przemocą, ani nie chcę jej krzywdy.
     – To tylko słowa, Botto. Powiedzmy, że doczekasz się i w końcu ci ulegnie... I co dalej? Zaspokoisz pragnienie a z czasem porzucisz ją, bo to tylko branka.
     – Nie traktuję jej jak branki. Jest moim gościem.
     – O, tak, oczywiście... – skrzywił się z niesmakiem. – Sam siebie oszukujesz. Zastanów się i zostaw ją w spokoju. Porzuć myśl o niej, póki jeszcze nie jest za późno.
     – Na to już jest za późno – stwierdził ponuro Botta.
     – Mówię ci skrzywdzisz ją, chociaż tego, jak twierdzisz, nie chcesz.
     – Nie. – Uparty Botta zmrużył oczy. – Znasz mnie. Wiesz, że ja nie zwykłem wycofywać się z raz podjętej decyzji, a tam na uczcie dałem jej jasno do zrozumienia, że miejsce królowej czeka na nią. Poślubię ją. Tak właśnie będzie.
     – Chcesz ją uczynić królową?! To Barthyjka – próbował perswadować Arut. – Nawet jej rodu nie jesteś do końca pewien. Starszyzna będą szemrać...
     – Mam to gdzieś – uciął Botta. – Jest tylko jeden warunek, który w przypadku królowej musi pozostać niezmienny. Ma być kobietą, a co do tego, że Dioris nią jest, nie ma żadnych wątpliwości. Reszta jest bez znaczenia. Ożenię się z nią bez względu na to, czy jest szlachcianką, czy zwykłą chłopką. Tak postanowiłem i basta.

     – Naprawdę postradałeś rozum – podsumował Arut, wywracając z rezygnacją oczyma.

***


I na razie tyle. Mało piszę, mało poprawiam, uczę się, ogarniam kilka spraw, ale następny fragment na pewno będzie. Niebawem...

3 komentarze:

  1. To dobrze ze Niebawem

    OdpowiedzUsuń
  2. Pisząc o tym, że szybko się zakochują nie miałam na myśli tego zauroczenia i pierwszej chęci by kopulować z wypatrzoną samiczką (udzielił mi się humor mojego przyjaciela, więc wybacz xD). Po prostu u ciebie jest tak, że facet poznaje kobietę i już ją chce za żonę. Brakuje mi tego etapu, w którym się zakochiwał, poznawał ją jako kobietę, w którym namiętność rosła, a chęć seksu nie równała się miłości, bo nie mam złudzeń, że facet co pierwszy raz widzi kobietę chce ją co najwyżej przelecieć, a nie zaciągnąć przed ołtarz. Brak mi tej naturalności, tej niepewności po drodze, tego co uczyniłoby opowiadanie realnym. Tutaj też, zna ją tak krótko, nic ich właściwie nie łączy, nie zanosi się nawet na to by ich coś łączyło, ona go co najwyżej fascynuje swoim smutkiem, wycofaniem i stronieniem od niego, a on już z niej królową robi. I to ma być porządny władca? Zachowuje się bardziej jak zakochany nastolatek, co ma ochotę pierwszy raz wsadzić i szuka potencjalnej ofiary obiecując cuda, kwiatki i wianki, byleby ta potencjalna, upatrzona ofiara zgodziła się rozłożyć nóżki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam lubię taki humor, więc nie ma za co przepraszać ;). Skróty, skróty, skróty. Wiem, że nie opisuję dzień po dniu pobytu Dioris wśród Aurów, ale jednak trochę trwała i sama podróż i potem sam pobyt. Być może, stosuję zbyt wiele tych skrótów, ale właśnie dlatego cenię sobie rzeczowe komentarze, które takie niuanse wytykają. Oczywiście nie będę przerabiać i zmieniac starych tekstów, ale tego typu uwagi przydają się na przyszłość :).

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.