WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

10.09.2015

Dioris cz.6

Ten fragment jest w sumie "świeży". Jak zabrałam się za poprawki to praktycznie w ich ramach po prostu dopisałam całkiem spory kawałek. Musiałam, bo to co było, bardziej przypominało mi szkic niż powieść. Było zbyt suche i po prostu nijakie. Pisałam "Dioris" dość dawno. Wtedy mialam tendencję do parcia z akcją na przód, bez troski o szczegóły i "opakowanie" informacji. Ważne było tylko to, co wydarzy się w następnej kolejności. Teraz uzupełniam pozostawione luki, staram się troszkę o poprawę ładunku emocjonalnego, wiem, że teraz jest lepiej i liczę, że Wam się też spodoba. Wiem, nie macie porównania, bo nie znacie wersji pierwotnej, ale raczej nie ma czego żałować ;). Plus takiej weryfikacji własnego tekstu jest, że zaczynam wreszcie wpadać w ciąg... znaczy piszę, piszę, piszę. I trzymajcie kciuki, by mi tak zostało. Wtedy skrócą się nam przerwy pomiędzy wpisami.
Tymczasem zapraszam :) 



     Śmiech... Szyderczy rechot... Nienawidzi tego... Nie widzi jego twarzy, ale czuje dotyk dłoni na ciele... Te dłonie… Nienawidzi ich... Chciwe, lepkie, spocone... Obrzydliwe... Strach... Przed bólem, przed upokorzeniem... Znów… Nienawidzi tego… Jeszcze chwila i zedrze z niej ubranie... Jego palce się na karku... Ból... to zaboli... Potem zmusi ją... Błagam, nie... Napina mięśnie w oczekiwaniu na ból. Czuje, jak żołądek podjeżdża jej do gardła. Oddech przyspiesza... Nie chcę! Śmiech... jego oczy, płonące, mętne od alkoholu i pobudzenia. Nie chcę! Świat przed oczyma traci kontury, zlewa się w czerwoną plamę... Wszystko płonie... Ogień... Ona płonie... Nie chcę! Nie dotykaj...! Nie dotykaj...! Chce uciekać, ale za plecami jest tylko ściana, czuje jej szorstką, chropawą powierzchnię. Nie ma dokąd uciec. Kuli się na podłodze w oczekiwaniu na razy... Niczego już w niej nie ma... Ani wiary, ani nadziei... Niczego, prócz wstrętu i strachu... Nie bij... proszę...
     Cisza... Chłód... Samotność... Kiedyś ucieknie... Zemsta... Hańba... Rozpacz... Śmierć... Imeni nie żyje. Oni ją zabili... Nie ochroniła jej... Wina... Kara... Krew... Czerwień... Wszystko płonie... Ona też spłonie... Popiół... Pustka... Śmierć...
     Ktoś podnosi ją z ziemi, tuli w ramionach. Dotyk... ale inny. Ciepły, troskliwy... Głos... Tato... Imeni... Chce wyciągnąć ręce, poczuć ich dłonie w swoich, ale dookoła jest tylko czerwień... I głos, życzliwy, łagodny. I jego dłonie... Nie... Nie jego... Te jej nie krzywdzą, nie ranią... Te dłonie koją, ramiona chronią... Ojciec... Dom... Szept... Spokój... Spokój...
     – Jak ci na imię, maleńka?
     Kim jestem? Kim jestem? Ty nie wiesz? Czy ja to wiem?
     – Powiedz...
     Posłuszeństwo... Kim jesteś?
     – Jestem Dioris, córka Anegorda...
     Czy to ja? Kim jestem? Cisza... Ciepło... Spokój... Morze... Fale łagodnie liżące brzeg... Czerwień zbladła... Krew wsiąkła w piasek... Cisza... Światło gaśnie powoli... Świat się zamyka, kurczy się i znika w czerni... Pustka... Cisza... Wszechobecna cisza... Sen...

***
     Ktoś odgarnął połę namiotu, wpuścił do środka smugę jasnego słonecznego światła. Padła na jej twarz i sprawiła, że powieki zacisnęły się kurczowo, a świadomość wydobyła się z najgłębszego snu. Nie otwierała jeszcze oczu. Słyszała jednak, jak człowiek, który tu wszedł zbliżył się do posłania. Zapewne teraz obserwował ją z uwagą. Nie chciała wiedzieć kim ów jest, ani gdzie się znalazła. Chciałaby zasnąć ponownie i nigdy się już nie obudzić. Nie była pewna, co stało się wczoraj wieczorem. Pamiętała, że napojono ją jakimś trunkiem, potem mężczyzna, który ją pojmał niósł ją do namiotu, żeby... Otworzyła szeroko oczy i napotkała jego spojrzenie. Stał tuż obok i jedynie patrzył. Zacisnęła mocno szczęki. Nie spuściła wzroku, wytrzymując jego. Jej stał się twardy, zimny. Próbowała z wyrazu twarzy mężczyzny odgadnąć zdarzenia wczorajszego wieczoru, lecz miast spodziewanego szyderstwa, lubieżnej satysfakcji była tylko troska i zmęczenie, jakby nie spał tej nocy. Ramiona miał splecione na piersi.
     Odwróciła w końcu wzrok, ogarniając nim samą siebie. Wszystko było w porządku. Nie czuła bólu, tam gdzie spodziewała się odczuwać, ani żadnego dyskomfortu. Była kompletnie ubrana, zdjęto jej jedynie buty, pewnie dla wygody. Mężczyzna westchnął.
     – Cieszę się, że się w końcu obudziłaś. Słońce wysoko, czas ruszać w drogę. Ogarnij się i wyjdź, jak będziesz gotowa... – ruszył ku wyjściu.  Odgarnął połę i obejrzał się przez ramię. – Dioris...
     Drgnęła na dźwięk swego imienia, ale nie odpowiedziała. On wyszedł, pozostawiając jej swobodę i przestrzeń, by nie czuła się skrępowana jego obecnością.

     W kącie stały dwa drewniane wiadra, jedno puste, drugie pełne czystej świeżej wody. Zimnej, trzeźwiącej. Wciągnęła buty, wciąż usiłując sobie przypomnieć, co stało się wczoraj. A jeśli...? Wzdrygnęła się. Jeśli tak, to czego się właściwie spodziewała, zapuszczając się do kraju Aurów? Że ktoś ją przyjmie z otwartymi ramionami? Jest zbiegłą niewolnicą, a właściwie pochwyconą niewolnicą. Tak czy inaczej, jest niewolnicą. Nikt jej nie musi pytać o zgodę...
     Na prowizorycznym stoliku leżał kawałek chleba i plaster wędzonego mięsa na nim, obok kubek z... Powąchała i skrzywiła się z niechęcią... z ziołami. Znów pewnie prześpi po nich cały dzień. Pomacała opatrunek na żebrach. Ciągle jeszcze bolało, ale też zaczynało dokuczliwie swędzieć. Znak, że rana się goi jak należy.
     Ugryzła ze trzy razy chleb z mięsem, wypiła kilka łyków z kubka. Po krótkim namyśle dopiła resztę, pewna, że jeśli tego nie zrobi będzie o to awantura. Nie miała ochoty na jakiekolwiek sprzeczki.
     On zna jej imię? Jak? Skąd?
     Wyszła wreszcie, jak jej kazano. I tak dziwiła się, że pozwolił jej tak długo marudzić. Obrzuciła spojrzeniem polanę, na której wczoraj rozbili obozowisko. Prócz namiotu, w którym spała, wszystko było już gotowe do dalszej drogi. Oddaliła się od ludzi. Kilkanaście kroków, na skraj lasu, ale pozostała w zasięgu wzroku. Próba ucieczki teraz, nie miałaby najmniejszego sensu. Nie miała dość sił. I tak musiała oprzeć się ramieniem o drzewo, bo drżące nogi nie stanowiły pewnego podparcia.

     Botta widział, jak opuściła namiot i wydał polecenie, by go zwinięto. Pozostawił ją tam gdzie była, nie niepokoił jej. Nie spuszczał jednak z oka.   
     Arut podprowadził osiodłane i podał wodze towarzyszowi.
     – Teraz przynajmniej znasz już jej prawdziwe imię – rzucił.
     – Tak... – mruknął Botta. Ujął podaną wodzę i sprawdzi siodło. – Rzeczywiście znam. Nadal jednak nie pojmuję, dlaczego córka szlacheckiego rodu uciekała przed własnymi rodakami niczym złoczyńca.
     – Szlacheckiego? – zdziwił się kompan. – A to skąd wiesz?
     – Bo Anegen, to spory majątek w środkowej części Barthii. Należy do starego rycerskiego rodu. – Botta potarł dłonią szorstki od ciemnego zarostu policzek. – Pamiętasz tego wysokiego, płowowłosego rycerza? Był pośród posłów Milthorna. Przewodził im. To był Anegord z Anegen. Jeśli Dioris jest jego córką, musi być szlachetnie urodzona.
     – Posłów oczywiście pamiętam. Możni panowie. – Arut zmrużył oczy, utkwiwszy spojrzenie w szczupłej sylwetce, wciąż tkwiącej nieruchomo na skraju lasu. – Jeśli ta dziewczyna naprawdę jest córką jednego z nich to, co ona, do diabła, tutaj robi?
     – Albo faktycznie kogoś zabiła – potrząsnął głową Botta – w co jakoś trudno mi uwierzyć, albo sytuacja w Barthii jest znacznie gorsza niż sądzimy i dzieją się tam naprawdę dziwne rzeczy, skoro urządza się polowania na rycerskie córki. – Westchnął i spojrzał na Aruta. – Nadal uważasz, Arucie, że jest szpiegiem?
     Lekarz pokręcił głową. Westchnął i dociągnął popręg siodła.
     – Sam już nie wiem, co o tym wszystkim myśleć... Znasz wieści. Że rebelia, wojna domowa, że Miltorna zamordowano... Niby nie potwierdzone, ale nasi ludzie, powinni wrócić z Palamare jeszcze nim chwyciły mrozy. Gdzie są? I jakoś nie wierzę, że jeszcze kiedyś ich zobaczymy. Ty też nie wierzysz, bo nie byłoby tej wycieczki, gdybyś wierzył, że porozumienie z Barthią nadal jest możliwe. Szkoda, że jednak nie udało nam się teraz przejść Rzeki, zasięgnęlibyśmy języka od samych Barthów, a tak...
     – Więc uważasz, że jednak może być szpiegiem.
     Arut zamyślił się, znów kierując spojrzenie ku podmiotowi tej rozmowy.
     – Nie, nie uważam. Nie ona. Nie po tym, co wczoraj widziałem. Nikt nie potrafiłby tak udawać, a ona naprawdę była w jakimś szoku. I wiesz, co ci jeszcze powiem? Ja też nie wierzę, że kogoś zabiła. Teraz myślę, że to nie pomsty szuka pośród nas, lecz ratunku i schronienia. Co nie znaczy, że na możliwych szpiegów nie należy mieć oka.
     Botta pokiwał głową ze zrozumieniem. Odetchnął głęboko.
     – Niech ludzie ruszają. Dość już zmitrężyliśmy czasu. – Rzucił przez ramię Arutowi, sam idąc teraz w kierunku Dioris.

     Drgnęła, gdy dotknął lekko jej ramienia i obejrzała się.
     – Dioris, czas nam w drogę. – Skinął na nią.
     – Znasz moje imię...
     – Owszem. Chodź.
     – Jak?
     – Sama mi powiedziałaś. No, chodź – ponaglił, ale ona się nie ruszyła z miejsca.
     – Wczoraj?
     – Tak, wczoraj. – Wywrócił oczyma. – Idziesz…? – Na końcu języka miał groźbę, że zaraz ją tam zaniesie, ale na szczęście zdążył się weń ugryźć nim mu się wypsnęło kolejne nierozważne słowo.
     – Co się wczoraj zdarzyło? – zapytała cicho. Nie patrzyła na niego. Nie wyrażający żadnych emocji, pusty wzrok utkwiła gdzieś przed sobą.
     Spojrzał na nią uważniej. Była blada i wyglądała na zmartwioną. Zatem nie pamięta koszmaru, który ją wczoraj dopadł. A może udaje? Nie, raczej nie. Kąciki ust lekko wyginały się ku dołowi, nadając twarzy wyraz goryczy. Uświadomił sobie, że ani razu dotąd się nie uśmiechnęła. Cóż, jeśli faktycznie niczego nie pamięta, może lepiej, by nie próbowała sobie przypomnieć. Wzruszył ramionami.
     – Nic. Tylko... Wystraszyłaś się... czegoś.
     Zakłopotany przegarnął palcami czuprynę z nadzieją, że nie pamięta i tego jaki on miał udział w tym lęku. Niestety... Spojrzała mu w twarz, a jego ego aż się skuliło pod tym spojrzeniem. Zimne, ostre jak nóż, oskarżające.
     – Ty mnie przestraszyłeś – syknęła.
     – Eeem... Wierz mi, nie chciałem. To był...
     – Jeżeli mnie tknąłeś, Auro... – syczała dalej.
     – Przestań! – Przerwał jej, teraz już czując irytację, nie zakłopotanie. – Nie jestem potworem. Wpadłaś w jakiś amok, nie wiedziałaś, gdzie jesteś ani z kim. Arut dał ci zioła na sen. Zasnęłaś. To wszystko. A teraz ruszamy.
     Nie czekając już na odpowiedź ani na kolejne pytania odwrócił się i zaczął oddalać.

     Był rozdrażniony, zły. Nie zasłużył sobie na tak marną ocenę, bez względu na głupie żarty. Chciał ją jedynie chronić, a ona posądzała go najgorsze. Jakby był jakimś zwierzęciem. Prychnął gniewnie pod nosem, warknął coś do Aruta, w odpowiedzi na jego pytające spojrzenie. Poklepał konia po karku. Chyba odrobinę za mocno, bo zwierzę szarpnęło się nerwowo, wyraźnie spłoszone gwałtownością tej „pieszczoty”. Mała, głupia...
     Zacisnął dłoń w pięść, nakazując sobie spokój. Wściekł się, o to, że oceniono go po pozorach. Sam robił w tej chwili dokładnie to samo. Przecież poza tym, że wydobył z niej imię i pochodzenie, niczego więcej się nie dowiedział. Najwyraźniej miała za sobą przejścia, które uczyniły ją nieufną względem ludzi... Szczególnie względem mężczyzn. Była jednak córką człowieka, dość blisko związanego z barthyjskiem dworem. Mogła być źródłem całkiem ciekawych informacji. Nie koniecznie strategicznych, ale wyjaśniających wiele w kwestii tego, co teraz działo się u południowego sąsiada. Pochodziła z dobrze sytuowanej rodziny, zapewne wychowywała się w dobrobycie i na niczym jej nie zbywało. Musiał być jakiś powód, dla którego porzuciła to na rzecz ryzykownej przeprawy po kruchym lodzie i niepewnego losu we wrogim kraju. Chciał znać ten powód, ale wpierw musiał zdobyć jej zaufanie. A przecież nie zdobędzie go, wściekając się z byle powodu.   
      Odetchnęła głębiej, wzrokiem wiercąc dziurę w plecach oddalającego się Aury. Musiała mu wierzyć, nie miała wyboru. W głębi ducha czuła, że może ufać temu człowiekowi. Jednak ta złamana, skrzywdzona, sponiewierana część jej istoty, nie pozwalała ufać nikomu. Musi się mieć na baczności. Musi być czujna, musi się uczyć. Inaczej nie będzie zdolna dokonać zemsty, a tylko myśl o niej kazała trzymać się życia. Tylko wiara w to, że kiedyś nadejdzie dzień i odda krew za krew. Tymczasem musi być posłuszna. Poszła więc, za Bottą, jak sobie życzył.

     Skrzywiła się na widok naszykowanych już noszy, zawieszonych pomiędzy dwoma końmi. Nie czuła się dobrze, w roli bezradnego, słabego dziecka, a tak ją właśnie traktowano.
Mężczyzna odchylił zachęcająco skóry na, podróżnym posłaniu, wzrokiem nakazując się na nim ulokować.
     – Twoja lektyka czeka. – Kąciki jego ust drgały leciutko.
     Dioris zacisnęła dłonie w pięści. Bawiło go to?
     – Wskakuj – zachęcał.
     Zawahała się. Sprzeciw... Bunt... Brak pokory... Upór... Kalgas był potworem. Jednak nawet jemu nie udało się z niej tego wyplenić, choć udało się skutecznie to stłamsić. Ale Kalgasa teraz tu nie było. Przed nią stał Botta, który wprawdzie też był mężczyzną, ale nie był Kalgasem. Wyczuwała to podświadomie i pewnie dlatego podświadomie zaczęła dopuszczać do głosu swą prawdziwą naturę.
     – Nie. Wolę na siodle...
     Zamruczał coś niezrozumiałego pod nosem, potem potrząsnął głową, nie wyrażając zgody.
     – Za słaba jesteś. – Uciął krótko. – No, już... – Nie dając czasu na dalszą dyskusję, podniósł ją i umieścił na noszach. – Najlepiej postaraj się zasnąć – poradził, starannie okrywając dziewczynę miękkimi skórami. Złość już mu przechodziła. Pogodne usposobienie nie dopuszczało jej na długo. Nie należał do ludzi skłonnych chować urazę. Problemy ucinał zwykle w zarodku, co nie znaczy że nie umiał być cierpliwy, gdy tego wymagała sytuacja.
     – Ostatnio nic innego nie robię – burknęła Dioris.
     – Jeśli chcesz, powiem Arutowi, da ci coś na sen.
     – Nie chcę.
     – Więc siedź cicho i nie narzekaj.
     Pochylił się nad nią jakby miał zamiar opiekuńczo cmoknąć ją w czoło. Błyskawicznie odwróciła twarz i uchyliła się przed nim.
     – Ejże… to miał być tylko braterski pocałunek – mrugnął łobuzersko. Jej zaciętość rozbawiła go tym razem.
     – Oszczędź sobie zachodu, Auro. Nie jesteś moim bratem.
     – I całe szczęście, kocico – mruknął. – Nie wiem, czy wytrzymałbym z taką siostrą. – Pogładził opuszkami palców blady policzek.
     – Zostaw mnie – syknęła, znów zaciskając dłonie w pięści.
     Uniósł ramiona, prostując plecy.
     – Jak sobie życzysz.
     Nie uwolnił jej jednak od swojej obecności. Jechał tuż obok, nie odstępując na krok.

     Znów zapadła w drzemkę i przespała moment, kiedy las zaczął się przerzedzać i wreszcie zostawili za sobą. Okolica się zmieniła . Podłoże było bardziej skaliste, drzewa tworzyły jedynie niewielkie kępy tu i ówdzie. Zbliżali się górskiego łańcucha. Teren był coraz silniej pofałdowany, a roślinność coraz bardziej skąpa i jakby nieco skarlała. Miejscami zalegał śnieg, po zimie brudny i zszarzały. Ale tam, gdzie słońce intensywnie prażyło za dnia spod śnieżnej pokrywy wyzierała pożółkła, zeszłoroczna trawa i nagie skały. Posuwali się teraz brzegiem bystrego potoczku spływającego z gór, zapewne w znacznym stopniu zasilanego topniejącymi śniegami. Było zimno, ale też dało się wyczuć nadchodzącą wiosnę. Powietrze nie było już tak ostre, jak zimą.
     Na ostatni nocleg zatrzymali się u stóp gór. Dalej wyboista, wąska ścieżka, którą jedynie wprawne oko zdolne było wyróżnić pośród skał, wiodła na przełęcz.



A... taka melancholijna nutka na dziś :)


10 komentarzy:

  1. Świetne :-)
    Nie mogłam sie doczekać tej części a teraz z następną będzie gorzej ��
    Bardzo wciągająca opowieść :-))
    Pozdrawiam :-)

    AGucha :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Mam nadzieję, że nie trzeba będzie czekać zbyt długo ;)

      Usuń
  2. Cudnie:)
    Jak się czyta, ma się wrażenie, że stoi się tam gdzieś obok i obserwuje po cichutku występujące po sobie wydarzenia. Wciąż mało, mało, mało .....:) Czekam na dalsze losy bohaterów. Pozdrawiam M.:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniałe opowiadanie! <3

    OdpowiedzUsuń
  4. W przyszłym tygodniu kolejny kawałek ;) Skoro jednak czytacie, nie mogę Was zawieść :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak możemy nie czytać? Cudownie piszesz! Anka

    OdpowiedzUsuń
  6. No wlasnie a gdzie reszta? :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Będzie, będzie, ale zasypywanie dołów trochę trwa. Mam tam ogromne luki i muszę uzupełniać. Zresztą nie tylko w tym staram się trochę podgonić. Inne też przydałoby się wreszcie pokończyć :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Przyjemnie mi się czytało taką melancholijną wstawkę, aczkolwiek trochę brakuje mi takiego rozpisania jak w powieści, takiego wiesz... póki co choć tematyka mocno, to ciągle jest to lekkim opowiadankiem, które nie pozwala na bliższe zaznajomienie się z bohaterami. Brak mi też opisów ich reakcji które też nawiązywałyby do wyglądu, np że poruszył krzaczastymi brwiami, albo odgonił blond lok z czoła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm... nie zastanawiałm się dotąd nad tym, że brakuje takich szczególików. Napewno wezmę sobie do serca uwagę przy pisaniu kolejnych tekstów, dziekuję :). Być może po częsci wynika to z tego, że staram się ograniczać użycie przymiotników. Ale całkiem możliwe, że w ferworze walki przeginam w drugą stronę z tym ograniczaniem.

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.