WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

16.01.2015

Zieleń cz.1

Kochani, połowa stycznia za nami, czas ucieka nie ma na co czekać. Pora zainaugurować rok konkretnie a nie tylko marudzeniem. I tak, na pierwszy ogień w tym roku poleci "Zieleń", opowiadanie, które miało wylądować gdzie indziej, ale z pewnych przyczyn trafi tu, na bloga i w jeszcze jedno miejsce w niedalekiej przyszłości i o tym będzie innym razem. Tymczasem teraźniejszość jawi się konkursem na bloga roku, w którym biorę udział, o czym informuje banerek na pasku bocznym. Po lewej stronie.

A teraz już przechodzimy do konkretów i do pierwszej części opowiadania "Zieleń". Dla uspokojenia dodam tylko, że to opowiadanie jest po pierwsze krótkie, zawiśnie tu w dwóch częściach, po drugie absolutnie ukończone, więc część następna zostanie opublikowana po niedzieli bez żadnych terminowych obsuwów tym razem.

Start
  
     1
     – Ziemia! Ziemia na dziesiątej!
     Krzyk dobiegający z bocianiego gniazda sprawił, że bezruch panujący na statku, bezwładnie dryfującym z morskim prądem wreszcie został złamany. Z kątów wypełzli wycieńczeni, zrezygnowani i apatyczni załoganci. Zawiśli na bakburcie, wbijając spojrzenia w horyzont, choć z perspektywy pokładu nie mogli widzieć tego, co z góry dostrzegał obserwator.
     Stężałe w napięciu twarze, przekrwione białka pustych od beznadziei oczu, spękane od pragnienia usta, a w nich krwawiące od szkorbutu dziąsła i chwiejące się zęby. Zesztywniałe języki utrudniały mowę, zamieniając ją w trudny do zrozumienia bełkot, więc nie gadali po próżnicy. Twarde, marynarskie dłonie zaciskały się kurczowo na relingu, a na nich, na napiętej skórze pokrytej siateczką zastrupiałych pęknięć, obok starych tworzyły się nowe, krwawiące ranki.
     Wszyscy pogodzili się już z nieuchronnym losem. Najpierw nagła burza, która uszkodziła ster, zniszczyła część żagli i pozbawiła statek przedniego masztu. Złamany też został bukszpryt, a wściekłe fale uszkodziły płetwę sterową. A gdy rozszalałe morze wreszcie się uspokoiło nastała cisza.
     I w końcu ten dziwny, nieznany prąd, który pochwycił statek i niósł go w nieznane. Dosłownie, bo jedynie w przybliżeniu, obserwując słońce i gwiazdy nocami byli w stanie określić kurs. Kompas zwariował i kręcił się w kółko, nie wskazując niczego. Jedyne, czego byli pewni to, że prąd niesie ich coraz dalej uczęszczanych szlaków i znanych, żeglownych akwenów. W nieznane, które pragnęliby jednak poznawać na własnych warunkach.
     A teraz wód, na których się znaleźli nie opisano w żadnej locji, ich bezmiar zdawał się nieskończony i nie spodziewali się, by na ich drodze stanęła bodaj marna skała, o którą mógłby się roztrzaskać kadłub, a oni znaleźliby godną, marynarską śmierć. A tu nagle... Ziemia? Nadzieja?
     Wywabiony podekscytowanym okrzykiem, który niczym światło spłynął na pokład z bocianiego gniazda, z kajuty wyszedł kapitan. Ciężko powłócząc nogami, wspiął się na szczyt nadbudówki rufowej i podobnie jak reszta załogi zawisł na relingu, wbijając otępiałe spojrzenie, przekrwionych oczu, w horyzont. Stał o całą kondygnację ponad pokładem i miał nieco lepszą perspektywę niż pozostali marynarze, ale i on nie mógł dojrzeć niczego poza ledwie dostrzegalnie marszczącą się powierzchnią wody.
     Tymczasem obserwator z góry donosił:
     – Ziemia! Zie…! Wyspa!
     Spięte ramiona kapitana opadły bezwładnie. A więc wyspa, nie stały, stabilny ląd. Mężczyzna zacisnął szczęki. Mniejsza o to, byle nie okazała się jałową skorupą, byle dała im szansę na przetrwanie, pozwoliła znaleźć i uzupełnić zapasy żywności i wody, na dalszą drogę, dokonać niezbędnych napraw...
Mijały minuty ciężkie i wlokące się niczym godziny, nim wreszcie obolałe z wysiłku oczy zdołały dostrzec wąziutką wstążeczkę zieleni, niemal zlewającą się jeszcze w tej chwili z granatem wód.
     Zieleń! Kolor nadziei! Jeśli na wyspie jest roślinność, musi być także woda! Jeśli jest woda, jest także życie, a to oznacza pożywienie.
     Powietrze wciąż jednak nie drgnęło, żagle na ocalałych masztach wciąż zwisały bezużyteczne, a uszkodzony statek nadal zdany był na łaskę morskiego prądu. Ten jednak szczęśliwie niósł ich wprost w kierunku zbawczego skrawka lądu. Wyglądało na to, że opływa wyspę, jednocześnie mocno się do niej zbliżając.   
     – Jest! – Wychrypiał nieswoim głosem, stojący obok pierwszy oficer. – Jesteśmy ocaleni…
     Kapitan zmilczał, wolał jeszcze nie ulegać euforii, choć teraz i załoganci na pokładzie dostrzegli zielony punkt na horyzoncie. Podnieceni, pokrzykiwali i pokazywali go sobie palcami, wyciągając ramiona pokryte węzłami żelaznych mięśni, osłoniętych poczerniałą od wiatrów i brudu skórą.

     Statek nieuchronnie zbliżał się do samotnej wyspy wyłaniającej się pośrodku oceanu znikąd. Osobliwa, z niedostępnym, klifowym wybrzeżem, jak zieloną czapą nakryta tropikalnym lasem. Bujna roślinność sięgała krawędzi klifów, w dół zwisały liany i inne pnącza. Korzenie  drzew rozłupywały skały, sprawiając, że klif na szczęście nie był gładką niezdobytą skałą. Na szczęście, bo wyglądało na to, że by dostać się na wyspę, ludzie będą zmuszeni wspinać się na ów wysoki brzeg, wspomagając się niepewnym podparciem, jakie dawały nierówności i wczepione w skały rośliny.

     Prąd, tak jak podejrzewali opływał wyspę. Na razie kapitan nie pozwolił nieść się dryfowi wzdłuż brzegu. W duchu liczył bowiem, że trafią na jakieś dogodniejsze do lądowania miejsce i uda się w ten sposób uniknąć uciążliwej wspinaczki po niemal pionowych skałach. I tak płynąc, zauważyli w dwu, czy trzech miejscach strumienie, malowniczymi kaskadami spływające z klifów do oceanu. Była więc słodka woda i w euforii jaka na jej widok ogarnęła załogę nikt nie zwracał uwagi na ciszę otaczającą wyspę. Nie tę morską, unieruchamiającą statek pośrodku niezmierzonego akwenu. To była po prostu cisza. Nie było słychać nic. Ani plusku wody spływającej po skałach, ani krzyków morskich ptaków... W ogóle nie było tu ptaków i to również stanowiło osobliwość.
     Wyspa była nieruchoma i cicha, niczym namalowany w przestrzeni obraz.
     Jednak najbardziej ucieszył marynarzy widok niewielkiej zatoki, okolonej wąskim pasem białego piasku. Otoczona wysokimi skałami jawiła się niczym wybita pięścią giganta w bryle wyspy. U szczytu maleńkiej plaży skały tworzyły coś w rodzaju pęknięcia, rozszczepiały się, a utworzona szczelina schodziła aż do samego podnóża klifu. Przez nią schodziła ku morzu i wylewała aż na plażę zieleń roślinności porastającej powierzchnię tego, zagubionego na oceanie skrawka lądu.
     Tajemniczy prąd, który ich tu przyniósł z otwartego morza, zupełnie jakby wiódł ich w to właśnie miejsce, stracił swoją siłę, znikł i osadził statek u wejścia do zatoki, pomiędzy dwiema wysokimi skałami, tworzącymi coś na kształt bramy. Dosłownie, bowiem w górnej części skała nie erodowała i oba „filary” łączyły się ze sobą, tworząc naturalny łuk.
     Wyspa kusiła obietnicą źródeł słodkiej wody, których istnienie potwierdzili, dryfując wzdłuż brzegów i wszelkim prawdopodobieństwem bogactwa tropikalnych owoców, być może były na niej też jakieś zwierzęta, których mięso, dla wyniszczonych głodówką i szkorbutem ludzi, byłoby bezcenne.

     Rzucili kotwicę, a kapitan wyznaczył trzech ludzi którzy mieli zejść na ląd i przeprowadzić rekonesans. Wyspa mogła mieć przecież także innych mieszkańców, nie tylko zwierzęta. Lądowanie mogło się okazać wielkim ryzykiem, lecz wyboru nie mieli. Mimo tej niepewności  załoga uważała trójkę zwiadowców za wybrańców losu. W końcu zakosztują świeżej wody i być może świeżych owoców zanim reszcie dane będzie bodaj to powąchać.
     Spuszczono szalupę i wyposażeni w muszkiety, pistolety i szerokie maczety, broń dającą złudne poczucie bezpieczeństwa, marynarze usiedli do wioseł. Pozostali załoganci w napięciu i milczeniu, czasem próbując zwilżać wysuszone, spękane usta sztywnymi językami, obserwowali jak ich towarzysze z mozołem, miarowo pochylają się w przód i potem w tył, ciągnąc za sobą wiosła i przeraźliwie wolno popychają szalupę ku plaży.

***
     2
     Stały w cieniu drzew i obserwowały zbliżający się statek. Ich zielone, cieniowane i postrzępione szaty, wtapiały się w otoczenie. Długie, ciemne włosy spływały kaskadami na ramiona i tylko oczy płonęły dziwnym blaskiem. W tych oczach, zielonych jak otaczająca je dżungla, płonęły podniecenie, ekscytacja i niecierpliwość. Płonęły zielenią. Barwy w ich twarzach, zieleń oczu i czerwień ust, kontrastowały z nienaturalną bladością cery.
     W cieniu drzew nie sposób było je dostrzec, ale to nie cień i nie ubranie czyniło je niewidocznymi dla ludzi.
     Jedna z nich, różniła się od reszty. Choć jej szata tak samo mieniła się odcieniami zieleni jak suknie pozostałych, to ona sama przewyższała je nieco wzrostem, jej włosy były jasne a oczy… Oczy świeciły czerwienią, jak dwa szlachetne rubiny.
     Intensywne spojrzenie utkwiła w dryfującym okręcie. Blade nozdrza zadrgały leciutko, jak gdyby dotarł do nich jakiś wyjątkowo miły zapach.
     Przymknęła swe niezwykłe oczy, wciągnęła głębiej powietrze, rozdymając nozdrza i rozkoszując się nutką obiecującej woni, jaką niósł, ledwie wyczuwalny, wiatr od morza. Karminowe wargi uniosły się delikatnie, drapieżnie.
     Pozostałe także poczuły zapach. Za plecami jasnowłosej zaszeleściły szepty i zapanowało nerwowe poruszenie. Czerwonooka piękność odwróciła głowę i skarciła je wzrokiem.
     – Jesteśmy głodne... – Jedna z nich próbowała usprawiedliwić ten brak dyscypliny, ale gdy przywódczyni zbyła ją gniewnym prychnięciem, skuliła ramiona i wycofała się, wydając z siebie odgłos przypominający cichy syk.
     – Idźcie na polanę i czekajcie tam. – Poleciła Jasnowłosa.

     Ich głosy przypominały sykliwe szepty, albo szelest ocierającego się o siebie listowia. Posłuszne, wycofały się i zniknęły w głębi lasu i tylko Jasnowłosa pozostała na skraju klifu, spod przymrużonych powiek i z enigmatycznym uśmieszkiem błąkającym się po bladej twarzy obserwowała wynędzniały, sterany sztormem, uszkodzony statek. Kiedy opuszczono szalupę i ona wycofała w gąszcz.

***
     3
     Plaża była naprawdę wąska. Miała może kilkanaście kroków szerokości.
     Zabezpieczyli wiosła i wyciągnęli łódź na piasek. Zawlekli ją pod ścianę klifu, by nie zabrał jej przypływ. Tak, na wszelki wypadek, bo nic nie wskazywało, żeby tutejsze pływy, o ile w ogóle występowały, sięgały powyżej linii przyboju.
     Nie tracili czasu. Na plaży nie było niczego, co mogłoby w jakikolwiek sposób pomóc im w wykaraskaniu siebie i towarzyszy z opresji.
     Po zabezpieczeniu szalupy ruszyli w stronę szczeliny w klifie, by przekonać się, że roślinność skrywa tu cienisty wąwóz wiodący w górę. Było spore prawdopodobieństwo, że na sam szczyt do lasu, z całą pewnością obfitującego we wszystko czego potrzebowali. Zagłębili się więc weń, postępując powoli, ostrożnie, z bronią gotową do strzału i przekonaniem, że nie dadzą się zaskoczyć żadnemu niebezpieczeństwu.

     Roślinność była gęsta, ale ścieżka wiodąca dnem wąwozu była dostępna, niezarośnięta, jakby przygotowana dla potencjalnych gości i, o dziwo, dość szeroka. Mogli swobodnie się po niej poruszać, zupełnie jakby dżungla świadomie wiodła ich w głąb samej siebie, jednocześnie nie pozwalając zboczyć z wytyczonego szlaku. Bowiem po obu stronach dróżki gąszcz splecionych pnączy, kolczastych gałęzi, zwalonych, murszejących pni, nie pozwalał jej porzucić. Pod nogami szeleściły stare liście, trzaskały suche gałązki, przez grubą warstwę ściółki dawały się wyczuć pod stopami nierówności, zapewne kamienie i korzenie drzew.
     Wędrowców otoczyła woń butwiejących, martwych części roślin, zmieszana z intensywnymi zapachami kwitnących epifitów, które w najróżniejszych formach oblepiały pnie drzew. Miejscami przypominały długi niepielęgnowany zarost, innym razem skołtunioną sierść, albo pióropusze. Zieleń była dominującą barwą, tylko tu i ówdzie łamały ją rudości, i czasem pojedyncze plamy czerwieni egzotycznych kwiatów rzucone na zielone tło, jak plamy krwi. Powietrze było ciężkie, wilgotne, sprawiało, że oddychanie przychodziło z trudem, a jego osobliwa woń, tak różna od świeżej morskiej bryzy, przyprawiała o zawroty głowy.
     Wzrok się mącił. Dżungla była nieruchoma, a wszechobecnej ciszy nie zakłócało nawet brzęczenie owadów. Ten bezruch wywoływał u ludzi niepokój. Czuli się jakby wstępowali w gardziel nieznanego potwora, który w każdej chwili może zamknąć paszczę na ich zgubę. Światła było tu niewiele, bo nie łatwo było, przez gęsto splecione korony, przebić się słońcu. Starczało go jedynie, by wydobyć kolory i wyznaczyć ów tajemniczy szlak wiodący nie wiadomo dokąd. Musieli podążać tą drogą, bo innej nie było, a oni potrzebowali znaleźć wodę. To było teraz najważniejsze. Dlatego ignorowali niepokój, anomalie i brnęli dalej w głąb porastającego wyspę lasu.  W końcu była tu tylko ta jedna ścieżka. Nie sposób zabłądzić.

     Z ust wszystkich trzech mężczyzn wyrwały się okrzyki zdumienia i zaskoczenia, gdy niespodziewanie znaleźli się na otwartej przestrzeni skąpanej w jaskrawym świetle dnia, które na chwilę poraziło oczy. Jak gdyby las nagle się rozstąpił i cofnął. Ciężkie, duszące powietrze ustąpiło przyjemnemu i suchemu, które pozwalało odetchnąć pełną piersią, co wszyscy uczynili z ochotą.
     Kurczowo ściskając w dłoniach odbezpieczoną broń rozglądali się wokoło.
     Byli teraz na obszernej polanie o kształcie zbliżonym do koła. Ziemię porastała tu miękka, szmaragdowa trawa. Zieleń, podobnie jak w dżungli była wszechobecna, dominująca. Nie rosły tu żadne krzewy, tylko słoneczne promienie rozrzucały po łące to jaśniejsze, to ciemniejsze plamy, tworząc nieregularny wzór, dodatkowo urozmaicony punktami kwitnących, intensywnie czerwonych maków. Nic poza tym nie rozpraszało łagodności zielonego dywanu. Albo raczej oni nie byli w tej chwili zdolni dojrzeć licznych stert suchych gałęzi na obrzeżach łąki, tuż przy granicy lasu, powykręcanych, sczerniałych niczym od ognia. Po środku tej niezwykłej polany rosło samotne drzewo, o rozłożystej koronie i grubych konarach, wyrastających z pnia dość nisko nad ziemią.

     Drzewo i maki nie pasowały do dżungli, cała ta polana nie pasowała do wyspy. Lecz, czy to odurzające powietrze, którego nałykali się w lesie, czy może nagła jasność, która ich ogarnęła, coś sprawiło, że wcześniejsza czujność usnęła. Zaciśnięte palce rozluźniły się, towarzysze pozostawieni na statku i oczekujący oddalili się w niepamięć.
     Samotne drzewo po środku polany kusiło, a kiedy podeszli bliżej zapach wanilii łagodnie połaskotał nozdrza. Ten aromat wydzielały czerwone owoce o gruszkowatym kształcie, obficie rosnące na gałęziach dosłownie w zasięgu ludzkich rąk. Zarówno ich intensywna barwa, jak i słodka woń pozwalały sądzić, że owoce są dojrzałe, zatem odpowiednie do jedzenia, teraz, natychmiast.
     Niepotrzebna broń wysunęła się z dłoni, które wyciągnęły się chciwie ku ugiętym pod ciężarem konarom. Na miękkich i aromatycznych „gruszkach”, palce zacisnęły się tak, że spływał po nich lepki, słodki sok.
 Porzucone strzelby i maczety miękko i niepostrzeżenie wniknęły w zieleń bujnych traw.
     Jeszcze tylko jeden z mężczyzn trzymał swoją w garści, ale opuszczoną. Jego wzrok, tak jak pozostałych, przyciągało drzewo, choć nie skusił się kosztować owoców. W jego głowie, gdzieś na granicy pomiędzy świadomością, a podświadomością, kołatała się niejasna myśl, że nie powinno się ot tak ryzykować spożywania nieznanego pożywienia, nawet jeśli przypomina ono coś, co się dobrze zna.
     Towarzysze oblizywali palce ze słodyczy. Ich wzrok zmętniał, a rysy twarzy, wcześniej spięte i czujne, złagodniały. Ciała się rozluźniły.
     − Widzicie je? – zapytał jeden z nich, wskazując wyciągniętym ramieniem w kierunku lasu.
     Dwaj pozostali podążyli za jego spojrzeniem. Ten, który wciąż trzymał broń wodził oczyma po ciemnozielonej ścianie, którą tworzyły omszałe pnie drzew i gęste krzewy. Niczego nie dostrzegał poza zielenią listowia, lian i innych pnączy. Jednak twarz drugiego rozjaśnił uśmiech, a w mętnych źrenicach błysnął zachwyt.
     − Są tam. – Potwierdził szeptem słowa kamrata. – Widzę je.
     − Gdzie? Kto? – dopytywał się najtrzeźwiejszy z trójki marynarzy.
     Intensywnie wpatrywał się miejsce, gdzie jego kamraci najwyraźniej widzieli coś, czego on sam nie był zdolny zobaczyć. Tymczasem oni już zmierzali w tamtym kierunku.
     − Czekajcie! Gdzie leziecie, durnie. Tam nic nie ma. – Próbował ich zatrzymać.
     Zignorowali jego głos i zbliżywszy się do krańca polany stali teraz, wodząc oczyma jakby śledzili ruch kogoś, kto krążył wokół nich.
     Pozostawiony samemu sobie ruszył w kierunku druhów, chcąc do nich przemówić i wyrwać z dziwnego amoku jaki ich ogarnął, lecz zdążył ujść ledwie kilka kroków, gdy zatrzymał się struchlały.

     Jego kamraci już się nie uśmiechali, twarze wykrzywiły grymasy boleści, usta rozwarły się jak do krzyku, ale żaden z nich nie wydobył z siebie dźwięku i tylko w oszalałych oczach z każdą chwilą narastało przerażenie.
     Szamotali się niczym ryby w sieci, choć nie widać było niczego co krępowałoby kończyny. A te zaczęły się na oczach przerażonego marynarza wykręcać w nienaturalny sposób. Musiało to dręczonym ludziom sprawiać niewysłowiony ból, lecz nadal nie byli zdolni krzyczeć. Ich ciała po chwili zaczęły wiotczeć, schnąć i kurczyć się niczym rzucone w ogień liście. Upłynęło kilka kolejnych chwil i dwaj nieszczęśnicy zamienili się w poczerniałe, wysuszone mumie, z groteskowo powykrzywianymi kończynami, które z daleka przypomniały kupki okopconych dymem, suchych gałęzi.
     Bezużyteczna względem niewidocznego niebezpieczeństwa broń, wysunęła się ze zmartwiałych rąk człowieka i niemal natychmiast, w akompaniamencie cichego szelestu, została wchłonięta przez zieleń.
Mężczyzna drgnął, widząc jak trawa ugina się pod ciężarem niewidzialnych postaci, które porzuciwszy bezużyteczne kości ruszyły w jego kierunku. Zdało mu się nawet, że dostrzega cienie zielonych, powłóczystych sukien, ciemnych włosów i niesamowite, płonące zielonym płomieniem, oczy w bladych widmowych twarzach.
     Nie tracił czasu na bezradny krzyk...
     Uciekać! Uciekać! Rzucił się ku zbawczej ścieżce, z trudem odrywając nogi od podłoża, bo zaciążyły jakby zakuto go w żelazne okowy. Całą siłę woli skupił na tym, by dostać się w cień drzew. Choć ponury i duszny, w tej chwili zdawał mu się wybawieniem.
     Jednak nie dane mu było umknąć. Ścieżka zamknęła się przed nim, a on poczuł na karku lodowaty podmuch. Coś z siłą imadła zacisnęło palce na jego karku uniosło i z impetem cisnęło nim o grunt, który mimo miękkiego, trawiastego dywanu okazał się twardy jak skała.
     Człowiek zawył z bólu, słysząc trzaski gruchotanych własnych kości. Niewidoczne, lodowate wargi zamknęły się wokół jego rozchylonych w krzyku ust i wyssały z płuc oddech...

***

Jak zapewne zauważyliście obrazka nie ma. Ale to tylko na razie go nie ma. Po prostu nie zdążyłam sobie zrobić, ale to drobiazg, który zostanie na dniach uzupełniony. Na część drugą i ostatnią, zapraszam w południe, prawdopodobnie we wtorek. Humor mi się znacznie poprawił, jest szansa, że wrócę też niebawem do "Kontredansa" ;).

Edit: obrazek już jest ;)

3 komentarze:

  1. Cześć,
    co to jest, ja się pytam! Przeczytałem całość i nie napotkałem żadnego migdalenia! Ale jak to?! :P
    A tak na serio, czuję się winny bo poniekąd przeze mnie uciekłaś z tekstem z projektu, no ale serio nie miałem czasu... Teraz dopiero nadrabiam, jak student w sesji. :P Co do samego tekstu, mam jedno poważne zastrzeżenie, ale to do drugiej części. Jakby co, dam jeszcze znać o co mi kaman.
    Buziaki! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, proszę. I kto mi to mówi? Ale to wcale nie pierwszy tekst, gdzie migdalenia niet :P. Poza tym, żebyś się nie martwił, że z formy wyszłam... migdalenie też będzie, ale innym razem ;)

      Nie obwiniaj się o moje wyjście z projektu. Tak po prostu wyszło, ja nie obwiniam nikogo poza zbiegiem paskudnych okoliczności.

      Jutro dam drugą część i liczę, że wyłożysz, co Ci tam po głowie chodzi.
      Trzymam za Was kciuki :)

      Usuń
  2. Trafiłam tu przypadkiem, ale na pewno zostanę dłużej :) Gratuluję, bardzo fajny blog. Pisz, pisz, pisz! PS. Przeczytałam najpierw cz.2 potem cz.1. Ach - niechcący! Ale tak też jest super: )

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.