WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

13.06.2016

15 godzin... cz.16

Postanowiłam, że dodawane części będą odrobinę krótsze, ale dla zrekompensowania bedę się starała dodawać je w miarę regularnie. Ideałem byłoby raz w tygodniu i możecie trzymać kciuki, żebym dała radę :).


poprzedni fragment

***
     Oczywiście nikt  nie poinformował Anny, że coś się zmieniło, a zmieniło się. Niepokój, że coś się dzieje ogarnął ją już rankiem.
     Apatia oczekiwania na wykonanie wyroku, zmieniła się w przeczucie oczekiwania na coś nowego, manifestując się nerwowym mrowieniem pod skórą. Było zbyt cicho, zbyt spokojnie, jakby o niej zapomniano.
     Bez względu na to, jak bardzo człowiek godzi się ze swoim losem, nikt nie oczekuje na śmierć ze stoickim spokojem. Ale też nikt nie chce odchodzić niegodnie. Czy jednak w ogóle może być cokolwiek godnego w śmierci?
     Była niespokojna, bo nie podano jej środków uspokajających, co było standardową procedurą w przypadku skazańców. Bała się swoich reakcji i był to naturalny strach. Bała się, że nie zapanuje nad paniką, że zdradzi ją ciało i umysł.
     Śmierć jest tylko procesem, na który tak naprawdę nic nie ma wpływu. Staje się i już. I tak naprawdę nikt nie wie, co jest poza nią. A kiedy już nastąpi... Jakie może mieć znaczenie nieestetycznie ubabrane wydzielinami ciało? Żadnego. A mimo to patrzymy na porzucone przez świadomość niczym  śmieć, czyjeś zwłoki i myślimy o tym, że sami nie chcielibyśmy tak wyglądać po śmierci. Czujemy więc zażenowanie i obawę.
     Życie jest najwyższą z wartości i nikt nie chce wieńczyć go ekskrementami. Dlatego nie była w stanie tłumić narastającego od dłuższego czasu strachu. Atawistycznego uczucia, które niegdyś było warunkiem przetrwania, dziś zaś budziło niesmak, pogardę, dlatego tak często głuszono je środkami farmakologicznymi.
     Z jakiegoś powodu nie chciano jej dać tego komfortu, a jej apatia najwyraźniej nie była dość głęboka, by się poddała i nie czuła niczego.


     Uniosła do oczu dłonie. Drżały. Było jej zimno lecz wiedziała, że to nie z powodu temperatury w pomieszczeniu. Czuła, jak ją mdli od lodowatego chłodu wewnątrz trzewi, zaplątanych w bolesny supeł.
Była u kresu wytrzymałości, przedwczoraj straciła nawet przytomność w wyniku tego stanu. Stres pożerał ją od środka. Leżała zwinięta na pryczy w pozycji embrionalnej, z podkulonymi nogami. Stopy miała bose, ciało pokrywała warstewka lepkiego, zimnego potu. Dygotała jak w febrze.

     Drgnęła, gdy zgrzytnął zamek, nie zmieniła jednak pozycji. Otwarte drzwi wpuściły szeroką smugę światła z korytarza, zaraz jednak przesłoniła ją sylwetka strażnika.
     Obrzucił Annę spojrzeniem.
     – Załóż buty – padło krótkie polecenie.
     Nie patrząc na mężczyznę, podniosła się na łokciu usiadła i schyliła po buty. Treść żołądka gwałtownie podjechała do gardła i Anna na czworakach rzuciła się ku ściance osłaniającej toaletę, by pozwolić się jej wydostać.
     Bzdurne, wyuczone odruchy, myślała targana konwulsyjnymi spazmami torsji. Jakby miało jakieś znacznie czy pozostawi tu po sobie porządek, czy narzyga na środku maleńkiej celi.
     Niestety opróżnienie żołądka wcale nie poprawiło jej samopoczucia, a do cuchnącej stęchlizny w powietrzu, teraz dołączyła jeszcze ostra, przykra woń kwasów trawiennych.

     Strażnik skrzywił się z obrzydzeniem i wycofał na korytarz, warcząc:
     – Pośpiesz się.

     Przepłukała usta wodą, lecz nieprzyjemny posmak nadal w nich pozostawał. Dowlekła się do pryczy opadła na nią i udało się jej jakimś cudem wsunąć stopy w buty. Kręciło się jej w głowie. Bardzo chciałby się położyć i spać... Jeszcze chwila i zaśnie. Trzęsące się palce niezbornymi ruchami zasznurowały wreszcie obuwie. Strażnik czekający na zewnątrz niecierpliwie uderzał rytmicznie pięścią w skrzydło otwartych drzwi.      Zajrzał do środka w chwili, gdy stanęła na miękkich nogach. Zachwiała się i oparła wyciągniętym ramieniem o futrynę.
     – Potrzebujesz pomocy?
     Zaprzeczyła, potrząsając głową. Nie była pewna, umysł płatał jej figle, nie ufała mu, lecz zdawało się jej, że w pytaniu pojawił się cień ludzkiej troski. Nic szczególnego, ot, taki odruch, wskazujący na to, że człowiek wciąż pozostaje człowiekiem, mimo bagna w jakim zanurza go rzeczywistość. To nie było pocieszenie, jedynie fakt. Nie promyk, dający nadzieję. Nadziei już nie ma. Dla tego świata umarła dawno temu...
     – Spokojnie – burknął strażnik. – Nie idziesz pod mur.
     A może jednak nie? Zaskoczona spojrzała na mężczyznę. Nie musiał jej tego mówić. Niczego nie musiał mówić, a mimo to mówił dalej.
     – Nie znam szczegółów, ale masz być stąd przewieziona do innej placówki. Poradzisz sobie? Czy mam kogoś zawołać?
     – Poradzę sobie – wychrypiała z trudem. Gardło miała suche i piekło podrażnione kwasem żołądkowym.
     – Ręce – polecił, wyciągając kajdanki. Kiedy zapinał je na nadgarstkach wycieńczonej kobiety mruknął przepraszająco:
     – Procedura...
     – Wiem.
     Lufą przewieszonej przez ramię broni wskazał jej kierunek i dał znak żeby szła przodem. Postąpiła kilka kroków na miękkich nogach, znów się zachwiała i opierała barkiem o ścianę. Natychmiast chwycił ją za ramię, nie dopuszczając, by osunęła się na kolana i utrzymał w pionie.
     – Powoli.
     – Dlaczego? – Odważyła się zapytać.
     – Procedura numer... – zawahał się. Spojrzał na nią kątem oka. – Sama powinnaś wiedzieć. Ja nic więcej nie wiem. Tylko tyle, co ci powiedziałem.

     To było przed południem.
     Teraz od dwóch godzin tkwiła w tylnej części opancerzonej policyjnej furgonetki. Jechali na północny wschód. Na drogę dostała jeden pakiet żywnościowy, dwie małe butelki wody i cienki, przetarty jak sito, zużyty koc. Obolała i zdrętwiała siedziała bezpośrednio na metalowej podłodze, bo nie zamontowano tu żadnego siedzenia, nawet prowizorycznej ławki. Język jej zesztywniał, zdawała sobie sprawę, że jest odwodniona, ale mimo że żołądek bolał z głodu to jednocześnie nadal ją mdliło i bała się, że nawet łyk wody może wywołać kolejną falę torsji. Rozsądek jednak zwyciężył i odkręciła korek jednej z butelek. Wzięła maleńki łyczek, choć chętnie wlałaby w siebie wszystko szerokim strumieniem.
     Pojazd nieustannie podskakiwał i podrzucał na zniszczonej, pełnej dziur i wyrw nawierzchni. Zużyte resory niczego nie amortyzowały, bezlitośnie przenosząc drgania na karoserię i ciało kobiety. Wibrowały w jej wnętrznościach, potęgując mdłości i nasilający się, ćmiący ból głowy. Było jej zimno, miała dreszcze a koc, który zostawiono do dyspozycji ani nie poprawiał dyskomfortu siedzenia na twardej podłodze, ani nie dawał ochrony przed chłodem. Na szczęście po zapakowaniu jej do auta, zdjęto kajdanki.

     Eskortujący strażnik od czasu do czasu zerkał do tyłu przez oddzielającą pakę od kabiny stalowa siatkę, sprawdzając w jakim stanie znajduje się więzień. Nie chodziło z pewnością o jakikolwiek komfort przewożonej a jedynie o wykonanie polecenia, które brzmiało: dostarczyć do celu żywą.
     Pasażerka nie nastręczała jak dotąd żadnych problemów, siedziała spokojnie, oparta o jedną z bocznych burt. W jednej dłoni ściskała napoczętą butelkę z wodą, drugą masowała nasadę nosa, próbując choć na chwilę odgonić uciążliwy ból głowy. Po otępiałym umyśle kołatały się chaotyczne myśli w poszukiwaniu sensu.
     Wiedziała dokąd ją wiozą. Nie trudno było się tego domyślić, o ile nie myliła się w swoich przypuszczeniach, co do przyczyny tej podróży.
     Przymknęła powieki i zmusiła mózg do pracy. Analizowała wszystko, dzień po dniu... W areszcie, kiedy straciła przytomność, pobrano do badania krew... Nie dostała wyników, bo procedury nie przewidywały udzielania informacji skazanemu. Chłód znów ściął jej wnętrzności, a strach sprawił, że w gardle stanęła gula.
     Niemożliwe? Ależ możliwe, prawdopodobne. Bała się uwierzyć, ale nie mogła się mylić, w końcu sama była lekarzem...

***

     Czuł, jak przymusowa bezczynność zabija go skuteczniej niż mogłyby to zrobić pociski na polu walki. Zaciskał zęby, nakazując sobie cierpliwość w odliczaniu dni do końca pobytu w szpitalu. Z drugiej strony lodem wiązała wnętrzności świadomość, że opuszczenie murów lecznicy i tak niczego nie zmieni.
     Bezczynność zamieniła się jedynie w bezradność, bo na obecnym etapie międzyrasowego porozumienia panował organizacyjny chaos. Kontakty i przepływ informacji wymagały wypracowania procedur przez obie strony, a póki co istniejące nie dawały  zbyt wielu możliwości w pozyskiwaniu informacji. Praktycznie nie dawały żadnych szans na nie.
     Dostęp do kanałów komunikacyjnych też był ograniczony  i w żadnym razie nie gwarantował Oddowi uzyskania wiadomości czy kontakt z Anną, nawet jeśli potrafił dokładnie podać jej dane i namiary. Wręcz przeciwnie, na tę chwilę takie zainteresowanie przedstawicielem drugiej rasy i tak ścisłe informacje o kimś, obie nacje potraktowałyby podejrzliwie.
     Odd musiał poszukać ścieżek i kanałów lawirujących pomiędzy tymi prawomocnymi a operującymi nieleganie.

     Na ulicy panował zwykły ruch. Niezwykłe było jedynie to, że pomiędzy yennimi czasem przemykali ludzie. Pionierzy. Tak ich nazywano. Forpoczty normalności... Niemal wszyscy byli pracownikami nowo tworzonych misji i ambasad. Rzadko poruszali się po ulicach sami. Zwykle towarzyszyła im yennijska ochrona, mimo że obecność ludzi wcale nie była czymś całkowicie nowym.
     Od początku konfliktu obecni pomiędzy yennimi byli wszelkiej maści kolaboranci i gangsterzy, w spekulacjach i ciemnych interesach szukający swojej szansy. Yenni nie darzyli ich ani sympatią, ani szacunkiem ale tolerowali dla własnych korzyści. Teraz jednak obecność ochrony pozwalała odróżnić ciemnych typków od legalnie działających urzędników i emisariuszy.

     Odd postawił kołnierz płaszcza dla lepszej ochrony przed zimnymi podmuchami wiatru, jednocześnie wciągając w płuca potężny haust lodowatego powietrza. Minęła go para ludzi, za którą podążał wielki ponury ochroniarz, sądząc po zaciętej minie niezbyt zadowolony z przydzielonego mu zadania. Odd przesunął wzrokiem po ludzkich twarzach. Ona, o wielkich przerażonych oczach, nerwowo omiatała spojrzeniem otoczenie. Niebieskich oczach...
     Choć poza tym drobnym szczegółem wcale nie przypominała Anny i tak przywołała wspomnienia... Przerażone oczy w ciemności, w zbombardowanym budynku i te same oczy zamglone ekstazą w innym miejscu, innym czasie...

     Zacisnął zęby i skręcił w boczną uliczkę. Wojna to droga do nikąd. Skończy się, a wtedy cię znajdę, przyrzekam. Złożył obietnicę, wojna się kończyła, nadszedł czas, by jej dotrzymać.

c.d.n.



A jeszcze taka czysto formalna informacja... Przeniosłam "15 godzin..." do działu powieści, bo nie dość, że historyjka rozjechała mi się na kilka wątków, to już w tej chwili objętościowo dawno minęła to, co u mnie mieści się w pojęciu "opowiadanie" :).

2 komentarze:

  1. Rozkochałyście nas drogie Panie (Pani, pani Anna Waleta, mikkakamaka) w swoich opowiadaniach, powieściach. I nasze serca przeżywają udrękę kiedy muszą dość długo oczekiwać na Wasze nowe wpisy. Ale podobno miłość cierpliwa jest, więc czekamy. Miło by było gdyby opowiadania zaległe doczekały się swoich kontynuacji. Cierpliwość podobno popłaca. Pozdrawiam cieplutko, życząc weny. Czytelniczka:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za tyle ciepłych i miłych słów :). Sama jestem zakochana w opowiadaniach wymienionych pań i w opowiadaniach kilku innych. Wiem jak ciężko czytelnikowi czekać na aktualizację. Dlatego tym bardziej cenię cierpliwość tych, którzy wracają :) Również pozdrawiam i cóż... będę się starać ogarnąć w przyzwoitym czasie, dla Was, drogie Czytelniczki :)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.