WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

24.09.2015

Dioris cz.7

Powiem tak, poprawianie starych zapisków potrafi być sto razy gorsze niż napisanie kawałka od zera. Tym razem moim bohaterowie mnie zabili prawie na śmierć... gadulstwem. W planie miałam doprowadzenie ich w tym kawałku do samego Nammas, na próg chałupy, ale nie dałam rady. Góra była wysoka, ścieżka wąska, jechali wolno i nawijali, jakby nie mogli się skupić na podziwianiu widoków. Dobrnęłam wreszcie na tę cholerną przełęcz i w duchu mi zagrało "Alleluja!". Radość przedwczesna, no bo przecież teraz trzeba w dolinę z tej góry zejść. Poległam... Wybaczcie, ale złazić z tej cholernej przełęczy będziemy w następnej odsłonie. Gdybym podjęła to wyzwanie teraz niechybnie zepchnęłabym oboje w najbliższą przepaść razem z bogu ducha winnym koniem, kończąc tym samym całą historię.
A teraz, po tym "zachęcającym" wstępie zapraszam tych, którym starczy odwagi ;)



     – Jutro będziemy w domu! – zawołał pogodnie Botta. Szeroki, szczery uśmiech gościł na jego twarzy. Odgarnął z czoła niesforne włosy i usiadł przy ognisku, krzyżując długie nogi. Właściwie słowa były skierowane do Dioris, bo mówił w języku Barthów. Nie zareagowała jednak jakimś szczególnym entuzjazmem. Rzuciła tylko krótkie spojrzenie w jego kierunku, ale nie odwzajemniła uśmiechu. Zupełnie jakby mięśnie jej twarzy były niezdolne do takiego grymasu. Nie umknęło to uwadze mężczyzny. Nieznacznie zmarszczył brwi, ale poza tym nie dał nic po sobie poznać. Z niegasnącym uśmiechem, klepnął w łopatkę siedzącego po prawej stronie Aruta, który żuł w skupieniu kawałek suszonego, solonego mięsa.

     – No co? – zapytał druha. – Nie cieszysz się? Ty szczególnie powinieneś być zadowolony.
     – Przecież się cieszę... – mruknął ów i przełknąwszy wpierw przeżuwany kęs.
     W uszach Botty zabrzmiało to chyba jednak niezbyt przekonująco, bo uniósł brwi i skwitował:
     – Jakoś tak... słabo, na mój gust.
     Arut tylko westchnął.
     – Będę się cieszył głośno i mocno, jak już będę w domu i wszystko będę wiedział.
     – Uhm... rozumiem – odparł młody Aura i też sięgnął po kawałek mięsa. Wsunął do ust i niemal nie gryząc przełknął. – A kiedy to miało być? – spytał, odrywając mocnymi zębami kolejny kęs.
     Dioris objęła ramionami nogi, przyciągnęła do piersi i oparła brodę na kolanach. Udając drzemkę, spod przymrużonych powiek dyskretnie obserwowała Bottę. Nie dał się nabrać i bezczelnie puścił do niej oko. Zacisnęła usta i odwróciła głowę, a on wywrócił oczyma. Arut tymczasem zagapił się w pełgające płomyki
     – Jak wyjeżdżaliśmy, lada dzień. Może już... – westchnął ciężko.
     – Jeśli tak, urządzisz święto po powrocie. – Ucieszył się Botta. – Jak mnie zaprosisz, obdaruję sowicie twojego nowego potomka i małżonkę też.
     – Mój dom jest twoim, wiesz przecież, Botto. Zawsze jesteś zaproszony i możesz przyjść kiedy zechcesz z prezentami, czy bez nich, to bez znaczenia. – Odpowiedział uśmiechem przyjaciel. – Twoja obecność starczy za podarki. I weź ze sobą swoją nową barthyjską niewolnicę, jeśli chcesz.
     – Słyszysz, Dioris? – zwrócił się Botta do dziewczyny w jej ojczystej mowie. – Arut zaprasza na ucztę z okazji narodzin dziecka, mnie i ciebie też.
     Owinęła się szczelniej płaszczem, osłaniając przed chłodnym wiatrem. Podniosła na chwilę wzrok i znów przymknęła powieki.
     – Słyszałam, co powiedział twój towarzysz. Masz zabrać ze sobą barthyjską niewolnicę, nie mnie. Ja nie jestem twoją niewolnicą.
     – O, doprawdy? – Uniósł brwi rozbawiony śmiertelną powagą w jej głosie. – Wciąż jesteś moim więźniem... Zaraz... Zrozumiałaś, co mówił Arut? Znasz nasz język? – Teraz zdumiał się szczerze.
     – Rozumiem bardzo dużo, prawie wszystko. Ale nie mówię waszą mową.
     Botta zmarszczył groźnie czoło
     – Rozumiesz, więc podsłuchujesz. Jak szpieg.
     Wzruszyła ramionami i odparła krótko:
     – Nie.
     – Nie? Ile jeszcze tajemnic skrywasz, Dioris? Podałaś fałszywe imię, nie odpowiadasz na moje pytania, znasz naszą mowę, ale się do tego nie przyznałaś...
     – Przecież właśnie się przyznałam.
     – Może jednak powinienem posłuchać rady i poderżnąć ci gardło? – ciągnął dalej własną myśl Botta.
     Podniosła na niego spojrzenie mroczne i puste. Obojętne. Krótką chwilę mierzyli się wzrokiem.
     – Poderżnij – odezwała się w końcu tonem tak wyzutym z emocji, jakby chodziło obranie jabłka ze skórki. – Myślisz, że boję się śmierci? Ludzie potrafią sprawić, że jest wybawieniem, które przyjmujemy z wdzięcznością. Nie, nie boję się jej. Boję się życia.
     Botta milczał. Błękitne oczy, jak dwa kawałki lodu, jakby nie pozostała w niej ani odrobina ciepła tylko ta lodowata obojętność i mrok. W jej duszy tkwił jakiś bolesny cierń, co do tego nie miał wątpliwości. Jakżeby inaczej młodziutka dziewczyna z takim chłodnym spokojem mogła mówić o śmierci? I z taką goryczą o ludziach i życiu, które przecież miała dopiero przed sobą. Intrygowała go i z każdą chwilą coraz bardziej chciał dowiedzieć się czym jest ów cierń i rozpędzić ciemne chmury znad jej czoła. Doskonale wiedział też, że ów spokój jest jedynie pozorny, że jest maską, pod którą kłębią się strach, gniew i rozpacz. Przyłapał się nawet na myśli, że chciałby, żeby ułożywszy głowę na jego piersi, opowiedziała mu wszystko. Mógłby wtedy czułościami ukoić jej ból, żal i rozterki.
     – Powiedz mi, Dioris... – Odruchowo wciągnął rękę, by odgarnąć z jej czoła jasne, postrzępione kosmyki. Oczywiście natychmiast uchyliła głowę, nie pozwalając się dotknąć. Czujna, niczym dobrze wytresowane zwierzę.
     – Nie – przerwała mu, nie czekając nawet aż dokończy pytanie.
     Westchnął tylko i dał za wygraną.

     Wstali przed świtem. W pośpiechu zjedli trochę suchego prowiantu. Nie rozpalano już ogni. Czas naglił, jeśli chcieli w południe stanąć na przełęczy nie mogli marudzić. Szarzało, gdy oddział ruszył kamienistą ścieżką, którą jedynie wprawne oko potrafiło dostrzec na skalnym rumowisku. Ktoś, kto nie znał tego miejsca, widział jedynie kamienisty żleb, w którym każdy fałszywy krok mógł się zakończyć katastrofą i pogrzebaniem pod kamienną lawiną. Droga była wąska i dość stroma, nie było możliwe, by mógł nią przejechać choćby niewielki wóz. Dwa konie, ocierając się bokami, z trudem mijały się na ścieżce. Nie wchodziło w rachubę, by szły obok siebie, niosąc jeszcze pomiędzy sobą nosze.
     Botta zdecydował, że Dioris pojedzie z nim. Posadził ją na siodle przed sobą, choć próbowała protestować. Roześmiał się na jej oburzenie i oznajmił, że to on tu rządzi jej zaś wolno, co najwyżej słuchać, o dyskutowaniu nie ma mowy. Jechał teraz za nią z bardzo zadowoloną miną, obejmując silnym ramieniem talię dziewczyny. Ona spięta i zła siedziała sztywno, jakby połknęła kij. Żeby trochę ją rozluźnić uznał, że najlepsza będzie pogawędka.

     – Jesteś taka zdenerwowana – powiedział łagodnie. – Dlaczego? Tylko cię trzymam. Żebyś nie spadła.
     – Mogę iść piechotą – syknęła.
     – E, tam... Tak jest nam wygodniej.
     – Tobie jest wygodniej – uściśliła.
     – Niech ci będzie... mnie – westchnął. – Ale nie odpowiedziałaś... Dlaczego się tak denerwujesz? – spytał ponownie, nie doczekawszy się odpowiedzi za pierwszym razem. Nadal milczała uparcie. – Przecież wiesz, że nie mam żadnych złych zamiarów względem ciebie. W ogóle nie pozwalasz się dotknąć. Nawet po przyjacielsku objąć. Nie rozumiem tego, Dioris. A może i rozumiem? Ty jednak nic nie chcesz mówić. Skazujesz mnie jedynie na domysły. I wiesz, co ja sobie myślę?
     – Nie chcę wiedzieć – burknęła. Chętnie zatkałaby sobie uszy, ale wtedy musiałaby puścić końską grzywę, zdając się jedynie na oplatające ją opiekuńcze ramię. Botta tymczasem zignorował jej uwagę i gadał dalej:
     – Myślę, że ciebie ktoś okrutnie skrzywdził, Naimah. – Zbliżył usta do jej ucha, a miękkie kędziorki jasnych włosów łaskotały mu policzek. Szepnął: – Ja to wiem, czuję. Ale chcę żebyś wiedziała, że ja ciebie nie skrzywdzę. Nigdy. Gdybyś mi tylko pozwoliła, zamknąłbym cię w ramionach i osłonił przed wszelkim złem. Scałowałbym smutek z twoich oczu i rozgrzał twoje skostniałe serce.
     Lecz słowa, które powinny rozlać się ciepłem w dziewczęcej piersi, jedynie ścięły ją lękiem, niczym mróz.
     – Nawet tak nie myśl. Ja już nie mam serca, tylko ciężki kamień – powiedziała cicho, głuchym głosem.
     Podniósł głowę. Twarz miał poważną, ściągniętą troską.
     – Nie mów tak. Nie wierzę. Masz serce, jak każdy. Tylko twoje ktoś zamknął w klatce strachu. Gdybyś pozwoliła...
     – Nie.
     Porzucił temat, nie chciał jej dręczyć, więc nie było sensu go drążyć. Ale chciał z nią rozmawiać. Chciał żeby mu zaufała i chciał wiedzieć o niej wszystko. Spytał, więc o coś pozornie niezwiązanego z poprzednią rozmową:
     – Kto obciął ci włosy?
     – Sama to zrobiłam.
     Parsknął śmiechem.
     – Chyba użyłaś nożyc do owczej wełny.
     – Użyłam myśliwskiego noża. Nożyc nie było pod ręką.
     – To i tak dobrze. Mnie próbowałaś golić bez noża. Pamiętasz? – zauważył z przekąsem, wspominając wydartą sobie, całkiem pokaźną, garść czarnych włosów. – Długie miałaś włosy?
     – Warkocz... sięgał bioder.
     Jęk zawodu i oburzenia wydobył się z jego gardła.
     – Jak mogłaś dziewczyno?! Powinno ci się spuścić porządne lanie za coś takiego. Ja bym cię wsadził pod pręgierz za karę. Dlaczego to zrobiłaś?
     – Samotny chłopak nie zwraca uwagi, dziewczyna tak.
     – Ciekawe czy ktoś się dał nabrać na tę sztuczkę?! – wypalił bez zastanowienia i niemal natychmiast spiekł raka. On się nabrał. W tej chwili był bardzo kontent, że Dioris, odwrócona do niego plecami, nie może widzieć jego głupiej miny
     – Tak było mi łatwiej – burknęła.
     – Niby co, łatwiej?
     – Uciekać. Choć i tak podążali za mną uparcie aż do Rzeki.
     – To z powodu pościgu przekroczyłaś Rzekę?
     – Tak. Miałam nadzieję, zresztą słuszną, że nie odważą się pójść za mną na terytorium słynących z dzikości i okrucieństwa Aurów.
     – A ty się nie bałaś?
     – Wiem to i owo o was. I nie są to legendy powtarzane przez podszytych strachem chłopów. Poza tym, ja nie mam już nic do stracenia, prócz... – Zawahała się.
     – Prócz czci, czy tak? – podsunął Botta.
     Ani nie zaprzeczyła, ani nie potwierdziła, a Botta zinterpretował sobie po swojemu jej milczenie. Dopiero po dłuższej chwili powiedziała cicho:
     – Nic, prócz bezwartościowego życia.
     Miał wielką chęć ją przytulić, tak po prostu, troskliwie i opiekuńczo, ale obawiał się, że źle odbierze taki gest. Pomyślał jednak, że skoro dziś trochę rozwiązał się jej język należy to wykorzystać.
     – Dlaczego uciekałaś z własnej ojczyzny, ty, mała, słaba kobieta? Komu się tak naraziłaś, że musiałaś szukać schronienia na obcej ziemi? I czym?
     – Kiedyś tam wrócę – cedziła słowa przez zaciśnięte zęby. – Wrócę, zażądam zapłaty i odbiorę ją. Krew za krew. Hańba za hańbę. Życie za życie...
     – Powiedz, kim on jest?
     Wykręciła do tyłu głowę, obrzucając Bottę zdumionym spojrzeniem.
     – Skąd przyszło ci do głowy, że to mężczyzna? Niczego takiego nie mówiłam.
     Aura uśmiechnął się i błyskawicznie pochylił, muskając wargami jej usta. Szarpnęła się jak oparzona, natychmiast odwracając głowę. Otarła usta palcami, jakby dotyk Botty je sparzył i chciała zetrzeć z nich to wrażenie. A on podniósł głowę z triumfalnym uśmieszkiem, jakby właśnie udowodnił jakąś swoją rację, lub potwierdził domysł.
     – Widzisz?
     – Widzę tylko, że co innego mówisz, a co innego robisz – warknęła.
     – Nieprawda.
     – Przed chwilą zapewniałeś, że nigdy mnie nie skrzywdzisz.
     – A skrzywdziłem cię? – uniósł brwi.
     – Jeszcze nie, ale zrobisz to.
     – Mylisz się. Chciałbym jedynie byś nie przykładała do mnie tej samej miary, jaką mierzysz tamtego łajdaka, który cię pohańbił.
     – Co ty możesz o tym wiedzieć? – szarpnęła się ze złością. – Niczego nie wiesz.
     Ścisnął ją odrobinę mocniej, tylko tak, by poczuła, że ma w nim oparcie, że przy nim jest bezpieczna.
     – Masz rację, nie wiem wszystkiego. Lecz jeśli kogoś sparzył ogień, to unika ognia. Nieprawdaż? Ty boisz się dotyku mężczyzny. Zatem to mężczyzna był ogniem, który sparzył ciebie. W jaki sposób mężczyzna mógłby zasiać w sercu kobiety niechęć i strach tak wielki, jak twój, jeśli nie brutalną przemocą? Nawet niewinny żart sprawił, że uciekłaś w szaleństwo. Nie pozwalasz się tknąć. Nic nie musisz mówić, Dioris. Obserwuję cię i wyciągam wnioski. Czy możesz im zaprzeczyć?
     Zacisnęła szczęki. Nie odezwała się. Tylko nozdrza jej drgały, gdy ze świstem wciągała powietrze.
     – No właśnie – westchnął ciężko Botta, sam sobie odpowiadając na pytanie. – Widzisz, wy, Barthowie, uważacie nas za nieokrzesanych dzikusów. Krwiożercze bestie... Nam nie zależy na prostowaniu tej opinii. Z różnych przyczyn jest nam ona na rękę. Ale u nas, hańbą okrywa się mężczyzna, który gwałtem bierze kobietę, nie ona. I nie ma znaczenia, żona czy niewolnica. Pośród nas kobiety z waszego ludu są szanowane, choć trafiają tu jako branki. Czasem bywa, że znajdują wolność.
     – Wiem, że nie jesteście prymitywnymi barbarzyńcami, za jakich ma was pospólstwo – powiedziała Dioris, nieco już spokojniejsza. – Gdyby było inaczej nie przekroczyłabym Rzeki.
     – Ciekawe... Czyżby wasza szlachta miała o nas lepsze zdanie niż prosty lud?
     – Boją się was, ale i cenią za spryt i męstwo w boju. Za nieustępliwość i brawurę. Wyrabiacie doskonałą broń, choć inne rzeczy wolicie rabować. Jesteście doskonale zorganizowani i niezwykle szybcy. Przemieszczacie się, z miejsca na miejsce, z prędkością o jakiej ciężkiemu, barthyjskiemu wojsku nawet się nie śni. Potraficie doskonale wykorzystać atuty każdego terenu. Dzieci natury, ale nie jej ofiary, raczej władcy. Wasza siła tkwi w koniach. To one dają wam mobilność i prędkość, które pozwalają pozostawać nieuchwytnymi. Nie jesteście koczownikami, choć wasi przodkowie nimi byli. Żyjecie w osadach. Uprawiacie ziemię. Znacie pismo, jesteście pojętni i szybko się uczycie. Król Miltorn, posyłając do was posłów, kazał gromadzić różne wieści o waszych obyczajach. Pragnął nawiązać z wami dyplomatyczne stosunki i zawrzeć pokój bez wojny. Niestety rozmowy zerwano. Podobno z powodu żałoby. Taką macie tradycję. Nasz król miał nadzieję, że uda się wznowić rokowania z następcą, ale nie zdążył wprowadzić w życie tych zamierzeń. Uzurpator pozbawił go tronu i życia, i raczej nie jest zainteresowany porozumieniem z wami.
     – Sporo wiesz, jak na kobietę – stwierdził z uznaniem Aura.
     – Wychowywałam się na dworze, jako podopieczna i dworka królowej. Mój ojciec służył królowi Miltornowi. Uczeni dbali o edukację książąt i księżniczki, dworkom wolno było brać udział w lekcjach.
     – Nie sądziłem, że Barthowie tak starannie kształcą swoje córki.
     – Kiedyś było inaczej, ale król i królowa wprowadzali nowe obyczaje. Byli zdania, że wiedza nie szkodzi ani synom, ani córkom. I miło wykształconemu mężowi mieć u boku niewiastę, z którą można nie tylko płodzić dzieci, ale i porozmawiać o filozofii, czy sztuce, a nawet o polityce.
     – E tam, jak bym miał przy sobie niewiastę, z którą miałbym ochotę płodzić dzieci, nie traciłbym czasu na gadanie – zaśmiał się.
     – Ciekawe na jak długo starczyłoby ci tej ochoty – prychnęła z irytacją.
     – A co? Chciałabyś się przekonać? – zniżył głos i skubnął wargami ucho Dioris.
     – Nie – warknęła natychmiast.
     – Cóż, szkoda – westchnął. – Nie wiesz, co tracisz, ale... – Urwał, czując jak sztywnieją jej mięśnie. Dosyć żartów. Że ich nie lubi i nie traktuje lekko już miał okazję się przekonać. Wolał nie prowokować powtórki. Wrócił do poprzedniego tematu:
     – Czego jeszcze dowiedziałaś się o nas na tych waszych „lekcjach”?
     – To już cała moja wiedza o Aurach. Wiem tylko, że król miał w planach zaaranżowanie małżeństwa pomiędzy następcą auryckiego tronu a swoją córką. Lethemi oburzała się na ten pomysł. Była zła jak osa.
     – Tak? – zainteresował się Aura. – A cóż ją tak w nas zirytowało?
     – Nie chciała, by narzucano jej zamążpójście. Złościła się, że nigdy nie zgodzi się, by ją oddano jakiemuś biegającemu w skórach barbarzyńcy, który pewnie mieszka w jaskini.
     – Będziesz miała okazję przekonać się, czy mieszkamy w jaskiniach. – Zaśmiał się. – A ta wasza księżniczka, gdyby tu trafiła... No, ale jeszcze nic straconego. Nasz następca, o ile wiem, wciąż nie ma żony.
     – Nie ma już Lethemi.
     – Jak to?
     – Królewską rodzinę zamordowano. Lethemi podobno uzurpator sprzedał, czy darował komuś ze swoich. Nie wiem na pewno, lecz jeśli  żyje, to jest teraz czyjąś niewolnicą.
     Botta spoważniał.

     – Dziwny ten wasz kraj, gdzie ludzie uważają się za lepszych od nas, bardziej cywilizowanych, jak powiadacie, i gdzie królewskie dzieci sprzedaje się w niewolę, a brutalne traktowanie kobiety nie budzi zgorszenia – podsumował z westchnieniem.


Ufff... Dla uspokojenia naszych skołatanych nerwów dodam tylko, że jednak jadąc w dół chyba bardziej się skupili na patrzeniu pod nogi, bo jednak gadali już troszkę mniej. Niestety to fragment z czasów, kiedy moje opowiastki składały się niemal wyłącznie z dialogów. Stąd i tak sporo teraz wywaliłam, a mimo to, to chyba jest najdłuższy dialog jaki mi się gdziekolwiek przytrafił :D. Pamiętajmy jednak, że co nas nie zabije to nas wzmocni. Kto dał radę może sobie szczerze pogratulować wytrwałości i cierpliwości i przyjąć gratulacje ode mnie ;).

I jeszcze uwaga... Informuję, po raz kolejny, że teksty na tym blogu, to teksty AMATORSKIE. Nie są przeznaczone ani przygotowywane do publikacji drukiem. W związku z tym nie korzystam i nie będę korzystać z usług żadnego KOREKTORA. Teksty są w większości stare, część błędów to konsekwencje zmian i poprawek. Poprawiam je sama i nie jestem w stanie wychwycić w nich wszystkich pierdołów. Nikt zresztą nie jest, a jeśli ktoś twierdzi, że jest inaczej, to nie ma pojęcia o czym mówi. Dla publikacji amatorskiego tekstu na blogu i zadowolenia kilku nawiedzonych, nie będę inwestować w profesjonalną korektę, bo ta kosztuje i to nie mało. I proszę mi tu nie wyjeżdżać z darmowymi usługami gimnazjalistek i licealistek. W tym zakresie sama spełniam kryteria, a nawet więcej niż tylko w tym zakresie. Dlatego prosiłabym o nie zawracanie mi gitary "porażającą ilością błędów", które uniemożliwiają czytanie. Na tym blogu zewnętrznej bety nie ma, nie było i nie będzie. I wszystkich mających z tym problem, po raz nie wiem już który, odsyłam do prawego górnego rogu i czerwonego krzyżyka.

Mniej wrażliwych, którzy jednak tu wytrzymują, a trafiliby na coś, co by ich niemożebnie drażniło, proszę piszcie w komentarzu: "tu masz byka, kobieto, popraw go sobie", podziękuję i pewnie poprawię, w wolnej chwili tutaj, a na pewno w dokumencie u siebie na dysku.

I na koniec obrazek (ukradziony w sieci, żeby sobie ktoś nie pomyślał, że mój)


Taki mi się wpasował w tę łazęgę po górach :)


7 komentarzy:

  1. ja tam bledow nie widze :) ale tez ze mnie zaden domorosly polonisto-korektor
    a dialog fajny, tylko ze za krotki, jak dla mnnie to dopiero sie zaczal rozkrecac

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za krótki? o.O a ja już ich naprawdę byłam gotowa ukatrupić :P Ale w takim razie ucieszy Cię, że jeszcze troszkę mi zostało. A co do byków, wierz mi bywają tu tachy eksperci, którzy od mojej nieudolności zapalenia spojówek i mózgu dostają :D

      Usuń
    2. Na zapalenie spojówek to niech sobie kropelki kupią. A błędy zawsze można poprawić. Najważniejsze to pod płaszczykiem zwracania uwagi, nie czynić złośliwości. Gorąco pozdrawiam.

      Usuń
  2. niech dostają, ich problem ;) Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam się na przyszłość ;) A tak w ogóle to czasem poprawiam jakieś byki i tutaj. Jak mi się chce i mam czas ;)

      Usuń
  3. Dokładnie mam takie samo zdanie o betowaniu przez gimnazjalistki i choć, gdyby taka osoba z dużą wiedzą się mi trafiła i chciała dopomóc (bo wiek nie idzie w parze z doświadczeniem czy wiedzą), to tak, skorzystałabym z jej pomocy, ale podczas poprawiania tekstu już ukończonego. Nie widzę sensu w oddawaniu do korekty czegoś co jeszcze nie jest całością, gdzie może kiedyś zechce się coś zmienić, dopisać, na dodatek jest to publikowane za darmo, pisane dla zabawy swojej i czytelników, a nie z nastawieniem na sprzedaż, zysk, itd. I choć nie mam pretensji do kogoś kto mi wytknie jakąś literówkę gdy zauważy, czy gdzieś coś mu nie gra i napisze co mu nie współgrało, bo takie coś może okazać się przydatne, gdy już się wezmę za poprawki, to nawiedzonym typu "publikowanie z błędami to brak szacunku do czytelnika" powiem stanowcze NIE, bo dla mnie blog jest odstresowaniem się od dnia codziennego, obowiązków i pracy, a nie kolejnym obowiązkiem, gdzie mam spełniać jakieś kryteria, bo obowiązku takiego nie mam, bo to mój blog, moje opowiadania, a czyta je ten kto chce i jeśli pod jakimś względem mu nie odpowiadają, to niech spada, a nie się wysila i męczy swoje oczy.
    Co zaś tyczy się tekstu, to powiem jedynie, że Dioris naprawdę dużo wie i byłam pod wrażeniem, że zna mowę. Nie dziwię się, że oburzyła się na wzmiankę o niewolnicy, bo chyba nikt nie chciałby być tak przedmiotowo traktowany i takim mianem określany, ale z drugiej strony wcześniej sama sobie zdała sprawę ze swojego położenia, z tego kim jest, no ale też inaczej wiedzieć, a inaczej jest gdy się to od kogoś usłyszy.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Botta ma swoje priorytety i o nich czytelnik dowie się w kolejnych odsłonach, zaś Dioris dowie się w końcu z kim naprawdę ma do czynienia.

      Zanim wrzucę kawałek tekstu na bloga zawsze go przeglądam, ale i tak nie wyłapuję wszystkiego. W tekście przygotowywanym do druku wykonuje się co najmniej trzy korekty a tak zdarzało się, że błędy się poprawiało jak już szedł druk na maszynach. Kiedyś statdartem była korekta z druku, nie z monitora. I przy takiej korekcie, z druku, naprawdę dużo więcej się wychwytuje. Ale jak napisałaś, bloga nie prowadzę dlatego, że to jakiś obowiązek ale dlatego, że on i moje pisanie to pewna odskocznia i ma mi sprawiać przyjemność a nie stresować mnie. W wolnych chwilach sama kiedy się tu szwendam poprawiam, co znajdę.

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.