WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

13.05.2015

Dioris cz.1 (pilot)

     Moi drodzy, postanowiłam zarzucić dawno obiecywanym sucharem, którego uporządkowanie zaplanowałam sobie na ten rok. Grafika do tego wisi już od jakiegoś czasu w "Galerii" i żeby tak po próżnicy tam nie tkwiła... wrzucam pilota. Pilota, bo po prawdzie to wpierw chciałabym dokończyć "15 godzin..." i "Kontredans", a dopiero potem skupić się na tym. "Dioris" jest jedną z  części cyklu "Dzikie łabędzie", które kiedyś były planowane jako całość, wspominałam już chyba o tym, ale jakoś nie po drodze mi z tym porządkowaniem okazało i ostatecznie zostały każda osobno. Niestety z tego powodu w poszczególnych częściach czasem nakładają się na siebie wydarzenia. Tak że, o ile w "Dioris" większość zdarzeń i bohaterów będzie świeżyzną, to w kolejnych częściach będziemy do różnych rzeczy wracać. Piszę większość, bo ze względu na to, że jako pierwszą z tego universum wrzuciłam na bloga "Yave", to osoby które czytały miały już okazję spotkać głównych bohaterów tej historii, czyli tytułową Dioris i Aurów, Bottę i Aruta.
     Akcja "Dioris" dzieje się jednak kilkanaście lat przed akcją "Yave" i samą "Yave" traktuję raczej jak produkt uboczny cyklu, a nie jego część. Wyjaśniam, bo obawiam się, że ponieważ nie uporządkowałam tego tak, by zlepić z tego jedną powieść, zrobi się siłą rzeczy bałagan w chronologii. I żeby był ów bałagan możliwie najmniejszy i najbardziej czytelny stąd wyjaśnienia. Zapraszam do czytania zatem :)

DIORIS

Start


     W obszernej, zamkowej świetlicy panował nieprzyjemny chłód. Ogień w wielkim, świetlicowym kominku wygasł jeszcze nocą. Opał skończył się wieczorem, do rana nawet żar i popiół w palenisku zdążyły wystygnąć.
     Wcześniej, gdy było ich tu wiele, przestronną komnatę prócz ognia ogrzewało ciepło ludzkich ciał i oddechów, lecz teraz zostało kilkoro, ledwie cztery kobiety i jedno dziecko. Kamienne ściany szybko wysysały ciepło z pomieszczenia, a w jego postępującym wyziębianiu niemały udział miał też hulający za oknem lodowaty, późnojesienny wiatr. Wciskał się przez nieszczelności okiennych ram, z których zdarto aksamitne, miękkie kotary, by uczynić z nich okrycia choć trochę chroniące przed chłodem.
     – Co będzie z nami? Tylko my zostałyśmy. Co z nami uczynią? – Drżącym głosem pytała młodziutka, jasnowłosa Imeni. Stara Nakari objęła ją i przytuliła jej głowę do swej piersi.
     – Nic się nie martw się, moje dziecko. Skoro żyjemy do tej pory, to raczej nie grozi nam już śmierć. Pewnie wkrótce wypuszczą nas stąd i pozwolą wrócić do domów.
     Starsza z sióstr stała przy oknie, obserwując co dzieje się na dziedzińcu. Pojawił się tam właśnie rycerz w szarym płaszczu i czekał aż stajenni podprowadzą mu konia. Rozmawiał z kimś i obaj mężczyźni gestykulowali żywo. Dioris, nie bacząc na zimny wiatr, uchyliła okno ciekawa, by usłyszeć o czym mówią. Oczywiście rozpoznała tego w szarym płaszczu, to Hengod z Ibilma. Ten, który tu nad nimi trzymał pieczę i władzę.
     Niewiele zdołała dosłyszeć, ale i tak to, co usłyszała, wzbudziło niepokój.

     – ...odebrał mi wszelką władzę i nic już nie mogę zrobić. Nawet mówić z nimi mi nie pozwolono. Mam wyjechać, natychmiast. I to rozkaz raczej niż przyzwolenie.
     Rozmowa urwała się, bo przyprowadzono wierzchowca. Hengod dosiadł go i z końskiego grzbietu podał jeszcze rękę swemu rozmówcy. Wymienili krótkie słowa pożegnania. Hengod zwrócił konia ku bramie. Obejrzał się jeszcze, podnosząc wzrok ku oknom niewieściej świetlicy. Zauważył złotowłosą Dioris w otwartym oknie. Kipiąc bezsilnym gniewem, patrzył ponuro w jej pełne niepewności oczy. Pokręcił głową i spuścił ją posępnie, wspierając dłonie na łęku siodła. Westchnął ciężko i odjechał, ruszając z miejsca galopem.
     Dioris odprowadzała go spojrzeniem, póki nie zniknął w bramie. Zamknęła okno i usiadła na ławie w niszy.
     – Dlaczego ojciec po nas nie przyjeżdża? Albo Anegord?  – Zastanawiała się na głos, w ten sposób, starając się zagłuszyć ogarniający ją strach. Nie śmiała nawet w myślach odpowiedzieć sobie na to pytanie. Bo przecież gdyby ojciec lub brat żyli, ona i jej siostra dawno byłyby wolne. Dziewczyna westchnęła ciężko. Swoimi obawami i niepokojami nie śmiała dzielić się z młodszą siostrą. Uważała, że sama boi się wystarczająco, by dodatkowo obciążać tym strachem szesnastolatkę.
     Dostojna, siwiuteńka niczym gołębica, Nakari, ochmistrzyni na dworze królowej… Była ochmistrzyni, wszak nie było już żadnego dworu. Nakari miała trzeźwiejsze podejście do ponurej rzeczywistości w jakiej utknęły. W każdym razie ona doskonale maskowała swoje obawy i emocje. I zachowując te pozory nie dopuszczała do paniki, kiedy było ich wiele i rozładowywała napięcie teraz, spokojnie dysponując jakieś zajęcia dziewczętom, by oderwać ich myśli od lęku.
     – Moje dziecko – łagodnie pogładziła jasną głowę Dioris – nie wolno ci tracić nadziei. A jeśliby nawet okrutny los sprawił, że nasi krewni polegli, to zwycięzca i tak nie może nas tu trzymać w nieskończoność. Prędzej czy później uwolni nas. Zobaczysz.

     Silathe, młoda mężatka, poślubiona jednemu z możnych, którzy wiernie i do końca trwali przy królu Milthornie, przerażona i niespokojna, nerwowo kołysała w ramionach synka.
     – Uwolnią nas? – Przytuliła policzek do głowy dziecka. – Skąd ty to wiesz, Nakari? Nikt o nas nie pamięta.
     Nakari spojrzał na nią surowo i wyprostowała plecy.
     – Nie wpadaj w histerię, Silathe. To nie pomoże nikomu. Muszą nas przecież uwolnić. Pewnie zaraz ktoś przyniesie wieczerzę. Ogarnijmy tu trochę.
     Łagodnie zapędziła dziewczęta do pracy. Zwróciła się też, do Silathe, która nie ruszyła się z miejsca:
     – Silathe... – zaczęła chcąc wyrwać ją z otępienia i skierować uwagę na cokolwiek innego niż rozpamiętywanie beznadziejnej sytuacji, na którą żadna z nich nie miała wpływu.
     Ale młoda kobieta była pogrążona we własnych ponurych myślach i zupełnie nie reagowała na to, co działo się dookoła. Nakari machnęła, więc tylko ręką i sama wzięła się do pracy z Imeni i Dioris.

     – To trwa już tak długo... Belod nie żyje... Czuję to... – Mamrotała Silathe pod nosem. – Zginiemy tutaj. Wszystkie. Wszyscy...
     – Uspokój się, Silathe! Nie strasz niepotrzebnie dzieci – ofuknęła ją poirytowana Nakari. – I siebie nie dręcz. Niby co komu po naszej śmierci?
     Młoda kobieta podniosła na nią mętny, przerażony wzrok.
     – A co po życiu?
     Silathe była pośród nich najmniej odporna. Z natury łagodna i wrażliwa, teraz targana niepokojem o los dziecka i własny, niepewnością co do losów męża, była niemal bliska obłędu. Siedziała, z synem na kolanach, kołysząc się jednostajnie, z tępo wbitym przed siebie wzrokiem.

     Dziewczęta pod czujnym okiem matkującej im Nakari szybko uwinęły się z porządkowaniem. Dioris podała Silathe koc, by ta mogła okryć siebie i chłopczyka. Dziś było tu chłodno. Dziewczyna niepewnie przysiadła na sienniku, podciągnęła kolana pod brodę i objęła ramionami.
     – Hengod wyjechał – powiedziała cicho. – Opuścił nas.
     Nakari spojrzała na nią uważnie.
     – Skąd możesz to wiedzieć?
     – Widziałam jak odjeżdżał.
     – Przecież czasem wyjeżdża i wraca później.
     Dioris z uporem zaprzeczyła potrząsając głową.
     – Dzisiaj wyjechał na dobre, Słyszałam jak mówił, że odebrano mu władzę i nakazano wyjechać. Był wzburzony. Patrzył na mnie. W jego oczach był gniew i... niepokój.
     Nakari nie odpowiedziała. I w niej narastał niepokój, choć ona nie dzieliła się nim z nikim. Nie przyniesiono im drewna by mogły rozpalić ogień w zimnej świetlicy. Nie dostały też dzisiaj żadnego posiłku, ani świeżej wody, a już zbliżał się wieczór. Jakby rzeczywiście o nich zapomniano. Lecz jako najstarsza, Nakari czuła się odpowiedzialna za resztę i starała się podtrzymywać w towarzyszkach niedoli, nie mówiła więc nic o dręczących ją samą obawach.

     – Mamo, jestem głodny i pić mi się chce – odezwał się chłopczyk na kolanach Silathe.
     – Niedługo dostaniemy pewnie wieczerzę. Musisz być cierpliwy syneczku... musisz być cierpliwy.
     – Chcę do domu, do taty... – Marudziło dziecko, które do tej pory ze zdumiewającą, jak na pięciolatka, cierpliwością znosiło wielodniowe zamknięcie w jednym pomieszczeniu. Dziś jednak ogólny niepokój udzielił się i jemu.
     – Czemu musimy siedzieć tutaj? Chcę się iść bawić.
     – Cicho... cicho... cicho... –Mamrotała jego matka, trzymając dziecko kurczowo przy sobie. – Tata umarł, już nigdy nie przyjdzie... Zostaliśmy sami... sami... Nikt o nas nie pamięta... my też umrzemy tutaj...
     – Silathe... – Nakari przybrała surowy ton, by upomnieć kobietę, lecz przerwał jej szczęk przekręcanego w zamku klucza i odsuwanych zasuw. – Niosą nam pewnie wieczerzę. Nie strasz dzieci, Silathe – powiedziała tylko i odetchnęła z ulgą.

     Lecz tym razem do środka nie weszli słudzy, którzy zwykle przynosili posiłki, czy inne potrzebne rzeczy. Jakaś zwalista postać przesłoniła sobą światło wpadające przez otwarte drzwi z korytarza, sama pozostając w cieniu. Dziewczęta i kobiety zbiły się grupkę, jak przestraszone kurczęta. Człowiek w drzwiach po chwili wszedł do środka, niespiesznym krokiem. Za nim weszło kilku pachołków i ustawili się szeregiem pod ścianą, czekając rozkazów. Przybysz wysunął się z cienia i można było teraz dostrzec, kim jest.
     – Kalgas... – szepnęła Nakari czując, jak krew odpływa jej z twarzy.
     – Gościna dobiegła końca, gołąbeczki. – Głos nasączony był drwiną. – Wygląda na to, że nikt was nie chce, ale nie bójcie się. My tu mamy czułe serca i zatroszczymy się o was. – Odsłonił zęby w nieszczerym uśmiechu. – Zabierz dzieciaka – rzucił polecenie słudze.
     – Nie! – Przerażona Silathe, odwróciła się osłaniając dziecko i przycisnęła je do siebie ze wszystkich sił. Kalgas chwycił ją za ramiona i szarpnięciem, bez trudu, niczym kukłę, zwrócił twarzą do pachołka, ten zaś bezceremonialnie wyrwał malca z ramion kobiety.
     – Mamo! Mamusiu!
     – Nie! Nie! – Zdesperowana Silathe, wciąż przytrzymywana przez Kalgasa, wyciągnęła ręce ku płaczącemu chłopczykowi, rozpaczliwe wzywającemu matki. – Nie moje dziecko! – Bezradna rzuciła się ze łzami do nóg Kalgasa. – Błagam! Proszę! Mnie zabij! Nie jego! Mnie!
     Obojętnie spoglądał na nią z góry.
     – Uspokój się, kobieto. O co ta awantura? Nikt go nie zabije. Po co zabijać coś, co można z zyskiem sprzedać? – Zarechotał złośliwie.
     Z głębi korytarza wciąż dobiegało wołanie unoszonego w nieznane chłopczyka.
     – Mamo! Maaamooo!
     Silathe uświadomiwszy sobie, że próżno oczekiwać miłosierdzia rzuciła się ku drzwiom. Dwóch pachołków natychmiast pochwyciło ją za ramiona. Szarpała się, wyjąc w rozpaczy.
     – Moje dziecko! Moje dziecko!
     Kalgas skrzywił się z niesmakiem.
     – Przestań wrzeszczeć, spotyka cię zaszczyt. Teraz należysz do samego króla. Jak będziesz dla niego miła to może i dziecko ci zrobi – zadrwił bez cienia współczucia.
     – Nigdy! Łajdaku! Potworze! – wrzasnęła Silathe. Próbowała sięgnąć paznokciami twarzy Kalgasa, ale słudzy trzymali mocno. Kalgas zaś tylko skrzywił się z niechęcią i machnął ręką pogardliwie dłonią, jakby opędzał się od muchy.
     – Jak dalej będzie tak histeryzować, niech medyk ją czymś napoi, żeby była spokojna. Pan nie lubi awantur. Zabrać ją i niech kobiety się ją przygotują.
     – Nie! Nie! Oddajcie mi syna! Błagam! Nie!
     Kalgas, ze znudzoną miną, obojętnie oglądał paznokcie u lewej dłoni, czekając aż głos Silathe umilknie w oddali.
     – No, to jedna z głowy... – Westchnął ciężko, jakby właśnie wykonał jakąś niezmiernie odpowiedzialną pracę. Powiódł wzrokiem po pozostałych brankach.
     Dwie młode dziewczyny stały przytulone do siebie, rozszerzonymi przerażeniem oczyma patrząc, jak bezduszni słudzy zabierają rozpaczającą Silathe i jej synka. Nakari stanęła tuż przed nimi i osłoniła je jak mogła przed nowym „dozorcą”. Zmierzył ją chłodnym spojrzeniem.
     – Pani Nakari... Stary Urgold zadaje się już dawno opuścił ten padół, nieprawdaż? A ty wciąż pośród nas. – Pokręcił głową, unosząc brwi. – Czyżby twoi synowie zapomnieli o tobie? Ach, prawda... – Szyderczy uśmiech wykrzywił mu twarz. – Przecież są... martwi – wycedził przez zęby, ze złośliwą przyjemnością, akcentując każde wypowiadane słowo.
     Mimo woli Nakari zadrżała. Zacisnęła powieki, by powstrzymać łzy. W głębi ducha od dawna przeczuwała ową straszną prawdę, ale to zupełnie co innego podejrzewać, a usłyszeć wieść i to podaną w tak okrutny sposób, bez cienia współczucia.
     Mężczyzna zwrócił teraz uwagę na pozostałe branki. Odepchnął na bok starszą kobietę i zmierzył taksującym spojrzeniem struchlałe ze strachu dziewczęta. Zatrzymał wzrok na Dioris, cmoknął i uśmiechnął się do siebie, zadowolony.
     – No, proszę, Anegord się postarał... Doskonale... – mruknął, dotykając podbródka dziewczyny.
Imeni ukryła twarz na piersi siostry.

     – Co się tyczy ciebie, pani – zwrócił się ponownie w stronę Nakari – to niestety, ciebie nikt nie zechce, stara jesteś, sama rozumiesz...  Także zysk na zużytej szkapie byłby marny, więc nie miej mi za złe... – W ręku błysnął długi cienki sztylet.
     – Nie... – Zdążyła tylko szepnąć nim mężczyzna wbił jej ostrze pod żebra.
     Jęknęła głucho. Przerażone dziewczęta zdusiły okrzyki grozy, tuląc się do siebie.
     – Przykro mi... A może i nie przykro. Pozdrów Urgolta. – Zadrwił kat, uderzając nożem jeszcze raz. I jeszcze...
     Z ust starej kobiety popłynęła wąska strużka krwi, a oczy szeroko otwarte, zasnuła mgła śmierci i utrwaliła na zawsze przerażenie ostatnich chwil życia.
     Bezduszny oprawca puścił jej ramię, gdy zwiotczała i pozwolił upaść na ziemię drgającemu w agonii ciału. Kiedy znieruchomiało, otarł zakrwawiony sztylet o suknię trupa i znów spojrzał na dziewczęta. Były tak wystraszone, że nie śmiały krzyczeć. Żadna z nich nie była w stanie wydobyć głosu z gardła. Dioris obejmowała kurczowo młodszą siostrę. Nie próbowała błagać o łaskę, gdy napotkała wzrok oprawcy. Wiedziała, że jej nie będzie.
     Kalgas trącił czubkiem buta zwłoki Nakari.
     – Sprzątnąć – nakazał sługom. Powoli wsunął sztylet do pochwy, nie odrywając przy tym wzroku od Dioris.

     Kiedy zabrano ciało, przeniósł spojrzenie na wtuloną w ramiona siostry, łkającą spazmatycznie, Imeni. Złapał ją za włosy i szarpnięciem oderwał od Dioris.
 – Ty, tam. – Brutalnie pchnął dziewczynę na siennik w kącie.
– A ty... – Chwycił dłonią twarz starszej z dziewcząt, zmrużył oczy, hipnotyzując ofiarę wzrokiem niczym wąż. – Zabrać ją do mojej kwatery i niech tam czeka.

     Milczący, obojętny pachołek wykonał polecenie natychmiast i pociągnął ją ku drzwiom.

     – Zaczekaj! – Kalgas odwrócił się, zacisnął palce na warkoczu Dioris, przyciągnął jej głowę do swojej twarzy i wycisnął na pobladłych wargach długi, zmysłowy pocałunek. – Żebyś troszkę za mną tęskniła, ptaszyno.


Ciąg dalszy kiedyś tam... Tak po prawdzie, to jestem po prostu w morderczym nastroju, bo dookoła kurz, gruz i końca bajzlu nie widać. Musiałam się troszkę wyżyć, a majstrów zamordować nie mogę, bo kto mi robotę dokończy? Poza tym w tamtych opowiadaniach, na razie nie planuję żadnych morderstw, natomiast tutaj bynajmniej jeszcze nie skończyłam... :D Jeśli chcecie to możecie zgadywać kto będzie następny, aczkolwiek, jeszcze nie pojawili się na scenie wszyscy bohaterowie... 

2 komentarze:

  1. Jako, że mój mąż składa meble, a dzieci mu pomagają, to ja się postanowiłam odstresować od tego widoku, zaszyć w przedpokoju na poduszkach i kocach i przeczytać coś jeszcze twojego, nieco w innym klimacie niż przesłodzony romantyzm. Ostatnio ktoś mi polecił Dioris i się póki co nie zawodzę. Czasy nie wiem jakie to są, czy bardziej rycerskie, czy żołnierskie, ale mnie się kojarzą nieco z moją Legendą, przynajmniej pod kątem brutalności. Aż mi szkoda było tego chłopczyka. Mam jednak pewną uwagę. To dziecko było niesione w nieznane, bo unoszony to może być kurz przez wiatr, czy samolot.
    Pozdrawiam i jestem zdziwiona, e jeszcze nikt tutaj tego nie skomentował.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasy zdecydowanie rycerskie, wygódka za stodołą i takie tam ;). Aczkolwiek świat, państwa i nacje są fikcyjne.
      Dioris raczej do słodzonych tekstów nie należy, i chyba nawet w tej drugiej części (która sobie obrasta mchem i paprociami, bo ciągle nie mam kiedy się za nią wziąć) nasłodzona nie będzie.
      Ja się już przyzwyczaiłam, że tu mało kto zostawia po sobie ślad. Mimo wszystko wolę publikowac sobie na blogu, gdzie od czsu do czasu ktoś przeczyta, nawet jeśli nie komentuje, niż kisić teksty w szufladzie, gdzie nikt ich nie zauważy na pewno :).

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.